
KOLONIA KARNA
In der Strafkolonie
FRANZ KAFKA
Jest to szczegolny aparat – powiedzial oficer do podroznego-badacza ...
procz oficera i podroznego byl tylko skazaniec ...
byl jeszcze takze zolnierz, trzymajacy ciezki lancuch...
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
Jest to szczegolny aparat – powiedzial oficer do podroznego-badacza i jak gdyby z pewnym zdumieniem spojrzal na dobrze mu przeciez znany przyrzad. Zdawalo sie, ze podrozny jedynie z grzecznosci przyjal zaproszenie komendanta, ktory go wezwal do asystowania przy egzekucji zolnierza skazanego za nieposluszenstwo i obraze zwierzchnika. Co prawda, takze w kolonii karnej nie bardzo interesowano sie ta egzekucja. W kazdym razie tutaj, w malej dolinie glebokiej, piaszczystej i zewszad zamknietej niczym nie porosnietymi stokami, procz oficera i podroznego byl tylko skazaniec, tepy mezczyzna o szerokich szczekach, zaniedbanych wlosach i zmietej twarzy. Byl jeszcze takze zolnierz, trzymajacy ciezki lancuch, z ktorego zwisaly male lancuchy, a te z kolei takze miedzy soba byly polaczone specjalnymi lancuchami. Krepowaly one kostki nog, przeguby rak, a takze szyje skazanca. Skazaniec wygladal zreszta poslusznie jak pies i zdawalo sie, ze mozna by mu pozwolic spokojnie biegac po stokach, a na poczatku egzekucji wystarczyloby gwizdnac, zeby przyszedl. Podrozny niewiele uwagi poswiecal aparatowi i przechadzal sie tam i z powrotem poza plecami skazanca, niemal widocznie myslac o czym innym, podczas gdy oficer zajmowal sie ostatnimi przygotowaniami. To wpelzal pod aparat, gleboko wbudowany w ziemie, to znow wchodzil na drabine, by sprawdzic jego gorne czesci. Byly to prace, ktore wlasciwie mozna bylo powierzyc maszyniscie, ale oficer dokonywal ich z wielkim zapalem, czy to dlatego, ze byl szczegolnym zwolennikiem tego aparatu, czy ze z innych wzgledow nie mozna bylo nikomu innemu powierzyc tej pracy.– Teraz jest wszystko gotowe! – zawolal wreszcie i zszedl z drabiny.
Byl niezwykle zmeczony, oddychal z szeroko otwartymi ustami, a za kolnierz munduru zatkniete mial dwie delikatne damskie chusteczki do nosa.
– Te mundury sa jednak za ciezkie, jak na kraje podzwrotnikowe – powiedzial podrozny, zamiast, jak tego oczekiwal oficer, zainteresowac sie aparatem.
– Zapewne – odparl oficer, myjac zabrudzone oliwa i smarem rece w przygotowanym kuble z woda – ale one oznaczaja ojczyzne; nie chcemy stracic z mysli ojczyzny. Ale niech pan teraz spojrzy na ten aparat – dodal zaraz, osuszyl rece recznikiem i rownoczesnie wskazal na przyrzad. – Dotychczas potrzebna byla jeszcze praca rak, ale odtad aparat pracuje zupelnie sam.
Podrozny skinal glowa i poszedl za oficerem. Ten zas probowal zabezpieczyc sie na wszelki wypadek, mowil wiec:
– Zdarzaja sie naturalnie uszkodzenia; co prawda mam nadzieje, ze dzisiaj ich nie bedzie, ale zawsze trzeba sie z nimi liczyc. Aparat powinien byc w ruchu przez dwanascie godzin bez przerwy. Jesli nawet trafiaja sie defekty, to sa one calkiem drobne i natychmiast sie je naprawia.
– Czy nie zeche pan usiasc? – zapytal w koncu, ze stosu trzcinowych krzesel wyciagnal jedno i ofiarowal je podroznemu; ten nie mogl odmowic.
Siedzial teraz nad brzegiem wykopu, rzucil wen przelotne spojrzenie. Wykop nie byl bardzo gleboki. Po jednej jego stronie wygrzebana ziemia pietrzyla sie w wal, po drugiej stronie stal aparat.
– Nie wiem – rzekl oficer – czy komendant objasnial juz panu aparat.
Podrozny zrobil nieokreslony ruch reka; oficer niczego wiecej nie pragnal, gdyz mogl teraz sam udzielic objasnien.
– Aparat ten – powiedzial i ujal rekojesc korby, na ktorej sie oparl – jest wynalazkiem naszego poprzedniego komendanta.
– Aparat ten – powiedzial i ujal rekojesc korby, na ktorej sie oparl
– jest wynalazkiem naszego poprzedniego komendanta.
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
Wspolpracowalem juz przy najwczesniejszych jego probach, bralem takze udzial we wszystkich pracach az do jego ukonczenia. Zasluga dokonania wynalazku przypada zreszta wylacznie naszemu poprzedniemu komendantowi. Czy slyszal pan o nim? Nie? A wiec nie przesadze, jesli powiem, ze urzadzenie calej kolonii karnej jest jego dzielem. My, jego przyjaciele, wiedzielismy juz w chwili jego smierci, ze urzadzenie kolonii jest dzielem na tyle skonczonym w sobie, ze jego nastepca, chocby mial w glowie tysiac nowych planow, nie bedzie mogl – przynajmniej w ciagu wielu lat – zmienic nic ze starego. I nasza przepowiednia sie spelnila; nowy komendant musial to uznac. Szkoda, ze nie znal pan poprzedniego komendanta! Ale – przerwal sobie oficer – ja tu gadam, a jego aparat stoi oto przed nami.. Sklada sie on, jak pan widzi, z trzech czesci. Dla kazdej z tych czesci z biegiem czasu powstaly popularne swojskie okreslenia. Dolna czesc nazywa sie "lozkiem", gorna – "rysownikiem", a ta tutaj srodkowa, wiszaca czesc nazywa sie "brona".
Aparat klada sie, jak pan widzi, z trzech czesci.
Dla kazdej z tych czesci z biegiem czasu powstaly popularne swojskie okreslenia.
Dolna czesc nazywa sie "lozkiem", gorna – "rysownikiem",
a ta tutaj srodkowa, wiszaca czesc nazywa sie "brona".
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
– Brona? – spytal podrozny.Nie sluchal dosc uwaznie, slonce operowalo zbyt silnie w nie ocienionej dolinie, trudno bylo zebrac mysli. Tym bardziej godny podziwu wydawal mu sie oficer, ktory w ciasnej, paradnej, obciazonej epoletami i obwieszonej sznurami zolnierskiej kurtce tak gorliwie wykladal swoja rzecz, a oprocz tego, podczas gdy mowil, jeszcze tu i tam srubokretem dokrecal jakas srube. W podobnym usposobieniu jak podrozny zdawal sie byc zolnierz. Owinal sobie lancuch skazanca wokol obu przegubow; reka oparl sie na karabinie, zwiesil glowe i nic go nie obchodzilo. Podrozny nie dziwil sie temu, poniewaz oficer mowil po francusku, a z pewnoscia ani zolnierz, ani skazaniec nie znali francuskiego. Tym bardziej bylo zastanawiajace, ze skazaniec staral sie jednak zrozumiec wyjasnienia oficera. Z pewnego rodzaju ospala wytrwaloscia kierowal zawsze wzrok w to miejsce, ktore wlasnie oficer wskazywal, a kiedy teraz podrozny przerwal oficerowi pytaniem, i on takze, podobnie jak oficer, spojrzal na podroznego.
– Tak, brona – odparl oficer. – To odpowiednia nazwa. Igly sa umieszczone jak w bronie, a takze calosc porusza sie jak brona, choc tylko w jednym miejscu i o wiele kunsztowniej. Zreszta zaraz pan to zrozumie. Tutaj, na lozku, kladzie sie skazanca. Chcialbym najpierw opisac aparat, a dopiero potem pokazac sama procedure. Bedzie pan ja mogl pozniej lepiej sledzic. Zreszta kolo zebate w rysowniku zbyt sie juz starlo i bardzo skrzypi, kiedy jest w ruchu; zaledwie mozna sie wtedy porozumiec; niestety bardzo trudno tu dostac czesci zapasowe. – A wiec tutaj, jak powiedzialem, jest lozko. Jest ono calkowicie i dokladnie pokryte warstwa waty; dowie sie pan jeszcze, w jakim celu. Na owej wacie kladzie sie skazanca na brzuchu, oczywiscie nagiego; tutaj sa rzemienie, aby go przytroczyc za rece, za nogi i za szyje. Tu u wezglowia lozka, gdzie, jak powiedzialem, czlowiek kladzie sie najpierw twarza, znajduje sie ow maly klin filcowy, ktory z latwoscia mozna tak wyregulowac, aby wepchnac go czlowiekowi wprost w usta. A to w tym celu, aby przeszkodzic krzykom i rozgryzieniu jezyka. Naturalnie czlowiek musi ten filc wziac w usta, gdyz inaczej rzemien, przytrzymujacy szyje, zlamie mu kark.
Kolo zebate w rysowniku zbyt sie juz starlo i bardzo skrzypi, kiedy jest w ruchu...
Na owej wacie kladzie sie skazanca na brzuchu, oczywiscie nagiego ...
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
– To jest wata? – spytal podrozny i pochylil sie do przodu.– Tak, na pewno – odparl oficer ze smiechem – niech pan sam dotknie. – Ujal reke podroznego i przeciagnal ja po lozku. – Jest to wata specjalnie spreparowana, dlatego wyglada tak nie do poznania; bede jeszcze mowil o jej przeznaczeniu.
Podrozny zainteresowal sie juz nieco aparatem; trzymajac dlon nad oczami dla ochrony przed sloncem, spojrzal w gore na aparat. Byla to duza budowla. Lozko i rysownik posiadaly jednakowe wymiary i wygladaly jak dwie ciemne skrzynie. Rysownik wznosil sie mniej wiecej dwa metry ponad lozkiem; oba przyrzady byly na krawedziach polaczone czterema mosieznymi sztabami, ktore niemal iskrzyly sie w sloncu. Pomiedzy skrzyniami na stalowej tasmie wisiala brona.
Oficer ledwie zwrocil uwage na poprzednia obojetnosc podroznego, teraz jednak pochwycil jego budzace sie zainteresowanie; dlatego przerywal swoje wyjasnienia, aby zostawic podroznemu czas na spokojna obserwacje. Skazaniec nasladowal podroznego; poniewaz nie mogl oslonic oczu dlonia, mrugal ku gorze nie oslonietymi.
– A wiec tutaj lezy czlowiek – rzekl podrozny, odchylil sie w krzesle i skrzyzowal nogi.
– Tak – odpowiedzial oficer, odsunal czapke nieco do tylu i przeciagnal dlonia po goracej twarzy. – Teraz niech pan poslucha. Zarowno lozko, jak i rysownik posiadaja swoje wlasne baterie elektryczne; lozko potrzebuje jej dla siebie, rysownik dla brony. Skoro tylko czlowiek zostanie przytroczony, wprawia sie lozko w ruch. Drobnymi, bardzo szybkimi ruchami drga ono rownoczesnie na boki oraz wprzod i w tyl. Podobne aparaty widzial pan moze w zakladach leczniczych; tylko ze przy naszym lozku wszystkie ruchy sa dokladnie obliczone; mianowicie musza one byc dokladnie zestrojone z ruchami brony. Wlasnie tej bronie pozostawia sie samo wykonanie wyroku.
– Jakze wiec brzmi wyrok? – zapytal podrozny.
– Tego pan takze nie wie? – zdumial sie oficer i przygryzl wargi. – Prosze, mi wybaczyc, jezeli moje wyjasnienia sa nieuporzadkowane; bardzo przepraszam. Dawniej mianowicie zwykl byl objasniac sam komendant; ale nowy komendant zwolnil sie z tego zaszczytnego obowiazku; ze jednak nawet tak dostojnego goscia – podrozny obiema rekami probowal bronic sie przed tymi wyrazami czci, lecz oficer obstawal przy nich – ze nawet tak dostojnego goscia nie poinformowal o formie naszego wyroku, to juz jest cos nowego, co – mial juz na wargach przeklenstwo, opanowal sie jednak i rzekl tylko: – Nie powiadomiono mnie o tym, nie moja wiec wina. Zreszta, owszem, jestem w stanie jak najlepiej objasnic nasze sposoby wykonywania wyroku, gdyz nosze tutaj – uderzyl sie po gornej kieszeni kurtki – odreczne rysunki poprzedniego komendanta.
– Odreczne rysunki samego komendanta? – spytal podrozny. – Czyzby on wszystko laczyl w swej osobie? Czyzby byl zolnierzem, sedzia, konstruktorem, chemikiem, rysownikiem?
– Odreczne rysunki samego komendanta? – spytal podrozny.
– Czyzby on wszystko laczyl w swej osobie? ...
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
– Tak jest – odparl oficer kiwajac glowa z nieruchomym, zamyslonym spojrzeniem. Nastepnie krytycznie spojrzal na swoje rece; wydaly mu sie nie dosc czyste, aby dotykac rysunkow; poszedl wiec do kubla i umyl je raz jeszcze. Potem wyciagnal mala skorzana teczke i powiedzial:– Nasz wyrok nie jest ciezki. Za pomoca brony nalezy skazancowi wypisac na ciele nakaz, ktory przekroczyl. Temu skazancowi na przyklad – oficer wskazal na mezczyzne – wypisze sie na na ciele: "Szanuj swego zwierzchnika!"
Podrozny przelotnie spojrzal na skazanego. Gdy oficer na niego wskazywal, trzymal on glowe pochylona i zdawal sie ze wszystkich sil natezac sluch, aby sie czegos dowiedziec. Ale ruchy jego nabrzmialych, zacisnietych warg wyraznie wskazywaly, ze nic nie mogl zrozumiec. Podrozny chcial pytac o rozmaite rzeczy, ale na widok tego czlowieka zapytal tylko:
– Czy on zna swoj wyrok?
– Nie – odpowiedzial oficer i chcial zaraz dalej ciagnac objasnienia, lecz podrozny mu przerwal:
– On nie zna swego wlasnego wyroku?
– Nie – odparl znowu oficer i zatrzymal sie na chwile, jak gdyby pragnal uslyszec od podroznego blizsze uzasadnienie jego pytania, po czym rzekl: – Zawiadamianie go o wyroku byloby niepotrzebne. Pozna go przeciez na wlasnym ciele.
Podrozny chcial juz zamilknac, gdy uczul, ze skazaniec wlepia w niego wzrok, jak gdyby pytal, czy pochwala on opisane postepowanie. Dlatego podrozny, ktory juz oparl sie w krzesle, znowu pochylil sie do przodu i zapytal jeszcze:
– Ale on chyba wie o tym, ze w ogole zostal skazany?
– Takze nie – odrzekl oficer i usmiechnal sie do podroznego, jak gdyby oczekiwal od niego jeszcze jakichs osobliwych wynurzen.
– Nie – powiedzial podrozny i przeciagnal dlonia po czole – a wiec ten czlowiek nie wie nawet jeszcze teraz, jak przyjeto jego obrone?
– Nie dano mu zadnej sposobnosci obrony – powiedzial oficer i spojrzal w bok, jakby przemawial do samego siebie i nie chcial zawstydzac podroznego opowiadaniem tych oczywistych dla niego rzeczy.
– Alez on mial przeciez chyba moznosc obrony – powiedzial podrozny i wstal z krzesla.
Oficer poznal, iz grozi mu niebezpieczenstwo wstrzymania na dluzej objasnien; podszedl wiec do podroznego, uwiesil sie u jego ramienia, wskazal reka na skazanca, ktory teraz, gdy tak wyraznie zwrocono na niego uwage, stanal wyprostowany – takze zolnierz przyciagnal lancuch – i powiedzial:
– Tutaj, w karnej kolonii, ja zostalem ustanowiony sedzia. ...
Podstawowa zasada, wedlug ktorej wydaje orzeczenia, brzmi: wina jest zawsze niewatpliwa. ...
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
– Rzecz ma sie w sposob nastepujacy. Tutaj, w karnej kolonii, ja zostalem ustanowiony sedzia. Mimo mego mlodego wieku. Gdyz we wszystkich sprawach karnych ja takze stalem u boku poprzedniego komendanta, a zarazem najlepiej znam aparat. Podstawowa zasada, wedlug ktorej wydaje orzeczenia, brzmi: wina jest zawsze niewatpliwa. Inne sady moga nie wyznawac tej zasady, gdyz skladaja sie one z wielu glow oraz maja nad soba sady wyzsze. Tutaj jest inaczej lub przynajmniej bylo inaczej za czasow poprzedniego komendanta. Nowy okazal juz zreszta chec mieszania sie do moich orzeczen, ale dotychczas udalo mi sie przed tym obronic i takze dalej mi sie bedzie udawalo. – Pan chcial, aby objasnic panu ten wypadek; jest on rownie prosty jak wszystkie. Dzis rano pewien kapitan zlozyl doniesienie, ze ten czlowiek, ktory zostal mu przydzielony jako ordynans i sypia pod jego drzwiami, zaspal. Jego obowiazkiem jest mianowicie wstawac przy uderzeniu kazdej godziny i salutowac przed drzwiami kapitana. Obowiazek, rzecz jasna, nie ciezki, a konieczny, gdyz ow czlowiek powinien byc zawsze rzeski, tak do czuwania, jak i do uslugi. Wczorajszej nocy kapitan chcial sprawdzic, czy ordynans wypelnia swoj obowiazek. Z uderzeniem drugiej godziny otworzyl drzwi i znalazl go skulonego we snie. Poszedl po pejcz i uderzyl go w twarz. Zamiast teraz wstac i prosic o przebaczenie, ten czlowiek chwycil swego pana za nogi, potrzasnal nim i zawolal: – Odrzuc pejcz, bo cie pozre! – Oto jest tresc sprawy. Kapitan przyszedl do mnie przed godzina, spisalem jego zeznania i od razu wydalem wyrok. Potem kazalem nalozyc temu czlowiekowi lancuchy. Wszystko to bylo bardzo proste. Gdybym tego czlowieka najpierw wezwal i wybadal, powstaloby tylko zamieszanie. On by klamal, a gdyby mi sie udalo zbic te klamstwa, zastapilby je nowymi klamstwami, i tak dalej. Ale teraz go trzymam i juz go nie puszcze. Czy juz wszystko jasne? – Ale czas mija, egzekucja powinna sie juz zaczac, a ja nie skonczylem jeszcze objasniac aparatu.Zmusil podroznego do zajecia krzesla, znow podszedl do aparatu i zaczal:
– Jak pan widzi, ksztalt brony odpowiada ksztaltowi czlowieka; tutaj jest brona dla tulowia, a tutaj sa brony dla nog. Dla glowy przeznaczone jest tylko to male ostrze. Czy to dla pana jasne? – Nachylil sie przyjaznie ku podroznemu, gotowy do najbardziej wyczerpujacych objasnien.
Podrozny ze zmarszczonym czolem ogladal brone. Nie zadowolily go informacje na temat postepowania sadowego. Wciaz musial sobie powtarzac, ze idzie tu o karna kolonie, ze konieczne sa tutaj specjalne przepisy i ze musi sie az do konca postepowac po wojskowemu. Ale poza tym pokladal pewne nadzieje w osobie nowego komendanta, ktory widocznie, chociaz powoli, mial zamiar wprowadzic nowe postepowanie, tylko ze nie moze ono trafic do ograniczonej glowy tego oficera. Ten bieg mysli sklonil podroznego do pytania:
– Czy komendant bedzie obecny przy egzekucji?
– To nie jest pewne – odparl oficer, bolesnie dotkniety tym obcesowym pytaniem, a jego przyjazna mina zgorzkniala.
– Wlasnie dlatego musimy sie pospieszyc. A nawet, choc z przykroscia, bede musial skrocic moje objasnienia. Ale jutro, gdy aparat zostanie oczyszczony – gdyz jego jedynym bledem jest to, ze tak bardzo sie zanieczyszcza – moglbym dodatkowo udzielic blizszych wyjasnien. Teraz wiec tylko najniezbedniejsze. – Gdy czlowiek lezy na lozku, a ono zostalo juz wprawione w drgajacy ruch, brona opada na cialo. Sama ustawia sie w ten sposob, ze ledwie tylko dotyka ciala ostrzami; gdy osiagnie sie to ustawienie, ta oto stalowa lina natychmiast napreza sie jak sztaba. I teraz zaczyna sie zabawa. Nie wtajemniczony nie widzi z zewnatrz zadnej roznicy pomiedzy karami. Wydaje sie, ze brona pracuje jednakowo. Drgajac, zaglebia ona swoje ostrza w cialo, ktore ponadto drga wraz z lozkiem. Aby zas umozliwic kazdemu kontrole wykonania wyroku, brona zostala zbudowana ze szkla. Spowodowalo to pewne trudnosci techniczne w zwiazku z umocowaniem w niej igiel, ale po wielu probach to sie udalo. Nie cofnelismy sie, jak pan widzi, przed zadnym trudem. A teraz kazdy moze widziec poprzez szklo, jak powstaje napis na ciele. Czy zechce pan podejsc blizej i obejrzec sobie igly?
Gdy czlowiek lezy na lozku, a ono zostalo juz wprawione w drgajacy ruch, brona opada na cialo.
Sama ustawia sie w ten sposob, ze ledwie tylko dotyka ciala ostrzami. ...
I teraz zaczyna sie zabawa. ... Drgajac, zaglebia ona swoje ostrza w cialo, ktore ponadto drga wraz z lozkiem.
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
Podrozny podniosl sie z wolna, podszedl i nachylil sie nad brona.– Widzi pan – mowil oficer – dwojakie igly w wielorakim ustawieniu. Kazda dluga ma obok siebie jedna krotka. Dluga mianowicie pisze, a z krotkiej tryska woda, ktora zmywa krew, aby zachowac pismo w stalej czystosci. Woda z krwia zostaje nastepnie skierowana tutaj do malych rynien i splywa w koncu do tej rynny glownej, ktorej rura odplywowa prowadzi do wykopu.
Oficer dokladnie pokazywal palcem droge, jaka woda z krwia musi przebyc. Gdy obiema rekami uchwycil wprost wylot rury odplywowej, aby to mozliwie najbardziej unaocznic, podrozny podniosl glowe i macajac reka za soba, chcial wrocic na krzeslo. Wtedy zobaczyl ku swemu przerazeniu, ze podobnie jak on sam, rowniez skazaniec skorzystal z zaproszenia oficera, aby obejrzec z bliska urzadzenie brony. Szarpnal nieco lancuchem zaspanego zolnierza i takze pochylil sie nad szklem. Widac bylo, jak niepewnymi oczyma szukal tego, co wlasnie ogladali obaj panowie, ale nie udawalo mu sie to, gdyz brakowalo mu objasnien. Nachylal sie tu i owdzie. Wciaz na nowo przebiegal wzrokiem po szkle. Podrozny chcial go odpedzic, gdyz to, co czynil, bylo prawdopodobnie karalne. Ale oficer zatrzymal podroznego silnie jedna reka, a w druga ujal grudke ziemi z walu i rzucil nia w zolnierza. Ten gwaltownie otwarl oczy, zobaczyl, na co skazaniec sie odwazyl, upuscil karabin, zarparl sie obcasami w ziemie, odciagnal skazanca do tylu, az ten upadl, i patrzal na niego z gory, jak obracal sie i dzwonil lancuchami.
– Pomoz mu wstac! – krzyknal oficer, gdyz zauwazyl, ze skazaniec odciagal zbytnio uwage podroznego. Podrozny odwrocil sie nawet od brony, wcale sie o nia nie troszczac, lecz pragnal tylko stwierdzic, co sie dzieje ze skazancem.
– Obchodz sie z nim ostroznie! – krzyknal znowu oficer. Obiegl naokolo aparat, sam ujal skazanca pod ramiona i z pomoca zolnierza postawil go na slizgajacych sie co chwila stopach.
– Teraz wiem juz wszystko – powiedzial podrozny, gdy oficer znow do niego powrocil.
– Z wyjatkiem rzeczy najwazniejszej – odparl tamten, ujal podroznego za ramie i wskazal w gore. – Tam, w rysowniku, jest zespol kol zebatych, ktore reguluja ruch brony, a zespol ten nastawia sie odpowiednio do wykresu, na ktory opiewa wyrok. Wykorzystuje jeszcze wykresy poprzedniego komendanta. Oto one – wyciagnal kilka kartek ze skorzanej teczki. – Niestety, nie moge dac ich panu do reki, sa najdrozsza rzecza, jaka posiadam. Niech pan usiadzie, pokaze je panu z tej odleglosci, tak ze bedzie pan mogl wszystko dobrze obejrzec.
Tam, w rysowniku, jest zespol kol zebatych, ktore reguluja ruch brony,
a zespol ten nastawia sie odpowiednio do wykresu, na ktory opiewa wyrok.
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
Pokazal pierwsza kartke. Podrozny chetnie wyrzeklby kilka slow uznania, ale zobaczyl tylko labirynt linii, wielokrotnie krzyzujacych sie nawzajem i tak gesto pokrywajacych papier, ze z trudem tylko mozna bylo rozpoznac miedzy nimi biale, puste miejsca.– Prosze czytac – powiedzial oficer.
– Nie potrafie – odparl podrozny.
– Przeciez to wyrazne – rzekl oficer.
– To bardzo kunsztowne – odpowiedzial podrozny wymijajaco – ale nie umiem tego odcyfrowac.
– Tak – rzekl oficer, rozesmial sie i schowal teczke z powrotem – to nie jest kaligrafia dla szkolnych dzieci. To trzeba dlugo studiowac. I pan na pewno w koncu by sie w tym rozeznal. To pismo oczywiscie nie moze byc proste; nie powinno ono zabijac natychmiast, lecz przecietnie dopiero w ciagu dwunastu godzin; na szosta godzine oblicza sie punkt zwrotny. Wlasciwe pismo musi wiec otaczac wiele, wiele ozdobnikow; prawdziwe pismo otacza cialo tylko waskim paskiem; reszta tulowia przeznaczona jest na ozdobniki. Czy potrafi pan teraz ocenic prace brony i calego aparatu? Niech pan tylko spojrzy!
To pismo oczywiscie nie moze byc proste; nie powinno ono zabijac natychmiast,
lecz przecietnie dopiero w ciagu dwunastu godzin;
na szosta godzine oblicza sie punkt zwrotny.
Wlasciwe pismo musi wiec otaczac wiele, wiele ozdobnikow;
prawdziwe pismo otacza cialo tylko waskim paskiem;
reszta tulowia przeznaczona jest na ozdobniki.
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
Wskoczyl na drabine, zakrecil kolem, zawolal z gory: – Uwaga, prosze odejsc na bok! – i wszystko ruszylo. Gdyby kolo nie skrzypialo, byloby to wspaniale. Oficer, jakby zaskoczony ta wada kola, pogrozil mu piescia, nastepnie, usprawiedliwiajac sie, rozlozyl rece w strone podroznego i szybko zlazl z drabiny, aby z dolu obserwowac ruch aparatu. Cos bylo jeszcze nie w porzadku, co tylko on zauwazyl; wlazl z powrotem na gore, wsadzil obie rece do wnetrza rysownika, potem, aby szybciej znalezc sie na dole, zamiast skorzystac z drabiny, zeslizgnal sie po jednej ze sztab i natezajac glos, aby byc zrozumianym w tym loskocie, krzyknal podroznemu do ucha:– Pojmuje pan dzialanie? Brona zaczyna pisac; kiedy z pierwszym napisem na grzbiecie czlowieka jest juz gotowa, zwija sie warstwa waty i powoli obraca cialo na bok, aby dostarczyc bronie nowego miejsca. Tymczasem miejsca z wyrytym az do krwi pismem klada sie na wacie, ktora dzieki specjalnemu spreparowaniu natychmiast tamuje krwawienie, co pozwala na dalsze poglebianie pisma. Te tutaj haczyki na krawedzi brony oddzieraja nastepnie, przy dalszym obrocie ciala, wate z ran, ciskaja ja do wykopu i brona znow ma robote. Tak pisze ona coraz glebiej w ciagu dwunastu godzin. Przez piewsze szesc godzin skazaniec zyje niemal tak jak dawniej, cierpi tylko z powodu bolu. Po dwoch godzinach odejmuje sie filc, gdyz czlowiek nie ma juz sily krzyczec. Do tej tutaj elektrycznie ogrzewanej miski u wezglowia wlewa sie ciepla papke z ryzu, z ktorej czlowiek, o ile ma ochote, moze wziac tyle, ile zaczerpnie jezykiem. Kazdy korzysta z tej sposobnosci. Ja wiem, ze kazdy, a mam duze doswiadczenie. Dopiero okolo szostej godziny nie znajduje juz skazaniec przyjemnosci w jedzeniu. Zazwyczaj klekam wtedy tutaj na dole i obserwuje to zjawisko. Czlowiek rzadko polyka ostatni kes, obraca go tylko w ustach i wypluwa do wykopu. Musze sie wowczas uchylic, inaczej trafilby mnie w twarz. Ale jakze spokojny staje sie czlowiek wtedy, okolo szostej godziny! Najglupszy przychodzi do rozumu. Zaczyna sie to kolo oczu: stad sie rozszerza. Widok ten moglby sklonic do polozenia sie samemu pod brone. Dalej nic sie nie dzieje, czlowiek zaczyna tylko odcyfrowywac pismo, otwiera usta, jak gdyby nasluchiwal. Widzial pan, ze nie jest latwo odczytac to pismo oczyma; ale nasz czlowiek odcyfrowuje je swymi ranami. Jest to zreszta duza praca. Do jej wykonania potrzebuje on szesciu godzin. Potem jednak brona przekluwa go calkowicie i rzuca go do wykopu, gdzie z pluskiem pada na wode z krwia i wate. Wowczas wymiar sprawiedliwosci dobiegl konca, a my, ja i zolnierz, zagrzebujemy czlowieka.
Widzial pan, ze nie jest latwo odczytac to pismo oczyma;
ale nasz czlowiek odcyfrowuje je swymi ranami.
Jest to zreszta duza praca. Do jej wykonania potrzebuje on szesciu godzin.
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
Podrozny nachylil ucho do oficera i z rekami w kieszeniach surduta przypatrywal sie pracy maszyny. Takze skazaniec sie jej przygladal, jednak bez zrozumienia. Nachylil sie nieco i sledzil chwiejace sie igly, gdy zolnierz, na znak oficera, przecial mu z tylu nozem koszule i spodnie, tak ze z niego opadly; skazaniec usilowal pochwycic spadajaca odziez, by okryc swa nagosc, ale zolnierz podniosl go w gore i strzasnal z niego ostatnie szmaty.
Takze skazaniec sie jej przygladal, jednak bez zrozumienia.
Nachylil sie nieco i sledzil chwiejace sie igly,
gdy zolnierz, na znak oficera, przecial mu z tylu nozem koszule i spodnie, tak ze z niego opadly;
skazaniec usilowal pochwycic spadajaca odziez, by okryc swa nagosc ...
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
Oficer zatrzymal maszyne i w zapadlej teraz ciszy ulozono skazanca pod brona. Zdjeto mu lancuchy, a zamiast nich umocowano rzemienie; skazancowi wydalo sie to w pierwszej chwili niemal ulga. A teraz brona opuscila sie jeszcze nieco nizej, gdyz byl to chudy czlowiek. Gdy ostrza go dotknely, przez jego skore przebiegl dreszcz; podczas gdy zolnierz zajety byl jego prawa reka, wyciagnal on sam lewa w nie oznaczonym kierunku; byl to jednak kierunek, w ktorym stal pozdrozny. Oficer bez przerwy patrzal z boku na podroznego, probujac odczytac z jego twarzy wrazenie, jakie robi na nim egzekucja, ktora mu dopiero co, przynajmniej powierzchownie, opisal.Rzemien przeznaczany dla przegubu reki, pekl; prawdopodobnie zolnierz zaciagnal go zbyt mocno. Oficer musial pomoc, zolnierz pokazywal mu urwany kawalek. Oficer podszedl ku niemu i rzekl zwracajac twarz do podroznego:
– Maszyna jest bardzo skomplikowana, tu i owdzie musi cos rwac sie lub pekac; nie powinno to jednak wypaczac ogolnego sadu o niej. Rzemien mozna zreszta natychmiast zastapic, uzyje w tym celu lancucha; ucierpi przez to co prawda delikatnosc drgan u prawego ramienia. – I zakladajac lancuchy mowil jeszcze: – Srodki potrzebne dla utrzymania maszyny sa teraz bardzo ograniczone. Za czasow poprzedniego komendanta korzystalem swobodnie z kasy przeznaczonej tylko na ten cel. Byl tutaj magazyn, w ktorym przechowywano wszelkie mozliwe czesci zastepcze. Przyznaje, ze dopuszczalem sie przy tym niemal marnotrawstwa, oczywiscie dawniej, a nie teraz, jak twierdzi nowy komendant, ktoremu wszystko sluzy jako pretekst do zwalczania dawnych urzadzen. Teraz sam zarzadza kasa przeznaczona na utrzymanie maszyny, a jesli posylam po nowy rzemien, zada zerwanego jako dowodu, nowy przychodzi dopiero po dziesieciu dniach, jest juz jednak w gorszym gatunku i nie na wiele sie przydaje. Ale jak ja mam tymczasem obslugiwac maszyne bez rzemieni, to nikogo nie obchodzi.
Podrozny rozwazal: wtracac sie energicznie w cudze sprawy, to zawsze budzi watpliwosci. On sam nie byl ani obywatelem karnej kolonii, ani obywatelem panstwa, do ktorego ona nalezala. Gdyby chcial potepic lub zgola probowac wstrzymac egzekucje, mogliby mu powiedziec: "Jestes obcy, siedz cicho." Nie moglby na to nic odpowiedziec, lecz tylko dodac, ze w tym wypadku, on sam nie rozumie swego postepowania, gdyz podrozuje jedynie po to, aby obserwowac, a w zadnym razie nie po to, aby cokolwiek zmieniac w obcych procedurach sadowych. Ale tutaj sytuacja az prowokowala do tego. Niesprawiedliwosc postepowania i nieludzkosc egzekucji nie ulegala watpliwosci. Nikt nie mogl zarzucic podroznemu jakiejkolwiek stronnicznosci, gdyz skazaniec byl mu obcy, nie byl jego rodakiem ani nawet czlowiekiem wzbudzajacym wspolczucie. A sam podrozny mial rekomendacje wyzszych urzedow, byl tutaj przyjmowany z najwieksza uprzejmoscia, a to, ze zaproszono go na egzekucje, moglo nawet oznaczac, ze pragnie sie uslyszec o niej jego opinie. Bylo to tym prawdopodobniejsze, ze komendant, jak to teraz najwyrazniej uslyszal, nie byl zwolennikiem tego postepowania, a w stosunku do oficera zachowywal sie niemal wrogo.
Wtem uslyszal podrozny, ze oficer krzyknal z wscieklosci. Zalozyl wlasnie skazancowi, nie bez trudu, filcowy klin w usta, gdy skazaniec, nie mogac opanowac podraznienia, zamknal oczy i zwymiotowal. Oficer szybko poderwal go znad klina i chcial odwrocic mu glowe nad wykop; bylo jednak za pozno, nieczystosci splywaly juz po maszynie.
– Wszystko to wina komendanta! – krzyczal oficer i rzucal sie nieprzytomnie przy mosieznych sztabach. – Maszyna zagnojona jak stajnia! – Drzacymi rekami pokazywal podroznemu, co sie stalo. – Tak jakbym godzinami nie probowal tlumaczyc komendantowi, ze w dniu przed egzekucja nie nalezy wydawac zadnego jedzenia! Ale nowe, lagodne kierownictwo jest innego zdania. Zanim czlowieka odprowadza, damy komendanta napychaja go slodyczami! Po dziurki od nosa. Przez cale zycie zywil sie smierdzaca ryba, a teraz musi jesc slodycze! Zreszta, niechby nawet, nie mialbym nic przeciw temu, ale dlaczego nie mozna nabyc nowego filcu, o ktory prosze od kwartalu. Jakze mozna bez wstretu brac do ust ten filc, ktory ponad stu ludzi ssalo i gryzlo w agonii? Skazaniec polozyl glowe i wygladal spokojnie, zolnierz zajety byl czyszczeniem maszyny koszula skazanca. Oficer podszedl do podroznego, ktory jakby cos przeczuwajac odstapil krok w tyl, lecz oficer ujal go pod reke i odciagnal na bok.
– Pragne powiedziec panu kilka slow w zaufaniu – rzekl – czy moge?
– Oczywiscie – odparl podrozny i sluchal z opuszczonymi oczami.
– Ten sposob dokonywania stracen, ktory ma pan teraz sposobnosc podziwiac, nie ma juz obecnie w naszej kolonii zadnego otwartego zwolennika. Ja jestem jego jedynym rzecznikiem, a rownoczesnie jedynym obronca spuscizny starego komendanta. O dalszym rozwinieciu procedury nie moge nawet myslec, zuzywam wszystkie swe sily, aby utrzymac to, co istnieje. Dopoki stary komendant zyl, kolonia byla pelna jego zwolennikow; co do mnie, posiadam czesciowo sile argumentacji starego komendanta, ale zupelnie brak mi jego wladzy; z tego powodu stronnicy jego poukrywali sie, jest ich jeszcze wielu, ale zaden sie do tego nie przyznaje. Gdyby pan dzisiaj, a wiec w dniu stracen, poszedl do herbaciarni i posluchal, co ludzie mowia, uslyszalby pan zapewne tylko dwuznaczne wypowiedzi. Sa to sami zwolennicy, ale pod obecnym komendantem i przy jego obecnych pogladach dla mnie zupelnie bezuzyteczni. A teraz pytam pana: Czy z powodu tego komendanta i pan, ktore wywieraja na niego wplyw, ma to dzielo zycia – wskazal na maszyne – ulec zniszczeniu? Czy mozna do tego dopuscic? Nawet jezeli jest sie obcym i tylko przez pare dni przebywa sie na naszej wyspie? A nie ma czasu do stracenia, juz sie cos przygotowuje przeciwko memu wymiarowi sprawiedliwosci; w komendanturze odbywaja sie juz narady, do ktorych nie jestem dopuszczany; nawet panska dzisiejsza wizyta wydaje mi sie znamienna dla calej sytuacji; tchorzliwie posyla sie naprzod pana, obcego. Jakze inaczej wygladala dawniej egzekucja! Juz na dzien przed straceniem cala dolina byla pelna ludzi; wszyscy przychodzili tylko po to, aby sie przypatrzyc; wczesnym rankiem zjawial sie komendant ze swymi damami, fanfary budzily caly plac obozowy; ja skladalem meldunek ze wszystko jest gotowe; towarzystwo, w ktorym nie moglo zabraknac zadnego wysokiego urzednika, ustawialo sie wokol maszyny; ten stos trzcinowych krzesel jest mizerna pozostaloscia z owych czasow. Swiezo wyczyszczona maszyna blyszczala, niemal do kazdej egzekucji bralem nowe czesci zastepcze. Pod spojrzeniem setek oczu – wszyscy widzowie, az tam, do wzgorz stali na czubkach palcow – komendant sam ukladal skazanca pod brona. Czynnosc, ktora dzisiaj osmiela sie wykonywac zwykly zolnierz, nalezala dawniej do mnie, przewodniczacego sadu i byla czynnoscia zaszczytna. I teraz zaczynala sie egzekucja! Zaden falszywy ton nie zaklocal pracy maszyny. Wielu nawet juz nie patrzylo, lecz lezalo w piasku z zamknietymi oczami. Wszyscy wiedzieli: Teraz staje sie zadosc sprawiedliwosci. W ciszy slychac bylo tylko wzdychanie skazanca, stlumione przez filc. Dzis nie udaje sie juz nawet maszynie wycisnac ze skazanca silniejszego westchnienia, ktorego filc nie moglby stlumic; ale wowczas piszace igly wydzielaly gryzacy plyn, ktorego dzis juz nie wolno uzywac. No, a potem nadchodzila szosta godzina! Nie mozna bylo zaspokoic prosb tych wszystkich, ktorzy chcieli przygladac sie z bliska. Komendant w swojej madrosci rozkazywal, aby przede wszystkim uwzglednic prosby dzieci; ja z racji mojego zawodu zawsze moglem stac blisko; czesto tez na prawym i lewym ramieniu piastowalem dwoje malych dzieci. Jakze nas przejmowal wyraz zmiany na umeczonej twarzy, jakze mienily sie nasze policzki w blasku osiagnietej nareszcie, a juz przemijajacej sprawiedliwosci! Coz to byly za czasy, kolego!
Jakze inaczej wygladala dawniej egzekucja!
Juz na dzien przed straceniem cala dolina byla pelna ludzi;
wszyscy przychodzili tylko po to, aby sie przypatrzyc;
wczesnym rankiem zjawial sie komendant ze swymi damami,
fanfary budzily caly plac obozowy;
ja skladalem meldunek ze wszystko jest gotowe.
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
Oficer zapomnial widocznie, kto przed nim stoi; objal podroznego i polozyl mu glowe na ramieniu. Podrozny byl bardzo zaklopotany, niecierpliwie spogladal ponad glowa oficera. Zolnierz skonczyl juz czyscic maszyne i teraz jeszcze wylal z puszki papke ryzowa do miski. Zaledwie zauwazyl to skazaniec, ktory juz bodaj calkiem przyszedl do siebie, zaczal chleptac papke jezykiem. Zolnierz go odpychal, gdyz papka byla przeznaczona na pozniej. W kazdym razie bylo tez rzecza nieprzyzwoita, ze zolnierz brudnymi rekami siegal do miski i jadl z niej na oczach lakomego skazanca.Oficer szybko sie opanowal.
– Nie chcialem pana wzruszac – powiedzial. – Wiem, ze nie mozna dzis dac pojecia o tamtych czasach. Zreszta maszyna opracuje jeszcze i dziala za siebie. Ona dziala za siebie, nawet choc sama juz tylko stoi w tej dolinie. A cialo wciaz jeszcze spada w koncu niepojecie miekkim ruchem w glab wykopu, choc nie gromadza sie wokol niego jak muchy setki ludzi, tak jak dawniej. Niegdys musielismy zbudowac nad wykopem silna bariere; juz dawno ja zwalono.
Podrozny chcial odwrocic twarz od oficera i spojrzal naokolo bez celu. Oficer sadzil, ze oglada on pustke doliny; dlatego ujal go za rece, obrocil sie wokol niego, by uchwycic jego wzrok i zapytal:
– Widzi pan te hanbe?
Ale podrozny milczal.
Oficer odstapil od niego na chwile; z rozstawionymi nogami, z rekami opartymi na biodrach, stal spokojnie i patrzyl w ziemie. Potem zachecajaco usmiechnal sie do podroznego i rzekl:
– Wczoraj, gdy komendant pana zapraszal, znajdowalem sie w poblizu. Slyszalem zaproszenie. Znam komendanta. Natychmiast zrozumialem, co pragnie przez to zaproszenie osiagnac. Mimo, ze ma dosc wladzy, aby wystapic przeciwko mnie, nie ma na to jeszcze odwagi; ale chce mnie poddac panskiej opinii; opinii powaznego cudzoziemca. Dobrze to sobie obmyslil: jest pan drugi dzien na wyspie, nie znal pan starego komendanta ani kregu jego mysli, panskie europejskie poglady sa pelne uprzedzen, byc moze jest pan zasadniczym przeciwnikiem kary smierci w ogole, a tego rodzaju maszynowego sposobu przeprowadzania stracen w szczegolnosci, widzi pan ponadto, jak smutno odbywa sie takie stracenie bez udzialu publicznosci, na nieco juz uszkodzonej maszynie – czyz biorac to wszystko pod uwage (tak mysli komendant) nie byloby calkiem mozliwe, ze nie uzna pan mego postepowania za sluszne? A jesli nie uzna go pan za sluszne (wciaz mowie po mysli komendanta), nie bedzie pan tego przemilczal, gdyz z pewnoscia ma pan zaufanie do swych wielokroc sprawdzonych przekonan. Owszem, widzial pan wiele osobliwosci u wielu narodow i nauczyl sie pan je szanowac, dlatego tez nie bedzie sie pan prawdopodobnie wypowiadal przeciw temu postepowaniu z cala sila, jak by to pan zapewne uczynil w swojej ojczyznie.
Ale komendant wcale tego nie potrzebuje. Wystarczy mu jedno ulotne, nieogledne slowo. Nie musi ono nawet odpowiadac panskiemu przekonaniu, niech tylko wyda sie zgodne z jego zyczeniem. Jestem pewien, ze bedzie pana wypytywal z cala przbiegloscia. A jego damy beda siedziec naokolo i nadstawiac uszu. Powie pan na przyklad: "U nas postepowanie sadowe wyglada inaczej" albo: "U nas przesluchuje sie oskarzonego przed wyrokiem" albo: "U nas tortury istnialy tylko w sredniowieczu." Wszystko to sa uwagi rownie sluszne, jak panu wydaja sie oczywiste, niewinne uwagi, ktore nie dotycza mego postepowania. Ale jak je przyjmie komendant? Widze go, tego zacnego komendanta, jak natychmiast odsuwa krzeslo na bok i spieszy na balkon, widze jego damy, jak plyna za nim, slysze jego glos – damy nazywaja go grzmiacym – i oto, co mowi: "Wielki badacz z Zachodu powolany do badan nad postepowaniem sadowym we wszystkich krajach, powiedzial wlasnie, ze nasza stara procedura jest nieludzka. Po tej opinii, wyrazonej przez taka osobistosc, nie moge naturalnie tolerowac dluzej takiej procedury. A zatem z dniem dzisiejszym rozkazuje" – i tak dalej. Pan chce wtracic; ze nie powiedzial pan tego, co on rozglasza, ze nie nazwal pan mego postepowania nieludzkim, przeciwnie, ze w swyim najglebszym przekonaniu uwaza pan je za najbardziej ludzkie i najbardziej godne czlowieka, ze podziwia pan rowniez nasza maszynerie – ale jest juz za pozno; nie wchodzi pan nawet na balkon, ktory jest juz pelen dam; chce pan zwrocic na siebie uwage; chce pan krzyczec, ale damska raczka zamyka panu usta – a ja, wraz z dzielem dawnego komendanta, jestem zgubiony.
Podrozny musial stlumic usmiech; a wiec tak latwe bylo zadanie, ktore on uwazal za tak trudne. Odpowiedzial wymijajaco:
– Pan przecenia moj wplyw; komendant przeczytal moje pismo polecajace i wie, ze nie jestem zadnym znawca postepowania sadowego. Gdybym wyrazil swoje zdanie, byloby to zdanie czlowieka prywatnego, znaczace nie wiecej niz zdanie kogokolwiek innego, a w kazdym razie o wiele mniej znaczace niz zdanie komendanta, ktory w tej karnej kolonii posiada, jak widze, prawa bardzo rozlegle.
Jesli jego opinia o tej procedurze jest tak stanowcza, jak pan sadzi, wtedy – obawiam sie – nadchodzi koniec tej procedury, bez mojej skromnej pomocy.
Czy oficer to juz zrozumial? Nie, jeszcze nie zrozumial. Zywo potrzasnal glowa, zerknal w tyl na skazanca i zolnierza, ktorzy wzdrygneli sie i poniechali ryzu, podszedl calkiem blisko do podroznego, nie spojrzal mu w twarz, lecz gdzies na surdut i rzekl ciszej niz poprzednio:
– Pan nie zna komendanta; jest pan wobec niego i wobec nas wszystkich – prosze mi wybaczyc wyrazenie – nieco naiwny; niech mi pan wierzy, panskiego wplywu nie mozna ocenic dosc wysoko. Bylem szczesliwy, gdy uslyszalem, ze pan sam ma byc obecny przy egzekucji. To zarzadzenie komendanta mialo we mnie ugodzic, ale ja obracam je na swoja korzysc. Nie zwiedziony falszywymi podszeptami i pogardliwymi spojrzeniami – czego przy udziale liczniejszej publicznosci nie moglby pan uniknac – wysluchal pan moich objasnien, obejrzal pan maszyne i moze pan teraz ze zrozumieniem przyjrzec sie egzekucji. Panska opinia juz sie zapewne umocnila; jezeli istnieja jeszcze male watpliwosci, rozproszy je widok egzekucji. I teraz przedstawiam panu ma prosbe, niech mi pan pomoze przeciwko komendantowi!
Podrozny nie pozwolil mu dalej mowic.
– Jakze ja moge – wykrzyknal – to jest zupelnie niemozliwe! Moge panu rownie malo pomoc, jak zaszkodzic.
– Pan to moze – rzekl oficer. Podrozny z pewna obawa ujrzal, ze oficer zacisnal piesci. – Pan to moze – powtorzyl oficer z jeszcze wiekszym naciskiem. – Mam pewien plan, ktory musi sie udac. Pan sadzi, ze panski wplyw nie wystarcza. Ja wiem, ze wystarcza. Ale przyjmujac, ze pan ma slusznosc, to czyz dla utrzymania tej procedury nie nalezy koniecznie probowac wszystkiego, nawet o ile to mozliwe – rzeczy niewystarczajacych? Wiec niech pan poslucha mojego planu. Dla jego przeprowadzenia trzeba przede wszystkim, aby pan dzisiaj w kolonii zechcial sie wstrzymac z panska opinia o procedurze. Jesli nikt pana wprost nie zapyta, nie wolno sie panu w zadnym wypadku wypowiadac; jednakze panskie oswiadczenie musza byc krotkie i stanowcze; powinno byc widac, ze ciezko jest panu o tym mowic, ze jest pan rozgoryczony, ze gdyby pan mial byc szczery, musialby pan wybuchnac przeklenstwami. Nie zadam, aby pan klamal, w zadnym razie; powinien pan tylko odpowiadac krotko, na przyklad: "Tak, widzialem egzekucje", albo: "Tak, wysluchalem wszystkich objasnien." Tylko tyle, nic wiecej. Powodow do zgorzknienia, ktore u pana winno byc widoczne, jest dosyc, chocby nie byly one po mysli komendanta. On naturalnie zrozumie to calkowicie blednie i wytlumaczy sobie po swojej mysli. Na tym opiera sie moj plan. Jutro odbywa sie w komendanturze pod przewodnictwem komendanta wielkie posiedzenie wszystkich wyzszych urzednikow zarzadu. Naturalnie komendant wpadl na mysl, aby z takich posiedzen robic widowisko. Zbudowano galerie, ktora jest stale pelna widzow. Zmuszony jestem brac udzial w tych naradach, choc otrzasam sie ze wstretu. Otoz pan w kazdym razie z pewnoscia zostanie zaproszony na posiedzenie; jesli dzisiaj zachowa sie pan zgodnie z moim planem, wygladac bedzie, ze zaproszenie jest pana usilnym zyczeniem. Gdyby pan jednak z jakiejs nie wyjasnionej przyczyny mimo wszystko nie zostal zaproszony, musi pan zaproszenia zazadac; nie ulega watpliwosci, ze je pan otrzyma. A wiec siedzi pan jutro razem z damami w lozy komendanta. On, czesto spogladajac w gore, upewnia sie, ze pan tam jest. Po rozmaitych obojetnych, smiesznych punktach obrad, obliczonych tylko na widzow – przewaznie sa to prace nad budowa portu, wiecznie te prace nad budowa portu! – zaczyna sie wreszcie mowic o postepowaniu sadowym. Gdyby ze strony komendanta do tego nie doszlo, albo nie doszlo dosc szybko, juz ja sie o to postaram. Wstane i zloze meldunek o dzisiejszej egzekucji. Tylko ten meldunek, calkiem krotko. Nie ma tam wprawdzie zwyczaju skladania takich meldunkow, zrobie to jednak. Komendant dziekuje mi, jak zwykle, z uprzejmym usmiechem i teraz nie moze sie juz cofnac, korzysta z dobrej sposobnosci. "Zlozono wlasnie – tak mniej wiecej powie – zlozono wlasnie meldunek o egzekucji. Do tego meldunku chcialbym tylko dodac, ze wlasnie przy tej egzekucji obecny byl wielki badacz, o ktorego wizycie, tak niezwykle dla naszej kolonii zaszczytnej, wszyscy panstwo wiecie. Jego obecnosc podnosi takze znaczenie naszego dzisiejszego posiedzenia. Czy nie zechcemy wiec zadac temu wielkiemu badaczowi pytania, w jaki sposob osadza on egzekucje dokonana wedlug starej metody i postepowanie sadowe, ktore ja poprzedza?" Naturalnie wszedzie oklaski, powszechna aprobata, ja zachowuje sie najglosniej. Komendant klania sie przed panem i mowi: "A wiec w imieniu wszystkich stawiam to pytanie." I teraz podchodzi pan do balustrady. W sposob dla wszystkich widoczny kladzie pan na niej rece, inaczej ujma je damy i beda sie bawic palcami. I teraz w koncu pan ma glos. Nie wiem, jak wytrzymam napiecie godzin poprzedzajacych te chwile. W swej mowie nie potrzebuje pan nakladac sobie zadnych hamulcow, niech pan podniesie prawdziwy alarm, niech sie pan pochyli nad balustrada, niech pan ryczy, alez tak, niech pan wyryczy komendantowi swoje zdanie, swoje niezachwiane zdanie. Ale moze nie chce pan tego, moze nie zgadza sie to z panskim charakterem, moze w panskiej ojczyznie zachowuja sie w takiej sytuacji inaczej, nic nie szkodzi, to takze zupelnie wystarczy: niech pan wcale nie wstaje, niech pan powie tylko kilka slow, niech pan je wyszepce, tak aby uslyszeli je tylko siedzacy pod panem urzednicy, to wystarczy. Nie musi pan wcale sam mowic o braku zainteresowania egzekucja, o skrzypiacym kole, o zerwanym rzemieniu, o wstretnym filcu, nie, wszystko to ja juz biore na siebie, i niech mi pan wierzy, jesli moja mowa nie wypedzi go z sali, to zmusi go do tego, ze padnie na kolana, ze bedzie musial wyznac: "Stary komendancie, schylam sie przed toba w poklonie." Oto moj plan; czy zechce mi pan pomoc w jego wykonaniu? Alez oczywiscie, zechce pan, wiecej, musi pan!
Tu oficer ujal podroznego za oba ramiona i ciezko oddychajac spojrzal mu w twarz. Ostatnie zdania krzyczal tak glosno, ze zwrocilo to nawet uwage zolnierza i skazanca; mimo ze nic nie mogli zrozmiec, przerwali jedzenie i zujac patrzyli w strone podroznego.
Odpowiedz, ktorej musial udzielic, byla dla podroznego od samego poczatklu niewatpliwa; za wiele w swym zyciu doswiadczyl, by tutaj mogl sie wahac; byl z gruntu uczciwy i nie ulegal trwodze. Mimo to teraz, w olbliczu zolnierza i skazanca, zwlekal przez krotka jak oddech chwile. Lecz wreszcie odpowiedzial tak, jak musial:
– Nie.
Oficer wielekroc zamrugal powiekami, ale nie spuscil z niego wzroku.
– Czy chce pan wyjasnien? – zapytal podrozny.
Oficer w milczeniu skinal glowa.
– Jestem przeciwnikiem tej procedury powiedzial podrozny. Zanim jeszcze okazal mi pan zaufanie – zaufania tego naturalnie w zadnych okolicznosciach nie naduzyje – zastanawialem sie juz, czy mialbym prawo wystapic przeciw tej procedurze i czy moje wystapienie mogloby miec chocby male widoki powodzenia. Przy tym bylo dla mnie jasne, do kogo musialbym sie najpierw zwrocic: naturalnie do komendanta. Pan mi to jeszcze bardziej uswiadomil, jakkolwiek nie pan utwierdzil mnie dopiero w tym postanowieniu. Przeciwnie, rozumiem panskie uczciwe przekonanie, choc nie moze mnie ono odwiesc z mej drogi.
Oficer wciaz milczac zwrocil sie do maszyny, ujal jedna z mosieznych sztab, a potem, odchyliwszy sie nieco w tyl, spojrzal w gore na rysownik, jak gdyby sprawdzal, czy wszystko jest w porzadku. Wydawalo sie, ze zolnierz i skazaniec zaprzyjaznili sie z soba; skazaniec, choc mocno skrepowany, dal znak zolnierzowi, zolnierz nachylil sie ku niemu i skaaniec cos mu szepnal, a zolnierz kiwnal glowa.
Podrozny podszedl do oficera i powiedzial:
– Nie wie pan jeszcze, co chce uczynic. Wyjawie wprawdzie komendantowi moj poglad na procedure, ale nie na posiedzeniu, lecz w cztery oczy; nie pozostane tu tez tak dlugo, zebym mogl wstac wezwany na jakiekolwiek posiedzenie; juz jutro rano odjade albo przynajmniej zaokretuje sie.
Zdawalo sie, jak gdyby oficer nie sluchal.
– A wiec procedura pana nie przekonala – rzekl do siebie i usmiechnal sie, tak jak starzec usmiecha sie nad glupota dziecka, a poza usmiechem ukrywa swe wlasne, prawdziwe mysli. – A wiec nadszedl czas – powiedzial w koncu i spojrzal nagle na podroznego jasnymi oczami, w ktorych widac bylo jakies wezwanie, jakis apel.
– Na co nadszedl czas? – niespokojnie zapytal podrozny, lecz nie otrzymal odpowiedzi.
– Jestes wolny – powiedzial oficer do skazanca w jego jezyku. Ten z poczatku nie uwierzyl. – No, jestes wolny – rzekl oficer.
Twarz skazanca po raz pierwszy naprawde sie ozywila. Czy to byla prawda? Czy byl to tylko przemijajacy kaprys oficera? Czy ten obcy podrozny wyjednal mu laske? Co to bylo? – zdawala sie pytac jego twarz. Ale niedlugo. Cokolwiek to byc moglo, chcial, jesli mogl, naprawde byc wolnym i poczal sie szarpac, o ile pozwalala na to brona.
– Zrywasz mi rzemienie – krzyknal oficer. – Uspokoj sie! Juz cie puszczamy! – i razem z zolnierzem, ktoremu dal znak, zabral sie do pracy. Skazaniec cicho, bez slow, smial sie przed siebie, zwracal twarz to na lewo do oficera, to ma prawo do zolnierza, nie zapominal talze o podroznym.
– Wyciagnij go – rozkazal oficer zolnierzowi. Ze wzgledu na brone nalezalo przy tym zachowac pewna ostroznosc. Z powodu swojej niecierpliwosci skazaniec mial juz kilka malych, szarpanych ran na plecach. Ale od tej chwili oficer prawie sie o niego nie troszczyl. Podszedl do podroznego, wyjal znowu mala skorzana, teczke, przerzucal w niej kartki, wyciagnal wreszcie te, ktorej szukal, i pokazal ja podroznemu.
– Niech pan czyta – powiedzial.
– Nie umiem – odparl podrozny. – Powiedzialem juz, ze nie umiem odczytywac tych kartek.
– Niech pan jednak dokladnie obejrzy kartke – rzekl oficer i stanal obok podroznego, aby czytac razem z nim. Gdy i to nie pomoglo, aby ulatwic podroznemu czytanie, zaczal wodzic malym palcem bardzo wysoko nad papierem, jak gdyby w zadnym wypadku nie mozna bylo dotknac kartki. Podrozny, aby przynajmniej w ten sposob okazac sie grzecznym wobec oficera, takze zadawal sobie trud, ale beskutecznie. Oficer zaczal wiec sylabizowac napis, a potem raz jeszcze plynnie go odczytal.
– To znaczy: "Badz sprawiedliwy!" – rzekl. – Teraz umie pan juz chyba przeczytac.
Podrozny tak nisko pochylil sie nad papierem, ze oficer w obawie przed dotknieciem odsunal go dalej; podrozny wprawdzie nic juz nie powiedzial, ale bylo jasne, ze wciaz jeszcze nie potrafi przeczytac.
– To znaczy: "Badz sprawiedliwy" – raz jeszcze powiedzial oficer.
– Byc moze – odparl podrozny. – Wierze, ze jest to tutaj napisane.
– Wiec dobrze – rzekl oficer, przynajmniej czesciowo zadowolony, i wstapil z kartka na drabine; z najwieksza ostroznoscia umiescil kartke w rysowniku i zdawalo sie, ze gruntownie przestawil zespol zebatych kol; byla to bardzo zmudna praca, trzeba bylo zajac sie takze calkiem malymi kolkami, niekiedy glowa oficera zupelnie znikala w rysowniku, tak dokladnie musial badac mechanizm.
Podrozny z dolu bez przerwy sledzil te prace, szyja mu zdretwiala, a oczy bolaly od slonecznego blasku, ktorym obsypane bylo niebo. Zolnierz i skazaniec zajeci byli tylko sami soba. Zolnierz koncem bagnetu wyciagnal koszule i spodnie skazanca, ktore lezaly juz w wykopie. Koszula byla straszliwie brudna i skazaniec wypral ja w kuble z woda. Gdy wlozyl potem koszule i spodnie, tak zolnierz, jak i skazaniec wybuchneli glosnym smiechem, gdyz odziez ta byla z tylu rozcieta na dwoje. Skazaniec uwazal widac za swoj obowiazek zabawic zolnierza, gdyz w rozcietym ubraniu krecil sie przed nim w kolko, a zolnierz kucnal na ziemi i smiejac sie bil sie w kolana. Mimo wszystko opanowali sie przeciez przez wzglad na obecnosc panow.
Gdy oficer byl wreszcie na gorze gotow, usmiechajac sie raz jeszcze objal spojrzeniem calosc i poszczegolne czesci maszynerii, zatrzasnal tym razem pokrywe rysownika: ktora dotychczas byla otwarta, zszedl na dol, spojrzal do wykopu, a potem na skazanca, zauwazyl z zadowoleniem, ze ow wyciagnal swoje ubranie, nastepnie podszedl do wiadra z woda, aby umyc rece, zbyt pozno zauwazyl paskudny brud, zmartwil sie, ze nie moze ich teraz porzadnie umyc, zanurzyl je wreszcie w piasku – ta namiastka mu nie wystarczala, ale musial sie nia zadowolic – po czym powstal i zaczal rozpinac swoja mundurowa kurtke. Spadly mu przy tym zaraz do rak dwie damskie chusteczki, ktore zatknal za kolnierz.
– Masz tu swoje chusteczki – powiedzial i rzucil je skazancowi. A do podroznego rzekl wyjasniajaco: – Damskie prezenty.
Mimo widocznego pospiechu, z jakim sciagal kurtke a nastepnie zupelnie sie rozbieral, obchodzil sie jednak z kazda czescia ubrania bardzo troskliwie, przeciagnal nawet umyslnie palcami po srebrnych sznurach przy kurtce i otrzasnal fredzle.
Mimo widocznego pospiechu, z jakim sciagal kurtke
a nastepnie zupelnie sie rozbieral,
obchodzil sie jednak z kazda czescia ubrania bardzo troskliwie ...
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
Nie bardzo zreszta zgadzalo sie z ta trostkliwoscia, ze skoro tylko uporal sie z czescia ubrania, natychmiast niechetnym ruchem wrzucal ja do wykopu. Ostatnia rzecza, ktora mu pozostala, byl krotki sztylet z pendentem. Wyciagnal sztylet z pochwy, zlamal go, zebral potem wszystko: kawaki sztyletu, pochwe i pendent i odrzucil tak gwaltownie, az zadzwieczalo na dnie wykopu.Stal teraz nagi. Podrozny zagryzl wargi i nic nie mowil. Wiedzial wprawdzie, co sie stanie, ale nie mial prawa w czymkolwiek oficerowi przeszkadzac. Jezeli nawet postepowanie sadowe, z ktorym zwiazany byl oficer, bylo naprawde bliskie uchylenia – byc moze wskutek wystapienia podroznego, do ktorego ten ze swojej strony czul sie zobowiazany – to jednak obecnie oficer postepowal calkowicie slusznie; podrozny na jego miejscu nie postapilby inaczej.
Zolnierz i skazaniec w pierwszej chwili nic nie rozumieli, z poczatku nawet nie patrzeli. Skazaniec byl bardzo uradowany, ze odzyskal chusteczki, ale nie zdolal cieszyc sie nimi dlugo, gdyz zolnierz zabral mu je szybkim i nieoczekiwanym ruchem. Teraz znow skazaniec probowal wyciagnac zolnierzowi chusteczki zza pasa, za ktorym je schowal, lecz zolnierz mial sie na bacznosci. Tak przekomarzali sie na pol zartem. Dopiero gdy oficer zupelnie sie obnazyl, zwrocilo to ich uwage. Zwlaszcza skazaniec zdawal sie byc tkniety przeczuciem jakiejs wielkiej zmiany. To, co zdarzylo sie jemu, spotkalo teraz oficera. Moze odbedzie sie to az do konca. Prawdopodobnie obcy podrozny wydal taki rozkaz. Byla to wiec zemsta. On sam nie wycierpial do konca, zostanie jednak teraz az do konca pomszczony. Szeroki, bezglosny smiech pojawil sie na jego twarzy i juz nie znikal.
Oficer zas zwrocil sie ku maszynie. O ile juz przedtem bylo jasne, ze swietnie ja znal, to teraz niemal przerazalo, jak sie z nia obchodzil i jak mu byla posluszna. Zblizyl tylko reke do brony, a ona wielokrotnie uniosla sie i opadla, dopoki nie przybrala wlasciwego polozenia, by przyjac oficera;
Oficer zas zwrocil sie ku maszynie. ...
Zblizyl tylko reke do brony, a ona wielokrotnie uniosla sie i opadla,
dopoki nie przybrala wlasciwego polozenia, by przyjac oficera ...
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
ujal tylko za brzeg lozka, a ono juz zaczynalo drgac; filcowy klin podsunal sie ku jego ustom, widac bylo, ze oficer wlasciwie go nie chce, ale wahal sie tylko przez moment, zaraz sie poddal i przyjal go. Wszystko bylo gotowe, tylko rzemienie zwisaly po bokach, ale widocznie byly niepotrzebne, oficer nie musial byc przywiazany. Wtem skazaniec zauwazyl wiszace rzemienie, a jego zdaniem egzekucja nie byla zupelna, skoro one nie byly zapiete, zywo skinal wiec na zolnierza i pobiegli, by skrepowac oficera. Ten wyciagnal juz jedna noge, aby pchnac nia korbe, ktora powinna wprawic w ruch rysownik, gdy zobaczyl, ze ci dwaj nadeszli; cofnal wiec noge z powrotem i pozwolil sie przywiazac. Ale teraz nie mogl juz dosiegnac korby; ani zolnierz, ani skazaniec nie umieliby jej odnalezc, a podrozny postanowil sie nie ruszac. Nie bylo to potrzebne; ledwie zaciagnieto rzemienie, juz maszyna zaczela pracowac; lozko drgalo, igly tanczyly po skorze, brona kolysala sie tam i z powrotem. Podrozny juz przez chwile patrzyl na to, zanim sobie przypomnial, ze kolo w rysowniku powinno skrzypiec; ale bylo zupelnie cicho, nie bylo slychac nawet najlzejszego szmeru.Dzieki tej cichej pracy maszyna doslownie nie zwracala uwagi. Podrozny spojrzal na zolnierza i skazanca. Skazaniec byl bardziej ozywiony, wszystko go w maszynie interesowalo, to sie pochylal, to wyprostowywal, ciagle wysuwal palec, aby cos pokazac zolnierzowi. Bylo to dla podroznego przykre. Postanowil pozostac tutaj az do konca, ale nie potrafil zniesc widoku tych dwoch.
– Idzcie do domu – powiedzial.
Zolnierz bylby moze na to przystal, ale skazaniec przyjal rozkaz, po prostu jak kare. Skladajac blagalnie rece prosil, aby mu wolno bylo tu zostac, a gdy podrozny potrzasajac glowa nie chcial ustapic, kleknal nawet. Podrozny zobaczyl, ze rozkazy nic tu nie pomoga, chcial przejsc na druga strone i przepedzic tych dwoch. Wtedy uslyszal loskot wysoko, w rysowniku. Spojrzal w gore. A wiec – kolo zebate jednak sie psulo? Ale to bylo cos innego. Pokrywa rysownika powoli sie uniosla, a potem zupelnie odskoczyla. Ukazaly sie i uniosly w gore tryby zebatego kola, wkrotce wylonilo sie cale kolo. Bylo to jak gdyby jakas wielka sila zgniatala rysownik, tak ze dla tego kola nie pozostalo juz miejsca. Kolo przekrecilo sie az do krawedzi rysownika, spadlo w dol, potoczylo sie kawalek po piasku i upadlo. Ale juz drugie wysuwalo sie w gorze, a za nim wiele duzych, malych i niemal nie rozniacych sie miedzy soba. Z wszystkimi dzialo sie to samo. Wciaz sie zdawalo, ze teraz rysownik musi juz byc calkiem pusty, lecz wtedy zjawiala sie nowa, szczegolnie liczna grupa kol, wylanialy sie one, spadaly w dol, toczyly w piasku i wywracaly sie. Wsrod tego skazaniec zupelnie zapomnial o rozkazie podroznego, zebate kola wprost go zachwycaly, wciaz chcial ktores schwycic, zarazem przynaglal zolnierza, aby mu pomogl, ale z przestrachem cofal reke, gdyz zaraz spadalo nowe kolo, ktore przynajmniej w pierwszej chwili napelnialo go obawa.
Podrozny natomiast byl bardzo zaniepokojony; maszyna wyraznie rozpadala sie w gruzy; jej spokojne dzialanie bylo zludzeniem; doznal uczucia, ze powinien zatroszczyc sie o oficera, gdyz ten nie mogl juz myslec sam o sobie.
Maszyna wyraznie rozpadala sie w gruzy;
jej spokojne dzialanie bylo zludzeniem ...
Rys. Andrzej Ploski, 2003.
Lecz podczas gdy wypadek z kolami zaprzatal cala jego uwage, zapomnial obserwowac reszte maszyny. Ale gdy teraz, kiedy ostatnie kolo wypadlo z rysownika, pochylil sie nad brona, spotkala go nowa, jeszcze gorsza niespodzianka. Brona nie pisala, tylko klula, a lozko nie obracalo ciala, tylko z drganiem unosilo je ku iglom. Podrozny chcial wdac sie w te sprawe, o ile moznosci zatrzymac calosc, to juz nie byla tortura, jakiej pragnal dostapic oficer, to byl zwyczajny mord. Wyciagnal rece. Ale i wtedy brona, wraz ze zmasakrowanym cialem, uniosla sie i przechylila na bok, tak jak to zwykle czynila dopiero w dwunastej godzinie. Setkami strumykow plynela krew, nie zmieszana z woda; gdyz tym razem nie dzialaly takze rurki wodne. A teraz zawiodla jeszcze ostatnia rzecz: cialo nie odrywalo sie od dlugich igiel, wykrwawialo sie, lecz zwisalo nad wykopem i nie spadalo. Brona chciala juz wrocic do dawnego polozenia, ale jak gdyby sama poczula, ze nie uwolnila sie jeszcze od swego ciezaru, pozostala jednak nad wykopem.– Pomozcie przecie! – krzyknal podrozny do zolnierza i skazanca i sam chwycil za stopy oficera.
Chcial tutaj ujac stopy, tamci dwaj powinni z drugiej strony chwycic za glowe i w ten sposob nalezalo oficera powoli sciagnac z igiel. Ale teraz tamci dwaj nie mogli sie zdecydowac; skazaniec nawet sie odwrocil; podrozny musial przejsc do nich na druga strone i przemoca popchnac ich do glowy oficera.
Przy tym mimo woli ujrzal twarz trupa. Byla taka jak za zycia, nie mozna bylo odkryc na niej zadnego znaku przyrzeczonego wyzwolenia; oficer nie znalazl tego, co wszyscy inni w maszynie znajdywali. Wargi jego byly silnie zacisniete, otwarte oczy sprawialy wrazenie zywych, ich spojrzenie bylo spokojne i stanowcze; ostrze duzego zelaznego kolca przeszywalo czolo.
Kiedy podrozny, a za nim zolnierz i skazaniec, doszli do pierwszych domow kolonii, zolnierz wskazal na jeden z nich i powiedzial:– Tutaj jest herbaciarnia.
Na parterze domu znajdowalo sie glebokie, niskie pomieszczenie, sklepione na ksztalt jaskini, o zadymionych scianach i suficie. Od strony ulicy bylo otwarte na calej swej szerokosci. Jakkolwiek herbaciarnia niewiele roznila sie od innych domow kolonii, ktore z wyjatkiem palacowych budowli komendantury byly bardzo nedzne, to jednak wywarla ona na podroznym wrazenie historycznego zabytku – uczul potege minionych czasow. Zblizyl sie, przeszedl w asyscie swych towarzyszy miedzy pustymi stolikami, ktore staly na ulicy przed herbaciarnia, i odetchnal chlodnym, stechlym powietrzem plynacym z wnetrza.
– Tutaj pogrzebano starego – rzekl zolnierz.
Duchowny odmowil mu miejsca na cmentarzu. Dlugo sie zastanawiano, gdzie go pochowac, w koncu pochowano go tutaj. O tym panu oficer pewnie nie opowiadal, bo tego naturalnie najwiecej sie wstydzil. Probowal nawet kilka razy w nocy odgrzebac starego, ale zawsze go przepedzano.
– Gdzie jest grob? – spytal podrozny, ktory nie mogl zolnierzowi uwierzyc.
Zaraz pobiegli przed nim obydwaj, zolnierz i skazaniec, i wyciagnietymi rekami wskazali miejsce, w ktorym grob mial sie znajdowac. Zaprowadzili podroznego az do tylnej sciany, gdzie przy kilku stolach siedzieli goscie. Byli to prawdopodobnie robotnicy portowi, silni mezczyzni o krotkich, czarno polyskujacych brodach. Wszyscy byli bez kurtek, w podartych koszulach. Byli to ludzie ubodzy i pokorni. Gdy podrozny sie zblizyl, niektorzy z nich wstali, przywarli do sciany i wpatrywali sie w niego.
– To jest cudzoziemiec – rozlegl sie szept wokol podroznego. – Chce zobaczyc grob.
Odsuneli na bok jeden ze stolow, pod ktorym rzeczywiscie znajdowal sie kamien nagrobny. Byl to prosty, kamien, dosc niski, aby mozna go bylo ukryc pod stolem. Pokrywal go napis, zlozony z bardzo malych liter, podrozny musial ukleknac, by je odczytac.
Napis glosil:
"Tu spoczywa stary komendant. Jego zwolennicy, ktorzy musza teraz pozostac bezimienni, wykopali mu grob i polozyli kamien. Istnieje proroctwo, ze po pewnej liczbie lat komendant zmartwychwstanie i z tego domu poprowadzi swych zwolennikow do walki o odzyskanie kolonii. Ufajcie i czekajcie!"
Gdy podrozny przeczytal to i powstal, zobaczyl, ze ludzie stoja wokol niego i usmiechaja sie, jak gdyby wraz z nim przeczytali napis, uznali go za smieszny i wzywali podroznego, aby podzielil ich zdanie. Podrozny udawal, jakby tego nie zauwazyl, rozdzielil miedzy nich kilka monet, zaczekal jeszcze, az przesunieto stol nad grob, opuscil herbaciarnie i poszedl do portu.
Zolnierz i skazaniec znalezli w herbaciarni znajomych, ktorzy jch zatrzymali. Musieli sie jednak szybko z nimi rozstac, bo podrozny znajdowal sie dopiero po srodku dlugich schodow wiodacych do lodzi, gdy juz za nim nadbiegli. Prawdopodobnie chcieli w ostatniej chwili zmusic podroznego, aby zabral ich z soba.
Podczas gdy na dole podrozny umawial sie z przewoznikiem o przejazd na parowiec, ci dwaj pedzili po schodach, w milczeniu, gdyz nie mieli odwagi krzyczec. Ale gdy zeszli na dol, podrozny byl juz w lodzi, a przewoznik odbijal wlasnie od brzegu. Mogliby jeszcze wskoczyc do lodzi, ale podrozny podniosl z jej dna ciezka, wezlasta line, pogrozil im nia i w ten spoob wstrzymal ich od skoku.
Z niemieckiego przelozyl Juliusz Kydrynski
Andrzej Ploski (ur. 1949) jest znanym polskim artysta-malarzem, grafikiem i ilustratorem ksiazek. Wyksztalcony w krakowskiej Akademii Sztuk Pieknych, od roku 1975 mieszka w Lund, w Szwecji.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||