
Pierwsza wersja tego tekstu została napisana około roku 1992. Druga wersja, niewiele różniąca się od poniższej, została opublikowana w miesięczniku Panorama Polska w Edmonton, Alberta, Canada, w roku 1996. (AMK)
W trzystulecie Sankt Petersburga
i w dwudziestopięciolecie pewnej podróży
WARIACJE PETERSBURSKIE
ANDRZEJ M. KOBOS
Przypomniałem sobie, że kiedyś spisałem moje Zapiski sowieckie lekkim piórem, refleksje z moich czterech krótkich podróży do Związku Sowieckiego (Kijów, Moskwa – dwa razy, Leningrad) w latach [19]siedemdziesiątych. Wśród morza bolszewizmu szukałem wówczas śladów dawnej Rosji.Dwanaście lat temu, w sierpniu roku 1991 rozpadł się błyskawicznie Związek Sowiecki, niesławnej pamięci. Może nie od rzeczy będzie przytoczyć tutaj jak ja, równo dwadzieścia pięć lat temu, w październiku 1978 r. odebrałem Leningrad – niegdyś i znowu Sankt Petersburg – miasto, gdzie Telimena mieszkała przed laty, miasto które przez 150 lat było dla Polaków symbolem zniewalającej ich przemocy, ale również jakoś dziwnie ich przyciągało, być może jako centrum władzy, arystokracji i kultury. Miejscami będzie to wspomnienie lekkie, miejscami będą to rozważania nie takie znowu lekkie, jako że pisząc o Sowietach, a nawet Rosji, nie można uczynić tego lekkim tylko piórem. Nie sposób bowiem uciec od upiorów rewolucji i Rosji.
- Podróż do imperium
Byłem w Leningradzie jeden raz, przez tydzień przy końcu października 1978 roku, akurat w dniach inauguracji Papieża Jana Pawła II. Wróciłem z Anglii do Krakowa w dzień po wyborze Papieża i okazało się, że w Instytucie Fizyki Jądrowej, gdzie pracowałem, były jakieś pieniądze na moją krótką podróż do Leningradu, do profesora Konstantina Gridniewa. (Ten sam Gridniew, półtora roku wcześniej, w mieszkaniu gościnnym Instytutu im. Kurczatowa w Moskwie, palcami na migi pokazywał, że ja i mój kolega Roman Wolski powinniśmy odciąć mikrofony, które bez żenady zwisały z sufitu. Przyznaję się tu do naszego tchórzostwa – nie odcięliśmy ich wówczas.) W mniej niż tydzień miałem bilet lotniczy, ale nie mogłem skontaktować się z Gridniewem; był on nieuchwytny, wszelkie próby pozostawały bez odpowiedzi. Postanowiłem mimo wszystko pojechać; pokusa zobaczenia Petersburga była dla mnie zbyt wielka. Wbrew radom instytutowych "ekspertów" od Sowietów pojechałem w ciemno, zaopatrzony w zaświadczenie napisane na maszynie w cyrylicy, tłumaczące ludziom radzieckim (takie "To whom it may concern") jakim to ja byłem bolszim polskim uczionym. Poprosiłem, żeby mi na nim przybito wszystkie okrągłe pieczęcie Instytutu Fizyki Jądrowej w Krakowie z orłem (wtedy bez korony) – bo Eto takaja krasiwaja ptica, jak rzekł Josif Wissarionowicz Stalin do Bolesława Bieruta z Rur Jezuickich, gdy ten w swej gorliwości enkawudzisty chciał polskiego orła zastąpić konglomeratem gwiazd, młotów i sierpów. Wytłoczono mi nawet jedną suchą pieczęć w tym papierku. Wkrótce miało mnie to "uratować".
Przyleciałem wieczorem samolotem LOT-u do Leningradu i umówiłem się z polską stewardessą, że jeżeli nikogo nie będzie po mnie na lotnisku, to zabiorą mnie z powrotem do Warszawy tym samym samolotem. W kolejce z paszportem w ręku usłyszałem jednak zapowiedź przez megafon, że ktoś mnie oczekuje. Sowiecki pogranicznik dokładnie lustrował mój paszport, zaciekawiła go brytyjska pieczątka z londyńskiego Heathrow z datą sprzed tygodnia, ale wpuścił mnie do kraju wszelkiej szczęśliwości, "gdzie tak wolno ludzie oddychają". Czekał na mnie jakiś człowiek, mniej więcej w moim wieku, który powiedział mi, że Gridniew był w Moskwie, ale kilka godzin wcześniej telefonicznie kazał mu dobrze się mną zająć. W gruncie rzeczy ucieszyło mnie to, bo znaczyło, że będę mieć więcej czasu na zwiedzanie miasta.
Miły człowiek, który odebrał mnie na lotnisku, miał ze mną ogromny problem, ponieważ nie było dla mnie zarezerwowanego hotelu. Pojechaliśmy taksówką do któregoś z najlepszych hoteli, gdzie w ogóle nie chciano z nami gadać, ale w drugim ja wziąłem sprawę w swoje ręce. Znając już wcześniej z Moskwy wszechobecną w Sowietach dyktaturę starszych "bab", na pytanie takowej, "a wy zacziem?", warknąłem krótko: "Spat'" – "Szto?!" Wtedy ja zacząłem wymachiwać tym zaświadczeniem z okrągłymi pieczęciami z krasiwą pticą, a mój Rosjanin usilnie tłumaczył kobiecie w recepcji jaka to moja wizyta była ważna dla Uniwersytetu Łomonosowa (który to Łomonosow "wynalazł polarną zorzę, by oświetlała carski tron", jak opisał kiedyś Janusz Szpotański (autor Cichych i gęgaczy, więzień Gomułki). Z ociąganiem dama w recepcji dała mi pokój pod warunkiem dostarczenia nazajutrz jakichś bumag z tegoż uniwersytetu.
- Requiem – Achmatowa
Człowiek, który odebrał mnie z lotniska, a którego nazwiska, wstyd mi, już nie pamiętam, dwa razy chodził później ze mną po mieście. Był dosyć rozmowny, powiedział mi coś, co okazało się prorocze: "Tylko kitajskij papa możet' byt' chużyj dla Sowietskogo Sojuza cziem polskij papa" [Tylko chiński papież mógłby być gorszy dla Związku Sowieckiego niż polski.] Zapytałem go o "wielką czystkę" w Leningradzie (po zabiciu Kirowa) w latach 1937-1940. Wydusił z siebie tylko tyle, że ktoś z jego rodziny wtedy przepadł, że to było straszne, ale lepiej o tym nie mówić. Wtedy przyszła mi do głowy leningradzka historyjka powtarzana wówczas w Polsce: "Prospektem Newskim w Leningradzie rozmawiając szło dwóch surrealistów; a za nimi realista – w cywilu."
Kiedy po latach piszę te zapiski, przypomina mi się wstrząsające Requiem – poemat Anny Achmatowej. Oto fragment, Wstęp, pisany w listopadzie 1935:
To był czas, kiedy uśmiech na ustach
tylko trupich – bo już śmierć, a więc radość.
I u bram swych katowni się huśtał
zbędnym widmem cień Leningradu.
Kiedy szły od męki oszalałe,
niekończące się skazańców roty,
kiedy krótkie rozstania sygnały
podawały gwizdki lokomotyw.
Gwiazdy śmierci wisiały nad nami,
drgała Rosja z przetrąconym grzbietem
pod krwią zbryzganymi butami
i kołami więziennych karetek.
Fragment Wstępu do Requiem.
Anna Achmatowa, ok. 1950.
I fragment Epilogu z marca 1940:
Chcę tutaj, gdziem tyle męczyła się czasu,
a rozbić nie mogłam ni krat ani zasuw.
Bo nawet przez śmierci mej spokój i ciszę
zgrzyt wozów więziennych chcę znowu usłyszeć.
Bo nie chcę zapomnieć, jak łoskot brzmi głuchy
i wycie zwierzęce nieszczęsnej staruchy.
By śnieg topniejący wciąż spływał na nowo
jak łzy nieustanne spod powiek spiżowych,
gruchanie gołębi w więzieniu przeklętym
i wolno po Newie niech płyną okręty.
Anna Achmatowa
Przekład: Józef Łobodowski
Kultura 6/200, 1964
Anna Achmatowa
(Rys. Jurij Annenkow, 1921).
Anna Achmatowa (1889-1966) jako poetka stała się w Związku Sowieckim postacią tak monumentalną, że nawet Stalin jej nie tknął, chociaż już w 1921 roku Czeka zamordowała jej pierwszego męża Nikołaja Gumiłowa, poetę z grupy Akmeistów, i kilku przyjaciół. Jej syna Lwa Gumiłowa (ur. 1912), wybitnego turkologa, więziono na dwie raty przez czternaście lat. W roku 1940 Stalin zezwolił na wydrukowanie w Leningradzie zbioru wierszy Achmatowej pt. Z Sześciu Ksiąg, ale zabronił rozprowadzania go! Achmatową, mimo że w roku 1941 na polecenie Stalina wywieziono ją specjalnym samolotem z oblężonego przez Niemców Leningradu (okres wojny przeżyła w Taszkiencie w Uzbekistanie), poddawano przez wiele lat udręce psychicznej. Dyktator sowieckiej kultury, Żdanow nazwał ją "skrzyżowaniem prostytutki z zakonnicą."
Anna Achmatowa
(Rys. A. G. Tyszler, 1945).
Achmatowa wyznała w 1942 r. w Taszkiencie Józefowi Czapskiemu: "Całowałam buty wszystkim znanym bolszewikom, aby mi powiedzieli czy on żyje czy nie." Syn Achmatowej, Lew Gumiłow, przeżył łagry, a po wyjściu z nich znienawidził matkę i zerwał z nią. Achmatowa przyjęła to z fatalizmem. "No cóż, tak bywa, że najbliższy człowiek staje się obcym" – w roku 1964, dwa lata przed śmiercią, powiedziała w Paryżu Czapskiemu. (Józef Czapski, Wyrwane strony.)
Anna Achmatowa w Komarowie, lata 1960.
- Miasto – fantasmagoria raczej ponura
Na uniwersytecie bywałem niewiele, chyba tylko trzy razy i to nie za długo. Wygłosiłem seminarium o moich pracach naukowych na temat sprzężenia kanałów reakcji elastycznego rozpraszania protonów (p,p) i neutron pick-up (p,d). Zacząłem po angielsku – jakiś nieborak usiłował to tłumaczyć, ale po kilkunastu zdaniach wybrano mój kaleki rosyjski.
Chodziłem dużo po Petersburgu szerokimi kamiennymi prospektami, Newskim i innymi. Stare miasto, założone w 1703, równo trzysta lat temu, przez Piotra I Wielkiego, jest mieszaniną weneckich kanałów oraz włoskiej architektury barokowej i rosyjskiej gigantomanii, zwanej rosyjskim barokiem, a przez Markiza De Custine w jego Listach z Rosji – architekturą despotyzmu.
Sankt Petersburg: Przy Newskim Prospekcie
(fot. Andrzej Kobos, 1978).
Sankt Petersburg jest miastem-fantasmagorią przewijającym się przez całą wielką literaturę rosyjską XIX i wczesnego XX wieku.
Sankt Petersburg: Jeden z XIX-wiecznych budynków przy Newskim Prospekcie.
(fot. Andrzej Kobos, 1978).
Ogrom pracy włożony w zbudowanie tego miasta na bagnistym rozlewisku ujścia Newy musiał być niewiarygodny. Miał chyba rację De Custine pisząc, że tylko naród niewolników mógł tego dokonać.Nie miałem już takiej "uczty" cerkiewnej, jak rok i dwa wcześniej w Moskwie, bo i cerkwi w Petersburgu jest mniej i to nowszych, ale za to monumentalnych. Wówczas wszystkie oczywiście były zamienione na "muzieje" – muzea religii i ateizmu (!). Szczególnie ogromny jest Sobór Kazańskij (Matki Boskiej Kazańskiej), wzorowany na Bazylice Św. Piotra w Rzymie, z kolumnadą i pozłacaną kopułą z iglicą, wewnątrz wykładany marmurami, granitami i innymi polerowanymi skałami, najrozmaitszych wzorów i kolorów, z kolumnami z litego kamienia, ściąganego z Kaukazu i Afganistanu. Pełen jest wotów dziękczynnych za pobicie Napoleona. Pochowany jest w nim Marszałek Kutuzow, pogromca cesarza Francuzów.
Sankt Petersburg: Kazańskij Sobor
(fot. Andrzej Kobos, 1978).
Z innych ogromnych cerkwi, utkwił mi w pamięci olbrzymi Sobor Isaakowskij (Św. Izaaka) z kopułą, kolumnami i pięknym ikonostasem wewnątrz.
Sankt Petersburg: Isaakowskij Sobor
(fot. Andrzej Kobos, 1978).
Na którymś z prospektów przy jednym z kanałów Newy, w miejscu, gdzie Polak Hryniewiecki skutecznie rzucił bombę na powóz cara Aleksandra II, stoi duża Cerkiew Zmartwychwstania, w dawnym prawosławnym stylu z cebulowatymi kopułami.
Sankt Petersburg: Cerkiew Zmartwychwstania
(fot. Andrzej Kobos, 1978).
Nad Newą, niedaleko uniwersytetu, stoją prawdziwe kolumny egipskie i niewielki sfinks nieźle zachowany. Nieopodal dwa interesujące pomniki. Jeden, wspaniały pomnik cara Piotra I na zadartym koniu na granitowej skale (dłuta francuskiego rzeźbiarza Falconet'a, wzorowany na portrecie konnym Ferdynanda IV, pędzla Velazqueza), z napisem Petru Pierwomu, Ekaterina Wtoraja, opiewany przez Puszkina w poemacie Jeździec Miedziany. Ciekawostką jest, że rzeźbiarzowi za model posłużył pewien rosyjski generał, znakomity jeździec, który wjeżdżał na specjalnie usypany wzgórek i triumfalnie zadzierał konia.
Sankt Petersburg: Pomnik Piotra I Wielkiego; rzeźba Falconet'a.
(fot. Andrzej Kobos, 1978).
Drugi pomnik, szczególnie "miły" polskiemu sercu, to konny pomnik cara Mikołaja I, z płaskorzeźbami na cokole. Po jednej stronie przedstawiają one triumf Mikołaja nad Polakami z datą – 1831. Dalej, Pałac Sztabu i Admiralicji o ładnej bryle. Przy prospektach oraz w bok od nich, w zaułkach, stare domy, niektóre zapewne odbudowane po zniszczeniach potwornej blokady niemieckiej podczas drugiej wojny światowej. W jednym z takich domów, w jakimś zaułku, Raskolnikow dokonał swej zbrodni na dwóch staruszkach, uwiecznionej przez Dostojewskiego w Zbrodni i karze. Dotąd istnieje konkretny duży dom, w którym mieszkał Raskolnikow.
Sankt Petersburg: Dom, w którym mieszkał Raskolnikow.
(fot. Andrzej Kobos, 1978).
Przy Newskim Prospekcie, jeden z mostów na Newie, Most Anniczkowa, w narożnikach ozdobiony jest czterema bardzo ekspresyjnymi rzeźbami mężczyzn okiełznujących rumaki. Autorem ich (ok. 1840 r.) był rzeźbiarz rosyjski baron Piotr Clodt-Jürgensburg. Anna Achmatowa opisała ten most w Poemacie bez bohatera.
Sankt Petersburg: Jedna z czterech rzeźb koni dłuta Piotra Clodt-Jürgensburg'a na Moście Anniczkowa na Newie.
(fot. Andrzej Kobos, 1978).
Któregoś mglistego popołudnia, dwóch asystentów Gridniewa pojechało ze mną do Peterhofu, jednej z letnich siedzib carów. Pałac był zamknięty, chodziliśmy po pustym pałacowym parku wśród gołych drzew, opadłych liści i alegorycznych rzeźb. Ogromne, kaskadowo spadające fontanny były już nieczynne (koniec października), przystań morsko-rzeczna blisko ujścia Newy do Zatoki Fińskiej, już podmarznięta. To tam, jak opisuje De Custine w Listach w Rosji, zatonęła kiedyś podczas nagłej burzy cała flotylla galer z aktorami i artystami, którzy mieli dać widowisko na wodzie przed carem Wszech Rosji – Mikołajem I. Wtedy jeszcze nie czytałem Listów z Rosji De Custine'a. Kiedy przeczytałem je w dziesięć lat później, jakże żałowałem, że nie mogłem był chodzić w 1978 roku w Petersburgu śladami Markiza De Custine. Owi dwaj towarzyszący mi Rosjanie, dowiedziawszy się, że bywałem w Anglii, zapytali mnie nieśmiało, czy czytałem coś Sołżenicyna. Przez dwie godziny spaceru po opustoszałym jesiennym parku w Peterhofie, musiałem moją niezdarną ruszczyzną opowiadać im Archipelag Gułagu. Twierdzili, że książka ta krążyła w wydaniu samizdatu, ale była bardzo trudna do dostania.Nie byłem wewnątrz twierdzy Pietropawłowskiej na małej wysepce w rozwidleniu Newy. Widziałem tylko jej wieżę i bramę nad którą jest dwugłowy czarny rosyjski orzeł z jeźdźcem w centrum (bodajże św. Jerzym, przypominającym litewską Pogoń) i płaskorzeźba będąca (religijną?) alegorią czegoś. Twierdza Pietropawłowska była politycznym więzieniem carskim (siedział tam m. in. Kościuszko). W katedrze, w obrębie twierdzy, grzebano cesarzy Rosji.
Sankt Petersburg: Brama do twierdzy Pietropawłowskiej.
(fot. Andrzej Kobos, 1978).
Nie byłem też w Kronsztadzie, na zachodniej wyspie, gdzie w zimie 1921 marynarze bazy morskiej, którzy wcześniej, w 1917 roku byli główną ostoją bolszewizmu, zbuntowali się przeciwko władzy rad i zostali wyrżnięci przez żołnierzy Trockiego, którzy przeszli na wyspę po lodzie.Pałac Zimowy na południowym brzegu Wielkiej Newy, pełen przepychu, mieszczący Galerię Ermitaż, jest dziełem architekta włoskiego Bartolomeo Rastrelli'ego. Jest w Pałacu Zimowym pokój, w którym bolszewicy aresztowali Rząd Tymczasowy. Podobno ów słynny szturm Pałacu Zimowego jest dorobioną przez bolszewików legendą, utrwaloną w malarstwie sowieckim i w znanym filmie Eisensteina Pancernik Potiomkin. Nie było właściwie szturmu, gdyż, przy zupełnym rozprzężeniu, pałacu nie miał kto bronić, poza małym oddziałem kobiet-żołnierek, po zdobyciu pałacu wygwałconych i wymordowanych na miejscu. Prawdziwy jest tylko znany gmach Sztabu Admiralicji ze słynnym Łukiem projektu Rastrelli'ego i wielki plac przed Pałacem Zimowym, z wysoką kolumną z aniołem na szczycie, wyciosaną z jednego litego bloku granitu, poświęconą Aleksandrowi I.
Sankt Petersburg: Pałac Sztabu i Admiralicji z Łukiem Admiralicji.
(fot. Andrzej Kobos, 1978).
- Ermitaż
Moi "gospodarze", być może chcąc się mnie pozbyć, załatwili mi za darmo dosłownie cały zwój biletów do Ermitażu, muzeum-galerii w Pałacu Zimowym. Byłem w Ermitażu kilkakrotnie (4-5 razy), przez wiele godzin. Za ostatnim razem rozdałem resztę niewykorzystanych biletów wybiórczo kilku ładnym, uszczęśliwionym rosyjskim dziewczynom z gigantycznych kolejek do kasy Ermitażu.
Ermitaż imponuje cudownym malarstwem. Szczególnie utkwiły mi w pamięci małe flamandzkie obrazki z połowy XVII wieku, przedstawiające scenki rodzajowe w ciemnych karczmach i chłopskich domach, malowane przez Adriaena Van Ostade, Jana Steena i innych mistrzów. Car Pietr Pierwyj Wielikij był rozkochany w tym malarstwie, jako że w młodości przez jakiś czas przebywał "na praktyce stoczniowej" w Holandii. Po powrocie do Rosji, wysyłał do Niderlandów specjalnych agentów, którzy zakupili tam bardzo wiele takich obrazów, a przy okazji również i kilka obrazów Rembrandta, między nimi Saskia jako Flora, Danae i Powrót Syna Marnotrawnego. Co najmniej dwa Rembrandty z Ermitażu, w tym znany Starzec w szkarłatnej tonacji, zostały po rozbiorach Polski kupione albo skonfiskowane przez Rosjan z arystokratycznych polskich kolekcji. Zresztą bolszewicy po rewolucji sprzedali wiele cennych obrazów na Zachód, wśród nich obraz Rembrandta: portret brata artysty w kostiumie polskim (dawniej w rodowych zbiorach Tarnowskich, uważany niegdyś za portret Jakuba Sobieskiego, ojca króla), który obecnie znajduje się w National Gallery w Waszyngtonie. Kolekcja "wiejskiego" malarstwa flamandzkiego i holenderskiego w Ermitażu jest być może najlepsza w świecie, większa niż np. w Rijksmuseum w Amsterdamie.
Myślę, że Gustaw Herling-Grudziński, gdyby pojechał był do Ermitażu, znalazłby tam, na progu niedawnego "innego świata", perły nie gorsze od Pereł Vermeera. Herling-Grudziński był tylko raz w Leningradzie w późnym 1940 roku, lecz nie w Ermitażu, a w więzieniu etapowym, w transporcie do łagru Gułagu w Jercewie, niedaleko Białego Morza. Pisze on w Innym Świecie:
"Starzy więźniowie opowiadali mi, że w Leningradzie siedziało w owym czasie około 40 tysięcy ludzi. [...] W Leningradzie zetknąłem się po raz pierwszy z hipotezami na temat liczby więźniów, zesłańców i białych niewolników w Związku Sowieckim. W dyskusjach więziennych wahała się ona pomiędzy 18-25 milionami."
* * *
Ale artykuł ten miał być pisany lekkim piórem. Wracajmy więc do Ermitażu. Utkwiło mi też w pamięci religijne malarstwo hiszpańskie. Szczególnie piękne Ukrzyżowanie Francisco Zurbarana: duży krzyż z Chrystusem na tle prawie czarnego nieba. Niesamowite wrażenie, najgłębszy dla mnie z obrazów Ukrzyżowania, które widziałem w dziesięciu może wielkich galeriach. Dalej, cudowna, w niebieskich i czerwonych szatach Madonna z Dzieciątkiem, tzw. Madonna Litta, Leonarda da Vinci; Skruszona Maria Magdalena Tycjana, łkająca, z długimi lokami włosów; piękna rzeźba kucającego chłopca, dłuta Michelangelo.
- Colombina
I wreszcie najładniejszy dla mnie obraz Ermitażu: Colombina, który namalował Francesco Melzi (1493-1570) około roku 1520. Niewielki portret młodej kobiety z obnażoną lewą piersią, w tonacji i skłonie głowy typowymi dla Leonarda. Dama, z przymkniętymi oczyma, upaja się zapachem drobnego kwiatu – kolombiny.
Francesco Melzi: Portret damy, tzw. Colombina, ok. 1520.
Ermitaż, Sankt Peterscburg.
Olej na płótnie, 76x63 cm; przeniesiony z deski.
Po targach ze strażnikami w sali muzeum zrobiłem zdjęcie tego obrazu, bo nigdy wcześniej nie widziałem jego reprodukcji. Potem w Krakowie pokazywałem to zdjęcie moim przyjaciołom, aż Józek Kuźmiński (dziś w Los Alamos) zapytał mnie, czy to aby tak bardzo podobał mi się sam obraz, czy może sportretowana z nagą piersią kobieta. I wówczas wpadłem w rozterkę, której definitywnie nie rozstrzygnąłem do dzisiaj. Zainteresowałem się Melzim, autorem obrazu, o którym wcześniej nic nie wiedziałem. Okazało się, że Francesco Melzi był uczniem, przyjacielem i towarzyszem podróży Leonarda oraz tym, który przechował jego spuściznę rysunkową i pisarsko-naukową. W rok później, w Mediolanie, przy Operze La Scala, na cokole pomnika Leonarda da Vinci, ujrzałem figurę Francesco Melzi w berecie, jako jednego z kilku uczniów Leonarda.Historia z Colombiną długo snuła się w moim życiu. W latach 1993-1994 na Uniwersytecie Alberty w Edmonton przyszło mi współpracować ze starszym Rosjaninem, profesorem fizyki atmosfery z Petersburga. Opowiedziałem mu o Colombinie, narzekając, że nie mam dobrej reprodukcji tego obrazu. Lew Grigoricz Kaczurin rzekł mi na to: "Niczto... Mój syn zaraz ci tu przyśle reprodukcję." Okazało to jednak niełatwe. Ów Aleksiej Lwowicz, też fizyk, przez dłuższy czas nie mógł znaleźć reprodukcji Colombiny. Zasugerowałem więc, żeby po prostu ukradł ten obraz dla mnie. Odpowiedział ojcu listownie, że ukraść to byłoby trudno, ale łatwo mógłby mi przysłać jakąś żywą, nie mniej piękną Colombinę. Nie przyjąłem tej oferty. W końcu przysłał mi rzadki, dobry album Galerii Ermitażu. Jest tam reprodukcja mojej Colombiny, której pozostałem wierny...
I tylko dźwięczy mi w uszach wiersz Sergieja Jesienina (zaszczutego przez Czekę na śmierć w Leningradzie 28 grudnia grudniu 1925 roku).
Siergiej Aleksandrowicz Jesienin, 1925.
Słyszysz, pędzą sanie, sanie pędzą w głuszy, * * *
Dobrze się z kochaną w polu zawieruszyć.
Nieśmiało, wstydliwie gna wietrzyk ochoczy,
Po nagiej równinie dzwoneczek się toczy.
Ej, wy sanie, sanie! Koniu mój bułany!
Gdzieś tam na polanie tańczy klon pijany.
Podjedziemy blisko: "Co słychać?" – spytamy,
Przy harmonii w trójkę puścimy się w tany.
Moskwa, 3 października 1925
Sergiej Jesienin
Tłumaczyła: Anna Kamieńska
Ale, jako że Colombina zmarzłaby na śnieżnej polanie pod pijanym klonem, kończmy te wariacje...

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||