Z PODRÓŻY Z IZRAELSKĄ MŁODZIEŻĄ DO POLSKI
2003





HALINA BIRENBAUM



Okazuje się, że im staję się starsza, tym więcej i częściej odbywam dalekie podróże po kraju i zagranicę, tym szersze stają się moje kontakty, przyjaźnie. Widać, temat moich opowieści pisanych i mówionych – zdarzenia lat Shoah – interesuje coraz więcej ludzi na świecie; jestem wciąż zapraszana na spotkania z młodzieżą i dorosłymi jako naoczny świadek tamtych tragicznych wydarzeń.

Z rozmaitych powodów, których nie będę wyszczególniać, nigdy nie brałam udziału w Marszu Żywych organizowanym przez Ministerstwo Oświaty Izraela. Jednakże, uczestnicy Marszu posługują się moimi tekstami, które odnoszą się do niemal całej trasy ich pielgrzymki do Polski, do miejsc martyrologii narodu żydowskiego w okresie nazistowskiej okupacji. Przewodnicy grup czytają młodzieży fragmenty mojej książki Nadzieja umiera ostatnia, jak również moje wiersze.

W okresie "Dni Zagłady i Bohaterstwa" – Jom Hashoah We Hagwura, jak je u nas nazywają , bywam przeważnie w szkołach, rozjeżdżam po kraju – robię to już od roku 1966, odkąd zaczęłam pisać swą Nadzieję...

Wrażenia naszej izraelskiej młodzieży z podróży do Polski poznałam z bliska, co pewien czas towarzysząc jej w tych wyprawach od roku 1996. Spotykam tę młodzież także na lotniskach w Tel Avivie i Warszawie, lub w samolotach, gdy oni jadą do lub wracają z Polski, a ja podróżuję w sprawach moich publikacji albo na spotkania z młodzieżą polską czy niemiecką.

W każdym razie, są to różne wrażenia, jak też różne jest zachowanie się młodzieży oraz ich wychowawców w Polsce i w drodze powrotnej. Zależy, skąd jest ta młodzież, z jakich środowisk, kim są jej przewodnicy i ci, którzy ją do tych podróży przygotowują – jakie chcą osiągnąć cele ogólne, wspólne i osobiste, jadąc nad te nieistniejące groby narodu.

Inaczej zachowuje się młodzież ortodoksyjna, inaczej świecka z kibuców, jeszcze inaczej z miast. Wiele zaobserwowałam, i nie wszystko jest tylko pozytywne, takie jak powinno być, czy można by oczekiwać by było, co nie dotyczy jednak moich osobistych doświadczeń z młodzieżą w tych podróżach. Kiedy wprowadzam słuchaczy w atmosferę tamtych czasów, reagują zupełnie inaczej.

Najczęściej spotykam się z młodzieżą i nauczycielami w ramach przygotowań przed ich podróżami do Polski, ale nieraz zapraszają mnie również i po powrocie, gdy na specjalnych spotkaniach w obecności rodziców wymieniają między sobą wrażenia i pragną by, poprzez moje osobiste doświadczenia z tamtych lat, wszyscy uprzytomnili sobie – rodzice, którzy tam nigdy nie byli, jak i oni sami – jakie treści te miejsca, dziś ciche i czyste, kryją w sobie...

Ja im to przekazuję jak potrafię najlepiej, autentycznie, pozostając niezmiennie wierna faktom, których byłam bezpośrednim świadkiem i ofiarą w przeciągu ponad pięciu lat wojny i okupacji niemieckiej, bez żadnej propagandy, interwencji w czyjeś poglądy, bez polityki. Choć poniekąd wszystko jest w pewnym sensie polityką – to co ludzkie, i co nie.

Mam już za sobą wiele takich spotkań i podróży do Polski i Niemiec. Przeważnie opisuję je przede wszystkim dla siebie: w samolotach, autokarach, nocą w hotelach lub u przyjaciół, którzy podczas moich podróży często goszczą mnie w swych domach.

Wrażenia z tegorocznych (2003) marcowych podróży do Polski i różnych miast w Niemczech opisałam tylko częściowo; nie starczyło mi czasu ani humoru by opisać wszystko, tym bardziej, że pod koniec maja czekała mnie następna wyprawa do Berlina i Saksonii. Byłam zaproszona do wystąpienia w Ekumenicznym Dniu Kościoła – Kirchentag – i do szkół niemieckich. Młodzież w Niemczech słucha moich przeżyć z Shoah z takim samym (a może niekiedy większym) zainteresowaniem i wzruszeniem, jak młodzież w Izraelu czy w Polsce.

Nie spodziewałam się jednak tego w marcu 2003, gdy cały świat był zaabsorbowany niemal wyłącznie wojną w Iraku, demonstracjami i dyskusjami wokół tych aktualnych, groźnych zdarzeń. Jednak okazało się, że nie było nic inaczej względem mnie i moich opowieści z przeszłości.

Teraz jestem jeszcze zmęczona i niewyspana po kolejnej, wrześniowej podróży, tym razem z ortodoksyjnymi izraelskimi uczennicami do Polski. Nie spisywałam na "gorąco" swych spostrzeżeń i doznań, polegając na mojej pamięci i licząc na więcej czasu w domu przy komputerze, co jednak nie zawsze się sprawdza. Raczej niedobrze jest odkładać...

Ta moja ostatnia (jak dotąd), ośmiodniowa wrześniowa podróż do miejsc martyrologii żydowskiej była o wiele poważniejsza w znaczeniu i wadze od czasu jej trwania z powodu rozmaitych trudności z tak religijną grupą: ograniczenia w codziennym żywieniu się narzucone ścisłym przestrzeganiem koszerności; wielogodzinne jazdy autokarem do rozlicznych cmentarzy rozsianych po całej Polsce, by pomodlić się razem i wysłuchać historii oraz legend przy starych grobowcach cadyków.

Nieustanne modlitwy oraz długie opowieści o mądrościach i cudownych wyczynach wielkich cadyków w Kocku, Lublinie, Górze Kalwarii i Leżajsku, o ich obyczajach, pokrewnych powiązaniach z innymi mędrcami i rodzinami cadyków, o ich filozofiach, ideach, teoriach, powiedzeniach, sporach, pismach – o Bogu.

Kierownik izraelskiej szkoły, okryty od stóp do głów tałesem, z widocznym zadowoleniem z siebie, wciąż recytował tam modlitwę za zmarłych – Kadysz – w formie wiersza, bo nie wolno inaczej, gdy nie ma obecnych dziesięciu żydowskich mężczyzn do "Minian" w takiej modlitwie, co nie jest proste w dzisiejszych miastach i miasteczkach Polski...

Ciągłe modlitwy wszelkiego rodzaju uniemożliwiły w końcu dotarcie tam, dokąd należało dotrzeć śladami Zagłady i nie zostawiały dość czasu by głębiej odnieść się do tego najtrudniejszego, najważniejszego, tematu w miejscach, w których to wszystko się wydarzyło. A przecież nie zobaczą tego w Izraelu, skąd w tym właśnie celu udali się w tę trudną i kosztowną podróż...

Cały czas pobytu w Polsce, od wczesnego rana do późnego wieczoru, wypełniony był długotrwałymi mowami, cytowaniem tekstów cadyków, banalnie sentymentalnymi lub patriotycznymi wierszami oraz trudną statystyką Shoah, wszystko to ponad zdolność percepcji młodzieży.

* * *


Było nas razem 70 osób, w dwóch autokarach. Wyruszyliśmy na lotnisko w Lood, pod Tel-Avivem 3 września o 2.00 nad ranem; tej nocy nikt nie położył się spać. Mały, starego typu samolot wypełniony był grupami uczniów, jak ta nasza.

Wylądowaliśmy w Warszawie około 8.00 rano. Dla większości tych siedemnastolatek była to pierwsza w życiu podróż samolotem i łatwo sobie wyobrazić ich przejęcie na każdym kroku. Strach przed lotem – przed wyobrażanymi obrazami i opowieściami o Shoah, które miały zobaczyć i usłyszeć w Polsce.

Dziewczęta i nauczycielki były skromnie odziane, wszystkie, jak jest im nakazane w szkole i w ogóle w codziennym życiu, w długich do ziemi spódnicach. Ja także tym razem nie ubrałam się, swoim zwyczajem, w spodnie. Wszyscy byli obładowani ciężkim bagażem osobistym i kartonami żywności dla całej grupy ze względu na nakaz utrzymania koszerności i dla oszczędności. Długo czekało się na odbiór tych bagaży.

Wreszcie chłodny poranek na warszawskiej ulicy, załadowanie bagaży do oczekujących już autokarów. I pierwsza stacja: stary cmentarz żydowski na Okopowej. Groby cadyków, rabinów, pisarzy żydowskich – opowieść życia i kultury żydowskiej w przeciągu wieków Polsce, w Warszawie – na tym starym cmentarzu, poprzez liczne, przedwojenne i starsze grobowce i w końcu przez wspólny grób Żydów rozstrzelanych, zamęczonych, zmarłych w epidemiach i z głodu w nieopisanej ciasnocie i na ulicach warszawskiego getta.

Pomnik Janusza Korczaka z dziećmi także tutaj na tym wielkim cmentarzu, a później przejazd ulica Krochmalną, gdzie kiedyś był dom sierot prowadzony przez Korczaka i jest i dziś, prowadzony w duchu Starego Doktora. Nie było czasu, by tam wejść i opowiedzieć tym izraelskim dziewczętom o tym wspaniałym człowieku, a mało która z nich coś wiedziała i wie o Korczaku.

Następnie przejście ulicami Żelazną i Chłodną, gdzie niegdyś mieszkała "arystokracja" getta, ważni pracownicy Judenratu i żydowskiej policji. Wchodzimy do starej, ocalałej z getta kamienicy sprzed wojny, stajemy kołem na podwórku przy pozostawionym tam fragmencie wysokiego muru getta, który oddzielał je od "aryjskiej" strony. Patrzę na to, ja Wtedy Stamtąd (teraz "turystka" z Izraela) oraz one – młode, jak na historię sprzed tysięcy lat...

Urodzone w Izraelu, energiczna nauczycielka i pilotka grupy opowiadają powierzchownie, raz po raz wtrącając głośno banalne pytania do młodzieży – dalekie jest to wszystko od panującej tutaj wówczas realności, jak ziemia od nieba! Przekazują im, jak małym dzieciom z przedszkola, to co sobie wyobraziły i przygotowały "na lekcję" w tym miejscu o życiu Żydów w Warszawie przed wojną, w getcie, o wysiedlaniu stąd na Umschlagplatz i do Treblinki...

Wokoło okna mieszkań obecnych lokatorów. Niektórzy przechodzą obok nas cicho, zda się, nie widząc tych dziwacznych "turystów" nawiedzających nieustannie ich historyczne podwórko. Aż dziw bierze dla tej obojętnej tolerancji. Chyba zdążyli się już przyzwyczaić do częstego widoku takich nieproszonych gości, szukających i opowiadających o duchach przebrzmiałej przeszłości .

Czuję tu nieodparcie zapach ówczesnej grozy, oddycham nią i nie jestem w stanie słuchać błahych, niedorzecznych objaśnień. Przerywam impulsywnie. Jednym tchem wyrzucam z siebie tkwiący we mnie obraz tamtej rzeczywistości. Młodzież chłonie moje słowa, ale nauczycielka nie wybaczy mi już swej klęski. Jak mam milczeć, tu, jeśli jestem jeszcze? Po co więc przyjechałam z nimi? Niech i ona zrozumie, jeżeli to potrafi, jeżeli bedzie gotowa wchłonąć tę prawdę tak, by ją zapamiętała i następnym grupom opowiadała to już inaczej.




Halina Birenbaum z jedną z izraelskich dziewcząt
na ulicy Milej w Warszawie, wrzesień 2003.


Idziemy do Żydowskiego Instytutu Historycznego. I tutaj, zamiast obejrzeć archiwum Ringelbluma, zgłębić znajdujące się eksponaty-relikwie, przeczytać wiele znaczące wyjaśnienia, wchodzimy do małej, dusznej sali, nie zważając na sprzeciw zarządzającego z Instytutu wobec tak dużej liczby uczestników, by wysłuchać referatu w okaleczonym hebrajskim z amerykańskim akcentem z ust żydowskiego działacza z Ameryki, z fundacji milionera Laudera, o nawróceniach do przypadkowo odkrytych korzeni i religii żydowskiej, o wznawianiu w Polsce żydowskiego życia tradycyjno-religijnego.

Większość dziewcząt po prostu zasnęła ze zmęczenia, duchoty i braku zainteresowania. Tylko trochę udało mi się pod koniec wyjaśnić w dużej sali archiwum tragiczne afisze z rozkazami i zakazami niemieckimi z getta, przetłumaczyć na hebrajski polskie wersy z wierszy Szlengla przechowanych także przez Ringelbluma, objaśnić napisy i znaczenie obrazów, zdjęć. Dziewczęta natychmiast zgromadziły się wokół mnie, w sposób oczywisty spragnione tych wiadomości. To tutaj zaczął się na dobre nasz bezpośredni, żywy kontakt.

Przed wieczorem dotarliśmy do bóżnicy Nożyka. Kierownik grupy zasugerował przede wszystkim skoczne tańce chasydzkie... Potem modlitwa, potem nauczycielka znowu zaczyna opowiadać krzykliwie, rozpraszającym się w tej wielkiej sali głosem, który odbija się zagłuszającym słowa echem, o dawnych rabinach, o historii tej bóżnicy niegdyś i już po wojnie. Niewiele z tego docierało do uszu, ale zabierało czas, potęgowało zmęczenie.

Po niej, długo wyjaśniała podobne szczegóły pilotka i organizatorka podróży, pod koniec zapowiedziała, ze teraz będą miały "wielki zaszczyt" usłyszenia o Warszawie i o getcie od żyjącego dotąd świadka tych zdarzeń, czyli mnie. Często przedstawiają mnie młodzieży w szkołach w taki sposób, życząc mi jednak długiego życia...

Ale nauczycielka przypomina sobie jeszcze kilka koniecznych, nie mogących ulec zwłoce uwag, a potem jeszcze pilotka musi dodać w "dwóch słowach" coś niezmiernie ważnego, co zabiera niemal dalszą godzinę. I wreszcie cisza, kolej na mnie wywiązać się z danego mi kredytu czasu i udowodnić superlatywy o mych zdolnościach opowiadania.

Zaczęłam od tego, że wiele cudów złożyło się na moje ocalenie z Shoah, ale następnym cudem będzie, jeśli one będą jeszcze w stanie mnie słuchać po tym długim dniu bez odpoczynku i jedzenia... Jednak obudziły się, usiadły na podłodze, żeby się do mnie przybliżyć i chłonęły moją osobistą, ludzką opowieść – a nie wyuczoną lekcję historii, statystyki, nie o geniuszach i świętych cadykach. Zapomniały o zmęczeniu, o wszystkim innym.

Późnym wieczorem dotarliśmy do hotelu Vera, gdzie zjedliśmy wspólny posiłek przygotowany z produktów przywiezionych z Izraela.

* * *


Wciąż zrywała się w tych młodych pasja życia, śpiewu, tańców. Często było to po prostu inspirowane i podsycane przez kierownika, pilotkę i nauczycielkę, nawet podczas jazdy w autokarze, pomiędzy fotelami czy potem w przejściach w samolocie, na lotnisku, by młodzież nie smuciła się zbyt długo po obejrzeniu komór gazowych na Majdanku i w Auschwitz, pola kamieni w Treblince, które upamiętniają ziomkostwa Żydów polskich, dołów masowo rozstrzelanych w innych miejscach kaźni.

Poprzednio, natomiast, starano się wstrząsnąć młodymi ludźmi, wzbudzić utożsamienie się, wzruszenie i łzy, których ci nie mieli. Czuli się winni przed swymi nauczycielami, że nie potrafią płakać, bo tamto przecież było dawne, dalekie, zupełnie nieznane, zaś zwykle lekcje historii, statystyka czy tradycja nie mogą przybliżyć tego dostatecznie, jeżeli w ogóle.

Na Majdanku, po mojej opowieści, która ich porwała w atmosferę tamtej rzeczywistości, po przygotowanych recytacjach kilku dziewcząt (mnie też poprosili o przeczytanie mojego wiersza o Matce: Ona czekała), otoczyliśmy wszyscy kołem Mauzoleum – górę popiołów po zagazowanych i spalonych, trzymając się za ręce i śpiewając chórem, rytmicznie: "Ani maamin" – ja wierzę, wierzę... Chodziłam z nimi, obejmowałam te popioły w ciężkim milczeniu bezsilnej rozpaczy – tutaj leżą popioły mojej matki.

Jedna uczennica wypowiedziała nad popiołami żarliwe słowa pamięci od państwa Izrael a mówiąc to, dosypywała powoli z butelki ziemię izraelską. Potem był Kadysz w deklamacji, wspólna modlitwa i hymn izraelski. Deklamacjom na zimnie i wietrze towarzyszyła w tej ceremonii piosenka mojego syna "Popiół i kurz", o mojej pierwszej po 40 latach podróży do Polski w roku 1986.

Zapadał już wieczór, pustka wokoło, tylko zimny wiatr i karetka policyjna. Pilnowali nas w takich miejscach przez cały czas, polska policja i ochroniarze: izraelski i polski.

Tego dnia byliśmy także w Kazimierzu Dolnym by pomodlić się przy pomniku z Macew i zapalić tam znicze – nic więcej. Ani słowa o starej bóżnicy w Kazimierzu, która istnieje do dziś, o ruinach zamku króla Kazimierza Wielkiego i legendarnej Esterce... Nie było czasu.

Na zwiedzenie słynnego budynku Jeszybotu w Lublinie, gdzie przed wojną najzdolniejsi chasydzi uczyli się na rabinów i na modlitwę tam, co czynią niemal wszystkie grupy świeckie, też już nie wystarczyło czasu. W autokarze, z książki "Nadzieja umiera ostatnia" przeczytałam swe refleksje wokół tego Jeszybotu z opisu mojej pierwszej podróży do Polski, powstrzymując tym, ku zadowoleniu dziewcząt, rozpęd opowieści o powinowactwach tutejszego cadyka.

Ale przedtem byłyśmy długo na starym, leżącym na wysokim pagórku cmentarzu żydowskim, gdzie znajduje się murowany grobowiec lubelskiego cadyka. Kościół znajduje się u stóp tego cmentarza i trzeba było wysłuchać legendy na temat położenia tego cmentarza i kościoła.

Pewien polski szlachcic, który przed wiekami wybudował kościół na wzgórzu, wydzielił na dole obszar ziemi na cmentarz żydowski. Za każdym razem, gdy przechodził żydowski pogrzeb, biły kościelne dzwony, co ubliżało religii żydowskiej, ale nie było na to rady. Tak bowiem chciał ów szlachcic. Aż umarł ten wielki cadyk i nieśli go w trumnie na cmentarz. Kiedy odezwały się dzwony kościelne, cadyk zerwał się nagle z trumny, ziemia zatrzęsła się cała – i kościół opadł w dół, a cmentarz podniósł się na wzgórze...

Zajechaliśmy do hotelu Victoria w Lublinie około godziny 22.00, na kolację była zupa z proszku, chleb, sałaty – wszystko przywiezione z Izraela, koszerne. Z hotelu brało się tylko wrzątek do własnych termosów i jajka na twardo, podczas śniadania. Nawet szklanek hotelowych, ani żadnych naczyń nie wolno było używać. Tylko własne, jednorazowe z Izraela. Ale ta młodzież, w odróżnieniu od kibucowej, czy miejskiej, świeckiej, nie grymasiła na nic.

Moje długoletnie przyjaciółki z Muzeum na Majdanku i z Lublina, Ania, Maria i Monika, odwiedziły mnie wieczorem w moim pokoju na dziesiątym piętrze. Słodycze i ciasteczka, które mi przyniosły szczodrze jadłam w dalszej drodze, ale część zjadłam tuż po ich wyjściu...

Młodzież i wychowawcy zdumiewali się wyrazami serdeczności i przyjaźni, gdy wymieniałam uściski i pocałunki z moimi polskimi gośćmi. Ich się uczy, że Polacy nas nie lubią, izraelski ochraniarz co wieczór dawał wskazówki, jak omijać ewentualne ataki wrogości. Ale ze mną wszak działo się wszystko inaczej, co przyjmowali z aprobatą.

* * *


Na każdym kroku modlili się. Dziękowali żarliwie Bogu nad dołami wspólnych grobów rozstrzelanych Żydów w Tykocinie, dzieci z okolic Tarnowa w Lasach Łopotowskich, zagazowanych na Majdanku, w Oświęcimiu, Treblince – dziękowali za łaskę i zmiłowanie, za własne istnienie mające zastąpić tamtych i kontynuować życie odebrane tamtym, za wiarę, tradycyjne obyczaje.

"Am Israel Haj" – Naród żydowski żyje! – śpiewali na cały głos z szaloną, ogłuszającą pasją i tańczyli w kołach, trzymając się za ręce w dawnych bóżnicach w Łańcucie, Krakowie, Leżajsku, Górze Kalwarii, w Warszawie. Wkładali karteczki ze swymi pragnieniami do grobowców cadyków z nadzieją, ze wstawią się za nich do Wszechmogącego o spełnienie ich życzeń.

Tańczyli triumf swego życia, Boga, odbudowanego życia we własnym państwie żydowskim, owijając się szczelnie izraelskimi flagami.

Jednak udało mi się przedrzeć przez to wszystko i przekazać im prawdziwie fakty oraz atmosferę Tamtych lat, pamięć ofiar, wyłącznie dla samych ofiar, ich cierpień i śmierci, dla bólu ich straty. Bez nastawiania się na cokolwiek innego, niż na tę tragedię milionów, bez prawienia morałów.

* * *


Akurat podczas naszego pobytu w Polsce, 4 września 2003, przeleciały izraelskie myśliwce bombardujące F-15 nad rampą Auschwitz. Wiele było rozmaitych reakcji na to wydarzenie w Polsce i Izraelu.

U nas wielu było z tego dumnych, widząc w tej demonstracji siły pewną symboliczną rekompensatę za totalną bezsilność wobec tego, co zrobiono przed 60 laty w tym miejscu z setkami tysięcy Żydów. I skoro polskie siły zbrojne zaprosiły izraelskie samoloty na taki przelot, który planowany był jako wspólny, więc tym bardziej!

Miała to być dumna żydowska odpowiedź światu (nie moja ani mojej rodziny), który wówczas milczał wobec tego ludobójstwa i przemysłu śmierci oraz jakaś pociecha wobec dzisiejszej bezsilności wobec terroru. Tak więc demonstracja wobec Wtedy a chyba i dzisiaj.

Ludzie muszą w coś wierzyć, czymś się pocieszać, kogoś nienawidzić, kogoś uwielbiać – na kimś się mścić za swe prawdziwe lub urojone krzywdy i niepowodzenia... Muszą jednoczyć się w czymś, nawet w złym nierzadko – być koniecznie w czymś razem... A zło podsyca się wzajemnie i wspiera.

Akty demonstrowania siły, zwłaszcza w takim miejscu, to jednak i woda na młyn w gorzkich dyskusjach rozmaitych antysemitów i anty-Polaków.... Na szczęście, ludzie muszą też kochać kogoś, kochać życie, na przekór złu i potędze śmierci!

* * *


Dziewczęta lgnęły do mnie, pytały, słuchały, chodziły wszędzie przy mnie i trasą moich przeżyć, ktore są przecież trasą cierpień i śmierci milionów takich jak ja. Ale też są i trasą odzyskanego życia, jak w moim przypadku, i radości istnienia poprzez pamięć o Tamtym. Identyfikowały się z tym, tuliły się do mnie, nieustannie fotografowały się ze mną. Przy wielu ujęciach fotograficznych, w szczególnych miejscach historycznych, robiły to aparatami niemal każdej jednej z dziewcząt z osobna...

Opowiadałam im, wyjaśniałam, tłumaczyłam z polskiego na hebrajski, czytałam swe wiersze i fragmenty z książek, co raz wchodząc na zmianę do jednego z dwóch autokarów, odpowiadałam na niekończące się pytania wszystkim razem oraz każdemu z osobna. Także izraelski ochroniarz, odkąd mnie usłyszał na Majdanku, zainteresował się żywo moją opowieścią i nie przestawał wypytywać o niezliczone szczegóły.

Na Majdanku rozpoczęła się jedna z najmocniejszych moich relacji z dawnych przeżyć. Opowiadałam w jakimś dużym, drewnianym baraku, dziewczęta natychmiast usadowiły się na podłodze, ciasnym kołem wokół mnie, żeby nie stracić ani jednego słowa, ani jednego spojrzenia.

Na dworze było bardzo zimno, szare popołudnie, deszcz, wiatr. Mówiłam o kryjówkach w getcie, o palących się ulicach nad naszym bunkrem w czasie żydowskiego powstania, w Pesach 1943, o Umschlagplatzu, wagonach – o łaźni, gdzie nagle, w jednej chwili zabrali mi matkę, o bratowej Heli, która wtedy powiedziała mi, ze odtąd ona jest moją matką, o nocy z Helą w komorze gazowej... Tu urwałam – reszta będzie w "moim" 27 Bloku w Auschwitz-Birkenau. Przywróciłam je do rzeczywistości.

W samej komorze gazowej Majdanka chciała mówić pilotka, bo tam jest bardziej dramatycznie i młodzież będzie ją lepiej słuchać... Ja zostałam w autokarze na jej polecenie. Dziewczęta pytały mnie potem dyskretnie, dlatego zostałam w autokarze, czy bałam się wejść do komory gazowej?...

Kierownik posadził je w komorze gazowej na podłodze, w "sziwę" – na pokucie. Potem modlił się z nimi, potem śpiewały – a w autokarze już znowu, na jego życzenie, tańczyły z wielką pasją.

W piątek późnym popołudniem dotarliśmy do Krakowa. Po drodze przejechaliśmy przez Płaszów, ale nauczycielka była akurat w innych tematach i nie zwróciła na to uwagi, aby choć z daleka pokazać dziewczętom pomnik ofiar obozu w Płaszowie. Dość chyba, że oglądały w drodze Listę Schindlera. Na Wisłę i zamek królewski na Wawelu też nikt nie spojrzał. Krajobrazy i zabytki przeważnie nie są mocną stroną takich pielgrzymek.

Pilotka wolała, bym nie zostawała z grupa na sobotę w Krakowie, by zaoszczędzić trzy noclegi w hotelu. Oni, ze względów religijnych, nie pojadą nigdzie w Shabat, pochodzą sobie po krakowskim Kazimierzu żydowskim, zjedzą tam kolację w żydowskiej restauracji... Umówiliśmy się na spotkanie w niedzielę rano przed Blokiem 27 w Brzezince.

Z radością skorzystałam z tego "urlopu", choć dziewczęta jawnie wyrażały żal i rozczarowanie. Cały czas były przy mnie, troszczyły się o mnie, dźwigały moje torby... Byłam w tej podróży jakby nieodrywalna cząstką ich doznań i niechętnie rozstawały się ze mną, nawet kiedy tylko przechodziłam do drugiego autokaru.

* * *


Spałam u moich przyjaciółek w Oświęcimiu, inni moi przyjaciele z Muzeum Pamięci i Wydawnictwa Oświęcimskiego zapraszali mnie na obiady i kolacje – tylko, że czas był tak krótki. Niedzielne popołudnie, po spotkaniu z moją grupą, spędziłam wspaniale na obiedzie u Basi i na spacerze nad stawami oświęcimskimi, w zieleni i łagodnym słońcu wczesnej polskiej jesieni. Było mi więc dane zobaczyć także piękno w Oświęcimiu!




Barbara Bochenek i Halina Birenbaum,   Oświęcim, 2003.


Moje przyjaciółki przygotowały mi kanapki na drogę, które jadłam aż do powrotu do domu – a pozostałe dwie zjadł w domu mój mąż. Henryk delektował się polskim chlebem...

Basia, Irenka i Helena z Brzeszcz, która zaadoptowała mnie jako siostrę, a jej dom z rodziną są jak moje własne, jak zawsze, także i tym razem towarzyszyły mi na "mój" 27 Blok w Auschwitz-Birkenau. Słuchają ze łzami w oczach, gdy opowiadam tam po hebrajsku siedzącej przede mną na podłodze i wpatrzonej we mnie w największym skupieniu młodzieży, obserwują jej reakcje. Basia jest przekonana, że rozumie wszystko, co mówię, z wyrazu mojej twarzy i ruchu rąk wie, na jakim etapie mojej opowieści jestem w danej chwili...

W Birkenau opowiadam zwykle oparta o swą pryczę naprzeciw drzwi, na której tłoczyłam się ponad rok wśród 10–16 więźniarek. Wówczas przeżywałam ten piekielny koszmar wraz z moją dwudziestoletnią bratową. Hela po trzech miesiącach stała się jednak wysuszonym szkieletem i schorzała i zagłodzona zgasła jak nikła świeczka.

Blok 27 w "Lager B" mieścił się akurat naprzeciw rampy w Auschwitz-Birkenau, a od drugiej strony naprzeciw jednego z krematoriów, w którym palono przywożonych tu ludzi, przeważnie Żydów, po ich zagazowaniu. Oddychaliśmy nieustannie tym dymem i swądem spalenizny ludzkich ciał.

Spotkałam swą grupę, jak umówiliśmy się, w niedzielę rano (ale nie wróciłam z nimi tego wieczoru do hotelu). Był piękny, słoneczny dzień. Weszliśmy do ciemnego, zimnego baraku, chwyciłam się rękoma za deski mojej pryczy, oparłam się o nie i zaczęłam kontynuować moją opowieść, przerwaną na Majdanku.

Wszystkie obrazy z Wtedy mam wciąż żywo przed oczyma i przekazuję je z siłą, która sama nie wiem skąd się u mnie bierze. Moi słuchacze zawsze pytają mnie o to. Wydobywam z siebie tamte obrazy, jak zdjęcia z ocalałych albumów...

I teraz tutaj, znowu o tej drodze do Auschwitz w rzędach na podłodze bydlęcego wagonu w jednej pozycji podczas trzech dni i nocy, bez możności poruszenia się, bez wody, jedzenia, wyjścia za potrzebą; o przeistoczeniu nas w niepodobne do ludzi mieszkanki tego piekła; o selekcjach, chorobach, wiecznym strachu, straszliwym głodzie, o pragnieniu życia i tysiącznych rodzajach śmierci.

I o niezwykłych przyjaźniach w tej rozpaczy bezdennej, i o mojej pierwszej miłości po postrzeleniu mnie przez niemieckiego postena z wieżyczki wartowniczej... O Marszu Śmierci po śniegu, na mrozie, dniami i nocami, gdy jedynym pożywieniem był śnieg (póki starczyło sił schylić się, by zaczerpnąć go garstkę), do obozów w Niemczech, a raczej na stracenie w tej koszmarnej drodze do nich.

Teraz oni wszyscy po prostu opadli na ten zimny, popękany beton wokół mojej pryczy z Wtedy i czytali z mojej twarzy, głosu. Obrazy tamtych zdarzeń i ludzi odbierali z moich oczu, z każdego mojego ruchu. Już nie musieli zmuszać się do łez, do utożsamienia się z tamtymi straconymi.




Halina Birenbaum (na prawo od środka) z izraelską grupą
przed dawnym dawnym Blokiem 27 w Auschwitz-Birkenau, wrzesień 2003.
Podpis pod zdjęciem:
"Halinie Birenbaum Drogiej
w wielkim podziękowaniu za wspaniałą podróż do Polski –
Delegacja Gimnazjum Rananim, wrzesień 2003"


W poniedziałek nad ranem wróciłam do grupy do Krakowa. Przywitali mnie z nieukrywaną radością, pytali z troską, jak mi było u moich znajomych – i, co najważniejsze, w którym autokarze pojadę tym razem?... Przyrzekłam im, że będę w każdym na zmianę i więcej ich nie zostawię. Mieli już swoje bagaże przed hotelem Eden na Kazimierzu, w którym zatrzymali się od piątku wieczorem, gdy ja nocowałam u przyjaciół w Oświęcimiu.

* * *


Dalsza droga prowadziła przez Kielce (nauczycielki i kierownik wymawiali "Kilcze" – Izraelczycy mają wielkie trudności z polskimi nazwami) na cmentarz żydowski i do mogił zamordowanych w strasznym pogromie kieleckim w roku 1946, po wojnie.

Opowieść o Żydach w tym mieście do wojny, o rabinach, chasydach; o tragediach w Shoah i po wojnie – Kadysz-deklamacja, a następnie do Łodzi, do byłej bóżnicy sprzed wojny, obecnie biblioteki miejskiej, gdzie pod tynkiem są jeszcze ślady niemieckich kul na ścianie, przy której znajdował się "Aron Hakodesz" – miejsce Tory. Wieczorem znów do hotelu Vera w Warszawie, kolacja i do późna rozmowy na temat wrażeń minionego dnia, jak codziennie.

Nazajutrz z samego rana modlitwa, jak codzień, śniadanie i wyjazd do Jedwabnego przy jasnej, dobrej pogodzie. (Niezwykłe, że przeważnie natura jest taka piękna tam, gdzie było tak strasznie!...)

Opowieść pilotki i nauczycielki przy pomniku w ogrodzonym miejscu byłej stodoły, w której zostali spaleni żywcem Żydzi Jedwabnego przez swych polskich sąsiadów, pod czujnym, aprobującym okiem okupantów niemieckich. Prosili mnie o przetłumaczenie na hebrajski polskich napisów na pomniku – ale nie ma tam nic o tym, przez kogo i ilu Żydów zostało zamordowanych.




Halina Birenbaum z jedną z izraelskich dziewcząt przed pomnikiem Żydów,
ofiar masowego mordu dokonanego przez Polaków w lipcu 1941 w Jedwabnem.


Potem kierownik powiedział Kadysz za zabite ofiary, znowu jako wiersz. Rozglądaliśmy się w przedziwnej ciszy po zapadających się, zarosłych chwastami macewach przedwojennego cmentarza żydowskiego, naprzeciw tonącego w spokoju, zieleni i słońcu – pomnika-cmentarza o innej, straszliwej treści.

Czekały nas jeszcze w tym długim dniu Tykocin, Treblinka, a potem późny powrót do Warszawy.

* * *


Do Treblinki dotarliśmy prawie pod wieczór po opowieściach i modlitwie na starym cmentarzu w Łodzi, gdzie także są pochowani Żydzi z getta łódzkiego, zamordowani, umarli z głodu i chorób. Zatrzymaliśmy się przy wspaniałym rodzinnym grobowcu bogacza Poznańskiego, jednego z pierwszych założycieli łódzkiego przemysłu i przed grobowcami różnych chasydów. Potem były szalone tańce w starej, pięknej bóżnicy-twierdzy Tykocina, modlitwy i śpiewy: Ani maamin (ja wierzę, po hebrajsku) nad dołami z rozstrzelanymi w roku 1941 wszystkimi Żydami tego miasteczka.

Mieli jeszcze wiele w programie i dla mnie nie wyznaczyli prawie czasu w Treblince. Pilotka proponowała, żebym w ogóle tego dnia została u moich przyjaciół w Warszawie, ale dziewczęta zbuntowały się przeciwko temu. Wciąż konkurowały między sobą, w którym autokarze mam jechać, każda chciała siedzieć obok mnie.

W Treblince miałam powiedzieć kilka słów o moim ojcu, który tutaj został stracony. Reżyserka ceremonii chciała, żebym przeczytała mój wiersz Jedźcie do Treblinki w duecie z jedną z uczennic.

Zdołałam wybąknąć tylko kilka słów, zwracając się bezpośrednio do ojca, że przyszłam do niego tu, słowo o domu i mojej rodzinie, której on nigdy nie poznał – i naraz porwał mnie wewnętrzny płacz, rozbolały ręce i nogi, i nie mogłam więcej nic! Już nikogo nie widziałam, nie słyszałam.

Usiadłam na ziemi rozbita zupełnie. Tu nie było miejsca na żadne słowa, a łzy płakały same. Coś rozsadzało mnie od środka. Miałam przed sobą przedziwnie blisko obraz ojca, który nas tuli do siebie po raz ostatni na Umschlagplatzu w ten okropny dzień wielkiej akcji sierpniowej w 1942 roku w warszawskim getcie, a po chwili znika otoczony i bity pałkami policjantów.

Dziś w Treblince, domysły, obrazy w wyobraźni, od momentu, kiedy straciliśmy się z oczu na zawsze. Ojciec nagle został zupełnie sam, oderwany od nas, od kogokolwiek bliskiego, z kim mógłby trzymać się za rękę, w tym zdziczałym w rozpaczy i strachu, ciasno stłoczonym tłumie obcych ludzi, walczących z sobą zaciekle o centymetr miejsca, łyk wody, powietrza.

Czy nie rozdeptali go w wagonie? Czy dojechał żywy do Treblinki i tu zdarli z niego odzież, biciem zagnali do komory gazów spalinowych, od których śmierć była jeszcze straszniejsza i dłużej trwająca niż od cyklonu w Auschwitz? Potem spalili i rozsypali jego popiół, po którym teraz inni chodzą od kamienia do kamienia, wygłaszają przemówienia, recytacje – śpiewają wzniosłe hymny do Boga, do ojczyzny...

Wszystko wydało mi się banalne aż do bólu wobec tych myśli i obrazów w duszy! Ogrom zaznanej grozy wciąż świeży we mnie, kryjówki, ucieczki, piekło łapanek – niekończące się kolumny prowadzonych pod esesmańska eskortą na Umschlagplatz, i do wagonów, do tej stacji śmierci o nazwie-postrachu naszego życia – Treblinki.

Tutaj jest nieistniejący grób wszystkich moich krewnych i bliskich (oprócz matki, brata i jego żony). Całego prawie warszawskiego żydostwa! Za każdym moim pobytem w Treblince zapadam się. Może miałam tutaj zostać z nimi wszystkimi?! Tak i teraz czuję.

Nic tak nie poruszyło uczestników mojej grupy, jak ten nie dający się opanować wyraz mojego bólu. Nagle poczuli, że naprawdę była Shoah, że to nie bajki, legendy ani daleka historia. Jakby nagle zajrzeli do nieznanych głębi. I tym zostali przemienieni.

Ich recytacje brzmiały teraz inaczej, pokornie i prawdziwie, z serca. Więź bliskości i zrozumienia między nami zacieśniła się. Weszli w mój świat Stamtąd, byli w nim razem ze mną, już nie musieli używać trików by wywołać łzy. I nie bali się już więcej ani tych miejsc, ani opowieści o nich.

* * *


Nazajutrz, w ostatnim dniu tej podróży, poszliśmy na warszawską Starówkę. Był piękny słoneczny dzień, fotografowaliśmy się, młodzież skupiła się wokół mnie, gdy opowiadałam trochę o dzieciństwie i przeżyciach wojennych mojego męża, który urodził się i mieszkał tutaj z rodzicami i starszym od siebie o rok bratem Bolkiem, na ulicy Nowe Miasto. Tylko Henryk ocalał z Zagłady.

Potem jeszcze raz poszliśmy do bóżnicy Nożyka. Tam odbyło się spotkanie z dwiema kobietami spośród tych, które odnalazły swe korzenie żydowskie i rozpoczęły nowe życie w ortodoksyjnej tradycji religijnej w Warszawie. Rabin, amerykański Żyd, który osiedlił się w Warszawie z rodziną, razem z żoną przywracają do żydostwa takich zagubionych.

Odbyła się rozmowa z Polką, która niedawno przeszła na judaizm i właśnie miała ortodoksyjny ślub żydowski. Młodzież zadawała pytania, rabin wyjaśniał swą działalność w Warszawie, kierownik izraelski i nasza pilotka z aprobatą pozdrowili braci i siostry, powracających na łono narodu żydowskiego w Polsce. A ja pomyślałam w tej chwili o naszej trudnej, uciążliwej wędrówce w nielegalnej drodze z Polski do Erec Izrael w latach 1946-47 i porównywałam to z obecną gorącą aprobatą powrotu do żydowskiego życia w Polsce nawet Żydów amerykańskich!... Stało mi się dziwnie: wszak ja urodziłam się tutaj w Warszawie, język polski był i pozostał do dziś moją mową codzienną także w Izraelu – w języku polskim tworzę, piszę, publikuję, a oni starają się teraz osiedlać tutaj i przyswoić sobie to wszystko, aby kontynuować swe polsko-żydowskie, ortodoksyjne istnienie...

Potem kierownik mrugnął do młodzieży na znak do tańca i natychmiast zerwała się istna burza skocznych chasydzkich melodii i kół tańczących z izraelskimi chorągwiami Am Israel Haj! (Naród żydowski żyje, po hebrajsku) Z balkonu sali dla kobiet cicho przypatrywali się temu świeżo nawróceni. Po południu pojechaliśmy pod Pomnik Bojowników Getta, dłuta Rapoporta. Ostatnia ceremonia w Polsce – chorągwie, znicze, deklamacje, śpiew w tej atmosferze, modlitwa, hymn Izraela. Inne grupy czekały już na miejsce pod pomnikiem, by odprawić swoje ceremonie. Bieg do autokarów – odjazd na lotnisko i bardzo oczekiwany przez młodzież powrót do domu.

W słoneczne popołudnie poprzedniego dnia na cmentarzu w Górze Kalwarii po opowieściach i modlitwie przy grobowcu wielkiego cadyka, założyciela ruchu chasydzkiego, w wielkim pomieszczeniu obok dawnego domu cadyka, gdzie kiedyś odbywał on debaty ze swymi uczniami i zwolennikami, modlitwy i radosne śpiewy – co nazywało się "Tysz" (stół) – zasiedliśmy na ławkach przy takim nakrytym długim Tysz z ciastami i owocami izraelskimi na poczęstunek. Potem były przemówienia pożegnalne, przekazanie drobnych prezentów i entuzjastycznych pochwał po kolei wszystkim uczestnikom naszej wyprawy. Potem tańce, śpiewy i niekończące fotografowanie się.




Halina Birenbaum z jedną z izraelskich dziewcząt
przed dawnym domem cadyka w Górze Kalwarii, wrzesień 2003.


Wcześniej, na cmentarzu przy grobie cadyka, po modlitwie i włożeniu karteczek z życzeniami do grobowca kierownik grupy przekazał nam z szczególnym dramatyzmem wiadomość o ataku palestyńskiego samobójcy na kawiarnię w Jerozolimie i zabiciu 15 osób, w tym naczelnego lekarza szpitala "Hadassa" i jego córki, której ślub miał się odbyć tegoż wieczoru!...

Wylądowaliśmy w Tel Avivie o 3.00 nad ranem. Był 11 września 2003. Ostatnie uściski i fotografie ze mną, odbiór bagaży przy nieustającym "Am Israel, Am Israel Haj!"... Pojechali jeszcze do Jerozolimy, by przy Ścianie Płaczu pomodlić się za wszystkich straconych w Shoah.

Miałam tę świadomość, że w nich nie mało zostało z tej podróży, a ja mam w tym swą cząstkę...

Dziewczęta napisały mi w pamiętniku, że beze mnie ta podróż nie byłaby tym, czym była, że dzięki mnie weszły w świat Shoah, w losy ludzkie i zrozumiały... I nie bały się więcej tego tematu, ani tych miejsc. Napisały, że skoro ja mogłam im opowiadać o tym wszystkim uśmiechając się do nich łagodnie – to nie mają czego się bać i czuć się winne, że nie płaczą w tych miejscach. A jednak płakały.

Ich slowa, łzy i te najlepsze uczucia, którymi obdarowały mnie tak szczodrze – jako jedną z nielicznych uratowanej spośród milionów tych, którzy nie doczekali – to moje kwiaty. Wzięłam je z sobą na zawsze.

23. 09. 2003




Dedykacja na pamiątkowej broszurze z podróży
wręczonej Halinie Birenbaum przez grupę dziewcząt 11 listopada 2003.
Tekst dedykacji brzmi:

"Halino,

Chcemy Ci podziękować za wszystkie opowieści, doznania i łzy w ciągu całej podróży.

Dałaś nam moc i wzbogaciłaś nas i my nigdy nie zapomnimy.

Kochające ogromnie uczennice
Klasy maturalne, Gimnazjum Rananim."





Teksty Haliny Birenbaum zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje