SWIATYNIE   PUSZCZANSKIE





FRANCISZEK   WYSLOUCH



Sa miejsca gdzie czlowiek prawie nie ma dostepu. Spotykamy je bardzo rzadko ale istnieja jeszcze. Natura tam zyje wlasnym zyciem i nikt jej praw nie narusza.

Spotykalem takie miejsca na Polesiu i na Wilenszczyznie. Tam, szczegolnie w okolicach Naroczy, danym mi bylo dobrnac do duzej wyspy okolonej bagnami i oparzeliskami. Topieliska staly na strazy zamknietej w sobie wyspy. Oczarowala mnie ona swoja dzika pieknoscia. Czar jej stanowil prastary starodrzew debowo-swierkowo-sosnowy gdzie nigdy nie stuknela siekiera i nie zgrzytnela pila i echo nie nioslo glosu zniszczenia. Nie spotykalo sie tam pnia po scietym drzewie; nie bylo sladu czlowieka – tego wroga lasu. Na Polesiu, nad Lania i Slucza, byly lasy rownie przepiekne i rowniez czlowiek tam nie mial dostepu z powodu olbrzymich odleglosci, ktorych pokonac nie mozna bylo. Dlatego las trwal. Docierali tam tylko tacy, co kochali zamkniete w sobie uroczyska i szli tam jak do swiatyni poswieconej pieknu i wiekom.

Lasy to byly, lasy! Wieki je hodowaly. Odwieczne i niezniszczalne, bo na miejsce upadlych olbrzymow wybijalo sie nowe ich potomstwo dorodne, mlode i silne. Mlodziez szybko zablizniala. rany po wywrotach i szla coraz wyzej, w gore – do slonca. Poszum lasu wiescil chwale swego mocarnego zycia.

Nasze prabory o ktorych juz mowi jedynie legenda jednak dotrwaly i do naszych czasow. Trzeba bylo tylko znalezc je i dobrnac do nich.

Puszcza tam rzadzila sie wlasnymi prawami. Drzewo roslo, rozwijalo sie, poteznialo, starzalo sie, mruczalo i wreszcie walilo wyrwane wichura i ginelo. I tak bylo zawsze, ale czas zycia mocarzy puszczanskich oznaczaly wieki. I trzeba bylo widziec te miejsca bo czlowiek wynosil z soba nie tylko pamiec o pieknie praboru ale i swiadomosc mocy trwania gdy natura tylko sama dyktuje swoje prawa.

Uroczyska na wydmach piaszczystych okolonych bagnami, to byly miejsca zbitych i zwartych pni olbrzymow, panowal miedzy nimi chlod i mrok. Galezie i konary boczne dawno odpadly, sladu po nich nie bylo tylko szaro-srebrny liszaj mchow pial sie po pniach. Zycia drzewa trzeba bylo szukac przy ich wierzcholkach, one chwytaly cieplo slonca i w nich drobne ptactwo prowadzilo swe korowody. Radosnie tam bylo i czlowiek, mimo woli, unosil glowe by cieszyc sie beztroska tych drobnych towarzyszy lasu.

Takie wrazenia odnosilem z uroczysk Wilenszczyzny.


* * *


Na Polesiu bylo inaczej. Teren tam byl zazwyczaj niski, wydm piaszczystych bylo mniej i nie tak wynioslych, ciagnely sie one pasami jako pobrzeza dawnych jezior. Przerwy miedzy nimi stanowily dawne doliny po zaginionych rzekach. Spotykalo sie tam mokradla czesto z oknami czystej wody, sladem dawnego jeziora. Mokradla te otaczal wielki i dorodny las swierkowo-sosnowy, przy czym przy mokradlach przewazal "czarny las" a wiec olszyna, jesiom, osika a najbardziej brzoza; wyzej amfiteatralnie, las iglasty uzupelnialy duze kepy debow. U podnoza wydm lezal dywan jagod, glownie zurawiny i brusznice. Od czarnego lasu oddzielaly go zbite masy malin. Przypuscmy, ze to mysliwy obserwowal ten widok amfiteatru puszczy. Wszystko tam mogl spotkac od niedzwiedzia do jarzabka, mieszkancow lasu sciagaly jagody i zrodelka wody, ale jesii znalazl sie tam milosnik przyrody, szczegonie w barwie jesieni zatykalo go piekno, ze wzruszenia nie mogl slowa wymowic.



Polesie.   Uroczysko z gluszczowymi tokami.
(Antoni Ossendowski, Polesie, ok. 1935)


Polesie.   Zatopiony las.
(Antoni Ossendowski, Polesie, ok. 1935)




Bagna Polesia na wschod od Pinska
Stogi siana z traw bagiennych na brzegach Jasioldy.
Mokradla byly zimowiskiem niezliczonych dzikich kaczek i gesi, ktore przylatywaly z polnocy.
(fot.   Louise Arner Boyd, 1934)


Inne to bylo wrazenie niz na wyspach Wilenszczyzny ale rownie wielkie i pelne zachwytu i wdziecznosci naturze, ze stwarza i udostepnia takie uczucia, o ktorych nawet nie mogl pomyslec.

Czasem zryw wichury burza uderzyl w sciane lasu lub piorun trzasnal w wybujala ponad sasiadow sosne lub swierk. Wyrwany z korzeniami pien runal z lomotem i trzaskaniem lamanych konarow. Zdruzgotana mlodz lesna legla wbita w ziemie. Pien runal by spoczac tu na dlugie lata az do zaginiecia. Powalony olbrzym powoli i dlugo zamienial sie w prochno i proch rudo-brunatny. Zywily sie nim nowe porosla mlodziezy. Ale przedtem latami dawal on schronienie kunie i lasicy w wygnilych dziuplach, o pien powalony czochraly sie dziki a odynce ostrzyly na nim swe szable, przebiegaly po nim "lasow tanecznice" – smigle wiewiorki, w konarach jego czatowal rys w oczekiwaniu lupu. Po nim milionami wedrowaly lesne mrowki ulatwiajace sobie droge do rodzimego mrowiska. Czasem na zwalonym pniu trzepotaly sie stadka ptactwa poszukujac w prochnie larw i gasienic. A potem na prochnie kielkowalo nasienie swierkow i sosen i od razu wiotkie ploneczki piely sie do gory do swiatla i slonca. Zaczynaly nowe zycie na ciele swojego praszczura i co raz glebiej siegaly korzonkami w rodna i miekka prochnice.

Dziwna jest walka w naturze o istnienie i nigdzie sie ona tak nie akcentuje jak w obserwacji zycia lasu.

Deszcze a jeszcze wiecej lod rozkrusza prochno, pien jeszcze sie trzyma ale coraz bardziej lgnie do ziemi, rozplaszcza sie, zanika. Wsiaka. Juz przysypuje po igliwie, porasta mech, jest juz tylko maly pagorek ale i on rozplywa sie. Ale nowe pokolenie rosnie i krasuje sie, spod jego swiezych galazek nie widac juz nic. Zycie drzewa pozornie zniknelo. Las! Zrodlo mocy i wiecznosci! Prabor!

Taki las zawsze przywoluje pamiec o zyciu dawnym i pozornie minionym, ktore jednak niezmiennie trwa. Czlowieka ogarna zaduma i szacunek dla prawdy.




Polesie. Jezioro Sporowskie.
Rybak zanurza stozkowata siec i dlugim dragiem nagania do niej ryby.
(fot.   Louise Arner Boyd, 1934)


Szczegolnie glebokie wrazenie odczuwalo sie w rejonie jeziora Mezuzol w puszczy Holubickiej. Dostac sie na jezioro nie bylo zadnej mozliwosci, chyba zima. Jezioro bylo w zaniku, nie mialo brzegu, plywajacy kozuch porostow i mchu nie mogl utrzymac czlowieka. Pod kozuchem byla glebia topieli, ktorej zgruntowac nie bylo mozna. Dostanie sie tam wiec mialo swe tragiczne konsekwencje. Topiele te okrazaly wyspy oderwane od brzegow, porosniete starodrzewiem. Nas, mysliwych, interesowaly dzikie gesi na jeziorze i gluszce na wyspach ale bylo to tylko nieosiagalne marzenie. Puszcza i jej prawa chronily je. Wszystko tu bylo tajemnicze i wrogie intruzowi. Ale mimo to byly tam przechody, ktore znali tylko wtajemniczeni. Mialem szczescie ze jeden z moich puszczanskich przyjaciol, Piotrowski, nalezal do tych Szczesliwych. Zaprowadzil mnie on, majac zaufanie ze utrzymam tajemnice tego przejscia na jedna z wysp tuz nad jezioro. Gdy tam dobrnalem po prostu stracilem chec do strzelania i zaklocenia ciszy tego uroczyska. Jakis mistycyzm mnie ogarnal i wdziecznosc, ze jest takie dzikie miejsce na swiecie. Zasadzilem z wieczora pare gluszczow, zapadlo ich w poblizu kilkadziesiat, zdumienie mnie ogarnelo, bo nigdy poprzednio tego nie widzialem. Wiedzialem ze ze strzelania nic nie bedzie, bo do wybranego gluszcza nie podskocze, gdyz splosza go inne. Stalem nieruchomo i sluchalem – to wszystko. Moja flinta milczala tego ranka ale i checi nie bylo, by przerywac to misterium piesni. Gesi rowniez mialem na strzal, rowniez nie strzelalem. Nie chcialem byc intruzem w swiatyni puszczanskdej.

W tych odosobnionych miejscach ich stali mieszkancy, zwierzeta i ptactwo, czuja sie bezpiecznie. Bo nikt tu nie narusza majestatu puszczy. Cisza panuje. Nie ma zmian w tej gluszy. Tak bylo zawsze i nic tego prawa nie naruszalo.

To bylo na wydmach. Na ich okrainach bylo inaczej. Tam rosl czarny las a potem rozpoczynaly sie mszary, ktore dalej przechodzily w bagno. Na mszarach rosla karlowata sosna wysokosci czasem do pasa czlowieka. Gdy sie jej przygladalo, mozna bylo stwierdzic ze byly to prastare drzewa ze wszystkimi cechami starosci, tylko lilipucie. Pelzala tam rowniez brzezina syberyjska, jedyna w naszym kraju. Nazywano ja, nie wiem czy slusznie, karelska brzoza.

Wszystko to roslo na glebokich mchach o roznych odcieniach i kolorach. Barwy mchow uzupelnialy poglebialy cale pola jagod, zurawin, brusznic, pijanic i krzewy "bahonnika". Mial bahonnik swa role na mszarach bo kwiat jego mial duszacy zapach, ktory odpedzal z mszarow wszystko co zyje.

Cietrzewie przeciez przestaja tokowac gdy bahonnik rozkwita. Na mszarze zanikal czar wysokiego lasu; tok przerazliwego chichotu pardw i przenikajacy wszystko belkot cietrzewi budzily energie i zapal do sukcesow lowieckich. Tu czlowiek zapomnial o swym mistycznym nastroju wielkiego lasu, byl znowu soba i nie czul sie intruzem zaklocajacym swietosc miejsca. Po prostu polowal. Moze to zreszta powodowala ilosc zwierzyny. Strzal ani na moment nie zatrzymywal piesni upojonego wiosna mszaru. Gral on az do dosiegu horyzontu, inaczej niz ze strzalem do gluszcza "na piesni"; tam strzal przerywa i konczy wszystko a tu strzal nie ploszy nawet najblizszych kogutow, ktore podskakuja do zastrzelonego towarzysza i zachecaja go do dalszej walki. Tu nie czulo sie, ze sie przeszkadza w zapasach tokujacych kogutow.

Oczywiscie najlepsze polowania byly na mlode cietrzewie, pardwy i gluszce, ale to pod jesien a wtedy dostac sie tu bylo niemozliwe przez bagna. Juz nie mowiac o otwartych oknach topieli, ktore mozna omijac, ale bagna sa grzaskie i gleboko uginaja sie pod ciezarem czlowieka. Gdy sie zatrzymac, stoi sie jak w leju, bo powierzchnia dochodzi do piersi czlowieka. Trudno, bardzo trudno jest maszerowac po takim bagnie. Do tego dochodzi duszacy zapach gazu blotnego, ktory powoduje po prostu zatrucie i straszne pragnienie jakiego ugasic nie mozna bo bagno jest suche a do okien wody zblizyc sie nie mozna. Natura broni swoich mieszkancow.



Polesie.   Cisza w borze.
(Antoni Ossendowski, Polesie, ok. 1935)


Polesie.   Tokowisko
(Antoni Ossendowski, Polesie, ok. 1935)

Pozostaja jednak toki i sa one zawsze dobre. Do tokowisk dochodzimy na przedwiosniu, gdy lod jeszcze lezy na bagnach. Stanowi on twarde podloze, ktore ulatwia marsz. Woda juz wystapila na powierzchnie i pokrywa lod do glebokosci kolan albo wyzej ale to przeszkody nie stanowi. Isc kilkanascie kilometrow po wodzie, gdzie ciagle trzeba uwazac czy jest lod pod nogami, bo mozna wpasc gleboko, nie nalezy do rzeczy latwych ale jest mozliwe i to decyduje. Musimy jednak uwazac czy miekka pogoda i cieply deszcz nie roztopi lodu – potem co? A wiec do wszystkich trudnosci dochodzi jeszcze koniecznosc pospiechu, gdy nawet odpoczac dobrze na wysokich wydmach nie mozna. W takich warunkach nie mozna sobie "wyskoczyc" na polowanko. Trzeba wyprawe dobrze przygotowac. By bylo mozliwie wygodnie, musimy obliczac na jednego mysliwego dwoch noszowych – przewodnikow bo i ubranie musi byc na zmiane i sprzet obozowy, no i zywnosc dla siebie i towarzyszy; jakiez tu sa koszta i strata czasu. Ale byly to niezapomniane wyprawy i nalezace do "arystokracji" lowieckiej.

Oczywiscie zawsze puszcza jest najpiekniejsza w jesiennej szacie ale i wiosna jest porywajaca. Promienie slonca siegaja do dolu, plamy sloneczne powoduja kielkowanie i rozkwit krokusow i pierwiosnkow, nawet gdy w sasiedztwie leza jeszcze hurby sczernialego sniegu. Pekowie nabrzmiewa, cale stada malych ptaszkow przelatuja z drzewa na drzewo radosnie swiergocac i cieszac sie swiezym pozywieniem.



Gluszec gra.
(Antoni Ossendowski, Polesie, ok. 1935)


Ciag kaczek na Polesiu
(Antoni Ossendowski, Polesie, ok. 1935)

Mysliwego to rowniez cieszy i jest szczesliwy, ze dolaczyl do tej radosci powrotu wiosny. Zasadniczo poszukuje sie gluszcow na piesni. Przed gluszcem ustepuje wszelka inna zdobycz. Ale belkot cietrzewi dolatuje z mszaru, poteguje go echo odbite od sciany lasu, wszystko gra piesnia wiosenna tych ksiazat bagnisk. Piesn godow poteznieje i narasta gdy slonce wybija sie do zenitu. Czlowiek wpada w zachwyt i upojenie, rozpreza ramiona, unosi twarz ku sloncu i rozpina kozuszek, ciasno mu wobec tego zrywu wiosennego. Przypadkowy gosc lasu cieszy sie ze dolaczyl do tego swieta wiosny. Nie umie okreslic swego uczucia, przychodzi ono z zewnatrz, przynosi je odrodzenie natury i beztroska w gluszy. Gluszy, ktora jest rowniez pelna szczescia.

Rzadko kto, bardzo rzadko, odwiedza uroczyska lesne a prawie zawsze bywa to na wiosne i to mimo trudnosci dobrniecia tu a moze wlasnie dlatego. Kto to wie?

Rezultaty strzalow sa nikle, gluszec, cietrzew, slonka, czasem kaczor, ale to niczego nie zmienia.



Polesie.   Wiosna w kniei.
(Antoni Ossendowski, Polesie, ok. 1935)


Polesie.   Woda wdziera sie do boru.
(Antoni Ossendowski, Polesie, ok. 1935)

Wiosna ciagnie i tesknota by jeszcze raz tam byc, by jeszcze raz wglebic sie w nature, zlaczyc sie z nia. Moze nawet zapomniec o sobie i swoich troskach ktore zostaly tam hen! – za blotami.

Bo wiosna ozywia drzemiacy powaga las. Wraz z promieniem slonca, ktory splywa na rude igliwie cieplem i blaskiem, splywa radosc. Jak to dobrze widziec to i odczuwac. Wynosi sie najdrozsze wspomnienia chwil przezytych. Pamieta sie cud rozkwitlej czeremchy przytulonej do czarnego pnia olchy. Ona kwitnie tylko dla siebie, nikt jej nie widzi i nie zobaczy, ona krasuje sie w gluszy i samotnosci ale to jest zycie. Piekne zycie!


Wiadomosci 51-52 (1551-1552), Londyn, 11-28 grudnia 1975




Polesie.   Rozlewiska Prypeci.
Rybak wyciagajacy z wody stozkowata siec.
(fot.   Louise Arner Boyd, 1934)


Polesie.   Rozlewiska Prypeci.
Rybak poleski.
(fot.   Louise Arner Boyd, 1934)


Kudrycze, Polesie.   Zona rybaka z dziecmi przed domem.
(fot.   Louise Arner Boyd, 1934)


Kudrycze, Polesie.   Rybak i jego zona przed spichlerzem.
(fot.   Louise Arner Boyd, 1934)


Kudrycze, Polesie.   Zona rybaka z dzieckiem i swinia.
(fot.   Louise Arner Boyd, 1934)


Chodynicze, Polesie.   Dwoch starych Poleszukow.
(fot.   Louise Arner Boyd, 1934)




Louise Arner Boyd byla znana amerykanska podrozniczka polarna i fotografka. W roku 1934 przyjechala do Warszawy na kongres Miedzynarodowej Unii Geograficznej. Pozniej przez kilka miesiecy podrozowala z kamera po Polsce, szczegolnie po wschodnich Kresach RP. Byla zafascynowana Polesiem i jego mieszkancami. Plonem jej podrozy bylo setki zdjec i ksiazka Polish Countrysides. Jej fotografie sa jedna z najbogatszych zachowanych fotograficznych ikonografii Kresow. Negatywy zdjec zachowaly sie w kolekcji Amerykanskiego Towarzystwa Geograficznego w Milwaukee, WI. W latach 1980. fotografie Louise Arner Boyd zostaly pokazane na wystawach przez Susan Gibson Mikos. W roku 1991 Wydawnictwo Znak w Krakowie wydalo album zdjec Louise Arner Boyd pt. Kresy, opracowany przez Susan Gibson Mikos.  (AMK)





Teksty Franciszka Wysloucha zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2004 Zwoje