
IZRAEL A SHOAH
HALINA BIRENBAUM
Przeczytałam w tych dniach (szkoda, że tak późno!) dwa artykuły w Zwojach nr 22 (2000) :Są to bardzo ciekawe, dogłębne wypowiedzi. Bardzo dobrze, ze artykuł Arnowa został przetłumaczony z języka angielskiego na polski, przedyskutowany i opublikowany na stronie internetowej przez redaktora Zwojów, Andrzeja Kobosa. Wypowiedzi na łamach tych dwu artykułów przypomniały mi o moich własnych długoletnich, po dzień dzisiejszy trwających dyskusjach na tle podobnych teorii i poglądów, jak i własnych doświadczeń i wspomnień z życia w Izraelu, od powstania tego państwa, i stosunku tutaj do nas, ocalałych z Shoah. Przyjmuję chętnie określenie przez Davida Arnowa lat Zagłady jako "Shoah", a nie popularne na świecie "Holocaust"). Ale jest to, niestety jedna z nielicznych wypowiedzi Arnowa, z którymi mogłabym się zgodzić.
- Zwycięzcy, nie ofiary Davida Arnowa,
- Relacja Izrael – Shoah Andrzeja Kobosa.
Uważam, znając te wszystkie realia z teraźniejszości i z przeszłości z Wtedy Tam, że wypowiedzi i wnioski Arnowa podane przez niego w zarysie faktów historycznych o rozwoju ruchu syjonistycznego zagranicą i w Palestynie są jednostronne, ogólnikowe i tendencyjne w swoich wywodach. David Arnow podtrzymuje stosunek do zdarzeń Shoah i do ludzi , którzy zdołali się uratować wtedy, jaki panował od początku w Izraelu, aż do procesu Eichmanna w Jerozolimie, i trochę jeszcze dotąd wśród urodzonych w Izraelu oraz wielu Żydów z krajów arabskich. Tak wiele odpowiedzi cisnęło mi się na usta w trakcie czytania tych wywodów, że nie mogę powstrzymać się by nie zareagować na wypowiedzi Arnowa, zwłaszcza, że te sprawy i poglądy są nadal aktualne i brzemienne w skutki w naszej izraelskiej rzeczywistości. Z wdzięcznością czytałam wnikliwą i rozumiejącą problem odpowiedź na Zwycięzców, a nie ofiary w artykule Andrzeja Kobosa Relacja Izrael-Shoah, które ukazują dobitnie inne strony tamtych zdarzeń i ich rezultatów.
Z tego, co wiem, to odważni, zaradni i bohaterscy pionierzy (Chalucim) przyjechali do Palestyny z powodu pogromów, antysemityzmu, nędzy ich wielodzietnych rodzin w przeważająco żydowskich miasteczkach (sztetl), bezrobocia, dyskryminacji wszelkiego rodzaju i wzmagających się prześladowań. Przypomnieli w praktyce o historycznych (religijnych?) prawach Żydów do tej ziemi. Bogatsi Żydzi, i ich synowie i córki, nie jechali osiedlać się w Palestynie, dawali co najwyżej składki pieniężne na Keren HaKajemet (Istniejący Fundusz albo raczej Fundusz Istnienia, po hebrajsku); w każdym niemal domu była taka niebiesko-biała skarbonka...
Nie pomogłaby ani odwaga ani zaradność tamtych osadników. Świat nie dopuściłby do powstania żydowskiego państwa w Palestynie, gdyby nie miliony zamordowanych Żydów w Shoah. Kiedy przybyliśmy tutaj po tych wszystkich mękach i tułaczce nielegalnymi drogami (nie przyjeżdżało się po wojnie, aż do odejścia Anglików legalnie, czy pół-legalnie) wypominali nam nieustannie, że oni walczyli tu z bandami arabskimi, malarią, osuszali bagna, zazielenili pustynię a my daliśmy się prowadzić na śmierć bezwolnie, zamiast przyjechać tutaj wcześniej, budować, jak oni ten kraj, umierać za niego... My przyjechaliśmy, mówili, na gotowe i jesteśmy im tyle dłużni, i musimy się czym prędzej upodobnić do nich, by być naprawdę ludźmi...
Obóz dla imigrantów do Izraela, Haifa, 1949.
(fot. Robert Capa, Magnum)
A my byliśmy zdolni po tych wszystkich mękach walczyć w tych ciągłych wojnach i budować swe życie gołymi rękami, budować tym samym ten kraj. Więc tak – i ofiary, i zwycięzcy tym bardziej! I tak niech się wychowuje izraelska młodzież, następne pokolenia. Nie ma się czego wstydzić, że było się ofiarą w Auschwitz – a potem jeszcze zdolnym do istnienia, odbudowy i rozwijania życia w tak trudnych pod każdym względem warunkach, jakie ciągle panują w tym kraju.Nie raz słyszałam i czytałam także w pracach maturalnych młodzieży na temat tych, którzy przeżyli Shoah, że nie wzięliśmy swego losu w ręce i daliśmy się prowadzić do komór gazowych, a potem milczeliśmy ze wstydu i nawet nie opowiedzieliśmy swych przeżyć.. Jakie to dalekie od prawdy i ubliżające, krzywdzące! Pisałam o tym w swoim czasie do pewnej izraelskiej maturzystki. A teraz, dalej pisze Arnow, łączenie powstania Izraela z Shoah, oznacza, że naród żydowski nie wziął swego losu w swoje ręce...
I pod koniec – o roli, jeśli tak można się wyrazić – Boga, o Jego "zakryciu się" w latach Shoah i późniejszych cudach po wymordowaniu olbrzymiej większości żydowskiego narodu: wysłuchanie "pukania" o państwo, zwycięstwo na polu walki przeciwko masom Arabów – mogę tylko powiedzieć, ze religii, legend, czy Biblii nie można uznawać za bieżącą rzeczywistość, stosować jako codzienne realia życia politycznego, geograficznego, itp. Nie można żyć według Biblii w sensie zwykłej, przyziemnej codzienności lub chcieć dostosowywać realia codzienności do wiary czy do legend.
Chciałabym tu przytoczyć moje wypowiedzi na ten temat napisane (w tym samym czasie co wspomniane artykuły w Zwojach) w odpowiedzi pewnej uczennicy izraelskiej, która przysłała mi swą maturalną pracę o trzecim pokoleniu po ludziach ocalałych z Shoah...
23. 10. 2003
* * *
W odpowiedzi N. – uczennicy gimnazjum w Izraelu
Przeczytałam Twoją interesującą pracę maturalną o trzecim pokoleniu po ocalałych z Shoah i stosunku tych ostatnich oraz ich rodziców do owego pierwszego pokolenia ocalałych... Dziękuję, że uważałaś za stosowne dać mi okazję zapoznania się z treścią tej pracy. Pobudziła ona we mnie wiele myśli, zwłaszcza w związku z tym, co tak często w swych dociekaniach cytujesz. Cenię fakt, że wzięłaś na siebie trud i poświęciłaś czas, aby zagłębić się w tak trudnym i skomplikowanym temacie, jak Shoah, by dotrzeć do przeżyć Twoich bliskich i innych świadków oraz powojennych badaczy tego okresu, by zebrać całą tę wiedzę, dopełnić ją własnymi doznaniami z podróży szkolnej do Polski, przeanalizować i opisać to wszystko. Gratuluję Ci otrzymania trzech nagród za tę pracę, w tym również jednej w Polsce.Wzruszyły mnie do łez tragiczne przeżycia Twoich dziadków, które opisałaś, a także gdy słuchałam ich z ust Alona, Twego brata, czytanych w Kownie podczas naszej wspólnej podróży na Litwę oraz na cmentarzu rodzinnego miasteczka Waszego dziadka w Polsce. Ucieszył mnie opis zacieśnionych teraz stosunków między Wami, odkąd w związku z Waszymi przygotowaniami do tych podróży, pod wpływem Waszego zainteresowania przerwali Wasi dziadkowie swe długoletnie milczenie i opowiedzieli o swej niezmordowanej walce o przetrwanie oraz o swych bliskich, którym nie było dane doczekać wyzwolenia. Wasi rodzice, całe niemal tzw. drugie pokolenie ocalałych z Shoah, nie chciało o tym słyszeć, wstydziło się przeszłości rodziców. Dopiero od Was dowiaduje się historii cierpień i bohaterstwa ich ojców i matek, ich utraconych rodzin w latach Zagłady.
Wyrazy szacunku dla dziadków dziś, a przez nich także dla nas wszystkich, ocalałych z Zagłady oraz zainteresowanie tematem Shoah, chęć słuchania i spisania ich przeżyć to według mnie rzeczy nowe i bardzo pozytywne, choć nie wszyscy zgadzają się nawet teraz z tą moją opinią. Cieszę się, że doczekałam tej zmiany w ogólnym podejściu do tematu Shoah w Izraelu po tylu latach.
Szkoda tylko, że wraz ze zrozumieniem potęgi i bezkresnych rozmiarów ludobójstwa, temat Shoah stał się również narzędziem wszelkiego rodzaju manipulacji polityków – aż do pretekstu osadnictwa na okupowanych ziemiach palestyńskich poprzez jedno z popularnych haseł: "nie będzie jeszcze raz Auschwitz dla Żydów i żydowskich ofiar; musimy być silni, nie jak kiedyś, gdy Żydzi nie mieli własnego państwa ani wojska czuwającego nad ich bezpieczeństwem" ...
Jednak niektóre fragmenty Twojej pracy wzbudziły we mnie przykre refleksje i różne pytania. Zastanawiałam się, czy napisać o nich. Ale przemogła mnie potrzeba wyjaśnienia pewnych stwierdzeń, głównie cytat z rozmaitych badań historyków, psychologów, działaczy syjonistycznych, polityków izraelskich i nie tylko izraelskich. Ja od dawna mam z nimi trudną dyskusję… Nie wszystko jest tak, jak ci uczeni "hurtowo" określili, wysegregowali i umieścili sobie do szufladek z naklejką rozpoznawczą cech charakteryzujących ludzi ocalałych z Shoah, ich reakcji w czasie Shoah oraz po wyzwoleniu, wyodrębniając ich tak od całej reszty innych ludzi.
A ludzie wszak rodzą się różni jedni od drugich, reagują w różny sposób na to co spotyka ich w życiu, każdy według właściwości swego charakteru, psychiki, uzdolnień, inteligencji. Nie inaczej działo się w latach Shoah i w późniejszych. Jak można uogólniać to wszystko, segregować i dzielić na sorty, grupy: na "bohaterskich bojowników" i na "pasywne ofiary"? Na tych, którzy uciekli (jednostki!), ukryli się w lasach, włączyli się do partyzantów, czy znaleźli schron w klasztorach, załączać ich do grupy "bohaterskiej", przynoszącej zaszczyt narodowi żydowskiemu, jako walcząca Wtedy – a tych, którzy zostali zamknięci, zamęczeni na śmierć w gettach, obozach zagłady, uznać za grupę nędznych ofiar, przynoszących hańbę sobie i narodowi, gdyż jakoby "nie wzięli swego losu w swoje ręce" i nie walczyli z prześladowcami?!
I stąd, głoszą te teorie, wieloletni spisek milczenia ofiar, wstyd mówienia o tej przeszłości i lęk, że inni uznają ich samych, jak i ich dzieci, za nienormalnych z powodu przebytej traumy… I dalej, według tego podziału, że "ofiary" Shoah chciały żyć przez te wszystkie lata po Shoah ową śmiercią stamtąd oraz jedyną, wyłączną myślą o bezpieczeństwie, nie biorąc pod uwagę duszy swych dzieci, nie interesując się innymi ich i ogólnymi problemami. Dopiero, gdy ich wnuki wykazały, że potomstwo ocalałych jest jednak normalne (!) i nawet uznano – i to też nie wszyscy jeszcze, dyskusja toczy się nadal – za ważne wyprawy młodzieży śladami korzeni Żydów w Polsce, większość świadków tych zdarzeń przerwała swój "spisek milczenia" i zaczęła opowiadać swoje dzieje z Wtedy… Większość ocalałych umarła wcześniej i zabrała do grobu swe milczenie o tym, co przeżyli i jak przeżyli Shoah, w poczuciu rzekomej hańby czy raczej niekończących się krzywd także po wojnie – także i wśród swoich współrodaków.
A my byliśmy Wtedy i pozostaliśmy (ci, którym dane było przeżyć) po prostu zwykłymi ludźmi, których wrzucono w niezwykłe, piekielne sytuacje, i każdy musiał się z tym zmagać na swój sposób, w granicach swych możliwości i sił. Dlatego, że ktoś, potężniejszy wówczas od samego Boga, wydał wyrok nieuniknionej śmierci na cały, bez wyjątku naród żydowski i wykonywał go z perfidną systematycznością. Każda minuta życia Tam była nieopisaną walką i wszelkiego rodzaju bohaterstwem wobec spadających z zawrotną szybkością, na jednostki i na ogół, morderczych ciosów. Jedynie panująca rzeczywistość była czymś absolutnie innym, straszniejszym od wszelkich najgorszych, znanych z historii, przeczytanych, zasłyszanych z kiedyś, nauczonych lub szaleńczo wyobrażonych – była ponad słowa ludzkie w tej nagości bezdennego zła i bezradności wobec jego potęgi i tysiącznych rodzajów śmierci.
W czym tu hańba, a jeżeli – to czyja?!
Każdy jest bohaterem swego losu: czasem jest czyjąś lub czegoś ofiarą, czasem zwycięzcą, czy kimś zwyciężonym, zawsze musi się zmagać w swych "rolach" życiowych – aż do śmierci tak, i to nie tylko w Shoah...
Myślę często o popularnych wśród młodzieży izraelskich wypowiedziach, że nie można zrozumieć, "włączyć się" w to, co przeżywał i czuł człowiek Wtedy, w Shoah. Bezpośrednim wnioskiem z takiego twierdzenia byłoby chyba milczeć – bo doprawdy po co opowiadać o czymś, co z góry zostało ocenione jako nie do pojęcia? (Nazistowscy mordercy byliby na pewno zadowoleni z takiego wniosku, a ci, którzy zaprzeczają istnieniu Shoah, nie musieliby w takim wypadku zbytnio się trudzić). Jednak czytamy książki, oglądamy filmy, sztuki teatralne o przeróżnych zdarzeniach ludzkiego życia na świecie, w różnych epokach: wielkie tragedie czy komedie z czasów współczesnych i dawnych. Nie brak w nich strasznych, „trudnych treści” (tam gdzie jest treść – to są wartości i z pewnością można i warto się w nie włączyć, zrozumieć!), odbieramy wrażenia, krytykujemy lub identyfikujemy się z bohaterami, każdy według swych zdolności pojmowania, chęci wgłębienia się, wrażliwości. A czy my wówczas Tam nie byliśmy jak inni ludzie? Nie kochaliśmy, nie zmagaliśmy się o swe istnienie, o istnienie naszych najbliższych, których z brutalną siłą odrywali od nas potężni, morderczy rasiści?
Czy nie odwiedzimy ludzi chorych, umierających – bo to przygnębiające? Czy nie pójdziemy do rodzin żołnierzy poległych, wziętych lub złapanych do niewoli lub do rodzin zabitych w ataku samobójczym terrorysty, bo taka śmierć nie jest chwalebna, bohaterska – bo to śmierć ofiary a nie zwycięzcy? Albo dlatego, że sami nie przeżyliśmy tego i nie możemy tego pojąć, wczuć się w to?
Czy ktoś w ogóle może przejść przez życie jedynie w szczęściu, w łatwych sytuacjach, zawsze radosnych? Może być zawsze tylko zwycięzcą? Czym byliśmy lub jesteśmy my, ocaleli z Shoah inni, że nie można nas zrozumieć, szanować – że trzeba się wstydzić naszych, według tych twierdzeń poniżających człowieka doświadczeń i ich działania na następne pokolenia?!
Ogrom zdarzeń, których byliśmy tragicznymi uczestnikami, naocznymi świadkami, a przede wszystkim ofiarami, niesamowite próby życiowe przy zaglądającej nieustannie w oczy śmierci, przez które musieliśmy przechodzić w każdej godzinie w ciągu tych lat długich jak wieki, sprawiają, że nasz ładunek duchowych i fizycznych doświadczeń jest wręcz bogatszy i głębszy od innych.
Podróże naszej młodzieży do Polski uprzytomniają jej to w wielkiej mierze. I takie słowa, jak: "nie możemy się w to włączyć, nie rozumiemy tego", świadczą właśnie o tym, że nagle ci młodzi i ich wychowawcy uświadamiają sobie potęgę i głębię ludzkiej istoty i życiowej prawdy ujawnionej w najwyższych cierpieniach. Że one są ponad znanymi im przejawami, problemami i doświadczeniami obecnych realii – są potężniejsze niż samo życie, niż czas. Możność człowieka przezwyciężania najstraszliwszych cierpień wraz ze swą własną niemocą wobec nich, fizyczną i moralną, siła trwania i przetrwania w każdych warunkach, zachowania człowieczeństwa i zdolność odradzania się na nowo, mimo wszystko! Ile można się z tego uczyć i nauczyć o człowieku, o życiu – o sensie istnienia!
Uczestnicy wypraw do Polski również to sobie uświadamiają. Zbliżają się do siebie, pomagają sobie wzajemnie, jednoczą się i dzielą się tym, co zbiera się na widok tych miejsc w ich sercach. We mnie na zawsze pozostały takie doznania z owych trudnych lat, one umożliwiają mi otworzyć się przed ludźmi i opowiedzieć o wszystkim, co przeżyłam Wtedy oraz o tych, którzy tam wówczas ze mną byli.
Kiedy się stoi się przed kamieniami Treblinki czy naprzeciw krematorium na Majdanku albo nad ruinami komór gazowych w Auschwitz, oddycha się w jakiś sposób tym, co tu się działo wówczas, mimo, że nie każdy jest gotów przyznać się do tego – i znów nie mało to według ogólnej mody w Izraelu i ogólnie przyjętej pozy. Bo wypada być silnym, bohaterskim, zwycięskim zawsze – nie wrażliwą, słabą ofiarą!... A jeśli ofiarą, to dlatego by udowodnić konieczność siły, zaborczość dziś, jako odwet przez pokazanie światu oraz samym sobie swej nowej, dumnej godności narodowej deptanej dotąd przez wieki, a zwłaszcza wraz z życiem – w Shoah.
Dawniej, w duchu tych teorii nakazywano nie wspominać o Shoah, nie mówić o tych dziejach. Sprzeciwiano się wyjazdom do byłych miejsc życia i martyrologii narodu żydowskiego w Polsce i gdzieindziej w Europie – nakazywano przekreślić wszystko, co w sobie mieszczą słowa – diaspora i Shoah, by stworzyć innego, zdrowego, dumnego Żyda. Premier Ben Gurion nazwał kiedyś ocalałych z Shoah "kurzem ludzkim" ...
Jeżeli po Shoah byłabym taką, jak przedstawiają nas w swych publikacjach o nas różni gorliwi "specjaliści" od charakterów ludzi uratowanych z Zagłady, nie byłabym w stanie stworzyć i zbudować tego wszystko, co stworzyłam po wyzwoleniu. Jeślibym była tylko taką (jak oni nas określają) przynoszącą wstyd narodowi ofiarą, zamiast bojownikiem biorącym swój los we własne ręce na chwalebny wzór partyzantów i uratowanych w klasztorach lub gdzieindziej po "aryjskiej stronie", wątpię czy moje – nasze przetrwanie miałoby w ogóle sens.
Do dziś, ludzie żyjący w normalnych czasach i warunkach nie są w stanie nawet słuchać albo czytać o tragediach i potwornościach Shoah, a my przeżywaliśmy je dniami i nocami, godzina po godzinie – przez ponad pięć lat! A po tym wszystkim wyruszyliśmy w uciążliwą, niebezpieczną włóczęgę nielegalnej imigracji. Dwa tygodnie na małej łodzi rybackiej, sto kilkadziesiąt osób, niemal bez jedzenia i picia na wzburzonym w listopadzie morzu! Statek zwał się HaPorcim, [po hebrajsku "Włamywacze"...] do kraju, w którym nie było i dotąd nie ma chwili spokoju i bezpieczeństwa!
Po powrocie z lagrów do ruin naszych domów śpiewaliśmy w kibucach w Polsce hebrajskie piosenki, tańczyliśmy izraelską "Horę". W ich takt, tworzyliśmy nowe życie, dążyliśmy do ideału wspólnoty i budowy kibucu w Erec Izrael. I też płakaliśmy, wreszcie płakaliśmy, bo wtedy Tam, okrutna rzeczywistość wysuszyła wszelkie źródła łez wraz ze wszystkim co normalnie ludzkie. Po przybyciu do tego kraju mieszkaliśmy w namiotach, w brezentowych lub blaszanych barakach, walczyliśmy o niepodległość tego państwa, nawet nie rozumiejąc jeszcze rozkazów w języku hebrajskim, wydawanych przez urodzonych w Palestynie dowódców. Ilu z tych, którzy przeszli przez piekło Shoah od początku do samego końca i zdołało cudem uratować się jako jedyni nie tylko z całych rodzin a z całych miasteczek i ziomkostw, zginęło w obronie tego kraju? Wielu nawet nie dążyło dobrze stanąć na swej "obiecanej" ziemi, bo wprost ze statków zostali odesłani na front i tam zabici! I nie było nikogo, kto by po nich zapłakał...
Nie ma opisu tych faktów w owych licznych stwierdzeniach o naszej rzekomej słabości, wiecznym strachu; o jedynie absorbującej nas trosce o bezpieczeństwo, nieustannym poczuciu winy i hańby, że my przeżyliśmy, gdy nasi bliscy i tak wielu innych zginęło, o depresjach i śmierciach, w których jakoby zamknęliśmy się wszyscy, my "niebohaterskie" ofiary ocalałe z Shoah, przenosząc je na nasze potomstwo milczeniem lub okropnymi opowieściami. A dopiero na starość, twierdzą teraz, udało nam się przełamać "spisek milczenia" i opowiedzieć wnukom jadącym do Polski jak zdołaliśmy ujść śmierci – w jakich mękach stracili życie nasi bliscy.
Nic dziwnego więc, że nie chciano słuchać ani identyfikować się, "Broń Boże!", z tak ponurym obrazem osobowości ludzi ocalałych z Shoah w obliczu tych z góry ustalonych opinii o nich i ich przeszłości. Jednak, jak się okazało, najpierw proces Eichmanna w Jerozolimie, a w ostatnich latach wyprawy młodzieży do Polski przywróciły świadomość ważności tych wspomnień i ich bohaterów, wyzwalają od bolesnych, wypaczających podziałów.
Mam nadzieję, że zrozumiesz moje wyjaśnienia wynikające z innego wglądu w te sprawy.
Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję i życzę wszystkiego dobrego.
Z przyjaźnią,Halina Birenbaum
6. 11. 1999

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||