Pierwsza wersja tego tekstu zostala napisana okolo roku 1992. Druga wersja, niewiele rozniaca sie od ponizszej, zostala opublikowana w miesieczniku Panorama Polska w Edmonton, Alberta, Canada, w roku 1996.   (AMK)




W trzystulecie Sankt Petersburga
i w dwudziestopieciolecie pewnej podrozy




WARIACJE   PETERSBURSKIE





ANDRZEJ M. KOBOS



Przypomnialem sobie, ze kiedys spisalem moje Zapiski sowieckie lekkim piorem, refleksje z moich czterech krotkich podrozy do Zwiazku Sowieckiego (Kijow, Moskwa – dwa razy, Leningrad) w latach [19]siedemdziesiatych. Wsrod morza bolszewizmu szukalem wowczas sladow dawnej Rosji.

Dwanascie lat temu, w sierpniu roku 1991 rozpadl sie blyskawicznie Zwiazek Sowiecki, nieslawnej pamieci. Moze nie od rzeczy bedzie przytoczyc tutaj jak ja, rowno dwadziescia piec lat temu, w pazdzierniku 1978 r. odebralem Leningrad – niegdys i znowu Sankt Petersburg – miasto, gdzie Telimena mieszkala przed laty, miasto ktore przez 150 lat bylo dla Polakow symbolem zniewalajacej ich przemocy, ale rowniez jakos dziwnie ich przyciagalo, byc moze jako centrum wladzy, arystokracji i kultury. Miejscami bedzie to wspomnienie lekkie, miejscami beda to rozwazania nie takie znowu lekkie, jako ze piszac o Sowietach, a nawet Rosji, nie mozna uczynic tego lekkim tylko piorem. Nie sposob bowiem uciec od upiorow rewolucji i Rosji.


Podroz do imperium

Bylem w Leningradzie jeden raz, przez tydzien przy koncu pazdziernika 1978 roku, akurat w dniach inauguracji Papieza Jana Pawla II. Wrocilem z Anglii do Krakowa w dzien po wyborze Papieza i okazalo sie, ze w Instytucie Fizyki Jadrowej, gdzie pracowalem, byly jakies pieniadze na moja krotka podroz do Leningradu, do profesora Konstantina Gridniewa. (Ten sam Gridniew, poltora roku wczesniej, w mieszkaniu goscinnym Instytutu im. Kurczatowa w Moskwie, palcami na migi pokazywal, ze ja i moj kolega Roman Wolski powinnismy odciac mikrofony, ktore bez zenady zwisaly z sufitu. Przyznaje sie tu do naszego tchorzostwa – nie odcielismy ich wowczas.) W mniej niz tydzien mialem bilet lotniczy, ale nie moglem skontaktowac sie z Gridniewem; byl on nieuchwytny, wszelkie proby pozostawaly bez odpowiedzi. Postanowilem mimo wszystko pojechac; pokusa zobaczenia Petersburga byla dla mnie zbyt wielka. Wbrew radom instytutowych "ekspertow" od Sowietow pojechalem w ciemno, zaopatrzony w zaswiadczenie napisane na maszynie w cyrylicy, tlumaczace ludziom radzieckim (takie "To whom it may concern") jakim to ja bylem bolszim polskim uczionym. Poprosilem, zeby mi na nim przybito wszystkie okragle pieczecie Instytutu Fizyki Jedrowej w Krakowie z orlem (wtedy bez korony) – bo Eto takaja krasiwaja ptica, jak rzekl Josif Wissarionowicz Stalin do Boleslawa Bieruta z Rur Jezuickich, gdy ten w swej gorliwosci enkawudzisty chcial polskiego orla zastapic konglomeratem gwiazd, mlotow i sierpow. Wytloczono mi nawet jedna sucha pieczec w tym papierku. Wkrotce mialo mnie to "uratowac".

Przylecialem wieczorem samolotem LOTu do Leningradu i umowilem sie z polska stewardessa, ze jezeli nikogo nie bedzie po mnie na lotnisku, to zabiora mnie z powrotem do Warszawy tym samym samolotem. W kolejce z paszportem w reku uslyszalem jednak zapowiedz przez megafon, ze ktos mnie oczekuje. Sowiecki pogranicznik dokladnie lustrowal moj paszport, zaciekawila go brytyjska pieczatka z londynskiego Heathrow z data sprzed tygodnia, ale wpuscil mnie do kraju wszelkiej szczesliwosci, "gdzie tak wolno ludzie oddychaja". Czekal na mnie jakis czlowiek, mniej wiecej w moim wieku, ktory powiedzial mi, ze Gridniew byl w Moskwie, ale kilka godzin wczesniej telefonicznie kazal mu dobrze sie mna zajac. W gruncie rzeczy ucieszylo mnie to, bo znaczylo, ze bede miec wiecej czasu na zwiedzanie miasta.

Mily czlowiek, ktory odebral mnie na lotnisku, mial ze mna ogromny problem, poniewaz nie bylo dla mnie zarezerwowanego hotelu. Pojechalismy taksowka do ktoregos z najlepszych hoteli, gdzie w ogole nie chciano z nami gadac, ale w drugim ja wzialem sprawe w swoje rece. Znajac juz wczesniej z Moskwy wszechobecna w Sowietach dyktature starszych "bab", na pytanie takowej, "a wy zacziem?", warknalem krotko: "Spat'" – "Szto?!" Wtedy ja zaczalem wymachiwac tym zaswiadczeniem z okraglymi pieczeciami z krasiwa ptica, a moj Rosjanin usilnie tlumaczyl kobiecie w recepcji jaka to moja wizyta byla wazna dla Uniwersytetu Lomonosowa (ktory to Lomonosow "wynalazl polarna zorze, by oswietlala carski tron", jak opisal kiedys Janusz Szpotanski (autor Cichych i gegaczy, wiezien Gomulki). Z ociaganiem dama w recepcji dala mi pokoj pod warunkiem dostarczenia nazajutrz jakichs bumag z tegoz uniwersytetu.


Requiem – Achmatowa

Czlowiek, ktory odebral mnie z lotniska, a ktorego nazwiska, wstyd mi, juz nie pamietam, dwa razy chodzil pozniej ze mna po miescie. Byl dosyc rozmowny, powiedzial mi cos, co okazalo sie prorocze: "Tylko kitajskij papa mozet' byt' chuzyj dla Sowietskogo Sojuza cziem polskij papa" [Tylko chinski papiez moglby byc gorszy dla Zwiazku Sowieckiego niz polski.] Zapytalem go o "wielka czystke" w Leningradzie (po zabiciu Kirowa) w latach 1937-1940. Wydusil z siebie tylko tyle, ze ktos z jego rodziny wtedy przepadl, ze to bylo straszne, ale lepiej o tym nie mowic. Wtedy przyszla mi do glowy leningradzka historyjka powtarzana wowczas w Polsce: "Prospektem Newskim w Lenigradzie rozmawiajac szlo dwoch surrealistow; a za nimi realista – w cywilu."

Kiedy po latach pisze te zapiski, przypomina mi sie wstrzasajace Requiem – poemat Anny Achmatowej. Oto fragment, Wstep, pisany w listopadzie 1935:

To byl czas, kiedy usmiech na ustach
tylko trupich – bo juz smierc, a wiec radosc.
I u bram swych katowni sie hustal
zbednym widmem cien Leningradu.
Kiedy szly od meki oszalale,
niekonczace sie skazancow roty,
kiedy krotkie rozstania sygnaly
podawaly gwizdki lokomotyw.
Gwiazdy smierci wisialy nad nami,
drgala Rosja z przetraconym grzbietem
pod krwia zbryzganymi butami
i kolami wieziennych karetek.


Fragment Wstepu do Requiem.


Anna Achmatowa, ok. 1950.

I fragment Epilogu z marca 1940:
Chce tutaj, gdziem tyle meczyla sie czasu,
a rozbic nie moglam ni krat ani zasuw.
Bo nawet przez smierci mej spokoj i cisze
zgrzyt wozow wieziennych chce znowu uslyszec.
Bo nie chce zapomniec, jak loskot brzmi gluchy
i wycie zwierzece nieszczesnej staruchy.
By snieg topniejacy wciaz splywal na nowo
jak lzy nieustanne spod powiek spizowych,
gruchanie golebi w wiezieniu przekletym
i wolno po Newie niech plyna okrety.


Anna Achmatowa

Przeklad:   Jozef Lobodowski
Kultura 6/200, 1964




Anna Achmatowa
(Rys.   Jurij Annenkow, 1921).


Anna Achmatowa (1889-1966) jako poetka stala sie w Zwiazku Sowieckim postacia tak monumentalna, ze nawet Stalin jej nie tknal, chociaz juz w 1921 roku Czeka zamordowala jej pierwszego meza Nikolaja Gumilowa, poete z grupy Akmeistow, i kilku przyjaciol. Jej syna Lwa Gumilowa (ur. 1912), wybitnego turkologa, wieziono na dwie raty przez czternascie lat. W roku 1940 Stalin zezwolil na wydrukowanie w Leningradzie zbioru wierszy Achmatowej pt. Z Szesciu Ksiag, ale zabronil rozprowadzania go! Achmatowa, mimo ze w roku 1941 na polecenie Stalina wywieziono ja specjalnym samolotem z oblezonego przez Niemcow Leningradu (okres wojny przezyla w Taszkiencie w Uzbekistanie), poddawano przez wiele lat udrece psychicznej. Dyktator sowieckiej kultury, Zdanow nazwal ja "skrzyzowaniem prostytutki z zakonnica."




Anna Achmatowa
(Rys.   A. G. Tyszler, 1945).


Achmatowa wyznala w 1942 r. w Taszkiencie Jozefowi Czapskiemu: "Calowalam buty wszystkim znanym bolszewikom, aby mi powiedzieli czy on zyje czy nie." Syn Achmatowej, Lew Gumilow, przezyl lagry, a po wyjsciu z nich znienawidzil matke i zerwal z nia. Achmatowa przyjela to z fatalizmem. "No coz, tak bywa, ze najblizszy czlowiek staje sie obcym" – w roku 1964, dwa lata przed smiercia, powiedziala w Paryzu Czapskiemu. (Jozef Czapski, Wyrwane strony.)




Anna Achmatowa w Komarowie, lata 1960.



Miasto – fantasmagoria raczej ponura

Na uniwersytecie bywalem niewiele, chyba tylko trzy razy i to nie za dlugo. Wyglosilem seminarium o moich pracach naukowych na temat sprzezenia kanalow reakcji elastycznego rozpraszania protonow (p,p) i neutron pick-up (p,d). Zaczalem po angielsku – jakis nieborak usilowal to tlumaczyc, ale po kilkunastu zdaniach wybrano moj kaleki rosyjski.

Chodzilem duzo po Petersburgu szerokimi kamiennymi prospektami, Newskim i innymi. Stare miasto, zalozone w 1703, rowno trzysta lat temu, przez Piotra I Wielkiego, jest mieszanina weneckich kanalow oraz wloskiej architektury barokowej i rosyjskiej gigantomanii, zwanej rosyjskim barokiem, a przez Markiza De Custine w jego Listach z Rosji – architektura despotyzmu.




Sankt Petersburg:   Przy Newskim Prospekcie
(fot.   Andrzej Kobos, 1978).


Sankt Petersburg jest miastem-fantasmagoria przewijajacym sie przez cala wielka literature rosyjska XIX i wczesnego XX wieku.




Sankt Petersburg:   Jeden z XIX-wiecznych budynkow przy Newskim Prospekcie.
(fot.   Andrzej Kobos, 1978).


Ogrom pracy wlozony w zbudowanie tego miasta na bagnistym rozlewisku ujscia Newy musial byc niewiarygodny. Mial chyba racje De Custine piszac, ze tylko narod niewolnikow mogl tego dokonac.

Nie mialem juz takiej "uczty" cerkiewnej, jak rok i dwa wczesniej w Moskwie, bo i cerkwi w Petersburgu jest mniej i to nowszych, ale za to monumentalnych. Wowczas wszystkie oczywiscie byly zamienione na "muzieje" – muzea religii i ateizmu (!). Szczegolnie ogromny jest Sobor Kazanskij (Matki Boskiej Kazanskiej), wzorowany na Bazylice Sw. Piotra w Rzymie, z kolumnada i pozlacana kopula z iglica, wewnatrz wykladany marmurami, granitami i innymi polerowanymi skalami, najrozmaitszych wzorow i kolorow, z kolumnami z litego kamienia, sciaganego z Kaukazu i Afganistanu. Pelen jest wotow dziekczynnych za pobicie Napoleona. Pochowany jest w nim Marszalek Kutuzow, pogromca cesarza Francuzow.




Sankt Petersburg:   Kazanskij Sobor
(fot.   Andrzej Kobos, 1978).


Z innych ogromnych cerkwi, utkwil mi w pamieci olbrzymi Sobor Isaakowskij (Sw. Izaaka) z kopula, kolumnami i pieknym ikonostasem wewnatrz.




Sankt Petersburg:   Isaakowskij Sobor
(fot.   Andrzej Kobos, 1978).


Na ktoryms z prospektow przy jednym z kanalow Newy, w miejscu, gdzie Polak Hryniewiecki skutecznie rzucil bombe na powoz cara Aleksandra II, stoi duza Cerkiew Zmartwychwstania, w dawnym prawoslawnym stylu z cebulowatymi kopulami.




Sankt Petersburg:   Cerkiew Zmartwychwstania
(fot.   Andrzej Kobos, 1978).


Nad Newa, niedaleko uniwersytetu, stoja prawdziwe kolumny egipskie i niewielki sfinks niezle zachowany. Nieopodal dwa interesujace pomniki. Jeden, wspanialy pomnik cara Piotra I na zadartym koniu na granitowej skale (dluta francuskiego rzezbiarza Falconet'a, wzorowany na portrecie konnym Ferdynanda IV, pedzla Velasqueza), z napisem Petru Pierwomu, Ekaterina Wtoraja, opiewany przez Puszkina w poemacie Jezdziec Miedziany. Ciekawostka jest, ze rzezbiarzowi za model posluzyl pewien rosyjski general, znakomity jezdziec, ktory wjezdzal na specjalnie usypany wzgorek i triumfalnie zadzieral konia.




Sankt Petersburg:   Pomnik Piotra I Wielkiego;   rzezba Falconet'a.
(fot.   Andrzej Kobos, 1978).


Drugi pomnik, szczegolnie "mily" polskiemu sercu, to konny pomnik cara Mikolaja I, z plaskorzezbami na cokole. Po jednej stronie przedstawiaja one triumf Mikolaja nad Polakami z data – 1831. Dalej, Palac Sztabu i Admiralicji o ladnej bryle. Przy prospektach oraz w bok od nich, w zaulkach, stare domy, niektore zapewne odbudowane po zniszczeniach potwornej blokady niemieckiej podczas drugiej wojny swiatowej. W jednym z takich domow, w jakims zaulku, Raskolnikow dokonal swej zbrodni na dwoch staruszkach, uwiecznionej przez Dostojewskiego w Zbrodni i karze. Dotad istnieje konkretny duzy dom, w ktorym mieszkal Raskolnikow.




Sankt Petersburg:   Dom, w ktorym mieszkal Raskolnikow.
(fot.   Andrzej Kobos, 1978).


Przy Newskim Prospekcie, jeden z mostow na Newie, Most Anniczkowa, w naroznikach ozdobiony jest czterema bardzo ekspresyjnymi rzezbami mezczyzn okielznujacych rumaki. Autorem ich (ok. 1840 r.) byl rzezbiarz rosyjski baron Piotr Clodt-Jürgensburg. Anna Achmatowa opisala ten most w Poemacie bez bohatera.




Sankt Petersburg:   Jedna z czterech rzezb koni dluta Piotra Clodt-Jürgensburg'a na Moscie Anniczkowa na Newie.
(fot.   Andrzej Kobos, 1978).


Ktoregos mglistego popoludnia, dwoch asystentow Gridniewa pojechalo ze mna do Peterhofu, jednej z letnich siedzib carow. Palac byl zamkniety, chodzilismy po pustym palacowym parku wsrod golych drzew, opadlych lisci i alegorycznych rzezb. Ogromne, kaskadowo spadajace fontanny byly juz nieczynne (koniec pazdziernika), przystan morsko-rzeczna blisko ujscia Newy do Zatoki Finskiej, juz podmarznieta. To tam, jak opisuje De Custine w Listach w Rosji, zatonela kiedys podczas naglej burzy cala flotylla galer z aktorami i artystami, ktorzy mieli dac widowisko na wodzie przed carem Wszech Rosji – Mikolajem I. Wtedy jeszcze nie czytalem Listow z Rosji De Custine'a. Kiedy przeczytalem je w dziesiec lat pozniej, jakze zalowalem, ze nie moglem byl chodzic w 1978 roku w Petersburgu sladami Markiza De Custine. Owi dwaj towarzyszacy mi Rosjanie, dowiedziawszy sie, ze bywalem w Anglii, zapytali mnie niesmialo, czy czytalem cos Solzenicyna. Przez dwie godziny spaceru po opustoszalym jesiennym parku w Peterhofie, musialem moja niezdarna ruszczyzna opowiadac im Archipelag Gulagu. Twierdzili, ze ksiazka ta krazyla w wydaniu samizdatu, ale byla bardzo trudna do dostania.

Nie bylem wewnatrz twierdzy Pietropawlowskiej na malej wysepce w rozwidleniu Newy. Widzialem tylko jej wieze i brame nad ktora jest dwuglowy czarny rosyjski orzel z jezdzcem w centrum (bodajze sw. Jerzym, przypominajacym litewska Pogon) i plaskorzezba bedaca (religijna?) alegoria czegos. Twierdza Pietropawlowska byla politycznym wiezieniem carskim (siedzial tam m. in. Kosciuszko). W katedrze, w obrebie twierdzy, grzebano cesarzy Rosji.




Sankt Petersburg:   Brama do twierdzy Pietropawlowskiej.
(fot.   Andrzej Kobos, 1978).


Nie bylem tez w Kronstadzie, na zachodniej wyspie, gdzie w zimie 1921 marynarze bazy morkiej, ktorzy wczesniej, w 1917 roku byli glowna ostoja bolszewizmu, zbuntowali sie przeciwko wladzy rad i zostali wyrznieci przez zolnierzy Trockiego, ktorzy przeszli na wyspe po lodzie.

Palac Zimowy na poludniowym brzegu Wielkiej Newy, pelen przepychu, mieszczacy Galerie Ermitaz, jest dzielem architekta wloskiego Bartolomeo Rastrelli'ego. Jest w Palacu Zimowym pokoj, w ktorym bolszewicy aresztowali Rzad Tymczasowy. Podobno ow slynny szturm Palacu Zimowego jest dorobiona przez bolszewikow legenda, utrwalona w malarstwie sowieckim i w znanym filmie Eisensteina Pancernik Potiomkin. Nie bylo wlasciwie szturmu, gdyz, przy zupelnym rozsprzezeniu, palacu nie mial kto bronic, poza malym oddzialem kobiet-zolnierek, po zdobyciu palacu wygwalconych i wymordowanych na miejscu. Prawdziwy jest tylko znany gmach Sztabu Admiralicji ze slynnym Lukiem projektu Rastrelli'ego i wielki plac przed Palacem Zimowym, z wysoka kolumna z aniolem na szczycie, wyciosana z jednego litego bloku granitu, poswiecona Aleksandrowi I.




Sankt Petersburg:   Palac Sztabu i Admiralicji z Lukiem Admiralicji.
(fot.   Andrzej Kobos, 1978).



Ermitaz

Moi "gospodarze", byc moze chcac sie mnie pozbyc, zalatwili mi za darmo doslownie caly zwoj biletow do Ermitazu, muzeum-galerii w Palacu Zimowym. Bylem w Ermitazu kilkakrotnie (4-5 razy), przez wiele godzin. Za ostatnim razem rozdalem reszte niewykorzystanych biletow wybiorczo kilku ladnym, uszczesliwionym rosyjskim dziewczynom z gigantycznych kolejek do kasy Ermitazu.

Ermitaz imponuje cudownym malarstwem. Szczegolnie utkwily mi w pamieci male flamandzkie obrazki z polowy XVII wieku, przedstawiajace scenki rodzajowe w ciemnych karczmach i chlopskich domach, malowane przez Adriaena Van Ostade, Jana Steena i innych mistrzow. Car Pietr Pierwyj Wielikij byl rozkochany w tym malarstwie, jako ze w mlodosci przez jakis czas przebywal "na praktyce stoczniowej" w Holandii. Po powrocie do Rosji, wysylal do Niderlandow specjalnych agentow, ktorzy zakupili tam bardzo wiele takich obrazow, a przy okazji rowniez i kilka obrazow Rembrandta, miedzy nimi Saskia jako Flora, Danae i Powrot Syna Marnotrawnego. Co najmniej dwa Rembrandty z Ermitazu, w tym znany Starzec w szkarlatnej tonacji, zostaly po rozbiorach Polski kupione albo skonfiskowane przez Rosjan z arystokratycznych polskich kolekcji. Zreszta bolszewicy po rewolucji sprzedali wiele cennych obrazow na Zachod, wsrod nich obraz Rembrandta: portret brata artysty w kostiumie polskim (dawniej w rodowych zbiorach Tarnowskich, uwazany niegdys za portret Jakuba Sobieskiego, ojca krola), ktory obecnie znajduje sie w National Gallery w Waszyngtonie. Kolekcja "wiejskiego" malarstwa flamandzkiego i holenderskiego w Ermitazu jest byc moze najlepsza w swiecie, wieksza niz np. w Rijksmuseum w Amsterdamie.

Mysle, ze Gustaw Herling-Grudzinski, gdyby pojechal byl do Ermitazu, znalazlby tam, na progu niedawnego "innego swiata", perly nie gorsze od Perel Vermera. Herling-Grudzinski byl tylko raz w Leningradzie w poznym 1940 roku, lecz nie w Ermitazu, a w wiezieniu etapowym, w transporcie do lagru Gulagu w Jercewie, niedaleko Bialego Morza. Pisze on w Innym Swiecie:

"Starzy wiezniowie opowiadali mi, ze w Leningradzie siedzialo w owym czasie okolo 40 tysiecy ludzi. [...] W Lenigradzie zetknalem sie po raz pierwszy z hipotezami na temat liczby wiezniow, zeslancow i bialych niewolnikow w Zwiazku Sowieckim. W dyskusjach wieziennych wahala sie ona pomiedzy 18-25 milionami."

* * *


Ale artykul ten mial byc pisany lekkim piorem. Wracajmy wiec do Ermitazu. Utkwilo mi tez w pamieci religijne malarstwo hiszpanskie. Szczegolnie piekne Ukrzyzowanie Francisco Zurbarana: duzy krzyz z Chrystusem na tle prawie czarnego nieba. Niesamowite wrazenie, najglebszy dla mnie z obrazow Ukrzyzowania, ktore widzialem w dziesieciu moze wielkich galeriach. Dalej, cudowna, w niebieskich i czerwonych szatach Madonna z Dzieciatkiem, tzw. Madonna Litta, Leonarda da Vinci; Skruszona Maria Magdalena Tycjana, lkajaca, z dlugimi lokami wlosow; piekna rzezba kucajacego chlopca, dluta Michelangelo.


Colombina

I wreszcie najladniejszy dla mnie obraz Ermitazu: Colombina, ktory namalowal Francesco Melzi (1493-1570) okolo roku 1520. Niewielki portret mlodej kobiety z obnazona lewa piersia, w tonacji i sklonie glowy typowymi dla Leonarda. Dama, z przymknietymi oczyma, upaja sie zapachem drobnego kwiatu – kolombiny.




Francesco Melzi:   Portret damy, tzw. Colombina,   ok. 1520.
Ermitaz, Sankt Peterscburg.
Olej na plotnie, 76x63 cm; przeniesiony z deski.


Po targach ze straznikami w sali muzeum zrobilem zdjecie tego obrazu, bo nigdy wczesniej nie widzialem jego reprodukcji. Potem w Krakowie pokazywalem to zdjecie moim przyjaciolom, az Jozek Kuzminski (dzis w Los Alamos) zapytal mnie, czy to aby tak bardzo podobal mi sie sam obraz, czy moze sportretowana z naga piersia kobieta. I wowczas wpadlem w rozterke, ktorej definitywnie nie rozstrzygnalem do dzisiaj. Zainteresowalem sie Melzim, autorem obrazu, o ktorym wczesniej nic nie wiedzialem. Okazalo sie, ze Francesco Melzi byl uczniem, przyjacielem i towarzyszem podrozy Leonarda oraz tym, ktory przechowal jego spuscizne rysunkowa i pisarsko-naukowa. W rok pozniej, w Mediolanie, przy Operze La Scala, na cokole pomnika Leonarda da Vinci, ujrzalem figure Francesco Melzi w berecie, jako jednego z kilku uczniow Leonarda.

Historia z Colombina dlugo snula sie w moim zyciu. W latach 1993-1994 na Uniwersytecie Alberty w Edmonton przyszlo mi wspolpracowac ze starszym Rosjaninem, profesorem fizyki atmosfery z Petersburga. Opowiedzialem mu o Colombinie, narzekajac, ze nie mam dobrej reprodukcji tego obrazu. Lew Grigoricz Kaczurin rzekl mi na to: "Niczto... Moj syn zaraz ci tu przysle reprodukcje." Okazalo to jednak nielatwe. Ow Aleksiej Lwowicz, tez fizyk, przez dluzszy czas nie mogl znalezc reprodukcji Colombiny. Zasugerowalem wiec, zeby po prostu ukradl ten obraz dla mnie. Odpowiedzial ojcu listownie, ze ukrasc to byloby trudno, ale latwo moglby mi przyslac jakas zywa, nie mniej piekna Colombine. Nie przyjalem tej oferty. W koncu przyslal mi rzadki, dobry album Galerii Ermitazu. Jest tam reprodukcja mojej Colombiny, ktorej pozostalem wierny...

I tylko dzwieczy mi w uszach wiersz Sergieja Jesienina (zaszczutego przez Czeke na smierc w Leningradzie 28 grudnia grudniu 1925 roku).




Siergiej Aleksandrowicz Jesienin, 1925.







* * *

Slyszysz, pedza sanie, sanie pedza w gluszy,
Dobrze sie z kochana w polu zawieruszyc.

Niesmialo, wstydliwie gna wietrzyk ochoczy,
Po nagiej rowninie dzwoneczek sie toczy.

Ej, wy sanie, sanie! Koniu moj bulany!
Gdzies tam na polanie tanczy klon pijany.

Podjedziemy blisko: "Co slychac?" – spytamy,
Przy harmonii w trojke puscimy sie w tany.


Moskwa, 3 pazdziernika 1925

Sergiej Jesienin

Tlumaczyla:   Anna Kamienska



Ale, jako ze Colombina zmarzlaby na snieznej polanie pod pijanym klonem, konczmy te wariacje...







Copyright © 1997-2003 Zwoje