
Zamieszczamy obszerny wybór wierszy Joanny Pollakównej (1939-2002), pochodzących z Jej pośmiertnego tomiku pt. Ogarnąłeś mnie chłodem, Wydawnictwo Znak, Kraków 2003.Wybór za zgodą Pana Wiktora Dłuskiego.
Andrzej Kobos


|
Ogarnąłeś mnie chłodem, który wiać zaczyna zza kulis, kiedy się wznosi kurtyna. Teraz z mrocznej widowni patrzę w otwartą głębię, czekając, że dobiegnie snop jasności wędrownej. Słowo przez ciemność pomknie – dramat w aktach się domknie. 1 marca 2000 |

|
Twarze tych młodych kobiet tak pełne uroku – ta z półuśmiechem, ta z kpiącym wyzwaniem, nieodwołalnie odpływają w mroku. A co z uśmiechem? Co z niemym pytaniem? Proch przyjął prochy, ziemia zżuła kostki, z ciał wypijały sok drzewa wysokie. Lecz w jakim wietrze rozsnuły się głosy? Co z żartem płochym? Co z dziwnym urokiem? luty 2000 |

|
Zawierz swemu bólowi kiedy piła zadrwi z padającego drzewa. Kiedy pośród martwych ocknie się dziecko oszalałe zgrozą. Nie dowierzaj pociechom miękkoletnim nocom owiewającym w ciszy pola zbezczeszczone źdźbłom życia na ruinach. A że dowiedzione jakoby czas rany goił – nie wierz. Bo nie goi. On piaskiem przysypuje krew odciski zbrodni żeby później zmieść piasek i spod kałuż krwawych w chłonne niebo wyzwolić rozpacz i nienawiść. Więc bólowi zawierzaj. Niech zgęści, dociemni współczujący cień Krzyża leżący na ziemi. lipiec 1999 |

|
Jak często zdarza się cud słońca! Pospieszna gloria i apoteoza świata. Jak gdyby brud cały i zgroza krwotoki wojen przekleństwa i wrzask ucichły zmyte przed królewskim wjazdem szczęścionośnego słonecznego blasku. A może to jest wiecznie ponawiany znak że za rozpaczą śmierciami i grozą jest coś jak słońca spoza chmur eksplozja milcząca świętość wylana na świat. luty 2001 |

|
Światło co z najściem chmury szarzeje na liściu tak szarzało przed laty pięciuset i pięciu. Światło, co z chmur odpływem liście srebrnie muśnie, Leonardo przed oczy przywoływał w półśnie. Kiedy snopem się wdarło światło w izbę i w sień Leonardo podziwiał twarze owiane przez cień. W świetle, gdy się w nim zachód liliowo rozcieńczy trwa wokół nas czas półsnu Leonarda da Vinci. sierpień 1999 |

|
Te twarze przeminione które są. Najmocniej są. Twarze patrzące na nas z uwagą przedwieczną. Dusze znieruchomione – swym nocom i dniom odebrane. Wświetlone w farbę i w powietrzność. Ich obecność – z patrzenia malarza wynikła. Ich patrzenie – które nas w ich byt z nagła wikła. Nasze na nie patrzenie – pytanie – bezradność gdy silimy się poznać – co? co odgadnąć? Przeniknąć w wygaszone chłodny dotyk odczuć ich życia – wydanego głodom naszych oczu. lipiec 2001 |

|
Te oczy, co wpijają się w piękności Twoje wchłonąć ich nie umieją – tak strasznie trwonią je. Gdy mi oczy zatrzaśniesz wreszcie w szczelną ciemność jeden obraz mi zostaw – niech odpłynie ze mną i niech trwa nieruchomy, pod martwą powieką niby skrzyni wyprawnej cudnie zdobne wieko. czerwiec 2000 |

|
Drzewa drzewa w ich koronach geometria pokrzywiona w niebo w niebo kładka wąska kładka giętka po gałązkach w niebo w niebo drobnoskrętno rwie się życia spieszne tętno. luty 2001 |

|
Reflektor słońca, błysk skupiony wpadł dzisiaj przez północne okno. Czy mnie szukają z t a m t e j s t r o n y? Czyjś już mnie wypatruje wzrok? Spojrzenie Twoje daj mi poczuć uważny promień z Twoich oczu niech śledzi mój graniczny krok. wrzesień 2000 |

|
Który ludzką wyobraźnię olśniewasz wizjami zlituj się nad naszymi pustymi nocami po których się tłuczemy ociemniałą myślą; niechże się nam na mroku kontury nakreślą linią w kolorze świtu niech wzbiorą barwami niech nam szafirem wzejdzie niebo z obłokami horyzontem się wesprze – górsko, drzewno-leśnie i ziemią – byśmy przylgnęli do niej we śnie. październik 2000 |

|
I będzie podróż w którą nie pojedziesz rzecz już nie napisana dzień co się wychyli spoza twojej ciemności i w cudzej już chwili wysączy się na chmurę różowość poranna. Zaś wszystkie twe podróże przezroczyście wstaną górami, kościołami, mgławicą obrazów Wszystko coś napisała zjawi się od razu myślowidnym mirażem, świetlną panoramą. I to coś tu myślała czuła i kochała straż obejmie powietrzną nad niebytem ciała. luty 2001 |

|
w tym t e r a z przezroczystym otwartym na przestrzał rozpaczliwie się nie szarp nie wyrywaj z wnętrza – bo stłuczesz tę ampułę na pozór bezpieczną która ż a d n e przemierza unosząc cię w wieczność. lipiec 1999 |

|
Nie zamartwiaj tej chwili. Niech zostanie żywa niech tętni mimo że czas upływa i mało dni. Nie zamartwiaj tej chwili niech się tli póki jest niech głos się z niej wyrywa walczy gest. Ból zatnie czernią jak biczem obróci wniwecz. listopad 2001 |

|
Noce tych, co już zmarli. Te pełne udręki nieprzemierzone noce kiedy nagłe lęki wdzierały się w majaki w omdlałość półsenną – gdzie są teraz te noce? Czy zapadły w ciemność ostatnią, która skrzepła w poczerniały lód nad nimi, wyzutymi z powszedniego snu? Tę ciemność, w której stronę zmordowani, co noc dryfowali o świtu zbawienie się modląc. luty 2002 |

|
Żmudnie ten nowy ląd odkrywasz w sobie. Nie oswoisz go nigdy, bo nie jest mieszkalny. Domu tu nie rozkładaj a tylko z mozołem wbijaj Krzyż – uścisk skrzyżowanych pali. I patrz weń. Patrz aż światłem się zapali. 10 maja 2002 |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||