
W ponizej publikowanym tekscie opuszczone zostaly pewne zbyt osobiste fragmenty, nie dotyczace bezposrednio tej podrozy.
Wiekszosc zamieszczonych tu zdjec pochodzi z wczesniejszej, podobnej mojej podrozy, z inna grupa izraelskiej mlodziezy w roku 1999. (HB)
Z pamietnikow
Z MOJEJ PODROZY NA LITWE I DO POLSKI
19. 09. 2000 – 26. 09. 2000
HALINA BIRENBAUM
- 18.9.00, godz. 23:30
Pisze w samolocie do Wilna. Znowu z grupa mlodziezy izraelskiej z klas maturalnych szkoly okregowej z tych samych kibucow, co przed rokiem. Takze ten sam pilot grupy, ale jego poglady polityczne i zachowanie sie sa juz inne. [...]
A ja jak zawsze jestem soba i ze swa prawda, przewaznie najbardziej nieoplacalna, i dobrze mi z tym, bo taka wlasnie droge sobie obralam. Mlodziez i nauczycielki sa mile do mnie, choc jeszcze nie znany sie prawie. Jest tak juz od naszego spotkania w kibucu przed wyruszeniem w te podroz, na ktorym byli tez ich rodzice. Ponoc ujelam ich od pierwszych slow mojej reprezentacji. Jedna matka odezwala sie do sasiadki po moim wystapieniu, ze ona chetnie tez by pojechala do Polski z Halina…
W ciagu ostatniego roku w ramach przygotowania do tej podrozy mlodziez przechodzila rozne przeszkolenia na temat historii, antysemityzmu i Shoah. Sluchali referatow w Yad Vashem, Lohamey Hagetaot, w szkole, ale wyglada na to, ze chyba dopiero ode mnie uslyszeli cos zywego, co wzbudzilo w nich skupienie i niezwykle zainteresowanie. Chwale sie glupio, ale czulo sie na sali, ze tak na prawde bylo – ta wielka cisza, gdy mowilam! Przepelnila mnie od niej swiadomosc wlasnej sily i niesamowitego sensu zycia. Smieszne, ze teraz jeszcze…
15 wrzesnia skonczylam 71 lat – a 7 wrzesnia Henryk i ja swietowalismy z synami i wnukami piedziesieciolecie naszego slubu z Henrykiem – zlote wesele!...
Synowie zaprosili nas do restauracji, przyniesli 50 czerwonych roz! Najlepsze jednak i najbardziej wzruszajace byly karty z zyczeniami i to, co oni i nasze wnuki tam napisali. Dostalam tez kwiaty od mej pierwszej powojennej przyjaciolki w Berlinie. Marianna co roku przysyla mi kwiaty w dzien moich urodzin. Stalo sie to wprost symboliczne.
Dawno nie pisalam w pamietnikach, byla jakas blokada we mnie. Musialam odpisywac na wiele listow. Spisalam tez historie ocalenia mojej przyjaciolki i jej matki w Shoah dzieki poswieceniu sie z narazeniem zycia rodziny ukrainsko-polskiej. Opis ten byl konieczny dla otrzymania odznaczenia i materialnego wsparcia dla potomkow wybawcow na Ukrainie przyznawanego przez Yad Vashem. Napisalam te historie po polsku i przetlumaczylam zaraz na hebrajski dla izraelskiej rodziny Zosi. Yad Vashem poprosil o obie wersje...
Pracowalam nad tymi wspomnieniami bardzo intensywnie w ciagu kilku dni. Weszlam w te przezycia, jak w swoje wlasne. Zosia byla mi ogromnie wdzieczna i wzruszona, ze tak doglebnie odebralam i odtworzylam jej opowiesc. Czulam satysfakcje z tego, ale i pewien zal, ze poswiecam tyle czasu na opisy zdarzen z zycia innych ludzi, a nie notuje wlasnych biezacych...
Ciagle tez jestem zdumiona, gdy udaje mi sie cos dobrze napisac, jakby to bylo nowym odkryciem, po raz pierwszy w zyciu… Ale chyba kazdy nowy utwor jest pierwszy w zyciu! I kazdy kolejny moj ustny przekaz podobnie.
Nie pisalam od powrotu z tegorocznej lipcowej podrozy do Polski i Czech. Wiele czasu zabralo mi tlumaczenie na polski listow od mlodziezy izraelskiej, ktorej opowiadalam o latach Zaglady. Wyrazili w nich tak wiele uznania, zrozumienia, tyle wspanialych uczuc! W ich okresleniach znalazlam siebie inna niz ta, na ktora patrze wlasnymi oczami lub oczami tych, ktorzy lubia mnie ponizac. Te listy to moje skarby. Mam ich bardzo wiele od sluchaczy i czytelnikow z roznych krajow, w rozmaitych jezykach. Mozna by wydac z nich ksiazke i wiele sie z nich nauczyc.
Jest juz 1:00 nad ranem. Wyladujemy w Wilnie chyba okolo 4:00. Mlodziez pytala mnie, czy tam, to znaczy w legendarnym Wilnie, naprawde bedzie chlodno? Wyruszylismy z Tel Avivu podczas wielkiego Hamsynu (upal i wiatry z pustyni).
[...]
Mam zaleglosci w pisaniu, jak juz wpomnialam. Nie opisalam dokladnie lipcowej podrozy, a bylismy z Henrykiem i naszym polskim przyjacielem, ks. Piotrem Wrona (jego autem) w tylu pieknych miejscach w Polsce i Czechach. Teraz juz nie czuje tamtej atmosfery. Nowe podroze oddalily nieco wrazenia piekna Kazimierza Dolnego, milych dni w Kuncewiczowce, swietnych spacerow po Krakowie; cudowna Prage, stare, opustoszale ale piekne miasteczko Litomierzyce, gdzie zatrzymalismy sie w hotelu we trojke w poblizu Terezina – cudowne widoki i krajobrazy w tych miastach i po drodze. Dzis wydaje mi sie to wszystko bajka, uluda. I jakbym ja tez byla tylko zluda w moich nieustannych wloczegach po swiecie i w osobistych przeistoczeniach...
Odezwali sie nagle do mnie z Yad Vashem. W dziale edukacji doszli do wniosku, ze mlodziez najchetniej slucha moich opowiesci z lat Shoah. Na poczatku wrzesnia, tuz przed ta podroza, nagrali ze mna pilnie trzygodzinne video, z ktorego zmontowali polgodzinny film dla wedrownego programu przeszkolen, ktore przeprowadzaja zolnierki-nauczycielki w calym kraju z klasami pietnastolatkow.
Nieznajome nauczycielki napisaly mi z uznaniem i podziwem, ze uczniowie ogladaja to video w absolutnej ciszy i wzruszeniu, ktore odrywa ich od wszystkiego, co dzieje sie w tym czasie w szkole wokol nich czy na pauzach, pobudza ich do myslenia, dyskusji i glebokiego zainteresowania tematem Shoah oraz moimi dalszymi losami.
Po pewnym czasie dostalam z Yad Vashem to nagranie (musialam sie dlugo upominac...). Na poczatku wzdragalam sie przed obejrzeniem go. Wydawalo mi sie, ze wyjatkowo zle tam mowilam, ze wygladam okropnie ze swymi zmarszczkami.
[...]
W koncu jednak obejrzalam to nagranie. Nieoczekiwanie przynioslo mi poczucie jakiegos zwyciestwa. Trudno mi bylo uwierzyc, ze ta cala opowiesc, to wszystko wyszlo ze mnie, i ze Yad Vashem podaje dzis w swych programach pedagogicznych w szkolach moja opowiesc wraz z moja krytyka na brak zrozumienia i zniewagi ze strony spoleczenstwa izraelskiego, gdy po Shoah przyjechalismy do Izraela.
Okazalo sie tez, ze sie mylilam co do jakosci tego przekazu. Nawet tych zmarszczek nie widac wcale tak bardzo... Wrecz dobrze bylo popatrzec na swa twarz na ekranie, a zwlaszcza, gdy podnosilam oczy (przewaznie patrzalam w dol, by nie widziec sluchaczek, ktore notowaly przez caly czas) i usmiechalam sie.
Uswiadomilam sobie, mimowolne istnienie tego lagodnego usmiechu, gdy mowie o okropnosciach lat Zaglady. Stalo sie to jakims niespodziewanym pocieszeniem dla mnie i wiekszym osmieleniem. Dotychczas raczej znalam swe lzy i o nich pisalam najczesciej. Bede miala do czego wrocic teraz; gdy nawiedza mnie zle mysli o sobie – wspomne swoj usmiech z kasety Yad Vashem... W kazdym razie, przynajmniej tyle na pewno wygralam.
W ciagu lat ignorowali nas, a mnie tym bardziej, bo na dodatek odwazylam sie opublikowac takze prawde o zydowskich policjantach w Getcie Warszawskim, i to jeszcze w Polsce, w polskim wydawnictwie, w kraju komunistycznym!… Dzis ci sami ludzie goraco polecaja moja ksiazke!...
Ale musze wreszcie pisac o obecnej podrozy, o ludziach, z ktorymi tu jestem, o miejscach, ktore bedziemy zwiedzac. W domu zrobilam wszystko przed wyjazdem: ugotowalam, upieklam ciasta, posprzatalam, wypralam i wyprasowalam bielizne. Niemal w ostatniej chwili zdazylam jeszcze napisac kilka listow. A teraz znalazlam czas w tym samolocie na zalegle notatki, by zwrocic i ten dlug wobec siebie i innych. Jak to dobrze, ze moge jeszcze tyle rzeczy wykonac!
Samolot trzesie, jest godz. 2:00 nad ranem. W tym miejscu koncze na dzis pisanie. Kilkakrotnie przeszla mi przez glowe mysl, by napisac wiersz o pewnym doznaniu, ale nie zrobilam tego, i mysl umknela. A zgasle iskierki nie zawsze zapalaja sie ponownie!
* * *
- 19.09.00
... koncze te notatke z lipca juz w autokarze w Wilnie, po dwoch godzinach snu, po rozmowie telefonicznej z mezem. Jest 8:30, wschodzi szary, bezsloneczny dzien, zimno bardzo po tym piekielnym upale, z ktorego wyjechalismy wczoraj z Izraela. Mlodziez szczeka zebami, marzyla o niewiarygodnym chlodzie na swiecie, a teraz trzesie sie z zimna.
Na mysl o przyjezdzie za kilka dni do Polski powtarzam zdanie z jednego ze swych dawnych wierszy Moja polska zima: "cos tak bardzo cieszy w duszy, cos tak bardzo smuci..."
Chcialabym spac, ale nie udaje mi sie zasnac z napiecia i niepokoju. Nigdy nie wiem wszakze, co mnie czeka na koncu przedsiewzietych podrozy, choc moi przyjaciele tam mnie oczekuja, ciesza sie moim przyjazdem i okazuja mi wiele serdecznosci.
* * *
- 19.09.00, godz. 9:20
Pisze teraz w Wilnie w tym samym zeszycie, bo zostalo w nim wiele pustych kartek po podrozy lipcowej. Nie bylo wtedy mozliwosci ani czasu na pisanie, teraz wykorzystuje i miejsce i czas.
Bylismy w kosciele sw. Piotra i Pawla. Pilotka litewska mowi po angielsku o historii Wilna, o okolicach, po ktorych przjezdzamy autokarem. Mijamy Katedre, Kosciol sw. Michala, pomnik Mickiewicza. Twierdza na pagorkach, Kosciol sw. Anny, w ktorym ponoc gromadzili sie przeciwnicy ustroju komunistycznego. Rzeka Wilia.
Piekna panorama Starego Miasta, katolickie koscioly, Matka Boska Ostrobramska; ruskie cerkwie prawoslawne; okolo stu synagog; getto wilenskie z jego starymi, waskimi uliczkami, pomnik Geno z Wilna – "Geniusza z Wilna".
Dlugi przejazd przez miasto przy niezbyt zrozumialych ani ciekawych objasnieniach pilotki, ktorych zmeczona mlodziez prawie nie slucha. Plytkie, niepelne objasnienia o wyraznie nacjonalistycznym nastawieniu, zwlaszcza, gdy mowa o Mickiewiczu, o zwyciestwie pod Grunwaldem – wedlug niej wszystkie slawy sa wylacznie litewskie...
Jedziemy do twierdzy Troki, a potem do Kowna. Ogromne jezioro, starodawne dobrze utrzymane chatki, drzewa w zlotych kolorach jesieni. Wychodzimy z autokaru, jest tu tak pieknie! Nasz izraelski pilot (madrych), opowiada o zyciu Zydow w przedwojennym Wilnie. Sam pochodzi z Marokka, ale jako dziecko przyjechal z rodzicami do Izraela i wychowal sie w kibucu.
Na dworze szaro, zimno. Nasza mlodziez marznie – ja czuje sie swietnie w tym klimacie, rzesko. Wszak w takim urodzilam sie i wychowalam w Warszawie!
Zwiedzilismy zamek ksiecia Witolda. Historia sprzed wiekow w glebokim snie przeszlosci teraz – dawna potega absolutnych, brutalnych wladcow w ciszy ich przebrzmialej swietnosci i bogactw, w milczeniu smierci i odglosie krokow zwiedzajacych te odremontowane ruiny. Godzina 14:00, a ciemno, jak u nas w Izraelu o 18:00.
Szlam po drewnianym mostku nad jeziorem Troki i w tym ponurym tle rozmyslalam o moich osobistych rozterkach.
[...]
Pisze, trzymajac zeszyt na kolanach, autokar bardzo trzesie. Ciekawe, jak w dalszej drodze uloza sie moje stosunki z ta mlodzieza? Jak odbiora moja opowiesc? Jak tym razem przyjma mnie przyjaciele w Polsce, w Oswiecimiu? Znam odpowiedz, ale zawsze boje sie niespodzianek... Jednak dobrze, ze pojechalam. A o malo nie zrezygnowalam z roznych powodow. Byloby to jednak niemala przykroscia dla wielu i strata dla tej mlodziezy, jak sie niebawem okazalo.
- godz. 16:45
Tutaj juz niemal wieczor. Jest mi smutno. Litewska przewodniczka kilka razy mowila o mlodych patriotach litewskich, bohaterach, ktorzy podpalili sie na znak protestu przeciwko wladzy sowieckiej. Zapytalam ja, czy moze cos opowiedziec rowniez o patriotach-bohaterach, ktorzy sie podpalili na znak protestu przeciw wladzy hitlerowskiej?
Odpowiedziala zimno, ze nie rozumie mojego pytania. Powtorzylam po rosyjsku. A ona na to, juz z wsciekloscia, ze hitlerowcy palili ludzi i nic na to nie mozna bylo poradzic, a Rosjanie robili to samo, co Niemcy. Dalam przyklad powstania w getcie warszawskim i znow zapytalam, ze jesli obydwie wladze byly jednakowo brutalne, moze poda jakiegos bohatera, ktory protestowal tez przeciw Niemcom? Odkrzyknela, ze nie ma takiego.
[...]
- 20.09.00, godz 8:00 rano, w autokarze
Wyjazd z hotelu Neris w Kownie. Szaro, ciemnawo na dworze. Jeszcze Kowno. [...] Dojechalismy do Siodmego Fortu. Stad zagnali wszystkich Zydow Kowna do Dziewiatego Fortu na rozstrzelanie.
Litewska pilotka unika mnie. Nie zeszla tutaj z nami z autokaru, starala sie opowiadac o kobietach litewskich, ktore przekradly sie tutaj do kolumn Zydow wyprowadzanych na smierc, by wziac male dzieci od zydowskich matek i uratowac je.
Madrych pokazal tutaj przywiezione z soba obrazy na wielkich plakatach, na ktorych widac tlumy Litwinow wiwatujacych na czesc wkraczajacych do Kowna wojsk niemieckich i znecajacych sie nad Zydami. Zrozumialam zlosc na mnie tej pilotki.
[...]
* * *
Jedziemy do miejsca kazni w Dziewiatym Forcie. Przejezdzamy obok nedznych, drewnianych chatek. Przed wojna mieszkala w nich biedota zydowska, a potem nalezaly do getta i wszystkich bez wyjatku Zydow Niemcy zagnali tutaj, by ich obrabowac, zameczyc, zabic.Dzis juz jest "dzien" tematu Shoah, wedlug fachowego okreslenia madrycha. Dlatego wczoraj nie wolno bylo mi pytac pilotke litewska o protesty litewskich patriotow przeciwko zabijaniu Zydow. Nie jest teraz tak zimno, ale szaro. Potem wrocimy do Wilna sladami Shoah (porzednio byl objazd turystyczny...). I do hotelu Litunia. Co noc inny hotel, mozna oszalec!
[...]
Nie zanotowalam, ze w Kownie na granicy getta znajdowal sie budynek, w ktorym miescil sie litewski sierociniec. Ukryto tam kilkoro zydowskich dzieci. Budynek ten stoi tam do dzis.
* * *
- 21.09.00, godz. 10:00, juz w Polsce
Przejechalismy granice – Litwa juz za nami. Piekny sloneczny dzien, droga wsrod lasow i jezior. Trudno wprost oderwac oczy od tych pieknych widokow i pisac. Przenika mnie radosc z niczego, od samej jasnosci i piekna natury. Bywaja na szczescie i takie chwile. Mimo wszystko.
Wczoraj w Dziewiatym Forcie tez bylo tak slonecznie, na drodze, ktora szlismy, powiewal przyjemny wiaterek. Szlam sama za grupa, szybko w pewnym oddaleniu. Bylo mi tam konieczne to oderwanie sie od wszystkich – w siebie.
Zwykle, gdy docieramy do miejsc, w ktorych dokonano najstraszniejszych masakr, przyroda ukazuje sie nam w najpiekniejszych kolorach i blaskach... Jakby chciala otulic soba i zakryc dokonane tu okropnosci, dowiesc, ze swiat jest piekny, przestronny, wspanialy w swej harmonii i ciszy. Zluda zdradziecka absolutnego piekna ponad morzem krwi i mordow i cierpien! Tak latwo sie jej poddac, uwierzyc...
Chcialabym tyle jeszcze zanotowac, potem bede zbyt zajeta i zmeczona, ale jest tu niewygodnie. Mielismy przystanek, mozna bylo przejsc sie nieco na swiezym powietrzu, na sloncu. Odganialam, "z rozwaga" wyuczona z pewnej ksiazki, moje przygnebiajace mysli, obrazy, dociekania daremne. Pomaga to jakos wrocic do rownowagi.
Czuje sie teraz swobodnie wsrod tej mlodziezy, choc niewiele jeszcze rozmawiam z nimi. Wszystko zacznie sie tak naprawde jutro na Majdanku, gdzie w komorze gazowej opowiem im o przebytej tam nocy w oczekiwaniu swej smierci; o drodze z Umschlagplatzu w Warszawie do tego obozu zaglady, w przepelnionych do niemozliwosci wagonach bydlecych, w ktorych dusilismy sie i tratowali jedni drugich na smierc... O piekle zwanym Majdanek.
W miedzyczasie udalo mi sie uzgodnic spotkanie na Majdanku miedzy nasza grupa a mlodzieza szkolna z Lublina, z ktora spotkalam sie w zeszlym roku. Nie bylo to latwe, ale w koncu nasz pilot zgodzil sie na to spotkanie, jednak przez bardzo ograniczony czas i z ograniczona liczba polskich uczestnikow. Boja sie wrogosci ze strony Polakow.
Mlodziez pytala mnie czy to nie bedzie niebezpieczne? Wszak wciaz ostrzegaja ich przed ewentualnymi atakami, mowia o odwiecznym antysemityzmie w Polsce, o nienawisci do Zydow. Nareszcie beda mieli okazje zobaczyc cos innego, zapoznac sie z przyjazna mlodzieza polska. Tamci przygotowuja sie i ciesza na to spotkanie.
Z samego rana, po przejsciu granicy z Litwa, zdazylam porozumiec sie telefonicznie w tej sprawie z dyrektorem Muzeum na Majdanku i ustalic wszystkie szczegoly. Tak sie ciesze z tego! Dzwonilam tez do Oswiecimia, do Basi. Znow wszystko jest tak blisko! Polska!
Nieustannie swieci slonce, cieplo az usypia. Dzis wstalismy o 3:30 rano, a o 4:00 juz wyruszylismy w droge. Pisze dalej w autokarze.
Nie chcialo mi sie z poczatku pisac – byl jakis blok we mnie, ale przemoglam sie. Zaczelam jednak od tego, co we mnie, a nie o wczorajszych wrazeniach z Dziewiatego Fortu w Kownie i z miejsca kazni w Ponarach. Musze to koniecznie opisac, ale teraz jeszcze nie moge...
- Bialystok, 21.09.00, godz. 13:15
Jedlismy w restauracji McDonald, a teraz jedziemy do Lublina. Oprocz centrum miasta nie widzielismy tutaj niczego, a szkoda, po tylu godzinach jazdy z Wilna!... Chce powrocic do wczorajszych wrazen, ktorych nie zanotowalam. Postanowilam tym razem wszystko zapisywac na miejscu, nie odkladac do powrotu do domu. Ale trudno mi utrzymac dyscypline chronologii... W Wilnie wczoraj byl wedlug planu "dzien Shoah". (I znowu jestem zlosliwa!)
* * *
Przedtem, jak juz wspomnialam, bylismy w Dziewiatym Forcie w Kownie. Wysluchalismy wyjasnien na podworku tej starej fortecy, gdzie Wtedy rozstrzeliwano Zydow z kowenskiego getta. Ich zwloki wrzucano do ogromnego dolu i tam spalano. Robili to z poczatku jency rosyjscy, a potem sami Zydzi, wiezieni i meczeni w celach fortecy. Garstce wiezniow udalo sie zbiec, ale tylko bardzo nieliczni sposrod nich ocalali.Ktos sposrod mlodziezy zauwazyl troche drwiaco, ze to wiezienie jest absurdalne...
Nie miesci sie w glowie ten ogrom grozy w tak niewinnie wygladajacym miejscu, w tym lagodnym wystroju przyrody, jasnym, slonecznym – blogiej ciszy wokolo, w zieleni. Mowi sie tez na ogol o tych zdarzeniach, jakby dzialy sie one byly w czasach prehistorycznych... Bez uczuc, bez proby zrozumienia rozpaczliwej bezradnosci wobec przemocy morderczych bestialstw.
Mimo woli zaczelam sie zastanawiac, czy ja nie robie zle wzbudzajac tyle emocji, wyciskajac lzy? Moze przesadzam z moimi dramatycznymi przekazami z Wtedy? W Izraelu, przez dlugi czas zarzucano mi to na kazdym kroku, z politowaniem twierdzono, ze ja nie wyzwolilam sie z obsesji Holocaustu... Ale tamtych wydarzen nie wolno, nie da sie zapomniec!
Zaczelam o Wilnie, o Ponarach a znow wyladowalam na sobie... Nie jest to chyba przypadkiem – jestem ich nieodlaczna czastka, jeszcze zyjaca.
Chodzilismy po waskich, schludnych dzis uliczkach, w obrebie ktorych znajdowalo sie pieklo wilenskiego getta. Pilot opowiadal o tym ciekawie, ale wieksze przejecie i ozywienie wzbudzaly w mlodziezy poszukiwania ulic i domow, w ktorych przed wojna (a niekiedy i po wojnie) urodzili sie lub zyli ich dziadkowie, krewni.
Zabytki-pamiatki kwitnacego tu niegdys, do wojny, zydowskiego zycia w pieknym Wilnie – tej "zydowskiej Jerozolimie", gimnazjum hebrajskie, szpital, synagogi, cmentarz... I slady Zaglady, cisza straszna po zgladzonych...
Przed budynkiem szpitala pilot pozwolil mi opowiedziec pewne przezycie mojej kolezanki, Lusi, tutaj Wtedy, ktore kiedys spisalam. Morderczy esesman Kittel, komendant getta w Wilnie, nagle ukazal sie w drzwiach sali, w ktorej Lusia lezala po operacji, z niecierpliwoscia oczekujac przyjscia matki, ktora w tej godzinie zwykle ja odwiedzala.
Na widok Kittela ogarnelo ja nagle, niepojete uczucie nienawisci do niego. Nie bylo to bezpodstawne, jak sie okazalo niebawem. Tego dnia wlasnie Kittel kazal ujac i zastrzelic kilkudziesieciu Zydow z getta wilenskiego za ucieczke jednego robotnika do partyzanow do lasu. Wsrod nich cala rodzine Lusi, matke, ojca i braci!
Czesc mlodziezy siedziala na trotuarze po drugiej stronie uliczki podczas objasnien pilota, ale natychmiast sie zerwali wszyscy, gdy zaczelam opowiadac i okrazyli mnie ciasnym kragiem. Wzruszylo mnie i zazenowalo to ich zainteresowanie.
* * *
Tablice upamietniajacymi 70 000 Zydow zamordowanych w Ponarach, 1999.
Padal deszcz gdy doszlismy do dolow w Ponarach, okrazonych gaszczem zielonych, swiezoscia pachnacych drzew. Niemcy rozstrzelali tu 100 000 ludzi, w tym 70 000 Zydow!W milczeniu stanelismy nad tymi masowymi grobami. Pilot podawal statystyczne dane zdarzen, mlodziez stloczyla sie pod parasolami. Nalozyli biale flanelowe bluzki z hebrajskimi napisami i gwiazdami Dawida, przygotowywali sie po cichu do swych rol w deklamacjach i spiewie podczas odprawianej w takich miejscach ceremonii.
Autorka z grupa izraelskiej mlodziezy w Ponarach, 2000.
Tamto bylo dawno, dawno... Nie dotyczy ich ani ich bliskich. A wyobraznia jest zbyt biedna wobec grozy o takich rozmiarach. Inaczej moze nie byliby w ogole w stanie przyjechac do tych miejsc?...Litewska pilotka byla z nami (Ponary to rowniez zabytek "turystyczny" – historyczny...). Znalazla przypadkowo w tym lesie jakis rzadki trujacy grzyb i objasniala dziewczetom jego wlasciwosci. Nieopodal tych dolow...
Pociagi wypelnione zwozonymi tutaj na smierc Zydami docieraly niemal do samego lasu. Do dzis widac te kolejowe tory, szyny. Niemcy wyganiali ludzi z wagonow i pedzili do tego lasu, rozkazywali rozbierac sie do naga, a potem schodzic do dolow z nizszej strony, aby za nimi i nad nimi zostawalo miejsce dla nastepnych, i nastepnych...
Nikt nie mogl uciec od tej grozy, malo kto probowal, los wszystkich byl przesadzony. Slyszeli strzaly, wiedzieli i widzieli, co ich czeka. Stali nad swym grobem i musieli do konca wykonywac rozkazy niemieckich moreercow. W takim pieknym, cichym lesie? – mlodziez nie mogla tego pojac.
Patrzylam na te doly, las i szyny w oslupieniu, mimo, ze dawno juz i nie jeden raz slyszalam o tym wszytkim. Pamietam z wlasnego doswiadczenia te uczucia z przedostatnich chwil zycia... Chcialam opowiedziec o tym, ale tu mowil tylko pilot. Wszystko, lacznie z deklamacjami i piesniami zostalo z gory uplanowane. Jednak w drodze z tego lasu do autokaru znalazlam moment by zmienic "sucha" statystyke w wstrzasajace ludzkie doznanie.
Wtedy, o krok od smierci, czulam, ze juz nie naleze do tego swiata, ze jestem ponad nim, u kresu wszystkiego. Slyszec i wykonac jakis rozkaz znaczylo zrobic jeszcze jakis krok tutaj na ziemi, jeszcze zyc, choc juz w oderwaniu od wszystkiego ziemskiego, w nieodwracalnym przeniesieniu w potege wiecznosci.
Jak nigdy dotad, niczego juz nie bylo procz tych ostatnich chwil i swiadomosci wlasnego czlowieczenstwa na moment przed odejsciem w wiecznosc, w absolutnej nagosci miedzy otwartym dolem pelnym martwych cial, a nastepna kula esesmana. Z tym sie odchodzilo, okrywajac tym czlowieczenstwem wszelka nagosc, strach, rozpacz – oczy dziecka przed widokiem strzelajacego esesmana. W wiecznosc, ktora wchlania w siebie wszystko.
Posluszenstwo rozkazom w obliczu smierci nie bylo tchorzostwem czy upokorzeniem, a rozpaczliwa sila naglego dojrzania do nieuniknionego losu, przerosniecia go i samego siebie w przyjeciu tego, czego nie mozna bylo uniknac. Smierci.
To czulam w takich ostatecznych chwilach w Warszawie, na Majdanku, w Auschwitz, w Marszu Smierci, blyskawicznie przenikajac Niepojete!
* * *
- Dochodzi godz. 16:00, jeszcze ciagle w autokarze
Slonce oprowadza nas dalej. Jestem wprost zamroczona swym pisaniem. Nie moge sie dzis oderwac od tego zeszytu, co mi sie od dawna nie zdarzalo. Ile we mnie tych doznan i refleksji, gdzie ja od tego uciekne raz na zawsze?! Chyba w smierc, o ktorej tyle pisze, i mysle ostatnio bez leku, nie wiem dlaczego. Jakbym juz czekala na nia.
Ah, pisze glupstwa, ale to jest prawda. Zyje tak intensywnie, a jest we mnie smierc, mieszka sobie we mnie i czeka... Obie czekamy na siebie juz tyle lat!
Jednak, jaki to dar, ze jestem jeszcze zdrowa, sprawna; chodze, slysze dobrze, widze dobrze, pamietam, i nawet wygladam wciaz niezle; usmiecham sie i moj glos nadal nie zatraca swego mocnego dzwieku! Radze sobie w kilku jezykach z przekazem tych wspomnien, pracuje wiecej niz przed laty, gdy bylam mloda. Nie wiem, jak sie to dzieje, po takich przezyciach i przy moich wrazliwosciach? Mimo woli robie obrachunek swego zycia – a tyle moze przede mna!
- 22.09.00, godz. 16:40, w drodze do Tarnowa
Wczoraj byl taki dlugi dzien! Zwiedzalismy jeszybot w Lublinie i stary cmentarz zydowski. Bylam zmeczona. [...] Wszystko sie dluzy z dala od domu – odleglosc, czas. Mnozy sie bagaz moich doswiadczen i doznan!
* * *
Na Majdanku bylo wszystko ze mna, jak zawsze, a moze jeszcze lepiej. Zadne chmury nie zmniejszaja sily moich przekazow, gdy wchodze w to najlepsze, co jest we mnie. A ono jest w tych wspomnieniach walki o zycie, o swych najblizszych.Spotkanie z mlodzieza polska i dyrekcja Muzeum wypadlo swietnie. Powitali nas z pieknymi kwiatami, towarzyszyli nam w zwiedzaniu obozu, ja tlumaczylam z polskiego na hebrajski i na odwrot. Moje opowiadanie w komorze gazowej bylo ogromnym wstrzasem dla wszystkich. Mlodziez sluchala mnie w napieciu siedzac na podlodze i plakala. Mlodziez polska czytala chyba z mojej twarzy, bo plakala rowniez, mimo, ze mowilam po hebrajsku.
Autorka opowiadajaca w komorze gazowej na Majdanku,
w ktorej spedzila noc w roku 1943, 1999.
Polscy uczniowie i ich wychowawcy oraz niektorzy pracownicy Muzeum uczestniczyli w akademii przy Mauzoleum a potem wymienili autografy z nasza mlodzieza, a takze drobne pamiatki – ku zdumieniu Izraelczykow.Zwiedzanie Majdanka trwalo pol dnia, potem pojechalismy do Zamoscia, zwiedzilismy tam Rynek a teraz jestesmy w drodze do Tarnowa, gdzie bedziemy mieli nocleg i Oneg Shabbat, wieczor piatkowy – powitanie Szabasu.
[...]
* * *
- 23.09.00, godz. 7:30, wyjazd z Tarnowa
Pilot opowiada nam, jak pieknym miastem jest Tarnow… Nocowalismy tutaj w jakims starym hotelu i niczego nie zwiedzilismy!… Jest szaro i zimno. Z okna autokaru widac stare, piekne domy obok brzydkich, jak klatki, blokow z okresu komuny – dwa stare, olbrzymie koscioly. Wspominam ks. Piotra i jego fascynujace objasnienia o starych zabytkach. Atmosfere ciszy i wznioslosci, ktore im zwykle towarzysza.
[...]
- 23.09.00, godz. 14:00
Wracamy z wycieczki po Dunajcu.
Autorka z grupa izraelskiej mlodziezy na tratwie na Dunajcu, 1999.
Swiecilo troche slonce, bylo pieknie, choc chlodno. Siedzialam na lodce z mlodzieza, gorale wioslowali, zartowali, a ja tlumaczylam ich zarty i opowiesci na hebrajski. Mijalismy wspaniale widoki, skaly, gory. Wokolo tylko szum wody i wiosel. I spokoj. Chcialoby sie plynac tu wiecznie wraz z wlasnymi myslami i uplywajacym czasem, przygladac sie wlasnej duszy w tej ciszy i przejrzystosci wodnego zwierciadla. Inna tu perspektywa, inna wizja swiata posrod tego piekna natury. Inne samopoczucie. Wyladowalismy w Szczawnicy. Gorale podali nam tu zdjecia, ktore nam zrobili, gdy plynelismy po rzece.Jutro Oswiecim!... Dalsze doznania i przekazy przezyc, a potem "odfrune" w swe cieple strony... az do kolejnego powrotu. Ale tymczasem upajam sie pieknem Tatr w Zakopanem. Z okna mojego pokoju w hotelu Kasprowy mam cudowny widok – szczyty gor i niebo! Co za potega! I ja malenka czasteczka... Kiedys wjechalismy na Kasprowy Wierch z Henrykiem i ks. Piotrem i zeszlismy stamtad pieszo przez Hale Gasienicowa.
Jak moglo bylo zaistniec cos tak potwornego, jak Auschwitz, obok tej potegi piekna natury?!
* * *
- 24.09.00, godz. 7:30
Wyjazd z Zakopanego. Wczoraj bylo tu wspaniale! Dzis jedziemy do Oswiecimia. Do tych strasznych wspomnien, do duchow spalonych i dymu rozwianego w niebie nad Auschwitz. I do terazniejszych przyjaciol!
Bede izraelskiej mlodziezy opowiadac o moich przezyciach w "moim" bloku 27 w Auschwitz-Birkenau, przy mojej narze... Czy mogla bylam wowczas to sobie wyobrazic?! Czuje w sobie lzy i smiech na przemian, a raczej wymieszane razem. Ogrom taki w duszy, az do pekniecia. Ale tez i przyziemne odglosy codziennych problemow, ktorymi zyje na codzien za morzem, w wiecznie niespokojnym Izraelu. Gory w mgle za oknem, w drodze film Lista Schindlera w telewizorze , a ja pisze trzymajac zeszyt na kolanach w tym trzesacym autokarze.
Jestesmy zaproszeni z cala grupa (40 osob) na obiad do Centrum w Oswiecimiu. Cieply obiad w czasie naszych wedrowek po Polsce, a szczegolnie w Oswiecimiu, w Katolickim Centrum Dialogu i Modlitwy ma tutaj swoista wymowe. Bylam dumna, gdy madrych oznajmil wszystkim w autokarze o tym zaproszeniu przez przyjaciol Haliny. Po obiedzie wyjazd do Brzezinki, do "mojego" bloku...
W obozie macierzystym Auschwitz pilot nie chcial mojej obecnosci. Chyba bal sie moich uwag w tym miejscu, chcac sie popisac wiadomosciami przygotowanymi w domu i nocami w hotelach. Moglam wiec tymczasem pobyc ze swymi przyjaciolmi. Po obiedzie dotarlismy do Brzezinki w jednakowych bialych flanelowych bluzkach. Mlodziez trzymala izraelskie flagi w rekach. W bloku 27 dostalam glos, juz niepodzielnie i bez ograniczenia.
Opowiadalam im przed barakiem, a potem obok mojej pryczy. Panowal tu mrok, cisza. Mlodziez sluchala w niesamowitym skupieniu, jakby moje slowa elektryzowaly ja. Slychac bylo szloch. Siadali na podlodze jeden po drugim, wpatrzeni we mnie, oszolomieni. Ich zasluchanie przyciagalo takze przypadkowych zwiedzajacych, ktorzy, nie rozumiejac mojej hebrajskiej mowy, najwyrazniej odbierali emanujace ze mnie wzruszenie.
Autorka opowiadajaca przy swojej dawnej narze w bloku 27 w Auschwitz-Birkenau, 1999.* * *
- 26.09.00, godz. 7:40
Po dwoch dniach w Krakowie jedziemy do Kielc, Tykocina i Warszawy. Wczoraj mialam wolny dzien. Nie pojechalam z grupa do Wieliczki, nie poszlam z nimi zwiedzac miasta i robic zakupy w Sukiennicach, ani na kolacje w restauracji z folklorem. Spedzilam ten dzien u Irenki i Romka L., ktorych poznalam na promocji mojej ksiazki Kazdy odzyskany dzien w krakowskim KIKu i z ktorymi zaprzyjaznilam sie. Przyjeli mnie bardzo serdecznie. A teraz ruszamy w dalsza droge. Znowu zmienia sie atmosfera, krajobrazy.
- 26.09.00
Juz w Warszawie. Przez cala droge zaczytywalam sie ksiazka Maly ksiaze Samopoczucie mam zle, ale lepiej nie pisac o tym. Jest jasny, piekny dzien, swieci slonce. Smutno mi, ale to przejdzie. Tyle jeszcze przede mna w Polsce, az do powrotu do domu! Jestem silna fizycznie, ale duchowo zapadam sie o byle co. Chyba to juz starosc, o ktorej nie pamietam. [...]
Autorka z grupa izraelskiej mlodziezy przy pomiku Zydow na dawnym Umschlagplatz w Warszawie, 1999.
Pojutrze spotkam sie z T., ktora pracuje od lat w Gdansku w Telefonie Zaufania. Przyjedzie akurat na konferencje do Warszawy i spotkamy sie u Krysi po wyjezdzie grupy, bo ja jeszcze zostane w Polsce.Krysia, Polka, byla wiezniarka polityczna Majdanka, ktora poznalam na pewnym zjezdzie podczas jednego z moich przyjazdow do Warszawy, zabierze mnie do siebie na Tamke po podsumowaniu wrazen mlodziezy z tej podrozy i kolacji pozegnalnej w zydowskiej restauracji. Autokar trzesie niemozliwie i musze przestac pisac.
* * *
- Miasteczko Tykocin
Madrych powiedzial nad dolem, gdzie rozstrzelano wszystkich Zydow tego miasteczka, ze oni tu zgineli na "Kidusz Haszem" – za uswiecenie imienia Boga – wyrazenie z czasow hiszpanskiej inkwizycji, gdy Zydow – marranos – palono na stosach za ich religie, ktorej nie chcieli sie wyprzec.
– "Zydzi zostali tu zamordowani wylacznie za swe pochodzenie narodowe a nie za swa religie i Boga! Gineli masowo w Shoah przez uswiecenie nienawisci i rasizmu przez Niemcow" – dodalam od siebie pod koniec tych nawiedzonych wywodow kibucnika! Pilot nie odezwal sie do mnie wiecej. Mlodziez i nauczycielki pozostaly przyjazne.
- Treblinka
Dojechalismy do Treblinki. Treblinka zawsze porusza we mnie najwieksze glebie, jakby glos moich najblizszych, przyjaciol, dzieci, z ktorymi bawilam sie w warszawskim getcie i marzylam z nimi by razem przezyc te okropnosci, wyrywal sie tu do mnie spod ziemi. Jakby niebo, powietrze i ziemia byly pelne ich w kazdej czastce i wchlanialy w siebie mnie cala.
Ledwie moge sie zmiescic w tym klebie uczuc dawnych i dzisiejszych. Pierwsze wciagaja w siebie, do tych straconych, z ktorymi ja tez mialam umrzec – drugie odciagaja do zyjacych, dziwnie dalekich i obcych mi w tym miejscu. Az chcialabym uciec od wszystkich, od siebie! Ogrom smierci wchlania mnie, najmocniejsza w tym miejscu jest moja przynaleznosc do zgladzonych, i ogrom lez nie dajacych sie wyplakac, bolu, ktorego nic nie uciszy. Tylko rzucic sie na te ziemie, wmieszac sie w te prochy spalonych. Spoczac tu w tej ciszy smierci, do ktorej nalezy moj bol, ja. Jakby jedynie smierc byla czyms rzeczywistym, a zycie dreczacym wspomnieniem!
Szlam za nimi, sama. Najpierw bieglam na przodzie, jakbym musiala przyjsc tu pierwsza, jakby tu bylo cos wylacznie mojego, co czekalo na mnie. A potem zwolnilam, odsuwalam sie na koniec, byle dalej od nich wszystkich. Co raz bardziej zatapialam sie w obrazach z Wtedy, gdy slowo Treblinka bylo wyrokiem najstraszniejszych smierci, ogolnej zaglady wszystkiego.
Wreszcie przysiadlam w pewnym oddaleniu od grupy na szynach-pomniku. Ledwo odparlam chec wyciagniecia sie na ziemi pod jakims drzewem, aby zamknac oczy i nie widziec nikogo, niczego nie slyszec. Bylam straszliwie wzburzona, bardziej niz na Majdanku czy w Auschwitz, mimo ze ja tutaj niczego fizycznie nie przezylam.
Autorka w Treblince, 1995.
(Betonowe bloki symbolizujace progi toru kolejowego sa czescia pomnika 700 000 Zydow zamordowanych w Treblince.)
A oni na kazdym kroku powtarzali twardo, ze nie moga "sie wlaczyc" w te sytuacje, w te zdarzenia, wzruszac sie, nie pojmuja ich!... A we mnie wzmagal sie bol, roznosil! Komu potrzebne jest wasze "wlaczenie" sie w nas, w nasze spalone, stracone tu dusze?! Kim jestescie wobec potegi Tamtych cierpien i rozpaczliwej milosci do wydzieranego zycia, w waszej bezmyslnie dumnej demonstracji niezdolnosci wczucia sie?!Pilot udawal, ze mnie nie zauwaza. Byl zadowolony, ze siedze cicho na uboczu. Zaczal przytaczac uslyszane kiedys wypowiedzi starego swiadka, dodajac, ze moze wezmie go z soba w przyszlym roku… Zadeklamowal dlugi wiersz o lalce by pobudzic wrazliwosc mlodziezy poprzez los dzieci, myslac, ze tym przekaze groze Treblinki. Wiersz byl banalny, brzmial tu jak sztuczny belkot.
Myslalam, ze oszaleje. Mialam przed oczami groze Tamtych palacych zdarzen na krawedzi smierci, ktore przezywalam ze swymi bliskimi godzina po godzinie, dzien za dniem wokol tego imienia Treblinka, w likwidowanym warszawskim getcie w roku 1942-1943.
Ale nie poddalam sie. Stanelam wraz z mlodzieza w polkole do ceremonii przy pomniku, jak sztywny posag. Zapalili swiece – zaczeli po kolei czytac wiersze pod kierownictwem jednej z nauczycielek. Dwa byly moje, trzeci przetlumaczony przeze mnie. I nagle ta nauczycielka odezwala sie pytajaco, ze "ciezko jest byc w takim miejscu jak Treblinka, a ty, Halino, na pewno odczuwasz to bardziej, bo tutaj zabili Twojego ojca?…"
Z tlumionym placzem odpowiedzialam cicho, ze tu jest moj ojciec i niemal cala rodzina, wszystkie wspomnienia i obrazy zycia z lat normalnego dziecinstwa i jego konca tutaj, z Zaglady. Przeprosilam za te lzy i podziekowalam im, ze byli ze mna u mojej matki na Majdanku, u brata i bratowej w Oswiecimiu, a teraz przyszli ze mna do mojego ojca do Treblinki. Przypomnialam ojca; jak nudzilam go ciagle o 10 groszy na loda, a on mowil, ze nie ma, bo bal sie, ze przejde sama przez jezdnie i wpadne pod tramwaj... A ja nie ustepowalam i upieralam sie, zeby mi pokazal portmonetke, a ojciec udawal zagrozenie, ze juz przyszedl do niego komornik...
Mialam wrazenie, ze tu w Treblince widze przed soba twarz ojca, jego zartobliwy usmiech z domu na Nowiniarskiej. I nic wiecej. Bolalo to tak strasznie, jakbym wyrywala cos z moich trzewi.
Zamarli wprost wszyscy. Chyba w tej chwili tez widzieli jego twarz i usmiech. Z mojej twarzy. Spod tej ziemi. Pojeli gdzie sie znajduja, czym tu oddychaja, po czym tu depcza. "Wlaczylo" ich! To stalo sie ich najsilniejszym doznaniem.
* * *
Pod wieczor pojechalismy do Warszawy, do zydowskiej restauracji. Przed pozegnalna kolacja usiedlismy wszyscy kregiem, by podsumowac wrazenia podrozy. Z poczatku nikt sie nie odzywal. Nauczycielka w ciazy pobudzila otwarcie sie mlodziezy przez pewnego rodzaju hipnoze. Kazala im zamknac oczy w milczeniu, scisnac dlonie, oddychac gleboko, odprezyc sie. Az jeden po drugim zaczeli sie wypowiadac...Resztki zyczliwosci pilota do mnie rozpadaly sie po kazdej kolejnej ich wypowiedzi, ze wszystko Halina, Halina... caly sens podrozy, zrozumienie dopiero tam, w Treblince... Rozumiem go, ale, co ja w tym zawinialam?
Mlodziez i nauczycielki zegnaly sie ze mna z najwieksza serdecznoscia i wzruszeniem Chlopcy pytali czy moga mnie pocalowac... Oni, ci twardzi, niesentymentalni z kibucu!... Fotografowali sie jeszcze ze mna, po raz nie wiem ktory, przed wejsciem do autokaru i odjazdem na lotnisko. Krysia przypatrywala sie temu z usmiechem – czekala, aby mnie zabrac taksowka do swojego domu, ale przedtem przedstawilam ja calej grupie. Niech poznaja moich polskich przyjaciol, niech zobacza!
Autorka w mieszkaniu polskich przyjaciol, 2000.
(fot. Lidia Foryciarz)* * *
Pilota – madrycha – znowu spotkalam przypadkowo po kilku miesiacach w Oswiecimiu. Objal mnie serdecznie i uscisnal, przedstawil z duma swej mlodziezy. Byli ogromnie wzruszeni, bo znali mnie juz z jego opowiesci, w ciagu calej niemal trasy czytal im fragmenty mojej ksiazki. Zaprosil mnie przy tej okazji do nastepnej, wspolnej podrozy w przyszlym roku, takze w imieniu dyrektora owej okregowej szkoly, po reakcjach mlodziezy... Jednak!

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||