PRAGNĘ WIERZYĆ ŻE TO NIE JEST DAREMNE





HALINA BIRENBAUM



W tych dniach wróciłam z dłuższej zimowej podróży do Polski i Niemiec. Podróż ta obejmowała codzienne, intensywne spotkania z uczniami i nauczycielami w szkołach polskich i niemieckich oraz seminaryjne szkolenia polskich nauczycieli i studentów w Muzeum Pamięci Auschwitz w Oświęcimiu. Wieczorem 27 stycznia wystąpiłam na uroczystości poświęconej 59 rocznicy wyzwolenia obozu zagłady Auschwitz w radzie miejskiej niemieckiego miasta Marl (wraz z prezydentem tego miasta), które jest "Partnerstadt" z Herzliya, moim miastem w Izraelu. Uroczystość ta odbyła się pod nazwą "Das Leben als Hoffnung" ("Życie jako nadzieja"), według tytułu mojej nowej książki wydanej w Niemczech, która przy tej okazji została zaprezentowana i przyjęta z wielkim zainteresowaniem oraz jawną życzliwością przez licznych uczestników tej imprezy. Byłam tu honorowym gościem – żywym świadkiem tematu rocznicy...




Halina Birenbaum, Marl, Niemcy, 2004.


Projekt wydania tej książki pt. Das Leben als Hoffnung. Die Geschichte einer Holocaust-Überlebenden mit Texten und Bildern von deutschen Schülern ("Życie jako nadzieja – historia ocalałej z zagłady wraz z tekstami i rysunkami niemieckich uczniów"), podjęło "Dialogverlag" w Münster z ramienia Akademii w Münster, uznając moją opowieść, jak napisał w przedmowie Ernst Spranger (jeden z wydawców), "za podstawę oddźwięku głosu i historii Haliny Birenbaum, które należy przekazać młodym Niemcom, by je usłyszeli".




Okładka książki Haliny Birenbaum,   2004.


Propozycję napisania moich wspomnień w streszczonej wersji podsunął mi Manfred Deselaers, niemiecki ksiądz katolicki, autor książki Bóg a zło, którego przed laty poznałam w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu. We wrześniu 2002, po jednym z międzynarodowych zjazdów w Dni Studyjne na temat "Dialog u progu Auschwitz", na który byłam zaproszona i opowiadałam swe przeżycia z Wtedy, poprosił mnie ks. Manfred, organizator zjazdu, o piśmienny przekaz moich doświadczeń (do dziesięciu stronic!) dla zamieszczenia we wspólnej publikacji wygłoszonych na tym zjeździe referatów i dyskusji.

Mimo największych starań nie mogłam jednak podołać aż takiemu skrótowi – z ledwością zmieściłam się na 24 stronach... Ale – myślę – zawarłam w nich niemal wszystko z moich pięciu lat wojny i zagłady, wraz z moimi myślami i odczuciami w najdrobniejszych niuansach w tych niezliczonych, błyskawicznie zmieniających się, ekstremalnych sytuacjach z życia w getcie warszawskim, łapanek i wysyłki do obozów zagłady, wegetacji na krawędzi śmierci w przestrasznych obozach masowej zagłady. Sądzę, że wyraziłam to dobitnie, mocno w najbardziej skondensowanej formie, jak to zwykle opowiadam na swych spotkaniach z młodzieżą w Izraelu i innych krajach.

Nie zaglądałam do żadnych z moich wcześniej wydanych książek, pisałam wszystko od nowa, z pamięci, z obrazów, które ciągle mam przed oczyma, zakodowanych w mojej duszy. Odtwarzałam je całą sobą, z nieopisanym żarem. Pewien znajomy zakonnik z Krakowa powiedział mi, gdy to przeczytał, że ten tekst jest wprost porażający.

Wkrótce potem przetłumaczyłam te wspomnienia na hebrajski a następnie, z wielką pomocą przyjaciół, głównie Andrzeja Kobosa, Redaktora Zwojów, na angielski; oraz przyjaciółek z Paryża i Warszawy na francuski. I tak, dzięki dalszym kontaktom oraz wczuciu się w te wspomnienia, wydostało się moje Życie jako nadzieja na strony internetowe: hebrajskie www.zchor.org, polskie www.dialog.org. i polsko-angielskie www.zwoje-scrolls.com.

Tłumaczenie niemieckie tego, jak i innych tekstów zamieszczonych w książce oraz moich pamiętników Każdy odzyskany dzień (wyd. polskie Znak, 1998) wykonał bezinteresownie Helmut Pientka, nauczyciel gimnazjum im. Willy Brandta, Ślązak z pochodzenia, z którym zaprzyjaźniłam podczas jednego z moich wcześniejszych pobytów w Marl. Każdy odzyskany dzień w jego niemieckim tłumaczeniu zostanie wkrótce także wydany w Marl dzięki pomocy i inicjatywie również zaprzyjaźnionej dyrektorki gimnazjum im. Willy Brandta, Hedi Berger. W wielkiej mierze przyczyniła się ona również do opublikowania moich wspomnień Życie jako nadzieja.

Teksty i rysunki uczniów zawarte w tej książce powstały pod wrażeniem ich lektury tych wspomnień i wysłuchaniu moich ustnych przekazów na spotkaniach ze mną w szkołach. Są to wzruszające, głębokie reakcje młodych Niemców, które wzbudziły we mnie nadzieję, że przyszłość okaże się inna, niż moje doświadczenia związane z Niemcami z Wtedy. Uczniowie z dwunastu szkół uczestniczyli żywo w tym projekcie. Były wśród nich także dzieci ze szkół podstawowych. Młodsze dzieci wszędzie słuchają mnie najpilniej zadają masę pytań, przeżywają moją opowieść szczególnie intensywnie. Od takich właśnie dzieci zaczęłam swe przekazy wspomnień w roku 1966 w Izraelu.

Przed kilku laty, podobne, przypadkowo rozpoczęte znajomości w Polsce i w Niemczech, a szczególnie w Muzeum Pamięci w Oświęcimiu, doprowadziły do wznowienia rozszerzonej angielskiej wersji mojej książki Nadzieja umiera ostatnia w USA w roku 1996 oraz do wydania jej w języku japońskim na Millenium w Tokio. Zawdzięczam to wszystko ludzkiemu zrozumieniu – dobrym ludziom.


* * *


Te moje ostatnie podróże zimowe również wiążą się, jak to zwykle bywa, z przedziwnym biegiem wypadków mojego życia... Dwa lata temu pewna wirtualna korespondencja z maturzystką gimnazjum w Warstein (w pobliżu Düsseldorfu) zaprowadziła mnie na dwutygodniowy cykl spotkań w szkołach w tym mieście i okolicy. Manon, po przeczytaniu niemieckiej wersji mojej książki Die Hoffnung stirbt zuletzt ("Nadzieja umiera ostatnia") w ramach przygotowań do szkolnej podróży do Auschwitz, znalazła mój adres i napisała do mnie wzruszający list. Tak rozpoczął się mój kontakt z nią, jej rodziną, jej szkołą i z wieloma sąsiednimi szkołami.

Nauczycielka gimnazjum w Warstein, która co dwa lata organizuje wyjazdy uczniów do Oświęcimia w styczniu, w związku z przyjętym od kilku lat oficjalnie w Niemczech dniem 27 stycznia jako dnia ogólnego uczczenia daty wyzwolenia obozu i przypomnienia Holocaustu, zapytała mnie czy zgodziłabym się pojechać z nimi i opowiedzieć tam na miejscu moje przeżycia. Zgodziłam się, i właśnie w styczniu 2004 wypełniłam daną obietnicę.

Po raz pierwszy więc chodziłam po Auschwitz-Birkenau w sytuacji gdy to ja prowadziłam niemieckich uczniów i nauczycieli trasą moich, i nie tylko moich, najstraszniejszych doświadczeń. Zima – śnieg i mróz jakich dawno nie miałam okazji zobaczyć ani odczuć w ciągu lat w moim nadmorskim mieście w Izraelu.

Brnęli za mną w gęstym, bielutkim śniegu do kolan do "mojego" Baraku 27 i ponad godzinę stali tam przy -15o mrozu naprzeciw mnie, gdy oparta o "swą" narę opowiadałam im, jak ja niegdyś przeżyłam tutaj dwie zimy w marnej, w wiecznie przemokłej odzieży, zgniłych, ciężkich, obłoconych i oblodzonych drewniakach na obolałych od ran nogach, w nieopisanym głodzie przy minimalnej pajdce chleba raz dziennie i garnuszku zupy wodzianki z przerośniętych, zbutwiałych brukwi i kalarepy. I przed oczyma z widokiem pociągów na rampie zwożących tysiące Żydów do komór gazowych, z widokiem ognia z ich spalanych ciał – i góry niemal do nieba bagaży po nich, skrupulatnie sortowanych, dezynfekowanych, pakowanych w „bundy” i wywożonych do Niemiec... Opowiadałam im o wiecznym strachu, że jutro, że za chwile i mnie tam Niemcy też wrzucą do pieca, zagazowaną lub umarłą od chorób, pobicia, zagłodzenia, wycieńczenia, tak jak przede mną wrzucili setki tysięcy więźniarek mnie podobnych...

Ich śmierć wszak oglądałam tu także bezustannie, dniami i nocami, jak i te transporty na rampie za naelektryzowanymi drutami kolczastymi, które na "szczęśliwą chwilę" oddzielały nas od nich i ich natychmiastowego losu. Nasz, z góry przesądzony los był Wtedy odroczony na chwilę. Ale ci ludzie, widząc jakiś obóz i baraki i nas – dziwacznie ubrane postacie – chyba nam zazdrościli. Tak jak my łudziliśmy się byli i zazdrościli, gdy nas wlekli w nieznane po powstaniu w getcie warszawskim, by tylko małą część spośród nas wysortować i raczyć wpuścić na męki powolnej śmierci do obozu na Majdanku a nie wprost do komór gazowych i na spalenie...

Teraz przekazywałam te dzieje ludobójstwa bezpośrednio młodym Niemcom. Pogoda i "wystrój" tonących w śniegu, zastygłych w ciszy i mrozie baraków, jakby mi chciały dopomóc naturalnym odrysowaniem tła przez królową Zimę, która nie znała i nie zna litości. To spotkanie w styczniu 2004 było obustronnym, niesamowitym, wiele znaczącym wrażeniem i nie łatwo da się wymazać z pamięci. Okazali mi to najdobitniej na wieczorze pożegnalnym, gdy każda uczennica i każdy uczeń po kolei podchodzili do mnie w szczerym, serdecznym wzruszeniu, obejmowali mnie, ściskali moją dłoń i poprzez łzy mówili mi słowa uznania i wdzięczności za to wszystko, czego doznali i dowiedzieli się ode mnie w tym miejscu podczas tej niesamowitej podróży. Sama byłam też wzruszona do głębi tym a także świadomością, że jednak wszystko jest w życiu możliwe.




Rysunek Janine Jaskola,
Klasse 10, Willy-Brandt Gesamtschule, Marl, Niemcy, 2003


A potem były też nie mniej wzruszające spotkania w szkołach polskich i w audytorium Muzeum Oświęcimia w takim samym zasłuchaniu i wzruszeniu, a po dziesięciu dniach dalsze dwa tygodnie w Niemczech, we wspomnianym Marl i okolicy już w łagodniejszym klimacie zimowym, ale w tej samej atmosferze moich autentycznych opowieści, przykuwających siłą prawdy wszelkich słuchaczy niezależnie od przynależności narodowej czy wieku. Dla mnie to zasłuchanie stanowi konieczny mi wciąż od nowa dowód, że jeszcze te moje świadectwa są potrzebne – aktualne, że nie jest absurdem opowiadać zdarzenia Holocaustu sprzed 60 lat, gdy tak wiele innego zła i przeróżnych tragedii przynosi nam bieżąca teraźniejszość.

Ktoś mi jednak nieoczekiwanie podrzucił dobitną odpowiedź w czasie jednego z tych spotkań w gimnazjum w Niemczech i rozwiał wszelkie wątpliwości. Na sali słuchało mnie w absolutnej ciszy, napięciu i skupieniu około 200 uczniów i nauczycieli, gdy nagle wdarło się z korytarza, jak grom z jasnego nieba pełne nienawiści, znane mi od dawna ryknięcie, aż się ściany zatrzęsły: "Ihr Scheisseee Judeeen!!!" – "Wy zasrrrani Żydzi!!!" Poruszenie na sali, jakby bomba na nich spadła... Nauczyciele w panice wybiegli na korytarz szukać intruza, albo ratować sytuację.

Czułam, że mi się ziemia zapada mi się pod nogami, że nie tak powinnam mówić, że to za łagodne, za bardzo z serca, jakoś głupio naiwne, niedorzecznie blade wobec wrzaskliwego powrotu nienawiści tutaj, w tym miejscu, kraju, mieście. A może wcale nie powrotu, bo jak się okazuje, nienawiść ciągle jest lub odradza się w nowych pokoleniach. Jednak opanowałam się, i spokojnie powiedziałam im wszystkim, że teraz upewniłam się, iż moje opowieści wciąż są aktualne, mają sens, nie przestają być aktualne mimo upływu lat – nie stają się przeszłością muzealną.

Nauczyciele, którzy odprowadzili ucznia na policję, później powiedzieli mi z lekceważeniem i pewnym zadowoleniem, że to krzyczał jakiś... Libańczyk. Ale akcent niemiecki, a zwłaszcza ton tego ryku był dokładnie hitlerowski, jak Wtedy – odpowiedziałam im. Jednak tym razem nie byłam sama wobec tego wyrazu nienawiści. Ona upokorzyła nie mniej i poraziła tych wszystkich uczniów i nauczycieli, którzy mnie słuchali na sali, którzy mnie bardzo serdecznie i z oddaniem gościli u siebie, wozili wszędzie. Ten wrzask "...Judeeen!!!" ukazał im na żywo niebezpieczeństwo, o skutkach którego ja właśnie przyjechałam im opowiadać. I pragnę wierzyć, że to nie było i nie jest daremne.


14. 02. 2004





Teksty Haliny Birenbaum zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje