KADYSZ   SIEROCY





MARIUSZ   SZAJNERT



Mysle i siedze. Tylko siedze. Albo coraz bardziej siedze. Zeby nie myslec wlasnie. O czym myslec wlasciwie? Czy w ogole moge myslec? Nawet zamyslec sie nie moge. Przelatuja przeze mnie raczej roznosci, obrazy, ulamki jakies nie do scalenia, nie domyslane, nie zamyslone, nawet nie mysli, jakby tylko cos z nimi polowicznie sie stalo, stawalo, czy moze dopiero mialo stac. Jakby domysliwaly sie dopiero.

Siedze zatem, najbardziej ze wszystkiego siedze wlasnie i czuje jakbym byl nie z tego miejsca. Wlasciwie moze nawet bardziej wiem niz czuje. A przynajmniej jakby ta historia tu sie dziejaca, ktora za chwile tak naprawde dziac sie zacznie dopiero, nie byla moja historia. Chyba nie byla tez Twoja. Chociaz kto wie?

Przychodzi mi wiec do glowy tylko to, co moge przewidziec albo co wiem. Ale poniewaz niewiele wiem, wiec...

Za chwile bede spokojny i opanowany. Bede musial. Bede bowiem czytac cos, czego nie tylko nie rozumiem, ale chyba nie umiem nawet dobrze wymawiac. Tak ma byc. Tak postanowiles. Poza tym to bedzie czesc tego, co mam Ci dac, co Ci sie nalezy ode mnie i co chce zrobic dla Ciebie, bo inaczej po prostu nie mozna. W ogole niewiele mozna. Juz niewiele. Spoznilem sie. Ofiara naiwnego przekonania, ze istnieja wiecznosci i Ty jestes jedna z nich. Ale moze jestes wlasnie ta wiecznoscia sam w sobie, dla siebie i w niej. Moge tylko myslec, ze Ty to wiesz i rozumiesz i ocenisz wlasciwie.

Ale to, co sie stanie, co sie upubliczni tutaj dzieki Tobie w pewnym sensie, to tez bedzie czesc powrotu do siebie samego, przynajmniej do czesci samego siebie. Tej czesci, ktora jest z Ciebie wlasnie. Tego jeszcze nie wiem teraz, bedac tu gdzie jestem. To dopiero przyjdzie, wiele dni pozniej. Powrotu wiec do tej czesci wypieranej przez pol czasu i zalgiwanej do zupelnego zalgania sie. Ale w jakis sposob Ty sie tu znowu nagle znalazles. Ciekawe, ze znalazles sie poprzez niebycie. Fizyczne przynajmniej, cokowiek to mialoby znaczyc. Zeby ulatwic jak mawiales. Jakby sens wprowadzajac, zaprowadzajac czy tylko chcac zaprowadzic. Zupelnie tak jak przed wieloma laty w Brugii, kiedy nieoczekiwanie zdecydowales sie uzyc niemieckiego, zeby rozwiazac [znowu ulatwic] skomplikowany problem dwujezycznosci Belgii i wyjasnic zapowiadajacemu tylko po flamandzku pociag do Wallonii, ze po pierwsze Twoj syn nie rozumie anonsu i nie moze Ci wytlumaczyc o co chodzi, a po drugie nie ma sensu zapowiadanie pociagu do czesci francuskiej w innym jezyku niz francuski i ignorowanie tego jezyka tylko dlatego, ze ma wiekszy zasieg. Tak samo jak nieoczekiwanie znalazles sie wiele lat temu, kiedy odprowadzales mnie juz zupelnie duzego – ale ciagle jeszcze malego dla Ciebie - do szkoly i nagle, kiedy sie poslizgnalem na czyms, co nie moglo byc tam gdzie wlasnie zaistnialo, zaistniala tez Twoja reka, jakby to byla dla niej, dla Ciebie i dla mnie normalnosc, rzeczywistosc, najzwyklejsza funkcja. Ze ona tam ma byc i czekac kiedy bedzie potrzebna. Pomocna. Niezbedna. Sklonna do ulatwiania i rozwiazywania wlasnie.

Ale teraz jeszcze sie rozgladam, probuje odsunac sie od tego czegos, co jest nieodwolalne. Ciebie probuje odsunac. Wspomnienie o Tobie, o ktorym juz wiem tylko tyle, czy moze az tyle, ze chce je ocalic. Tylko jeszcze nie do konca, nie do poczatku, wiem dla kogo to chce zrobic. Dla Ciebie? Siebie? Anki? Mamy? Macka najpewniej, ktory nie moze tu byc. Nas wszystkich tylko takich z pradawnych szczesliwosci, ktore teraz juz bez swiadka moga zaczac byc wymyslane na nowo, na nowe zaistnienie, na zaczynienie. Dopoki probuje, dopoki Cie odsuwam, jeszcze sie nic nie zaczelo. Jeszcze nie ma poczatku konca. Jeszcze nie ma konca. Jeszcze nie ma nic. A Ty jestes, mimo, ze Cie nie ma. Czyli nic sie nie zmienilo. Potrafiles wygrac ze wszystkimi i trwasz, tak jak zawsze od poczatku czasow. Moich. i Anki. Czyli wlasciwie od pra-wszech-naszych-czasow. Czasow do nie-do-pamietania. Choc tez wiem jakas swoja czescia, ze to tylko samo-oszukiwania sie chec. Zeby bylo latwiej przejsc przez to zaskoczenie zyciem. Smiercia.

Co chwile ktos wchodzi, kiwa glowa z dala albo podchodzi, zeby sie przywitac, czy moze tylko odnalezc w tym dziwnym miejscu, w tym swiecie innym wymiarem istniejacym, o ktory to wymiar albo nawet o caly ten swiat istniejacy Cie nie podejrzewano. Znowu we wszystkich tego slowa sensach mozliwych i niemozliwie nagle realnych. Mama, z ktorej kolan pospadalismy w wielorakich - ale we wszystkich mozliwych – sensach i tez przedczasach szczesliwych albo tylko nierealnych swa dawnoscia, siedzi daleko. Postanowila usunac sie, wreszcie chyba do niej dotarlo to, co do mnie wciaz dotrzec nie moze. Juz sie stalo i nie odstanie. Juz sie od siebie oddaliliscie, bardziej niz za pierwszym razem nawet. Teraz juz naprawde nieodwolalnie. I juz nic nie zmieni naiwnych i dziecinnych, niezaleznie od wieku marzacego, rojen o ponownej jednosci rodzicow. Rojen bardziej dotyczacych urojonych szczesliwosci nieistniejacych wrzosowisk.

Jacys ludzie sie tylko witaja, inni sie przedstawiaja. Staram sie zapamietac albo przynajmniej robic takie wrazenie jakbym sluchal albo jakby mnie to cokolwiek obchodzilo. Nawet nie zastanawiam sie czy jestem wystarczajaco przekonujacy. To spostrzezenie zreszta tez przyjdzie duzo pozniej. Im to tez jest pewno obojetne. Przeciez przyszli tu dla Ciebie, a Ty wiesz i znasz i pamietasz. Nawet jezeli nie.

Jest coraz zimniej. Mam na sobie wszystko, co moglem znalezc w domu Mamy, ktory juz od dawna nie jest moim. Wlasciwie prawie wszystko co wzialem tutaj z soba zza tej duzej wody, za ktora teraz mieszkam, w kazdym razie, ktora zamieszkuje w jakiejs codziennosci i ktora, kiedy w niej jestem, wydaje mi sie nawet realna. Teraz z tego miejsca duzo mniej. Anka tez jest ocieplona, tyle, ze ona postanowila dodatkowo sie ukryc. Naiwnie pomyslala, ze jesli schowa sie w wielki plaszcz i szal i jeszcze przykryje czarno ogromnymi okularami, nikt nie bedzie widzial jej – co jakis czas – rozszlochujacego sie do wewnetrznej przepasci ciala.

Wlasciwie sa juz wszyscy i za chwile sie zacznie, to co ma byc zakonczeniem, ale tak naprawde niczego przeciez nie wiadomo. Doslownie. Nawet nie wiem jak to wszystko wyglada. Czy jest tam raj? Jak sie tam dochodzi? Co trzeba robic, jezeli cokolwiek, zeby zostac zbawionym? Czy moze tylko ocalonym? Ktos wspominal cos o zielonych pastwiskach. Albo niebieskich. Nie pamietam. Glowa juz nie ta, rozumiesz? Sam zapomnialem zapytac, nie mialem wlasciwie kogo. Nie mam przeciez nikogo, zeby poradzic. Nie mialem tez gdzie sprawdzic mimo tylu ksiazek, slownikow, opaslych encyklopedii. Wszyscy, ktorzy mogliby cokolwiek mi wyjasnic, przeszli juz do drugiego firmamentu. Albo do siodmego, tez nie wiem dokladnie. Z Ksiega Plonaca. Tak przynajmniej ktos napisal. Wiec ta Ksiega chyba jest pewna. A jezeli nie?

Tak wiec wiem tylko czego nie wolno. I to tez nie do konca. A w kazdym razie nie do przestrzegania. Zgodnie z tradycja, nie wolno bylo Ciebie ogladac, ale przeciez dla nas nie ma zwyczajow, bo gdziesmy mieli sie ich nauczyc i od kogo? Od Ciebie? Ktory sam ich nie znales, bo sobie kiedys wymysliles walke o lepszy swiat bez Praprzyczyny. Tak przynajmniej mawiales. Spadajac z pra- kolan? Tez niemozliwe. Tam tez bylo pogmatwanie i brak wiedzy. Jestesmy wszak z tego pomiedzy, ktore w pewnych chwilach pozwala nie pamietac, nie przestrzegac, nie wiedziec, nie przejmowac sie najprosciej. Udawac, ze sie nie wie. Albo tez buntowac sie i czynic wlasne reguly. Wiec je stworzylismy wczoraj, przynajmniej probowalismy. Albo udawalismy tworzenie.

I zaczyna brzmiec spiew z innego zupelnie wymiaru, o ktorym ktos pozniej powie, ze chcialby dla takiego spiewu miec podobny pochowek. I zaczynaja sie lzy, coraz ich wiecej, im bardziej przejmujaco spiewak spiewa. Juz nic nie widze i tylko slysze, a moze czuje raczej, jak Anka sie rozrywa, roznosi, rozpada.

Wreszcie. Wychodzimy. Idziemy. To niedaleko, bo postanowiles, ze bedziesz prawie w samej bramie, tuz. Zeby ulatwic? Mroz. Nie az tak wielki. Lzejszy najpewniej niz w we wszystkich miejscach, do ktorych dotarles. To na pewno nie te 40 stopni w kazachstanskie noce, o ktorych z rzadka mowiles. Mroz lzejszy tez niz ten, przez ktory przeszli inni z nas – dziadek, prawie tam gdzie Ty, ale po drugiej stronie; babcia, ktora przeszkadzala roznym ludziom, w roznych czasach i miejscach. I wszyscy inni.

Niech bedzie wywyzszone i poswiecone Imie Jego, wielkie w swiecie, ktory sam stworzyl wedlug wlasnej woli. Niechaj ustanowi Swoje krolowanie, niechaj sprowadzi wyzwolenie, niechaj zesle juz wkrotce Mesjasza, za zycia waszego i za dni waszych i za zycia calego domu Izraela szybko i w bliskim czasie.
Mowcie: Amen.
Niechaj Jego wielkie imie bedzie blogoslawione. Niechaj bedzie blogoslawione i pochwalone, opiewane i wywyzszone, wyniesione i uswietnione, uwielbiane i slawione Swiete Imie Jego; niech bedzie blogoslawiony we wszystkich blogoslawienstwach i piesniach pochwalnych, hymnach i dziekczynieniach zanoszonych na tym swiecie.
Mowcie: Amen.
Niechaj zapanuje niebianski pokoj i zycie dla nas i calego Izraela.
Mowcie: Amen.
Ten, ktory sprawil pokoj na wysokosciach, oby zeslal pokoj i dla nas i dla calego Izraela.
Mowcie: Amen.

Mowie "Amen" i cala reszte, ale mowie jednoczesnie znacznie wiecej. A jednoczesnie znacznie mniej. Mowie cos, czego nie tylko sam nie rozumiem, czego chyba nikt lub prawie nikt nie rozumie sposrod tych, ktorzy tu przyszli, aby Cie pozegnac, moze z wyjatkiem kaplana. Mowie zatem cos, czego pewno i Ty do konca, a moze w ogole do poczatku nawet albo od poczatku nie rozumiales. Cos czego z pewnoscia nie czules, nie tylko z powodu jezyka, o ktorym nie miales wszak pojecia [Ty dodalbys: zielonego].

Wiec mowie cos przeciw sobie, moze tylko wbrew sobie i chyba w jakims stopniu nie do konca dla Ciebie, choc jednoczesnie wlasciwie tylko dla Ciebie, nie rozumiejac co mowie, ale nie mam odwagi mowic tego w innym jezyku, w jedynym jezyku jaki czulismy. I to juz od kilku pokolen. Po wszystkich niemozliwych stronach naszej mozliwej lodzkiej rodziny. Ale – mowienie wbrew sobie w jezyku przeciwnym sobie – to nie jest jeszcze koniec swiata. Koniec swiata jest w tej trumnie, co za chwile znajdzie sie pod przemarznieta ziemia. Ktora wlasnie dzisiaj zdecydowala sie przemarznac. W tym dole, ktory za chwile stanie sie wypukloscia i to glownie dzieki moim rekom dosc szybko obracajacym lopata. Tak przynajmniej dotra do mnie moje obowiazki w chwile pozniej, kiedy mnie, przyzwyczajonemu do innych ceremonii, Anka i kaplan dadza znac, ze juz sie skonczyla czesc ceremonialna i teraz jest rzeczywistym zadaniem meskich czlonkow rodziny pogrzebac – doslownie – jej meska glowe. Tak to przynajmniej zrozumiem i tak tez bede to pozniej interpretowac, nie majac czasu albo bardziej ochoty weryfikowac tego, co sam wymyslilem i co na tyle przypadlo mi do gustu, ze odwolanie do rzeczywistosci i faktow stanie sie niepozadane.

Wiec nie mam odwagi uzyc innego jezyka, bo kaplan powiedzial, ze ta modlitwa w zadnym innym jezyku sie nie liczy. I chociaz wydaje mi sie, ze wiem, iz Najwyzszemu jest wszystko jedno w jakim jezyku sie do niego zwracaja, moze w ogole jest mu obojetne czy w ogole sie do niego zwracaja – to do konca nie jestem o tym przekonany. A poza tym przeciez robimy to wszystko i tak tylko dla Ciebie, ktorego juz w jakims sensie nie ma, a jednoczesnie robimy to tak jakbys byl i dogladal wszystkiego z niedowierzaniem, moze nawet z pewnoscia, ze nie damy sobie rady z tym wielkim, przerastajacym nasze sily, zadaniem sprawienia Ci prawdziwie zydowskiego pochowku. Juz w wiele dni i przemyslen pozniej, przypomni mi sie, jedna z ulubionych przez Ciebie fraz, ktora podawales w watpliwosc rozne nasze umiejetnosci. Ale to dopiero sie stanie. I potem ja zapomne. I juz nie bedzie mial mi kto przypomniec.

I teraz przychodzi chwila, kiedy mam powiedziec cos o Tobie. Cos, co byloby o Tobie, ale jednoczesnie byloby zgodne z oczekiwaniami tych, co przyszli tutaj dla Ciebie, ale i dla pogrzebu jako takiego, i sa nastawieni na pewne rzeczy, ktore pragna uslyszec. Ktore slyszy sie w takich sytuacjach i juz! I cos co byloby dla Ciebie, co byloby Toba. Na przyklad jakies ptasie cwirlitanie, tirlikotanie, zasfundranie, czy cos takiego. Ty wiedzialbys skad ono przybylo. Bo ono przyszloby z Ciebie i dla Ciebie. Byles wszak dzwiekiem, chodzaca onomatopeja, choc slowa tego pewnie nie znales i najpewniej obsmialbys sie na nie.

A potem czas na wiersz, ktory znow wybralem, wlasciwie wybralismy dla tych, ktorzy przyszli. Bo my wiemy, czego Ty bys chcial i czego bys sobie zazyczyl. Ale znowu nie mamy odwagi, bo nie wiemy [wlasciwie wiemy az za dobrze i wlasnie dlatego robimy to, co robimy] jak inni by zareagowali. Wiec czytam o ksiazkach, slownikach, przepastnych encyklopediach. O rabim Nahmanie, ktory lekko przeszedl do krainy szeolu [jakby mozna inaczej!] i juz nie moze poradzic. „Dac rady” i „zapobiec”, bo takie dwa znaczenia tego slowa znowu dotra do mnie po wielu dniach bez Ciebie. Jakby rzeczywiscie mogl poradzic przedtem, zanim tam poszedl! Znowu w obu sensach. I brakuje mi glosu. Bo Cie pamietam juz tylko z wczoraj, kiedy wbrew zasadom obejrzalem Cie w szpitalnej kostnicy. I wbrew potrzebie, poniewaz moglem tego nie robic. Ale jakos chcialem i czulem, ze to jest wlasciwie ostatnia rzecz i najmniejsza z niemozliwie mozliwych rzeczy jaka moge dla Ciebie zrobic.

"Wszyscy, ktorzy znali Tate wiedza, ze mozna o nim powiedziec dwie rzeczy. Nie bal sie rzeczy nowych i z luboscia bawil sie slowami. Nie bylo dla niego slow prostych. Wiele lat temu w Chicago, kiedy Anka i ja pracowalismy wspolnie nad czyms zupelnie innym, dotarl nagle do naszej swiadomosci ten fakt. Zaczelismy gromadzic jego kreaturki, a pozniej dolaczyl do nas Tata, co rusz dorzucajac nam jakies swoje slowko, powiedzonko, zapisujac je skrzetnie na karteluszkach, dopytujac sie przez telefon, czy juz ten wlasnie wyraz mamy. Wreczanie tych karteluszek podczas naszych wizyt i wysylanie ich poczta stalo sie tradycja, kiedy Tata po jakims czasie zrozumial, ze sie nie nasmiewamy z niego. Co roku przed Jego urodzinami obiecywalem sobie, ze juz na pewno w tym roku skoncze ten Jego slowniczek i dam mu to jako prezent. Mialem to juz ostatecznie [jak za kazdym razem w poprzednich latach] zrobic w tym roku. Przepraszam Cie Tato, ze nie zdazylem."

Teraz zaczynaja wychodzic z przeszlosci ludzie, zmienieni i niezmienieni, ktorych twarze pamietam i ktorych jednoczesnie nie pamietam. Niektorzy sie znow przypominaja, inni nie i to nie szkodzi, bo oni przyszli nie dla mnie i nie dla mojego rozpoznania, tylko dla Ciebie. Zaraz zreszta wroca do przeszlosci, do niemozliwego korytarza luster, z ktorego na ktotko wychyneli. I juz ich wiecej na ziemi nie bedzie. Tak jak Ciebie i Eliasza.





Teksty Mariusza Szajnerta zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2004 Zwoje