W poniżej publikowanym tekście opuszczone zostały pewne zbyt osobiste fragmenty, nie dotyczące bezpośrednio tej podróży.
Większość zamieszczonych tu zdjęć pochodzi z wcześniejszej, podobnej mojej podróży, z inną grupą izraelskiej młodzieży w roku 1999.   (HB)





Z pamiętników



Z MOJEJ PODRÓŻY NA LITWĘ I DO POLSKI

19. 09. 2000 – 26. 09. 2000





HALINA BIRENBAUM



18.9.00, godz. 23:30

Piszę w samolocie do Wilna. Znowu z grupą młodzieży izraelskiej z klas maturalnych szkoły okręgowej z tych samych kibuców, co przed rokiem. Także ten sam pilot grupy, ale jego poglądy polityczne i zachowanie się są już inne. [...]

A ja jak zawsze jestem sobą i ze swą prawdą, przeważnie najbardziej nieopłacalną, i dobrze mi z tym, bo taką właśnie drogę sobie obrałam. Młodzież i nauczycielki są miłe do mnie, choć jeszcze nie znany się prawie. Jest tak już od naszego spotkania w kibucu przed wyruszeniem w tę podróż, na którym byli też ich rodzice. Ponoć ujęłam ich od pierwszych słów mojej reprezentacji. Jedna matka odezwała się do sąsiadki po moim wystąpieniu, że ona chętnie też by pojechała do Polski z Haliną…

W ciągu ostatniego roku w ramach przygotowania do tej podróży młodzież przechodziła różne przeszkolenia na temat historii, antysemityzmu i Shoah. Słuchali referatów w Yad Vashem, Lohamey Hagetaot, w szkole, ale wygląda na to, że chyba dopiero ode mnie usłyszeli coś żywego, co wzbudziło w nich skupienie i niezwykłe zainteresowanie. Chwalę się głupio, ale czuło się na sali, że tak na prawdę było – ta wielka cisza, gdy mówiłam! Przepełniła mnie od niej świadomość własnej siły i niesamowitego sensu życia. Śmieszne, że teraz jeszcze…

15 września skończyłam 71 lat – a 7 września Henryk i ja świętowaliśmy z synami i wnukami pięćdziesięciolecie naszego ślubu z Henrykiem – złote wesele!...

Synowie zaprosili nas do restauracji, przynieśli 50 czerwonych róż! Najlepsze jednak i najbardziej wzruszające były karty z życzeniami i to, co oni i nasze wnuki tam napisali. Dostałam też kwiaty od mej pierwszej powojennej przyjaciółki w Berlinie. Marianna co roku przysyła mi kwiaty w dzień moich urodzin. Stało się to wprost symboliczne.

Dawno nie pisałam w pamiętnikach, była jakaś blokada we mnie. Musiałam odpisywać na wiele listów. Spisałam też historię ocalenia mojej przyjaciółki i jej matki w Shoah dzięki poświęceniu się z narażeniem życia rodziny ukraińsko-polskiej. Opis ten był konieczny dla otrzymania odznaczenia i materialnego wsparcia dla potomków wybawców na Ukrainie przyznawanego przez Yad Vashem. Napisałam tę historię po polsku i przetłumaczyłam zaraz na hebrajski dla izraelskiej rodziny Zosi. Yad Vashem poprosił o obie wersje...

Pracowałam nad tymi wspomnieniami bardzo intensywnie w ciągu kilku dni. Weszłam w te przeżycia, jak w swoje własne. Zosia była mi ogromnie wdzięczna i wzruszona, że tak dogłębnie odebrałam i odtworzyłam jej opowieść. Czułam satysfakcję z tego, ale i pewien żal, że poświęcam tyle czasu na opisy zdarzeń z życia innych ludzi, a nie notuję własnych bieżących...

Ciągle też jestem zdumiona, gdy udaje mi się coś dobrze napisać, jakby to było nowym odkryciem, po raz pierwszy w życiu… Ale chyba każdy nowy utwór jest pierwszy w życiu! I każdy kolejny mój ustny przekaz podobnie.

Nie pisałam od powrotu z tegorocznej lipcowej podróży do Polski i Czech. Wiele czasu zabrało mi tłumaczenie na polski listów od młodzieży izraelskiej, której opowiadałam o latach Zagłady. Wyrazili w nich tak wiele uznania, zrozumienia, tyle wspaniałych uczuć! W ich określeniach znalazłam siebie inną niż ta, na którą patrzę własnymi oczami lub oczami tych, którzy lubią mnie poniżać. Te listy to moje skarby. Mam ich bardzo wiele od słuchaczy i czytelników z różnych krajów, w rozmaitych językach. Można by wydać z nich książkę i wiele się z nich nauczyć.

Jest już 1:00 nad ranem. Wylądujemy w Wilnie chyba około 4:00. Młodzież pytała mnie, czy tam, to znaczy w legendarnym Wilnie, naprawdę będzie chłodno? Wyruszyliśmy z Tel Avivu podczas wielkiego Hamsynu (upał i wiatry z pustyni).

[...]

Mam zaległości w pisaniu, jak już wspomniałam. Nie opisałam dokładnie lipcowej podróży, a byliśmy z Henrykiem i naszym polskim przyjacielem, ks. Piotrem Wroną (jego autem) w tylu pięknych miejscach w Polsce i Czechach. Teraz już nie czuję tamtej atmosfery. Nowe podróże oddaliły nieco wrażenia piękna Kazimierza Dolnego, miłych dni w "Kuncewiczówce", świetnych spacerów po Krakowie; cudowną Pragę, stare, opustoszałe ale piękne miasteczko Litomierzyce, gdzie zatrzymaliśmy się w hotelu we trójkę w pobliżu Terezina – cudowne widoki i krajobrazy w tych miastach i po drodze. Dziś wydaje mi się to wszystko bajką, ułudą. I jakbym ja też była tylko złudą w moich nieustannych włóczęgach po świecie i w osobistych przeistoczeniach...

Odezwali się nagle do mnie z Yad Vashem. W dziale edukacji doszli do wniosku, że młodzież najchętniej słucha moich opowieści z lat Shoah. Na początku września, tuż przed tą podróżą, nagrali ze mną pilnie trzygodzinne video, z którego zmontowali półgodzinny film dla wędrownego programu przeszkoleń, które przeprowadzają żołnierki-nauczycielki w całym kraju z klasami piętnastolatków.

Nieznajome nauczycielki napisały mi z uznaniem i podziwem, że uczniowie oglądają to video w absolutnej ciszy i wzruszeniu, które odrywa ich od wszystkiego, co dzieje się w tym czasie w szkole wokół nich czy na pauzach, pobudza ich do myślenia, dyskusji i głębokiego zainteresowania tematem Shoah oraz moimi dalszymi losami.

Po pewnym czasie dostałam z Yad Vashem to nagranie (musiałam się długo upominać...). Na początku wzdragałam się przed obejrzeniem go. Wydawało mi się, że wyjątkowo źle tam mówiłam, że wyglądam okropnie ze swymi zmarszczkami.

[...]

W końcu jednak obejrzałam to nagranie. Nieoczekiwanie przyniosło mi poczucie jakiegoś zwycięstwa. Trudno mi było uwierzyć, że ta cała opowieść, to wszystko wyszło ze mnie, i że Yad Vashem podaje dziś w swych programach pedagogicznych w szkołach moją opowieść wraz z moją krytyką na brak zrozumienia i zniewagi ze strony społeczeństwa izraelskiego, gdy po Shoah przyjechaliśmy do Izraela.

Okazało się też, że się myliłam co do jakości tego przekazu. Nawet tych zmarszczek nie widać wcale tak bardzo... Wręcz dobrze było popatrzeć na swą twarz na ekranie, a zwłaszcza, gdy podnosiłam oczy (przeważnie patrzałam w dół, by nie widzieć słuchaczek, które notowały przez cały czas) i uśmiechałam się.

Uświadomiłam sobie, mimowolne istnienie tego łagodnego uśmiechu, gdy mówię o okropnościach lat Zagłady. Stało się to jakimś niespodziewanym pocieszeniem dla mnie i większym ośmieleniem. Dotychczas raczej znałam swe łzy i o nich pisałam najczęściej. Będę miała do czego wrócić teraz; gdy nawiedzą mnie złe myśli o sobie – wspomnę swój uśmiech z kasety Yad Vashem... W każdym razie, przynajmniej tyle na pewno wygrałam.

W ciągu lat ignorowali nas, a mnie tym bardziej, bo na dodatek odważyłam się opublikować także prawdę o żydowskich policjantach w Getcie Warszawskim, i to jeszcze w Polsce, w polskim wydawnictwie, w kraju komunistycznym!… Dziś ci sami ludzie gorąco polecają moją książkę!...

Ale muszę wreszcie pisać o obecnej podróży, o ludziach, z którymi tu jestem, o miejscach, które będziemy zwiedzać. W domu zrobiłam wszystko przed wyjazdem: ugotowałam, upiekłam ciasta, posprzątałam, wyprałam i wyprasowałam bieliznę. Niemal w ostatniej chwili zdążyłam jeszcze napisać kilka listów. A teraz znalazłam czas w tym samolocie na zaległe notatki, by zwrócić i ten dług wobec siebie i innych. Jak to dobrze, że mogę jeszcze tyle rzeczy wykonać!

Samolot trzęsie, jest godz. 2:00 nad ranem. W tym miejscu kończę na dziś pisanie. Kilkakrotnie przeszła mi przez głowę myśl, by napisać wiersz o pewnym doznaniu, ale nie zrobiłam tego, i myśl umknęła. A zgasłe iskierki nie zawsze zapalają się ponownie!


* * *


19.09.00

... kończę tę notatkę z lipca już w autokarze w Wilnie, po dwóch godzinach snu, po rozmowie telefonicznej z mężem. Jest 8:30, wschodzi szary, bezsłoneczny dzień, zimno bardzo po tym piekielnym upale, z którego wyjechaliśmy wczoraj z Izraela. Młodzież szczęka zębami, marzyła o niewiarygodnym chłodzie na świecie, a teraz trzęsie się z zimna.

Na myśl o przyjeździe za kilka dni do Polski powtarzam zdanie z jednego ze swych dawnych wierszy Moja polska zima: "coś tak bardzo cieszy w duszy, coś tak bardzo smuci..."

Chciałabym spać, ale nie udaje mi się zasnąć z napięcia i niepokoju. Nigdy nie wiem wszakże, co mnie czeka na końcu przedsięwziętych podróży, choć moi przyjaciele tam mnie oczekują, cieszą się moim przyjazdem i okazują mi wiele serdeczności.


* * *


19.09.00, godz. 9:20

Piszę teraz w Wilnie w tym samym zeszycie, bo zostało w nim wiele pustych kartek po podróży lipcowej. Nie było wtedy możliwości ani czasu na pisanie, teraz wykorzystuję i miejsce i czas.

Byliśmy w kościele św. Piotra i Pawła. Pilotka litewska mówi po angielsku o historii Wilna, o okolicach, po których przyjeżdżamy autokarem. Mijamy Katedrę, Kościół św. Michała, pomnik Mickiewicza. Twierdza na pagórkach, Kościół św. Anny, w którym ponoć gromadzili się przeciwnicy ustroju komunistycznego. Rzeka Wilia.

Piękna panorama Starego Miasta, katolickie kościoły, Matka Boska Ostrobramska; ruskie cerkwie prawosławne; około stu synagog; getto wileńskie z jego starymi, wąskimi uliczkami, pomnik Geno z Wilna – "Geniusza z Wilna".

Długi przejazd przez miasto przy niezbyt zrozumiałych ani ciekawych objaśnieniach pilotki, których zmęczona młodzież prawie nie słucha. Płytkie, niepełne objaśnienia o wyraźnie nacjonalistycznym nastawieniu, zwłaszcza, gdy mowa o Mickiewiczu, o zwycięstwie pod Grunwaldem – według niej wszystkie sławy są wyłącznie litewskie...

Jedziemy do twierdzy Troki, a potem do Kowna. Ogromne jezioro, starodawne dobrze utrzymane chatki, drzewa w złotych kolorach jesieni. Wychodzimy z autokaru, jest tu tak pięknie! Nasz izraelski pilot (madrych), opowiada o życiu Żydów w przedwojennym Wilnie. Sam pochodzi z Marokka, ale jako dziecko przyjechał z rodzicami do Izraela i wychował się w kibucu.

Na dworze szaro, zimno. Nasza młodzież marznie – ja czuję się świetnie w tym klimacie, rześko. Wszak w takim urodziłam się i wychowałam w Warszawie!

Zwiedziliśmy zamek księcia Witolda. Historia sprzed wieków w głębokim śnie przeszłości teraz – dawna potęga absolutnych, brutalnych władców w ciszy ich przebrzmiałej świetności i bogactw, w milczeniu śmierci i odgłosie kroków zwiedzających te odremontowane ruiny. Godzina 14:00, a ciemno, jak u nas w Izraelu o 18:00.

Szłam po drewnianym mostku nad jeziorem Troki i w tym ponurym tle rozmyślałam o moich osobistych rozterkach.

[...]

Piszę, trzymając zeszyt na kolanach, autokar bardzo trzęsie. Ciekawe, jak w dalszej drodze ułożą się moje stosunki z tą młodzieżą? Jak odbiorą moją opowieść? Jak tym razem przyjmą mnie przyjaciele w Polsce, w Oświęcimiu? Znam odpowiedź, ale zawsze boję się niespodzianek... Jednak dobrze, że pojechałam. A o mało nie zrezygnowałam z różnych powodów. Byłoby to jednak niemałą przykrością dla wielu i stratą dla tej młodzieży, jak się niebawem okazało.


godz. 16:45

Tutaj już niemal wieczór. Jest mi smutno. Litewska przewodniczka kilka razy mówiła o młodych patriotach litewskich, bohaterach, którzy podpalili się na znak protestu przeciwko władzy sowieckiej. Zapytałam ją, czy może coś opowiedzieć również o patriotach-bohaterach, którzy się podpalili na znak protestu przeciw władzy hitlerowskiej?

Odpowiedziała zimno, że nie rozumie mojego pytania. Powtórzyłam po rosyjsku. A ona na to, już z wściekłością, że hitlerowcy palili ludzi i nic na to nie można było poradzić, a Rosjanie robili to samo, co Niemcy. Dałam przykład powstania w getcie warszawskim i znów zapytałam, że jeśli obydwie władze były jednakowo brutalne, może poda jakiegoś bohatera, który protestował też przeciw Niemcom? Odkrzyknęła, że nie ma takiego.

[...]


20.09.00, godz 8:00 rano, w autokarze

Wyjazd z hotelu Neris w Kownie. Szaro, ciemnawo na dworze. Jeszcze Kowno. [...] Dojechaliśmy do Siódmego Fortu. Stąd zagnali wszystkich Żydów Kowna do Dziewiątego Fortu na rozstrzelanie.

Litewska pilotka unika mnie. Nie zeszła tutaj z nami z autokaru, starała się opowiadać o kobietach litewskich, które przekradły się tutaj do kolumn Żydów wyprowadzanych na śmierć, by wziąć małe dzieci od żydowskich matek i uratować je.

Madrych pokazał tutaj przywiezione z sobą obrazy na wielkich plakatach, na których widać tłumy Litwinów wiwatujących na cześć wkraczających do Kowna wojsk niemieckich i znęcających się nad Żydami. Zrozumiałam złość na mnie tej pilotki.

[...]

* * *


Jedziemy do miejsca kaźni w Dziewiątym Forcie. Przejeżdżamy obok nędznych, drewnianych chatek. Przed wojną mieszkała w nich biedota żydowska, a potem należały do getta i wszystkich bez wyjątku Żydów Niemcy zagnali tutaj, by ich obrabować, zamęczyć, zabić.

Dziś już jest "dzień" tematu Shoah, według fachowego określenia madrycha. Dlatego wczoraj nie wolno było mi pytać pilotkę litewską o protesty litewskich patriotów przeciwko zabijaniu Żydów. Nie jest teraz tak zimno, ale szaro. Potem wrócimy do Wilna śladami Shoah (poprzednio był objazd turystyczny...). I do hotelu Litunia. Co noc inny hotel, można oszaleć!

[...]

Nie zanotowałam, że w Kownie na granicy getta znajdował się budynek, w którym mieścił się litewski sierociniec. Ukryto tam kilkoro żydowskich dzieci. Budynek ten stoi tam do dziś.


* * *


21.09.00, godz. 10:00, już w Polsce

Przejechaliśmy granicę – Litwa już za nami. Piękny słoneczny dzień, droga wśród lasów i jezior. Trudno wprost oderwać oczy od tych pięknych widoków i pisać. Przenika mnie radość z niczego, od samej jasności i piękna natury. Bywają na szczęście i takie chwile. Mimo wszystko.

Wczoraj w Dziewiątym Forcie też było tak słonecznie, na drodze, którą szliśmy, powiewał przyjemny wiaterek. Szłam sama za grupą, szybko w pewnym oddaleniu. Było mi tam konieczne to oderwanie się od wszystkich – w siebie.

Zwykle, gdy docieramy do miejsc, w których dokonano najstraszniejszych masakr, przyroda ukazuje się nam w najpiękniejszych kolorach i blaskach... Jakby chciała otulić sobą i zakryć dokonane tu okropności, dowieść, że świat jest piękny, przestronny, wspaniały w swej harmonii i ciszy. Złuda zdradziecka absolutnego piękna ponad morzem krwi i mordów i cierpień! Tak łatwo się jej poddać, uwierzyć...

Chciałabym tyle jeszcze zanotować, potem będę zbyt zajęta i zmęczona, ale jest tu niewygodnie. Mieliśmy przystanek, można było przejść się nieco na świeżym powietrzu, na słońcu. Odganiałam, "z rozwagą" wyuczoną z pewnej książki, moje przygnębiające myśli, obrazy, dociekania daremne. Pomaga to jakoś wrócić do równowagi.

Czuję się teraz swobodnie wśród tej młodzieży, choć niewiele jeszcze rozmawiam z nimi. Wszystko zacznie się tak naprawdę jutro na Majdanku, gdzie w komorze gazowej opowiem im o przebytej tam nocy w oczekiwaniu swej śmierci; o drodze z Umschlagplatzu w Warszawie do tego obozu zagłady, w przepełnionych do niemożliwości wagonach bydlęcych, w których dusiliśmy się i tratowali jedni drugich na śmierć... O piekle zwanym Majdanek.

W międzyczasie udało mi się uzgodnić spotkanie na Majdanku między naszą grupą a młodzieżą szkolną z Lublina, z którą spotkałam się w zeszłym roku. Nie było to łatwe, ale w końcu nasz pilot zgodził się na to spotkanie, jednak przez bardzo ograniczony czas i z ograniczoną liczbą polskich uczestników. Boją się wrogości ze strony Polaków.

Młodzież pytała mnie czy to nie będzie niebezpieczne? Wszak wciąż ostrzegają ich przed ewentualnymi atakami, mówią o odwiecznym antysemityzmie w Polsce, o nienawiści do Żydów. Nareszcie będą mieli okazję zobaczyć coś innego, zapoznać się z przyjazną młodzieżą polską. Tamci przygotowują się i cieszą na to spotkanie.

Z samego rana, po przejściu granicy z Litwą, zdążyłam porozumieć się telefonicznie w tej sprawie z dyrektorem Muzeum na Majdanku i ustalić wszystkie szczegóły. Tak się cieszę z tego! Dzwoniłam też do Oświęcimia, do Basi. Znów wszystko jest tak blisko! Polska!

Nieustannie świeci słońce, ciepło aż usypia. Dziś wstaliśmy o 3:30 rano, a o 4:00 już wyruszyliśmy w drogę. Piszę dalej w autokarze.

Nie chciało mi się z początku pisać – był jakiś blok we mnie, ale przemogłam się. Zaczęłam jednak od tego, co we mnie, a nie o wczorajszych wrażeniach z Dziewiątego Fortu w Kownie i z miejsca kaźni w Ponarach. Muszę to koniecznie opisać, ale teraz jeszcze nie mogę...


Białystok, 21.09.00, godz. 13:15

Jedliśmy w restauracji MacDonald, a teraz jedziemy do Lublina. Oprócz centrum miasta nie widzieliśmy tutaj niczego, a szkoda, po tylu godzinach jazdy z Wilna!... Chcę powrócić do wczorajszych wrażeń, których nie zanotowałam. Postanowiłam tym razem wszystko zapisywać na miejscu, nie odkładać do powrotu do domu. Ale trudno mi utrzymać dyscyplinę chronologii... W Wilnie wczoraj był według planu "dzień Shoah". (I znowu jestem złośliwa!)


* * *


Przedtem, jak już wspomniałam, byliśmy w Dziewiątym Forcie w Kownie. Wysłuchaliśmy wyjaśnień na podwórku tej starej fortecy, gdzie Wtedy rozstrzeliwano Żydów z kowenskiego getta. Ich zwłoki wrzucano do ogromnego dołu i tam spalano. Robili to z początku jeńcy rosyjscy, a potem sami Żydzi, więzieni i męczeni w celach fortecy. Garstce więźniów udało się zbiec, ale tylko bardzo nieliczni spośród nich ocalali.

Ktoś spośród młodzieży zauważył trochę drwiąco, że to więzienie jest absurdalne...

Nie mieści się w głowie ten ogrom grozy w tak niewinnie wyglądającym miejscu, w tym łagodnym wystroju przyrody, jasnym, słonecznym – błogiej ciszy wokoło, w zieleni. Mówi się też na ogół o tych zdarzeniach, jakby działy się one były w czasach prehistorycznych... Bez uczuć, bez próby zrozumienia rozpaczliwej bezradności wobec przemocy morderczych bestialstw.

Mimo woli zaczęłam się zastanawiać, czy ja nie robię źle wzbudzając tyle emocji, wyciskając łzy? Może przesadzam z moimi dramatycznymi przekazami z Wtedy? W Izraelu, przez długi czas zarzucano mi to na każdym kroku, z politowaniem twierdzono, że ja nie wyzwoliłam się z obsesji Holocaustu... Ale tamtych wydarzeń nie wolno, nie da się zapomnieć!

Zaczęłam o Wilnie, o Ponarach a znów wylądowałam na sobie... Nie jest to chyba przypadkiem – jestem ich nieodłączną cząstką, jeszcze żyjącą.

Chodziliśmy po wąskich, schludnych dziś uliczkach, w obrębie których znajdowało się piekło wileńskiego getta. Pilot opowiadał o tym ciekawie, ale większe przejęcie i ożywienie wzbudzały w młodzieży poszukiwania ulic i domów, w których przed wojną (a niekiedy i po wojnie) urodzili się lub żyli ich dziadkowie, krewni.

Zabytki-pamiątki kwitnącego tu niegdyś, do wojny, żydowskiego życia w pięknym Wilnie – tej "żydowskiej Jerozolimie", gimnazjum hebrajskie, szpital, synagogi, cmentarz... I ślady Zagłady, cisza straszna po zgładzonych...

Przed budynkiem szpitala pilot pozwolił mi opowiedzieć pewne przeżycie mojej koleżanki, Lusi, tutaj Wtedy, które kiedyś spisałam. Morderczy esesman Kittel, komendant getta w Wilnie, nagle ukazał się w drzwiach sali, w której Lusia leżała po operacji, z niecierpliwością oczekując przyjścia matki, która w tej godzinie zwykle ją odwiedzała.

Na widok Kittela ogarnęło ją nagłe, niepojęte uczucie nienawiści do niego. Nie było to bezpodstawne, jak się okazało niebawem. Tego dnia właśnie Kittel kazał ująć i zastrzelić kilkudziesięciu Żydów z getta wileńskiego za ucieczkę jednego robotnika do partyzantów do lasu. Wśród nich całą rodzinę Lusi, matkę, ojca i braci!

Część młodzieży siedziała na trotuarze po drugiej stronie uliczki podczas objaśnień pilota, ale natychmiast się zerwali wszyscy, gdy zaczęłam opowiadać i okrążyli mnie ciasnym kręgiem. Wzruszyło mnie i zażenowało to ich zainteresowanie.


* * *




Tablice upamiętniającymi 70 000 Żydów zamordowanych w Ponarach,   1999.


Padał deszcz gdy doszliśmy do dołów w Ponarach, okrążonych gąszczem zielonych, świeżością pachnących drzew. Niemcy rozstrzelali tu 100 000 ludzi, w tym 70 000 Żydów!

W milczeniu stanęliśmy nad tymi masowymi grobami. Pilot podawał statystyczne dane zdarzeń, młodzież stłoczyła się pod parasolami. Nałożyli białe flanelowe bluzki z hebrajskimi napisami i gwiazdami Dawida, przygotowywali się po cichu do swych ról w deklamacjach i śpiewie podczas odprawianej w takich miejscach ceremonii.




Autorka z grupą izraelskiej młodzieży w Ponarach,   2000.


Tamto było dawno, dawno... Nie dotyczy ich ani ich bliskich. A wyobraźnia jest zbyt biedna wobec grozy o takich rozmiarach. Inaczej może nie byliby w ogóle w stanie przyjechać do tych miejsc?...

Litewska pilotka była z nami (Ponary to również zabytek "turystyczny" – historyczny...). Znalazła przypadkowo w tym lesie jakiś rzadki trujący grzyb i objaśniała dziewczętom jego właściwości. Nieopodal tych dołów...

Pociągi wypełnione zwożonymi tutaj na śmierć Żydami docierały niemal do samego lasu. Do dziś widać te kolejowe tory, szyny. Niemcy wyganiali ludzi z wagonów i pędzili do tego lasu, rozkazywali rozbierać się do naga, a potem schodzić do dołów z niższej strony, aby za nimi i nad nimi zostawało miejsce dla następnych, i następnych...

Nikt nie mógł uciec od tej grozy, mało kto próbował, los wszystkich był przesądzony. Słyszeli strzały, wiedzieli i widzieli, co ich czeka. Stali nad swym grobem i musieli do końca wykonywać rozkazy niemieckich morderców. W takim pięknym, cichym lesie? – młodzież nie mogła tego pojąć.

Patrzyłam na te doły, las i szyny w osłupieniu, mimo, że dawno już i nie jeden raz słyszałam o tym wszystkim. Pamiętam z własnego doświadczenia te uczucia z przedostatnich chwil życia... Chciałam opowiedzieć o tym, ale tu mówił tylko pilot. Wszystko, łącznie z deklamacjami i pieśniami zostało z góry uplanowane. Jednak w drodze z tego lasu do autokaru znalazłam moment by zmienić "suchą" statystykę w wstrząsające ludzkie doznanie.

Wtedy, o krok od śmierci, czułam, że już nie należę do tego świata, że jestem ponad nim, u kresu wszystkiego. Słyszeć i wykonać jakiś rozkaz znaczyło zrobić jeszcze jakiś krok tutaj na ziemi, jeszcze żyć, choć już w oderwaniu od wszystkiego ziemskiego, w nieodwracalnym przeniesieniu w potęgę wieczności.

Jak nigdy dotąd, niczego już nie było prócz tych ostatnich chwil i świadomości własnego człowieczeństwa na moment przed odejściem w wieczność, w absolutnej nagości między otwartym dołem pełnym martwych ciał, a następną kulą esesmana. Z tym się odchodziło, okrywając tym człowieczeństwem wszelką nagość, strach, rozpacz – oczy dziecka przed widokiem strzelającego esesmana. W wieczność, która wchłania w siebie wszystko.

Posłuszeństwo rozkazom w obliczu śmierci nie było tchórzostwem czy upokorzeniem, a rozpaczliwą siłą nagłego dojrzenia do nieuniknionego losu, przerośnięcia go i samego siebie w przyjęciu tego, czego nie można było uniknąć. Śmierci.

To czułam w takich ostatecznych chwilach w Warszawie, na Majdanku, w Auschwitz, w Marszu Śmierci, błyskawicznie przenikając Niepojęte!


* * *


Dochodzi godz. 16:00, jeszcze ciągle w autokarze

Słońce oprowadza nas dalej. Jestem wprost zamroczona swym pisaniem. Nie mogę się dziś oderwać od tego zeszytu, co mi się od dawna nie zdarzało. Ile we mnie tych doznań i refleksji, gdzie ja od tego ucieknę raz na zawsze?! Chyba w śmierć, o której tyle piszę, i myślę ostatnio bez lęku, nie wiem dlaczego. Jakbym już czekała na nią.

Ah, piszę głupstwa, ale to jest prawda. Żyję tak intensywnie, a jest we mnie śmierć, mieszka sobie we mnie i czeka... Obie czekamy na siebie już tyle lat!

Jednak, jaki to dar, że jestem jeszcze zdrowa, sprawna; chodzę, słyszę dobrze, widzę dobrze, pamiętam, i nawet wyglądam wciąż nieźle; uśmiecham się i mój głos nadal nie zatraca swego mocnego dźwięku! Radzę sobie w kilku językach z przekazem tych wspomnień, pracuję więcej niż przed laty, gdy byłam młoda. Nie wiem, jak się to dzieje, po takich przeżyciach i przy moich wrażliwościach? Mimo woli robię obrachunek swego życia – a tyle może przede mną!


22.09.00, godz. 16:40, w drodze do Tarnowa

Wczoraj był taki długi dzień! Zwiedzaliśmy jeszybot w Lublinie i stary cmentarz żydowski. Byłam zmęczona. [...] Wszystko się dłuży z dala od domu – odległość, czas. Mnoży się bagaż moich doświadczeń i doznań!


* * *


Na Majdanku było wszystko ze mną, jak zawsze, a może jeszcze lepiej. Żadne chmury nie zmniejszają siły moich przekazów, gdy wchodzę w to najlepsze, co jest we mnie. A ono jest w tych wspomnieniach walki o życie, o swych najbliższych.

Spotkanie z młodzieżą polską i dyrekcją Muzeum wypadło świetnie. Powitali nas z pięknymi kwiatami, towarzyszyli nam w zwiedzaniu obozu, ja tłumaczyłam z polskiego na hebrajski i na odwrót. Moje opowiadanie w komorze gazowej było ogromnym wstrząsem dla wszystkich. Młodzież słuchała mnie w napięciu siedząc na podłodze i płakała. Młodzież polska czytała chyba z mojej twarzy, bo płakała również, mimo, że mówiłam po hebrajsku.




Autorka opowiadająca w komorze gazowej na Majdanku,
w której spędziła noc w roku 1943,   1999.


Polscy uczniowie i ich wychowawcy oraz niektórzy pracownicy Muzeum uczestniczyli w akademii przy Mauzoleum a potem wymienili autografy z naszą młodzieżą, a także drobne pamiątki – ku zdumieniu Izraelczyków.

Zwiedzanie Majdanka trwało pół dnia, potem pojechaliśmy do Zamościa, zwiedziliśmy tam Rynek a teraz jesteśmy w drodze do Tarnowa, gdzie będziemy mieli nocleg i Oneg Shabbat, wieczór piątkowy – powitanie Szabasu.

[...]

* * *


23.09.00, godz. 7:30, wyjazd z Tarnowa

Pilot opowiada nam, jak pięknym miastem jest Tarnów… Nocowaliśmy tutaj w jakimś starym hotelu i niczego nie zwiedziliśmy!… Jest szaro i zimno. Z okna autokaru widać stare, piękne domy obok brzydkich, jak klatki, bloków z okresu komuny – dwa stare, olbrzymie kościoły. Wspominam ks. Piotra i jego fascynujące objaśnienia o starych zabytkach. Atmosferę ciszy i wzniosłości, które im zwykle towarzyszą.

[...]

23.09.00, godz. 14:00

Wracamy z wycieczki po Dunajcu.




Autorka z grupą izraelskiej młodzieży na tratwie na Dunajcu,   1999.


Świeciło trochę słońce, było pięknie, choć chłodno. Siedziałam na łódce z młodzieżą, górale wiosłowali, żartowali, a ja tłumaczyłam ich żarty i opowieści na hebrajski. Mijaliśmy wspaniałe widoki, skały, góry. Wokoło tylko szum wody i wioseł. I spokój. Chciałoby się płynąć tu wiecznie wraz z własnymi myślami i upływającym czasem, przyglądać się własnej duszy w tej ciszy i przejrzystości wodnego zwierciadła. Inna tu perspektywa, inna wizja świata pośród tego piękna natury. Inne samopoczucie. Wylądowaliśmy w Szczawnicy. Górale podali nam tu zdjęcia, które nam zrobili, gdy płynęliśmy po rzece.

Jutro Oświęcim!... Dalsze doznania i przekazy przeżyć, a potem "odfrunę" w swe ciepłe strony... aż do kolejnego powrotu. Ale tymczasem upajam się pięknem Tatr w Zakopanem. Z okna mojego pokoju w hotelu Kasprowy mam cudowny widok – szczyty gór i niebo! Co za potęga! I ja maleńka cząsteczka... Kiedyś wjechaliśmy na Kasprowy Wierch z Henrykiem i ks. Piotrem i zeszliśmy stamtąd pieszo przez Halę Gąsienicową.

Jak mogło było zaistnieć coś tak potwornego, jak Auschwitz, obok tej potęgi piękna natury?!


* * *


24.09.00, godz. 7:30

Wyjazd z Zakopanego. Wczoraj było tu wspaniale! Dziś jedziemy do Oświęcimia. Do tych strasznych wspomnień, do duchów spalonych i dymu rozwianego w niebie nad Auschwitz. I do teraźniejszych przyjaciół!

Będę izraelskiej młodzieży opowiadać o moich przeżyciach w "moim" bloku 27 w Auschwitz-Birkenau, przy mojej narze... Czy mogła byłam wówczas to sobie wyobrazić?! Czuję w sobie łzy i śmiech na przemian, a raczej wymieszane razem. Ogrom taki w duszy, aż do pęknięcia. Ale też i przyziemne odgłosy codziennych problemów, którymi żyję na codzień za morzem, w wiecznie niespokojnym Izraelu. Góry w mgle za oknem, w drodze film Lista Schindlera w telewizorze , a ja piszę trzymając zeszyt na kolanach w tym trzęsącym autokarze.

Jesteśmy zaproszeni z całą grupą (40 osób) na obiad do Centrum w Oświęcimiu. Ciepły obiad w czasie naszych wędrówek po Polsce, a szczególnie w Oświęcimiu, w Katolickim Centrum Dialogu i Modlitwy ma tutaj swoistą wymowę. Byłam dumna, gdy madrych oznajmił wszystkim w autokarze o tym zaproszeniu przez przyjaciół Haliny. Po obiedzie wyjazd do Brzezinki, do "mojego" bloku...

W obozie macierzystym Auschwitz pilot nie chciał mojej obecności. Chyba bał się moich uwag w tym miejscu, chcąc się popisać wiadomościami przygotowanymi w domu i nocami w hotelach. Mogłam więc tymczasem pobyć ze swymi przyjaciółmi. Po obiedzie dotarliśmy do Brzezinki w jednakowych białych flanelowych bluzkach. Młodzież trzymała izraelskie flagi w rękach. W bloku 27 dostałam głos, już niepodzielnie i bez ograniczenia.

Opowiadałam im przed barakiem, a potem obok mojej pryczy. Panował tu mrok, cisza. Młodzież słuchała w niesamowitym skupieniu, jakby moje słowa elektryzowały ją. Słychać było szloch. Siadali na podłodze jeden po drugim, wpatrzeni we mnie, oszołomieni. Ich zasłuchanie przyciągało także przypadkowych zwiedzających, którzy, nie rozumiejąc mojej hebrajskiej mowy, najwyraźniej odbierali emanujące ze mnie wzruszenie.




Autorka opowiadająca przy swojej dawnej narze w bloku 27 w Auschwitz-Birkenau,   1999.



* * *


26.09.00, godz. 7:40

Po dwóch dniach w Krakowie jedziemy do Kielc, Tykocina i Warszawy. Wczoraj miałam wolny dzień. Nie pojechałam z grupą do Wieliczki, nie poszłam z nimi zwiedzać miasta i robić zakupy w Sukiennicach, ani na kolację w restauracji z folklorem. Spędziłam ten dzień u Irenki i Romka Ł., których poznałam na promocji mojej książki Każdy odzyskany dzień w krakowskim KIKu i z którymi zaprzyjaźniłam się. Przyjęli mnie bardzo serdecznie. A teraz ruszamy w dalszą drogę. Znowu zmienia się atmosfera, krajobrazy.


26.09.00

Już w Warszawie. Przez całą drogę zaczytywałam się książką Mały książę Samopoczucie mam złe, ale lepiej nie pisać o tym. Jest jasny, piękny dzień, świeci słońce. Smutno mi, ale to przejdzie. Tyle jeszcze przede mną w Polsce, aż do powrotu do domu! Jestem silna fizycznie, ale duchowo zapadam się o byle co. Chyba to już starość, o której nie pamiętam. [...]




Autorka z grupą izraelskiej młodzieży przy pomniku Żydów na dawnym Umschlagplatz w Warszawie,   1999.


Pojutrze spotkam się z T., która pracuje od lat w Gdańsku w Telefonie Zaufania. Przyjedzie akurat na konferencję do Warszawy i spotkamy się u Krysi po wyjeździe grupy, bo ja jeszcze zostanę w Polsce.

Krysia, Polka, była więźniarka polityczna Majdanka, którą poznałam na pewnym zjeździe podczas jednego z moich przyjazdów do Warszawy, zabierze mnie do siebie na Tamkę po podsumowaniu wrażeń młodzieży z tej podróży i kolacji pożegnalnej w żydowskiej restauracji. Autokar trzęsie niemożliwie i muszę przestać pisać.


* * *


Miasteczko Tykocin

Madrych powiedział nad dołem, gdzie rozstrzelano wszystkich Żydów tego miasteczka, że oni tu zginęli na "Kidusz Haszem" – za uświęcenie imienia Boga – wyrażenie z czasów hiszpańskiej inkwizycji, gdy Żydów – marranos – palono na stosach za ich religię, której nie chcieli się wyprzeć.

– "Żydzi zostali tu zamordowani wyłącznie za swe pochodzenie narodowe a nie za swą religię i Boga! Ginęli masowo w Shoah przez uświęcenie nienawiści i rasizmu przez Niemców" – dodałam od siebie pod koniec tych nawiedzonych wywodów kibucnika! Pilot nie odezwał się do mnie więcej. Młodzież i nauczycielki pozostały przyjazne.


Treblinka

Dojechaliśmy do Treblinki. Treblinka zawsze porusza we mnie największe głębie, jakby głos moich najbliższych, przyjaciół, dzieci, z którymi bawiłam się w warszawskim getcie i marzyłam z nimi by razem przeżyć te okropności, wyrywał się tu do mnie spod ziemi. Jakby niebo, powietrze i ziemia były pełne ich w każdej cząstce i wchłaniały w siebie mnie całą.

Ledwie mogę się zmieścić w tym kłębie uczuć dawnych i dzisiejszych. Pierwsze wciągają w siebie, do tych straconych, z którymi ja też miałam umrzeć – drugie odciągają do żyjących, dziwnie dalekich i obcych mi w tym miejscu. Aż chciałabym uciec od wszystkich, od siebie! Ogrom śmierci wchłania mnie, najmocniejsza w tym miejscu jest moja przynależność do zgładzonych, i ogrom łez nie dających się wypłakać, bólu, którego nic nie uciszy. Tylko rzucić się na tę ziemię, wmieszać się w te prochy spalonych. Spocząć tu w tej ciszy śmierci, do której należy mój ból, ja. Jakby jedynie śmierć była czymś rzeczywistym, a życie dręczącym wspomnieniem!

Szłam za nimi, sama. Najpierw biegłam na przedzie, jakbym musiała przyjść tu pierwsza, jakby tu było coś wyłącznie mojego, co czekało na mnie. A potem zwolniłam, odsuwałam się na koniec, byle dalej od nich wszystkich. Co raz bardziej zatapiałam się w obrazach z Wtedy, gdy słowo Treblinka było wyrokiem najstraszniejszych śmierci, ogólnej zagłady wszystkiego.

Wreszcie przysiadłam w pewnym oddaleniu od grupy na szynach-pomniku. Ledwo odparłam chęć wyciągnięcia się na ziemi pod jakimś drzewem, aby zamknąć oczy i nie widzieć nikogo, niczego nie słyszeć. Byłam straszliwie wzburzona, bardziej niż na Majdanku czy w Auschwitz, mimo że ja tutaj niczego fizycznie nie przeżyłam.




Autorka w Treblince,   1995.
(Betonowe bloki symbolizujące progi toru kolejowego są częścią pomnika 700 000 Żydów zamordowanych w Treblince.)


A oni na każdym kroku powtarzali twardo, że nie mogą "się włączyć" w tę sytuację, w te zdarzenia, wzruszać się, nie pojmują ich!... A we mnie wzmagał się ból, roznosił! Komu potrzebne jest wasze "włączenie" się w nas, w nasze spalone, stracone tu dusze?! Kim jesteście wobec potęgi Tamtych cierpień i rozpaczliwej miłości do wydzieranego życia, w waszej bezmyślnie dumnej demonstracji niezdolności wczucia się?!

Pilot udawał, że mnie nie zauważa. Był zadowolony, że siedzę cicho na uboczu. Zaczął przytaczać usłyszane kiedyś wypowiedzi starego świadka, dodając, że może weźmie go z sobą w przyszłym roku… Zadeklamował długi wiersz o lalce by pobudzić wrażliwość młodzieży poprzez los dzieci, myśląc, że tym przekaże grozę Treblinki. Wiersz był banalny, brzmiał tu jak sztuczny bełkot.

Myślałam, że oszaleję. Miałam przed oczami grozę Tamtych palących zdarzeń na krawędzi śmierci, które przeżywałam ze swymi bliskimi godzina po godzinie, dzień za dniem wokół tego imienia Treblinka, w likwidowanym warszawskim getcie w roku 1942-1943.

Ale nie poddałam się. Stanęłam wraz z młodzieżą w półkole do ceremonii przy pomniku, jak sztywny posąg. Zapalili świece – zaczęli po kolei czytać wiersze pod kierownictwem jednej z nauczycielek. Dwa były moje, trzeci przetłumaczony przeze mnie. I nagle ta nauczycielka odezwała się pytająco, że "ciężko jest być w takim miejscu jak Treblinka, a ty, Halino, na pewno odczuwasz to bardziej, bo tutaj zabili Twojego ojca?…"

Z tłumionym płaczem odpowiedziałam cicho, że tu jest mój ojciec i niemal cała rodzina, wszystkie wspomnienia i obrazy życia z lat normalnego dzieciństwa i jego końca tutaj, z Zagłady. Przeprosiłam za te łzy i podziękowałam im, że byli ze mną u mojej matki na Majdanku, u brata i bratowej w Oświęcimiu, a teraz przyszli ze mną do mojego ojca do Treblinki. Przypomniałam ojca; jak nudziłam go ciągle o 10 groszy na loda, a on mówił, że nie ma, bo bał się, że przejdę sama przez jezdnię i wpadnę pod tramwaj... A ja nie ustępowałam i upierałam się, żeby mi pokazał portmonetkę, a ojciec udawał zagrożenie, że już przyszedł do niego komornik...

Miałam wrażenie, że tu w Treblince widzę przed sobą twarz ojca, jego żartobliwy uśmiech z domu na Nowiniarskiej. I nic więcej. Bolało to tak strasznie, jakbym wyrywała coś z moich trzewi.

Zamarli wprost wszyscy. Chyba w tej chwili też widzieli jego twarz i uśmiech. Z mojej twarzy. Spod tej ziemi. Pojęli gdzie się znajdują, czym tu oddychają, po czym tu depczą. "Włączyło" ich! To stało się ich najsilniejszym doznaniem.


* * *


Pod wieczór pojechaliśmy do Warszawy, do żydowskiej restauracji. Przed pożegnalną kolacją usiedliśmy wszyscy kręgiem, by podsumować wrażenia podróży. Z początku nikt się nie odzywał. Nauczycielka w ciąży pobudziła otwarcie się młodzieży przez pewnego rodzaju hipnozę. Kazała im zamknąć oczy w milczeniu, ścisnąć dłonie, oddychać głęboko, odprężyć się. Aż jeden po drugim zaczęli się wypowiadać...

Resztki życzliwości pilota do mnie rozpadały się po każdej kolejnej ich wypowiedzi, że wszystko Halina, Halina... cały sens podróży, zrozumienie dopiero tam, w Treblince... Rozumiem go, ale, co ja w tym zawiniałam?

Młodzież i nauczycielki żegnały się ze mną z największą serdecznością i wzruszeniem Chłopcy pytali czy mogą mnie pocałować... Oni, ci twardzi, niesentymentalni z kibucu!... Fotografowali się jeszcze ze mną, po raz nie wiem który, przed wejściem do autokaru i odjazdem na lotnisko. Krysia przypatrywała się temu z uśmiechem – czekała, aby mnie zabrać taksówką do swojego domu, ale przedtem przedstawiłam ją całej grupie. Niech poznają moich polskich przyjaciół, niech zobaczą!




Autorka w mieszkaniu polskich przyjaciół,   2000.
(fot.   Lidia Foryciarz)



* * *


Pilota – madrycha – znowu spotkałam przypadkowo po kilku miesiącach w Oświęcimiu. Objął mnie serdecznie i uścisnął, przedstawił z dumą swej młodzieży. Byli ogromnie wzruszeni, bo znali mnie już z jego opowieści, w ciągu całej niemal trasy czytał im fragmenty mojej książki. Zaprosił mnie przy tej okazji do następnej, wspólnej podróży w przyszłym roku, także w imieniu dyrektora owej okręgowej szkoły, po reakcjach młodzieży... Jednak!




Teksty Haliny Birenbaum zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje