BO DOBRO JEST NADZIEJĄ – I ŻYCIEM





HALINA BIRENBAUM



Od zarania dzieciństwa po starość jest tak wiele zjawisk wokół nas i w nas, nad którymi wcale nie zastanawiamy się, bo one po prostu są nieodłączne od wszystkiego, co dzieje się z nami w ciągu naszego życia. Aż coś się nagle zachwieje, zabraknie czegoś albo coś zawiedzie. Wówczas budzą się rozmaite refleksje nad rolą tych wydarzeń a nawet zwątpienie w ich realne istnienie. I zaczyna się je przeklinać... albo umiera się wraz z nimi, gdy zatracają się one w trudnych, krytycznych sytuacjach. Nierzadko jednak dopiero wtedy uświadamiamy sobie ich moc i prawdziwe znaczenie.

Jednym takim niematerialnym, nieuchwytnym zjawiskiem towarzyszącym nam niemal w ciągu całego życia jest nadzieja. Napisano o niej tomy ksiąg, poezji, przysłów i modlitw od najdawniejszych czasów do dziś – jak o miłości, jak o samym życiu.

Nadzieja jest potężnym bodźcem i otuchą dla wszelkiego działania – od najdrobniejszych dziecinnych marzeń, dążeń – do najśmielszych planów i przedsięwzięć (nie zawsze pozytywnych dla ludzkości czy poszczególnych jej warstw, ras lub jednostek ludzkich), jest wiarą w możliwość ich urzeczywistnienia a tym podstawą wszelkiego tworzenia.

Bywa nierzadko, że nadzieja na powodzenie w osiąganiu celów jednych stanowi przeciwieństwo pragnień i dążeń innych jednostek czy nawet narodów. Może być wręcz wroga, śmiercionośna dla innych, jak wiadomo z wielu doświadczeń w historii.

Nawet tacy, których celem było i jest rozsiewanie zła, niszczenie, zabijanie też opierają się na nadziei spełnienia... I do pewnego czasu osiągają swoje, ale na szczęście, nic nie jest wieczne na naszej ziemi, bo wszyscy jesteśmy tylko śmiertelnikami.

Zwycięstwo jednych staje się klęską drugich, cierpieniem, tragedią... Jednak i jedni i drudzy – bo każdy jest czasem zwycięzcą a czasem zwyciężonym przez kogoś czy przez coś – wsparcie i natchnienie dla swych czynów znajdują w nadziei na powodzenie, a w razie klęsk, rozczarowań, bólu – w oczekiwaniu wznowionych łask losu, ozdrowienia, odrodzenia, co jednakowo jest nadzieją.

Leży to w samej naturze, a przez to w świadomości istot ludzkich, bo przecież zawsze po nocy następuje dzień a po zimie wiosna. Oczekiwanie ich nadejścia, wiara w ich przyjście to dar i siła nadziei niemal w każdych warunkach, które umożliwiają trwanie w ciemnościach nocy, chłodzie zim, nawet jeśli nie jest się w stanie doczekać ich końca. Wyczekiwanie zmiany, nadzieja na przyjście jakiegoś ciepła i światła dają moc przetrwania mroków cierpień, rozczarowań, zmagania się o życie podczas nieuleczalnych chorób, kryzysów życiowych, wojen.

Wielu powie, że to nieprawda, że nadzieja jest tylko niebezpieczną złudą dla słabych, że jest "matką głupich".

Albo gorzej jeszcze: nadzieja jest największym wrogiem człowieka, jak ją określił Tadeusz Borowski w swych rozważaniach o koszmarach Auschwitz. Bo czegoś się tam nie dokonało ze względu na wiarę w nieistniejące już dobro, nie wyprzedziło się wypadków, nie ominęło zła i nie stanęło do walki przeciw niemu, właśnie z powodu złudnej nadziei na przetrwanie oraz uratowanie własnego życia.

A czy można podjąć jakąkolwiek walkę bez wszelkiej nadziei na pozytywny (choćby w pewnym tylko sensie) rezultat i bez świadomości najwyższej wartości życia własnego i cudzego? Czy walka ze złem, z nieuleczalną chorobą, bólem i niezmordowane wysiłki by im zapobiec lub ominąć je – albo przynajmniej w nich ulżyć, nie są jednocześnie nadzieją na powodzenie bodaj tylko na pewnym etapie? Czy bez nadziei na dobro w ogóle stanęłoby się do zmagań i walki o cokolwiek?

Nie mając nadziei na jakieś istniejące i czekające dobro, czy człowiek chciałby dążyć do rozwoju, snuć i realizować jakiekolwiek plany, ideały, wobec świadomości, że przecież na końcu wszelkich dróg i osiągnięć czeka śmierć? Jednak każda istota pragnie żyć, rozwijać swe możliwości, walczy o swą egzystencję, o polepszenie jej, o przetrwanie wszelkiego rodzaju życiowych trudności. Każdy pragnie i wyczekuje miłości, ciepła, dobra, chociaż często to, co jest dobrem dla jednego może stanowić zło dla innego. Różnymi sposobami i drogami ludzie starają się to osiągnąć, świadomie lub podświadomie.

Nadzieja jest niezbędną częścią wszystkich tych poczynań zmagań – jest swoistym czynnikiem samoobrony, sposobem na przetrwanie nawet w najcięższych warunkach. Kto nie wierzy w nadzieję-oczekiwanie albo neguje a nawet potępia tę wewnętrzną siłę, jest wrogiem życia i w pełni świadomie nosi w sobie śmierć za życia.


* * *


Piszę tutaj o tym wszystkim bezosobowo, bo niełatwo mi znowu wejść w przykłady z moich ciężkich a raczej najcięższych doświadczeń życia za kolczastymi drutami Auschwitz-Birkenau, naprzeciw komór gazowych i pieców do palenia ludzi, moich doświadczeń z miejsca, w którym rządził wyłącznie mord, gdzie triumfowało zło w swym pełnym, najstraszliwszym uosobieniu. Ale takie doświadczenia są chyba najważniejsze i nie powinnam, nie potrafię, nie mogę ich pominąć.

Nie wyobrażałam sobie wtedy, że to piekło kiedyś się skończy, że ja wyjdę stamtąd żywa, gdy setki tysięcy ginęło obok mnie, na moich oczach, od gazu, epidemii, brudu, zimna, bicia, głodu, pragnienia, katorżniczej pracy, selekcji... Ale wrodzona nadzieja nie pozwalała mi uwierzyć, że na świecie nie ma i nigdy już nie będzie niczego innego oprócz śmierci. Wierzyłam – zupełnie bezpodstawnie – że muszę stamtąd wyjść, że musi przyjść kres tych mąk a ja jakoś tego doczekam. I to mnie trzymało.

Kiedy zostałam zamknięta w komorze gazowej w obozie na Majdanku wraz z wybranym transportem więźniarek niby na odesłanie do obozu pracy, stojąc w tym bezradnym tłumie zamarłych z przerażenia kobiet, rozebrana do naga pod natryskiem, z którego wiadomo było, że przyjdzie gaz i za chwilę zostanie z nas tylko dym i popioły – myślałam uporczywie, że przecież może stać się tak, iż Niemcy nagle przegrają tę wojnę i znikną stąd, nie zdążą nas zabić i spalić...

Czy mogłam wtedy tam walczyć z tym największym złem w jakiś inny sposób, niż trzymać się tej nieprawdopodobnej nadziei? Nie wiem nawet czy ona zajaśniała mi w głowie świadomie, ale była chyba dość silna, bym nie oszalała w tym piekielnym miejscu, z którego nie było wyjścia inaczej, niż przez komin, jako ciemny dym!

Po calej nocy czekania na śmierć wypuścili nas stamtąd, bo właśnie zabrakło im gazu... Zawieźli nas do Auschwitz-Birkenau. Nie po raz pierwszy i ostatni w tych latach, od września 1939 roku w Warszawie do maja 1945 w obozie w Neustadt-Glewe, przeżyłam moją własną śmierć, podczas gdy stale oglądałam śmierć moich towarzyszek losu w obozach czy w drodze do nich.

W Auschwitz-Birkenau odważyłam się raz podczas selekcji sprzeciwić się wyrokowi doktora-kata Mengele – i Hoessler, esesmanski zastępca komendata obozu nie zabił mnie na miejscu, jak to było w jego zwyczaju i "prawach" tej krainy śmierci, a odwołał wyrok śmierci na moją bratową i na mnie. W owych chwilach długich jak wieki, w rzędzie nagich więźniarek przed łaźnią, kiedy już obydwa nasze numery wytatuowane na przedramieniu były zapisane do gazu – miałam w sobie znów to nieprawdopodobne przekonanie, że ja nie umrę teraz, że oni są tylko ludźmi, zwykłymi śmiertelnikami, a nie jakąś siłą wyższą – i mogą powiedzieć Tak – życiu, Nie – śmierci!...

Może był to tylko jakiś przypadek, ale w tych chwilach nadzieja wypełniła mnie taką siłą życia, że chyba, w jakiś sposób promieniując ze mnie, podziałała na tych bandytów. Tak w każdym razie tłumaczę to sobie.

Po przebytym tyfusie, podczas selekcji "tyfusowej" – gdy od tego, czy na rozkaz sortującego więźniarki esesmana, obrócę się dość szybko nie tracąc równowagi, zależało czy mnie odeśle lub nie do komory gazowej – nagle, wierząc najmocniej w swą szansę na przejście selekcji – wyczerpana doszczętnie dwutygodniową gorączką, niejedzeniem, pobiciem przez Nachtwachę, ciągłym strachem – poczułam w sobie wszystkie swe siły i lekkość, jakby mnie poruszył i przywrócił do życia prąd elektryczny. Obróciłam się nienagannie...

Esesman przepuścił mnie, choć stwierdził "fachowo", że wyglądam na 40 lat, czyli jestem za stara na Auschwitz. O moich zabronionych trzynastu latach, które tuż po przywiezieniu do Birkenau zadeklarowałam jako siedemnaście szybko i z niesamowitą pewnością siebie – lepiej nie mówić. Jednak nie posłał mnie do gazu! I jak ja w ogóle wyzdrowiałam w tych warunkach z tyfusu, jak wlekłam się chora do pracy?

Brnęłam w tym wszystkim i dobijałam od jednej mety do drugiej, trzymając się zrębów życia wszelkimi siłami, których wciąż mi ubywało. Czekałam na bezchmurny dzień, na promyk słońca, światła, na nieco większą szczęśliwym trafem pajdkę chleba – na dzień odrobinę lżejszej pracy przy którejś lepszej kapo i aufzejerce – na jakieś dobro w proporcjach owej krainy śmierci Auschwitz! Na najniklejszy cień nadziei doczekania wyzwolenia, które powinno zdawać się niemożliwe, szczególnie dla mnie, żydowskiego dziecka zmuszonego ukrywać nawet swój wiek, będący tam sam w sobie wyrokiem śmierci.

Niemal pod koniec wojny, po ponad pięciu latach tych cierpień, gdy już doczekałam moich 15 lat, na progu wyzwolenia obozu, 1 stycznia 1945 posten z wieży wartowniczej postrzelił mnie, szukając zapewne noworocznej rozrywki. Celował w serce, ale chybił nieco. Kula przebiła mi ramię, plecy i utkwiła koło płuc i kręgosłupa, ubezwładniając mi lewą rękę. Ścisnęłam z całej siły pięści, zacisnęłam zęby i zaczęłam biec na oślep przed siebie do szpitala, mówiąc sobie: nie, nie umrę teraz na progu wolności, nie zamknę oczu, nie zamknę oczu!... Ból w dłoni i plecach rozsadzał mnie wprost, krew uchodziła poprzez ubranie, palto.

W ciągu tych wszystkich lat karmiłam się dobrymi marzeniami bliskimi i dalekimi, oczekiwaniem ich spełnienia – nadzieją, która była samym życiem, gdy realność była śmiercią wszystkiego. Moje własne życie stanowiło już wyłącznie nadzieję, bo poza nim nie miałam już więcej nikogo, niczego.

Nie chodziło Tam Wtedy o spełnienie jakichś wysokich ambicji i celów, bohaterskich dążeń. Były tu zbędne i puste do absurdu te pojęcia i słowa z dawnego, normalnego świata, tak często pełnego zamaskowania i obłudy. Unicestwiła je tutejsza nagość prawd o ludziach, o tym do czego potrafią być zdolni – i co naprawdę jest ważne w życiu.

Czym były w ogóle pradawne ludzkie wartości i słowa pośród tych nigdy nie wysychających błot i wszelkiego rodzaju zarazy, pośród krzyków prowadzonych do gazu i smrodu ich masowo palonych ciał?! Ale wciąż tliła się nadzieja – niemal jedyne jeszcze żywe uczucie ludzkie, wbrew wszystkiemu, nadludzkie wprost – w wierze, że przyjdzie temu kres, nastanie zadośćuczynienie sprawiedliwości, świat wróci do ludzkich norm, spalanych tutaj w Auschwitz wraz z ludźmi. Nie sądzę bym kiedykolwiek Wtedy moją nadzieją lub czymś innym wyrządziła Tam komukolwiek krzywdę.

Ktoś kiedyś w Izraelu – w odpowiedzi na moje wywody o niezmordowanej woli życia i walki o każdą następną chwilę istnienia w latach Holocaustu, w Auschwitz i innych obozach śmierci – odpisał mi w liście do gazety, obwiniając nas, którzy ocaleli, że daliśmy się prowadzić bezwolnie na śmierć, że nie mieliśmy odwagi sprzeciwić się, że ginęliśmy w hańbie, upokorzeniu, godząc się na życie gorsze od życia zwierząt, że jak zwierzęta walczyliśmy wyłącznie o trochę zupy, o kęs chleba – o bezsensowne przeżycie, co jest nieludzkie...

Tadeusz Borowski napisał podług podobnej logiki, że nigdy nadzieja nie była takim wrogiem człowieka, jak w Auschwitz, bo łudziła szansą przetrwania i wstrzymywała od podniesienia buntu, walki.

Cała prawie Europa w ciągu owych straszliwych lat nie była w stanie obronić się i zwalczyć okupacji nazistowskich Niemiec – cóż więc więcej mogli czynić zamęczani więźniowie, ofiary tego piekła, niż trzymać się nadziei na doczekanie klęski morderczych prześladowców?! Wierzyć tam jeszcze w cokolwiek, móc i chcieć w tym piekle żyć dalej, uznać jeszcze wartość ludzkiego życia jako sens, było nadludzkim wysiłkiem, na jaki niejednemu zabrakło sił w tej grozie i upadku. Tak łatwo jest obwiniać, potępiać – tak nieprawdopodobnie trudno było tam dożyć następnego dnia, następnej godziny! Ale kto o tym wie? Kto się zagłębi by poznać i zrozumieć straszliwe, nagie fakty o życiu pośród śmierci i gorzej niż śmierci?

Nie nadzieja była kiedykolwiek wrogiem człowieka – a zło, które wymyślają pewni ludzie, ich oczekiwania i plany czynienia zła innym dla własnych korzyści, w swej żądzy władzy i panowania nad innymi! Oni wtedy, w latach Holocaustu zabijali nadzieję, zanim zamęczyli i zamordowali miliony swych ofiar. Jednak nadzieja okazywała się silniejsza od śmierci i wszelkich podłości. A ludzie, którzy uznają nadzieję za wroga nie mogą wierzyć, kochać, tworzyć – żyć. Tadeusz Borowski skończył samobójstwem już po wyjściu z Auschwitz, niedługo po wojnie.

Ogromna większość ocalałych ofiar tych prześladowań odbudowała po wojnie swoje życie ze wzmożonymi siłami. Daliśmy nowe życie następnym pokoleniom wraz z przekazem pamięci o utraconych bliskich i współtowarzyszach losu, tych co nie doczekali wyzwolenia, ocalenia. Świadectwo, że wszystko na świecie jest możliwe, dlatego, że nadzieja umiera zawsze ostatnia, i nawet jeśli zło czasowo triumfuje, dobro nie przestaje istnieć. Bo dobro jest nadzieją – i życiem.

9. 11. 2003




Teksty Haliny Birenbaum zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje