BRANIEWSKIE   WILKIERZE





WALDEMAR   KONTEWICZ




WILKIERZ PIERWSZY   –   Marzec 2003


Buty


Stancie wiec do walki, przepasawszy
biodra wasze prawda i przyobloklszy
pancerz, ktorym jest sprawiedliwosc,
a obuwszy nogi w gotowosc gloszenia
Ewangelii."


Sw. Pawel: z Listu do Efezjan 6, 14-16


Kiedy Nancy Sinatra w polowie lat szescdziesiatych ubieglego stulecia jodlowala rockowy kancjonal Buty, buty, nie zdawalem sobie sprawy z tego, podgwizujac czesto te an(g)ielska melodie, ze w odpowiednich butach mozna zajsc daleko. Bardzo daleko. Wdziewalem "Buty" na Sadeczyznie by wspinac sie po Pieninach. Spacerowalem w cizemkach po szczatkach Puszczy Galindzkiej na Warmii. Obuty w trampki, uczylem fizyki w Borach Kurpiowskich, gdzie slawni strzelcy Kurpiowscy walczyli z krolem szwedzkim Karolem XII. Nalozywszy mokasyny, przeskoczylem bez wysilku Ocean Atlantycki niczym waziutki, bezimienny strumien plynacy na Wierchomli i poczalem przecierac szlaki w Kanadzie zarosnietej klonami.


Kierpce made in c. k. Galizia

Wprawdzie urodzilem sie na polnocy Polski, lecz pierwsze buty zalozylem na poludniu, w Nowym Saczu. To byly kierpce, w ktorych poznawalem zaulki mojego c.k. miasteczka. Najpierw mama uciela kawalek leszczynowej witki, zmierzyla moja stope i kupila mi na maslanym rynku goralskie sandaly z Nowego Targu, ktore na Slowacji krpce sie zowia. Za duze byly, ale za to piekne. Parzenice wycisniete na owczej skorze blyszczaly niczym ostrozen siedmiogrodzki na podhalanskich turniach.

Chodzilem w moim miasteczku ulica Tatrzanska i szukalem juhasow, ktorzy potrafili tanczyc krzesanego. Tatrzanska miala swoje tajemnice, inaczej pewnie tak by sie nie nazywala. Ponoc mieszkal na niej rozbojnik z Tatr i stad jej nazwa. Schodzilem stroma ulica i rozgladalem sie za zbojnikami. Slyszalem ich krzesance, spiewy, bitki i tesknote. Podazalem za nimi tak blisko, ze moglem uslyszec ich strofy, ktore zapisalem w mlodzienczym kajecie:


Waldemar Kontewicz

Ostrozen siedmiogrodzki

Tancz
tak jakby nikt Cie nie widzial

Kochaj
tak jakby nikt Cie w zyciu nie skrzywdzil

Spiewaj
tak jakby nikt Cie nigdy nie slyszal

Zyj
tak jakby raj na ziemi byl Wieczny

Placz
tak jak echo lesne potrafi szlochac

Modl sie
tak jakby Bog stworzyl Testament dla Ciebie





Ostrozen siedmiogrodzki.


Nigdy juz sie nie dowiem skad u nich bylo tyle poezji, ale widac zbojnicki fach tak pewnie nastawial ich do zycia. Marzylem by zostac jednym z nich. Sprawilem sobie ciupage z jesionowej galezi. Od ojca dostalem kapelusz z prawdziwym orlim piorem. A gunie wyhaftowala moja babka, ktora talenta miala niezliczone, jako ze pochodzila z Wilenszczyzny. Brakowalo mi tylko Tatr i niepokornych harnasiow.

Obuty w kierpce, chodzilem po meandrach Dunajca, malych stawach, mokrych bloniach, ktore Tlokami nazywano, wojujac ze zlymi ludzmi, ktorzy zawsze pozostawiali jakis cien. Probowalem pomagac Cudakowi Sadeckiemu – Stasiowi Haliniakowi, ktorego worek z butelkami dzwieczal juz z daleka. Podazalem za Sadeckim Kloszardem i wkladalem do jego brudnego worka kilka dodatkowych flaszek po oranzadzie od Budacza. Wybieralem specjalnie kahle z porcelanowym korkiem i metalowym zatrzaskiem, bo kaucja za nie w Konsumach na Zygmuntowskiej byla duza – cala ocynkowana zlotowke. Staralem sie ukoic bol dwunastoletniej dziewczynki z ulicy Swietej Kunegundy (swieta ulica?), ktorej musiano operowac lono, bo zgwalcil ja krawiec-domokrazca. Mialem dla niej moje landrynkowe lzy od Dudzikowej. Tega sklepowa, ktora pamietala c.k. burmistrza Barbackiego, zawsze dawala mi dwie dodatkowe przezroczyste i osladzajace kukulki.

Nie wszedzie mogly zaprowadzic mnie moje kierpce. Ciezko bylo bronic maltertowana matke, czy schowac przed niejednym ojcem nastepna butelke wodki z niebieska nalepka. Jeszcze ciezej bylo obronic miejscowego cudaka zydowskiego, ktorego Niemcy zabijali na raty. I zaden juhas nie potrafil mi wytlumaczyc, co sie stalo podczas wojny. Bylem blisko tatrzanskich zbojnikow, ale tylko milczenie rozlewalo sie w powietrzu. Myslalem wtedy, ze juhasi nosza jakies specjalne kierpce. Dzis wiem, ze mordowanie, to nie byl ich fach!

Walczylem tez z cieniami. Probowalem przybic do ziemi ten najdluzszy Hamana, oprawcy Chasydow. Zludna to byla walka. Im blizej podchodzilem do jadra ciemnosci, tym bardziej stawalo sie ono niebezpiecznym, zaslanialo swiatlo zycia, wciagalo chlodem do ziemi, przywdziewalo czarny mundur SS i zwyczajnie strzelalo prosto w czolo. Na nic zdawala sie tu ciupaga Janosika. Otoczony niemieckim wojskiem rynek rzucal jeszcze wiekszy cien. Zreszta, nawet slonce zaslonilo swoja tarcze na te szesc lat, by nie widziec Shoah. Nastal wieczny mrok, w ktorym przepadlo polowe mieszkancow mojego miasteczka. Chasydow, dla scislosci.


Cizemki made in Ermland

Jako maly chlopak pozna sierpniowa noca wjezdzalem do emeraldowej czesci Polski zwanej Ermland, niczym w wierszu:


Waldemar Kontewicz

Braniewo widziane z okna wagonu 2 klasy

Gramatycznie to rodzaj nijaki,
nazwa tego miasta, do ktorego
ciagnie tlusty parowoz
w rytm walcujacej canzony:
"a daleko to tam? a daleko to tam?"
Przy torach dwie brzozy bialopienne,
klon i duzy dab. Tak moglo sie zdarzyc,
szczegolnie latem kiedy widac
nawet grzyby pod swierkiem.
Termos z herbata, kanapka z szynka, na twardo jajko
i drzewa, drzewa, drzewa. Wszedzie drzewa...
"Pociag toczy sie wolno by nie iskrzyc z komina" –
tlumaczy ojciec wpatrzony w okno.
W ustach coraz wiecej sadzy – to juz blisko!
Dworzec kolejowy wyrasta z lasu
gotyckim frontonem z wiezycami
podpartymi stalowym pretem.
"To przed huraganami" – znow ojciec.
Wokol krwawi morze pruskiego cynobru –
sterty dachowek, cegiel, kikuty katedry…

Ilez to razy musial przejechac pulman 2 klasy
przez dominium Prusakow, Natangow i Bartow,
by ogarek historii zapalil sie pod
polska ksiega Homo Branieviensis.

Wieczorne inferno warminskiej burzy,
ktorej fosfor wytatuowal sina prege na wiezy cisnien,
rozlupalo pien kasztanowca i nostalgie juwenalii.
Grace a Dieu – ostala sie dzwonnica na Sw. Trojcy!




Dworzec kolejowy w Braniewie.
(Rysowal:   Krzysztof Wolczuk)


W hanzeatyckim grodzie zwanym niegdys Braunsberg, a dzisiaj Braniewem, mieszkal szewc z Lwowa, ktorego moja babka z wilenskich Trok nazywala Sapoznik Starobrzenski. Dzis juz nawet nie pamietam czy w nazwisku mistrza wbijania drewnianych cwiekow w skorzane podeszwy bylo er-zet, czy tez zet z kropka. To byl Szewc, u ktorego wszystkie buty mialy swoja historie. Wystarczylo pojsc na gore z wujem i "flakonikiem srakadzioru" pedzonego przy pelni ksiezyca, aby dowiedziec sie, ktory z sapogow nalezal do starsziny, a ktory do krasiwoj zienszcziny. Kto mial platfusa, a kto byl zawadiaka i trampem. Maestro mlotka i kopyta cmil "Sporty" przez czarna fifke, co rusz krzywil sie po wypitym stakanku "Bielyj Aist" i powtarzal piekny wiersz, ktorego tresci nie bardzo moglem wtedy pojac:


Przed wojna w Lwowie
To bili szewcy (a jak oni bili cwieki)
Krawcy, rabin, rzezak, kantor
I wozaki nawet kutwy i huliaki
Byl Rus i Lach Karaim i Tatar

Dzis w Braniewie
Wojska wiecej niz swietych w niebie
Kresowiacy jak my
Troche Niemcow i
Zulia z calej Polski
Przemieniona w towarzyszy
A kto bedzie uczyl
Handlowac, pracowac?
Kto bedzie buty szyc?

El mole rachmim
Wszystko przepadalo
Splonelo, zginelo
Na bruku, w getcie, w gazie
Na Sachalinie, w tajdze

Panie Boze
El mole rachmim
Kuloj hewel *
Hewel hawolim **



*     Kuloj hewel – i wszystko marnosc
**   Hewel hawolim – marnosc nad marnosciami



W 1946 roku w Braniewie stacjonowala rosyjska kawaleria pancerna, ktora miala buty z calej Europy. Sapoznik Starobrzenski sztukowal wiec pol kontynentu na poddaszu pruskiej kamienicy. Codziennie zglaszali sie do niego ruskie soldaty, ktorych uczyl obuwac sie i smarowac czarna pasta niemieckie Salamandry. Przynosili oni do niego krany i rury, aby pokazal im jak to podlaczyc w domu i jak obslugiwac. Taka to cieszyl sie u nich estyma. Opowiadal tez swoim zolnierzykom zza Uralu o Beni Krzyku Babla, ktory byl z ich Odessy i potrafil wszystko, nawet odczytac czasy na ukradzionym zegarku. Pozniej szewc uczyl wszystkie pyzate Wanki dlaczego wskazowki biegna wokol cyferblatu i czasem sie nakrywaja.

Lamany sufit, na ktorym klebila sie mgla tanich papierosow, zapach kleju, pokostu, skory, pasty i srakadzioru pitego o polnocy, szeptane historie o rosyjskim wojsku, ktore kiedys przyszlo do niego bo zgubilo dwa czolgi po ostrej popijawie, to byla basn o lwowskim sapozniku Starobrzenskim. Nic dziwnego, ze czekalem na kazde wakacje, by znow moc popedzic na poddasze z najlepszym sortem srakadzioru i moimi polbutami, ktore nazywaly sie bitelsowkami. Szewc tylko kiwal glowa, podbijal zelowki bretnalami i mowil, ze chlopcy dzisiaj zniewiescieli zupelnie. Malo im dlugich wlosow, to jeszcze chca chodzic w sapogach na szpilkach.




Dawnych dworcow czar.
Dworzec kolejowy w Braniewie.



Kurpie made in Mazowsze

Na Kurpie przyjechalem w slynnych gumowych "trampkach", ktore "wanialy" juz po pierwszym zalozeniu. Lecz to nie trampki byly obuwiem wdziewanym na goracym piachu Mazowsza. Puszczoni, bo tak nazywali sie dumni mieszkancy Puszczy, uzywali butow z lyka czasem ze skory, ktore nazywaly sie kurpie. Poniewaz luksus posiadania obuwia byl rzadki, wiec wiazano dwa buty rzemieniem, by sie nie pogubily. Kiedy trzeba bylo isc do biskupa na skrage na pazernego proboszcza, potrafili Puszczoni wziac ze soba gomolke sera w owczym pecherzu, zalozyc kurpie na plecy i wedrowac do samej Lomzy na skarge. I dotad potrafili siedziec przed palacem, az sam eminencja biskup zechcial ich podjac obutych na uroczystym obiedzie i przyobiecac zmiane "ksiedzoju".




Jurne koguty z kurpiowskiej wycinanki.


Bitny to byl narod ci Puszczoni. Nieufny, ale sprawiedliwy. Kiedy pokazywalem Puszczonskim dzieciom prawidla Newtona, sam sie tez uczylem doroslego zycia, nie zdajac sobie z tego sprawy. Nie jezdzilem wprawdzie do Lomzy, ale widzialem dume potomkow strzelcow Kurpiowskich na kazdym kroku. To byl moj prawdziwy uniwersytet, a nie ten ze stolicy Ermland Olsztyna, gdzie skonczylem fizyke. Puszczoni byli ludzmi, ktorzy robili rzeczy niemozliwe:

"Wies nasza miala wiecej niz dwie wiorsty dlugosci.
Kurpiow tu mieszkalo wiecej niz tysiac, a kosciola nie bylo.
Bezwzgledna solidarnosc calej wiejskiej gromady pozwolila,
ze w kilkudziesieciu zagrodach rznieto deski, bale, krokwie
na kosciol i potem w jedna jesienna dluga noc stanal kosciol
na upatrzonym miejscu z grubsza wykonczony. AWANTURA.
Naczelnik strazy ziemskiej w Przasnyszu zjezdza do Jednorozca.
Wielkie zgromadzenie wszystkich mezczyzn Kurpiow.
'Nu, kto postroil etu cerkiew' – ryczy naczelnik.
Glucha cisza. Nagle z dalszych szeregow stary Kurp krzyknal: – "Ptoki"


(Kloczowski – Wspomnienia)

Po latach, gdy moje "Buty" przeniosly mnie juz za ocean, chodzilismy z Johnem z Toronto kolo kosciola i sterty desek – bo tyle zostalo z kosciolka postawionego w jedna noc. Ciezko mi bylo wytlumaczyc dlaczego jednonocny zryw Puszczonow w Jednorozcu zmarnowano tak lekko. Jeszcze trudniej bylo wyeksplikowac, dlaczego pojawil sie lancuch pomiedzy nami i butami w sklepie w Przasnyszu. Dokad rozmawialismy po innostransku, czyli angielsku, wszystko bylo okiej, jak to sie mowi w czystej ruszczyznie. Przebieralismy skorzane cacka z Prochnika, z "Mesko" z Radomia i jeszcze skads. Naszym zachwytom nie bylo niemalze konca, az do momentu kiedy poszedlem zapytac po polsku o buty do pary. Natychmiast pojawil sie gruby lancuch dzielacy nas od skorzanych dobr. I to byl wlasnie ten rzemien laczacy dwa kurpie, aby nie pogubily i nie zuzyly sie gdzies po drodze. Taka byla konstatacja Johna. Ratowalem honor moich wdziecznych ziomkow cytatem z Jasienicy. Po tym urywku z historii, John oniemial ze szczescia, ze przyjechal ze mna do Puszczy Zielonej.

"Kurpie stawiali wowczas opor zbrojny kazdemu, kto wlazil w ich lasy. Karol XII obral szlak wlasnie przez puszcze, na Myszyniec. Doznal paru przygod, zanim go spalil. W nocy 21 czy tez 22 stycznia 1708 roku strzelcy kurpiowscy wtargneli do Brodowych Lak, gdzie nocowal. Na dalszy przebieg wojny nie wplyneli, bo udalo sie im zabic tylko konia krolewskiego i pewna ilosc gemajnow. 23 stycznia kolumna szwedzka natknela sie na rzecz w wojnie partyzanckiej niespotykana, na umocniona pozycje Kurpiow pod Kopanskim Mostem. Marsz zostal wstrzymany, stu spiesznych dragonow poszlo noca w obchod. Dowodztwo drobnego oddzialku, idacego po ciemku w nieznane, obsadzone przez swietnych strzelcow, bagna i knieje, objal sam wodz naczelny, krol. Schwytanych Kurpiow tracono. Niekiedy zmuszano ich, by wieszali jedni drugich."

Moccasins made in Canada

Do Kanady udalem sie w sandalkach, ktorych rzemyki byly biblijnymi, o czym nie wiedzialem. Kiedy po latach zaczalem poznawac Stary i Nowy Testament zrozumialem, ze moje kierpce, kurpie i cizemki to byly repliki sandalow znad Jordanu. Wystarczylo tylko czytac w jezyku tanachu, albo pojsc do The Bay Company, gdzie sprzedawca mial na wizytowce napisane Jacek. Dopasowywalismy dla mnie mokasyny w numeracji kanadyjskiej, ktora jest rozna od europejskiej nie mowiac juz o warminskiej, kurpiowskiej czy sadeckiej. W pewnym momencie Jacek, potomek gorala z Nowego Targu, ktory przyplynal brytyjska "Carpathia" do brzegow kanadyjskiej Nowej Funlandii piecdziesiat lat temu, patrzac na moje sfatygowane trepy, literacka polszczyzna powiedzial, ze widzial juz takie sandaly z takimi rzemykami, gdzies w Nowym Swiecie, gdy byl malym chlopcem. Pokiwalem glowa i po polsku odpowiedzialem, ze wlasnie te rzemyki dopasowywane byly w Warszawie na Nowym Swiecie.

Nie kupilem juz zadnych innych butow. Rozgladalem sie wokol i zastanawialem sie kim jest Kanadyjczyk. Nic nie przychodzilo mi do glowy oprocz wiersza:


Al Purdy:

Szczatki Indianskiej Wioski

Przegnile strzepy mokasynow, lesna ruina, kosci...
Zwierzeta byly tutaj tuz po zarazie,
tuz po ospie wietrznej by dokonczyc dziela smierci:
dla tytularnych bogow unicestwiania pomoc
przyjmowana jest chetnie z kazdej strony...

Tutaj wiosna jak kielkujaca fasola
przyciska zielonymi palcami
piszczele, kregi szyjne i delikatne
dzwonki czaszek dzieciecych;
zatopione swiatlo ksiezyca nie kurczy sie
w relikwiach kosci i pozostalych urokach natury...

Smierc jest z pewnoscia nieobecna teraz,
przynajmniej nie w tym przygniatajacym sensie
gdy jak kiedys przespacerowala sie po nocy przez wioske
i zawyla psimi szczekami –
Wszystko blednie
i przeistacza w cos nowego,
pory roku i rytmy naszej planety
nicuja sie subtelnie w inne;
duchy zmarlych przepadly,
tylko wielkie drzewa pozostaja,
a metryki urodzenia drzew cedrowych
nie zawieraja wzmianki o wiosce...

(Widzialem sie blednacym
w oczach kobiety
kiedy tam stalem,
a ziemia nie byla juz wiecej
swiadoma mego istnienia)
Przyszedlem tutaj jako czesc procesu
w bladym, rannym swietle,
myslac o tym o czym nikt inny nie myslal
podczas Ich nieobecnosci,
w pewnym sensie jako Ich kontynuacja –
Obserwuje dzieciece cienie
biegnace w zielonym swietle z dalekiej gwiazdy
do pobliskiego zagajnika –
lesne sasanki i przylaszczki
sprzed setek lat
kwitnace i znikajace –
wioski czerwonoskorych
upadajace i powracajace –
Cokolwiek porusza sie i zyje
zajmujac te sama przestrzen,
cokolwiek dotyka lub dotknelo Ich
jest im winne...

Stojac po kolana w popiolach
ich zetlalych kosci,
w archeologicznym slonecznym swietle,
w drgajacym napieciu lata,
w zatopionych rezerwuarach deszczu,
stojac po pas gleboko na skrzyzowaniu
calych rzek cieni,
w wiosce zapadajacej nocy,
– mysliwi sa cisi a kobiety
pochylaja sie nad wygaslymi ogniskami –
slysze ich polamane sylaby...



               Z angielskiego tlumaczyl Waldemar Kontewicz



Tak wyspiewala Nancy Sinatra moja opowiesc o "Butach".

Czasem czlowiek nie wie, gdzie go buty poniosa.



* * *



WILKIERZ DRUGI   –   Maj 2003


Stryj Izydor



Warminskie miasteczko mojej babki nagle obudzilo sie w 1965 roku z piwowarskiego snu i poczelo odbudowywac browar, ktory w 1854 roku kupiec Karol de Roy ustanowil nad Pasleka.

Piwna rzeka trysnela w Braniewie juz w XVI wieku. Tak, ze kanonik Jan Pisinski w 1603 roku poczul sie zmuszony do zapisu w folialach:

O porzadkach jakie nalezy zachowac przy wyszynku piwa:

Piwo warzyc moga tylko piwowarzy miejscowi.

Nie wolno warzyc piwa w niedziele, natomiast w swieta tylko po nieszporach.

Karczmarze mieszkajacy dalej niz mile od miasta maja prawo sprzedazy piwa w softach [kuflach], ale nie w beczkach.

Wolni chlopi po wsiach moga warzyc piwo raz w roku na Zielone Swiatki.

Jedna beczka powinna zawierac sto softow.

Zaleca sie picie piwa w karczmie "Pod Czarnym Orlem".


Nad Pasleke jezdzil rowerem brat mojej babci – stryj Izydor, niezrownany rybak, kawalarz i smakosz piwa. Kiedy przyjezdzalem do Braniewa na wakacje, nigdy jakos nie wpadlo mi do glowy pojechac na ryby ze stryjem, ktorego wszyscy wokol nazywali Rybakiem. Az pewnego dnia, sierpniowym wieczorem, stryj przyszedl do ogrodu mojego dziadka i po cichu zdradzil mi sekret rybalki o swicie. Powiedzial, abym zbudzil sie o piatej rano i wzial ze soba bicykl, a na glowe zalozyl dziadkowy szapoklak z tekturka w rondzie. Tak tez sie i stalo. Po ciemku zapukalem do ciezkich pruskich drzwi, za ktorymi siedzial juz stary krewniak z wiecznym papierosem w zebach. Gotowosc do wymarszu nie zabrala nam wiecej jak piec minut.

Stryj Izydor sprawdzal przygotowanie leszczynowych witek, dlugosc zylki wedkarskiej, ostrosc haczykow, wkladal do wiklinowego koszyka mala patelenke, pol kostki margaryny, cztery pajdy razowca, szwajcarski kozik, niemieckie organki "Weltmeister", kilka przejrzalych papierowek i litrowa butle podpiwku. Na samym koncu na specjalny bagaznik wskakiwaly dwa stare kocury: Malarz, ktory byl slepy i Muzyk, ktory byl gluchy. Cala nasza czereda byla juz gotowa, oprocz kundla Szczekaja, ktory zawsze byl skofundowany gdy sie go wolalo: "Szczekaj, chodz tu, ale nie szczekaj bo zbudzisz pol miasteczka." Szczekaj mial tylko trzy nogi i wiecznie spal.

Astmatycznego Izydora zawsze czepialy sie dziwne i porzucone stworzenia, ktorym on dawal schronienie i chrzcil je w przewrotny sposob, co bylo powodem do niejednej plotki. Nie mowiac juz o jego zakreconym, siwym loku na czole, ktory co kilka godzin wymagal ponownego formowania poprzez slinienie. Pewnie dlatego w miasteczku uwazano go za szalonego. Kiedy uczyl gluchego Muzyka tanca w takt spiewnych organek, wzbudzalo to wesolosc kazdego. Slepy Malarz wylegiwal sie w domu i nigdy nie mogl trafic na czas z potrzeba, totez czesto – ku rozpaczy stryjenki – obsikiwal sciany korytarza i olejne blejtramy Izydora z pejzazami Braniewa.

Na rybalke udawalismy sie nad Pasleke, ktora dostarczala wytarczajaca ilosc wody miasteczku, aby sie w niej przyjrzalo i zrobilo powojenne porzadki. Leniwy nurt rzeki wpadal do odbudowanego browaru, aby tam odsluzyc swoja powinnosc w warzeniu piwa.

"Kiedys Pasleka krwawila jak ranny tur w Puszczy Galindzkiej, gdy Niemcy wysadzali, co sie dalo, wycofujac sie do Berlina, a za nimi szli Rosjanie i rabowali, co zastali, nawet krany ze scian. Zaraz po wojnie rzeka wylewala ze zlosci kilka razy, bo 700 letnia cegle z jej miejskiej tkanki wywozono na odbudowe Warszawy." – mowil. Zaskakiwal mnie tymi swoimi opowiadaniami stryj Izydor w drodze nad rzeke. Malarz i Muzyk podskakiwali na bagazniku i w jakis niepojety sposob nie spadali z roweru. Szczekaj kustykal na trzech lapach i na gwizd Izydora szczekal dwa razy, czym spelnial obowiazek meldowania sie na liscie obecnosci.

Kiedy juz znalezlismy sie nad rzeka i trzeba bylo znalezc odpowiednie miejsce na lowienie, stryj Izydor znowu urzekal mnie swoja pomyslowoscia i erudycja mowiac:

"A gdy ranek zaswital, Jezus stanal na brzegu. Jednakze uczniowie nie wiedzieli, ze to byl Jezus. A Jezus rzekl do nich: «Dzieci, macie cos do jedzienia?» Odpowiedzieli Mu: «Nie.» On rzekl do nich: «Zarzuccie siec po prawej stronie lodzi, a znajdziecie.» Zarzucili i z powodu mnostwa ryb nie mogli jej wyciagnac."

Ewangelia wedlug Sw. Jana 21, 4–7

Wiec udalismy sie na prawo od lodzi, ktora zacumowana byla na srodku rzeki. Gdzies w oddali Braniewo wstawalo ze swoich 700 letnich pieleszy, strzepywalo poranna rose z krwistoczerwonych dachowek i szczekalo kikutami katedry Carolina rediviva, ktore przypominaly nam sztubakom urodzonym po wojnie, ze czolgi sa zlowrogie nawet na obrazku.

Nie czekalismy dlugo na pierwsze branie. Bolenie i karasie czepialy sie naszych haczykow tak jakby nie wiedzialy, ze Malarz i Muzyk ostrza sobie na nie pazury. Stryj Izydor machal wiklinowa wedka niczym dyrygent batuta w Warszawskiej Filharmonii. Zawsze sprawdzal ilosc ciasta na koncu haczyka i podspiewywal humorystyczne dumki rosyjskie. Uczyl mnie jak prawidlowo zacinac rybe oraz zabranial uzywac siatki. Powtarzal, ze walka musi byc uczciwa.

Niczym ta w wierszu Elizabeth Bishop, poetki z Bostonu, ktory przeczytalem w wiele lat pozniej w zupelnie innym miejscu:


Elizabeth Bishop

Ryba

Zlapalam ogromna rybe
i holowalam ja tuz przy burcie lodki
w polowie zanurzona, z hakiem
wbitym w samym kacie jej szczek.
Ona nie walczyla.
Nie walczyla w ogole.
Poddawala swe obolale cialo,
potluczone, bezbronne,
osaczone. Tu i tam jej cekiny lusek
zwisaly oddarte od ciala
niczym sredniowieczna tapeta
z ciemnobrazowymi wzorami
pokrywajacymi cynowe desenie
o ksztaltach przekwitlych roz,
poplamionych i zestarzalych.
Nakrapiana byla muszelkami,
idealnymi rozetami wapiennymi,
i cala zaatakowana
malymi morskimi insektami, a z jej podbrzusza
zwisaly dwa lub trzy rzedy zielonych
dywanow – morskich chwastow.
Podczas gdy jej skrzela walczyly
z zabojczym tlenem
– przerazajace skrzela,
swieze, rzeskie i krwiste,
ktore moga potwornie okaleczyc –
ja myslalam o jej lykowatym miesie
zapeklowanym jak wedzone szczapy
na wiekszych i mniejszych osciach,
oraz dramatycznych czerwonych i czarnych
organach wewnetrznych
i oczywiscie rozowy pecherz – plywak –
jak ogromna piwonia.
Spojrzalam w jej oczy,
ktore byly duzo wieksze niz moje,
lecz plytsze i pozolkle –
niczym irysy wyscielane i upakowane
splowiala cynfolia
widoczna przez soczewki
starej i scietej zelatyny.
Jej oczy przesunely sie troche, ale nie na tyle
by skupic moja uwage na nich.
– Wygladalo to bardziej na odwracanie
przedmiotu w kierunku swiatla.
Podziwialam jej ponury pysk,
mechanizm jej szczek,
a pozniej zobaczylam
cos zwisajacego z jej ust
– jesli to mozna zwac ustami –
groznych, mokrych i uzbrojonych:
piec lub cztery kawalki zylki
z blyszczkiem, stalowa linka
z ciagle przyczepionym splawikiem
i z piecioma ogromnymi hakami
zarosnietymi w jej pysku.
Zielona zylka postrzepiona na koncu,
gdzie ona ja przegryzla, dwie grubsze linki
i doskonala, czarna stal
wciaz pokrecona od obciazenia i sily
z jaka ja przeciela by moc uciec.
Tak jak medale na kolorowych wstazkach
postrzepionych i falujacych,
tak pieciowlosa broda madrosci
zwisala z jej swedzacych szczek.
Patrzylam wciaz i patrzylam.
Zwyciestwo wypelnilo
malutka, pozyczona lodke –
od kaluzy na plaskim dnie,
gdzie oliwa rozpostarla kolorowa mozaike
dookola zardzewialego silnika,
az po pomaranczowa pompe,
popekana sloncem lawke,
widelki lozysk na wiosla,
kilka plaskich flader – zanim wszystko
stalo sie tecza, tecza, tecza!
A ja puscilam rybe na wolnosc.


               Z angielskiego tlumaczyl Waldemar Kontewicz



Elizabeth Bishop puscila rybe na wolnosc, tak jak Izydor wielkiego leszcza, ktory juz byl na brzegu. Mogl stryj pomoc sobie siatka i wyciagnac krolewska rybe na patelnie, jednakze uszanowal jej wielka sile i chec zycia. Olbrzymi leszcz zerwal sie w ostaniej chwili przegryzajac stalowa czesc zylki. Moje oczy wychodzily z orbit kiedy patrzylem jak stryj holowal umiejetnie aqua-cielsko do brzegu; jak chcial przechytrzyc sprytnego leszcza; jak dwoch godnych siebie przeciwnikow walczylo zawziecie. Kiedy zasrebrzyly sie rybie luski tuz pod lustrem wody i gdy moglem ocenic odleglosc od ogona do pyska, wtedy zrobilo mi sie goraco i wpatrywalem sie w wiklinowa witke wygieta niczym chomato na szyi klaczy pociagowej. Muzyk i Malarz sprezone siedzialy na brzegu, tylko Szczekaj spal sobie w najlepsze.

Izydor powiadal, ze Pasleka byla zawsze dla niego jak modlitwa: "Bo jezeli kiedykolwiek poprosilem ja jak syn o chleb, to kamieniem nie rzucila. A gdy ja o rybe zapytalem, to nigdy weza nie upiekla. Taka byla ta rzeka." I kiedy dobrze wsluchalo sie w jej nurt to slowa pluskaly niczym alefy w Starym Testamencie: "Sluchac bedziecie, a nie zrozumiecie, patrzec bedziecie, a nie zobaczycie." Patrzylem na Muzyka i na Malarza myslac o tym, czy w ten oto sposob spelnialy sie slowa Izajasza.

Na sporzadzonym palenisku smazylismy na margarynie karasie i bolenie. Zagryzalismy razowcem zlote dzwonka ryb i popijalismy brazowym, gorzkim jak piolun podpiwkiem z braniewskiego browaru. Stare Kocury rowniez mialy uczte. Malarz podrzucal malutkie karasie Muzykowi. Szczekaj wiecej wachal niz jadl. Stryj przygrywal na organkach, slonce zachodzilo do tysiacgwiazdkowego hotelu. W oddali slychac bylo krzyk mew nad Zalewem Wislanym i gleboki oddech morskiej fali zmeczonej ciaglym przyjmowaniem Pasleki z jej braniewska historia.

Kiedy przyjechalem do Braniewa nastepnym razem, stryj juz nie zyl. Powiedziano mi, ze w trumnie mial ten swoj siwy loczek zakrecony na czole, o co zawsze prosil stryjenke. Ponoc, tuz po pogrzebie, Muzyk i Malarz znikneli na zawsze. Szczekaj przestal szczekac w ogole, tylko kazdego ranka smetnie szukal czegos nad Pasleka. Kiedy usiadlem na brzegu naprzeciw browaru, przykustykal na tych swoich trzech lapach.

Po lewej stronie lodki rybacy zarzucali swoje sieci...



* * *



WILKIERZ TRZECI   –   Maj 2003


Koronkarki





Jan Vermeer:   Koronkarka, 1669-1670.
24.5 x 21 cm; olej na plotnie. Louvre, Paris.


Specjalna potrawa z lososia, ktorego pieczone dzwonka o ognistym kolorze plywaly w sosie oliwkowym na porcelanowej misie przywiezionej z wyspy Gozo, byla glownym punktem wieczoru.

Role gospodyni na sierpniowej kolacji srodziemnomorskiej a la Malta w Toronto w 2002 roku pelnila Dollores, zdrobniale Doris. Wszedobylskie oliwki, czasami nadziewane drobina pomidora, zaspokajaly calkowicie gusta i zapotrzebowanie kulinarne gosci i gospodyni. Tradycja przeszczepiona z wysp Rycerzy Maltanskiego Krzyza zawladnela wieczorem przy swiecach.

Zaraz po tym, jak Doris nasycila cale nasze polsko maltanskie towarzystwo biesiadne krolewska ryba i opowiesciami o oliwkowych zniwach na Malcie, zaskoczyla nas propozycja pokazu koronkarstwa. Wyciagnela z malej komody drewaniany walek opakowany szarym papierem i opasany zwisajacymi szpuleczkami, ktore ona nazywala szpilkami. Morze sztyftow wetknietych w walek niczym palisada w wode w rybackim porcie, wilo sie wokol zakletego haftem totemu jak waz wokol biblijnej jabloni. Na glowe Doris zalozyla bialy czepek, ktorym oslaniala czystosc mysli podczas sztuki okrecania nici na sztyftach. Ruch jej wszystkich dziesieciu palcow, ktore falowaly rytmicznie, przypominal gre na klawesynie. Nanizywanie wezlow bialej nici stapialo sie ze splywajacym woskiem swiecy ustawionej na srodku biesiadnego stolu, przykrytego teraz serweta, ktora Doris zaczela haftowac w wieku pieciu lat, a skonczyla przed samym slubem jako panienka dwudziestoletnia. Mozna bylo sie zastanawiac na jakim etapie koronkarstwa byla pietnastoletnia corka Doris i dziewczyna na obrazie Vermeer’a. Przy czym, trzeba dodac, iz warsztat pracy panny namalowanej na plotnie byl w Holandii, a Doris wyszywala na Malcie.

Kiedy opowiedzialem uroczej gospodyni o obrazie Vermeer’a przedstawiajacego Koronkarke, Doris wydala sie byc zaskoczona moim kojarzeniem faktow. Powiedziala, ze koronkarstwo niderlandzkie jest zupelnie inne niz maltanskie, nie mowiac juz o technice, jednak jest w nich wiele podobienstw. Pomimo tych wyjasnien, wciaz nie wiedzialem, czy chodzilo tu o tradycje morskie. Albo tez, moze ta droga hafty przenicowywaly sie wzajemnie, niczym morskie fale.

Cos w tym pewnie bylo, bo Doris wyszla za maz za Holendra, a w Braniewie moja babka tez zajmowala sie koronkarstwem, tyle ze umiejetnosc dziergania koronkowych oczek byla zupelnie inna.

Braniewo bylo miastem hanzeatyckim przez wieki, co mozna przeczytac w braniewskich wilkierzach. Moze tylko morze mialo mniejsze fale, stad przenikanie sie kulturowych pradow bylo utrudnione.




Paul Sterzell i Conradt Götke:   Plan Braniewa, 1635.
Miedzioryt, 29.7 x 60.5 cm.
(Z kolekcji Tomasza Niewodniczanskiego, Bitburg, Niemcy.)


Wilkierz Braniewski Nadzwyczajny

Oglasza sie, ze miasto Braniewo
Na lonie miast hanzeatyckich ulozono.
I odtad zbrojnych bedzie dawac
I podatki lozyc od lanow na wojne na morzach
Z krolem Danii Waldemarem IV.


Zatem protoplasta mojego imienia byl sam krol. Niewazne, ze troche wrazy, wazne, ze sam krol. I nie powiem, moja babka nie byla wielce ukontentowana takim dictum, bo matrona byla z zasadami. Zasiadala zimowymi wieczorami przy kaflowym piecu i prawila historie braniewska, podczas gdy w jej rekach trzepotaly dwa druty koronkarskie niczym skrzydla bielinka. Jak na matrone przystalo nie znosila zadnych sprzeciwow. Sadzala mnie obok siebie, wreczala mi snieznobialy kawalek szmatki z lnu, na ktorej olowkiem chemicznym wymalowany byl motyw kwiatu albo braniewskiej architektury, i kazala igla z kolorowa nicia podazac za naznaczona grafika. Zrazu krzyczalem, ze to zajecie nie dla chlopcow, ale babka byla uparta i nawet krzywa mina dziadka nie zdolala przeszkodzic jej w haftowanej edukacji mlodego grzesznika, jak mnie czesto nazywala. Przewlekalem przez igielne ucho wilenskie nici, ktore przywozil nam zza „ruskiej” granicy znajomy maszynista z Mamonowa, i klulem hafciarskia biel ochra, purpura, szafirem, cynobrem i zolcia az do momentu kiedy kakol stawal sie zupelnie zywym, albo wrzos zupelnie smutnym.




Jan Vermeer:   Widok Delft, 1660-1661.
99 x 118 cm; olej na plotnie. The Hague, Mauritshuis.


Miala tez i talent artystyczny ta niezwykla kobieta, bo Pasleka do dzis plynie w mojej glowie niczym rzeka na Widoku z Delft Vermeer'a. Wiec haftowalem bazylike swietej Katarzyny, ktora Niemcy barbarzynsko wysadzili w powietrze, jak zreszta wszystko, co im po drodze przeszkadzalo. Byla to praca imaginacji, bo na spacerach widzialem tylko kikuty kosciola, ktore wieczorami zamienialem w haftowana bazylike. Wyobrazalem sobie wtedy, ze w ten sposob odbudowuje, to co przepadlo na wieki.

Wyszywalem tez opowiadania o babcinej corce, ktora zmarla tuz przed koncem wojny na gruzlice. Myslalem wtedy, ze ta dziewczynka musiala mi sie przygladac, bo na jej wlosy zuzywalem tyle blawatnych kordonkow nici. Slyszalem nawet jej oddech, ktorego jednak wyhaftowac nie potrafilem.

Najbardziej imponowaly mi opowiadania dziadka, ktory siadal z boku i czekal cierpliwie az babka skonczy edukacje malego sztubaka. Zaczynal siwy Furtian Sadu Grodzkiego w Braniewie od Kopernika z pobliskiego Fromborka i wilkierzy:

Wilkierz Warminski z 3 kwietnia 1497 roku

Z polecenia i nadania Eminencji
Lukasza Watzenrode, biskupa Warminskiego,
Miastu milosciwe rzady sprawowal bedzie
Burgrabia braniewski Filip Teschner, syn biskupa.


Pozniej dziadek wyjmowal stary album na fotografie, w ktorym powklejane byly zdjecia Mikolaja Kopernika, siostrzenca biskupa Watzenrode, jak tez reprodukcja obrazu Vermeer'a Astronom i zaczynal swa opowiesc o Wszechswiecie, co babka nazywala herezja, ale nie przeszkadzala w wywodach profesjonalnie kopcacemu cygarety Furtianowi. Swiatlo reprodukowanego Astronoma zachwycalo mnie swoja koloratura. Cos podpowiadalo mi, ze wlasnie tak powinienem haftowac moje plotna: nad ranem kiedy zorza wszystkich gwiazd wpadala przez witraze Swietej Trojcy, lub o brzasku kiedy prawidla Orbium Celestium olsniewaly swa prostota niczym promienie wiosennego slonca okna pruskiej kamienicy.




Jan Vermeer:   Astronom, 1668.
50 x 45 cm; olej na plotnie. Louvre, Paris.


Kiedy tak siedzielismy przy kaflowym piecu wystygal popielnik i tylko polnoc bila w duszy sciennego zegara w takt w czasie odleglych wilkierzy:

Wilkierz Porzadkowy z 1686 roku

Poniewaz z uslug kata miasto nie czesto korzysta, a i nuda
Aby go nie uwionela zezwala sie katowi na leczenie ludzi.
Zatwierdza sie rowniez zajecia katowskie przy badaniu czarnoksiestwa:
Tortury, egzekucje czarownic, palenie na stosie.



Wilkierz Braniewski z 1690 roku

  1. Ubodzy mieszkancy przedmiescia musza miec w domach murowne kominy i dach przykryty dachowka.

  2. W niedziele i swieta podczas nabozenstw zabrania sie prowadzic wyszynku z piwem i winem.

  3. Starsi i soltysi maja systematycznie dogladac, aby ludzie chodzili do kosciola.

  4. Ubodzy winni posiadac oznakowanie.

  5. Ci, co w niedziele trwonia czas przy studni i nie chodza do kosciola beda zamknieci w areszcie.

  6. Z glownych ulic miasta w kazdy piatek trzeba wywozic nieczystosci, a z drugorzednych co dwa tygodnie.

  7. Sluzacym po godzinie 8 wieczorem nie wolno sprzedawac piwa.

  8. Lekkich obyczajow kobiety niezamezne maja wyjsc za maz, albo opuscic miasto.

  9. Na pogrzebach ludzi zmarlych podczas zarazy nalezy dzwonic tylko raz i to niezbyt dlugo.

  10. Kto po godzinie 10 wieczorem zakloca spokoj wygrywajac na instrumencie, w wiezy osadzon bedzie.

  11. Zezwala sie garncarzom polskim i holenderskim na sprzedaz swoich wyrobow, poniewaz miejscowi nie znaja tego rzemiosla.



* * *



WILKIERZ CZWARTY   –   Lipiec 2003


Akcent


Fromborska katedra moze zagrac niejedna sonate, suite czy adagio. Wystarczy jeden wirtuoz organow, ktory umie z-recznie wciskac czarno biale klawisze klawesynu, lub z-noznie (z-recznie raczej niepo-recznie) brazowe drazki lezace pod jego stopami, aby renesansowe kadencje zaczely przesiakac otaczajaca przestrzen.




Katedra we Fromborku, XIV-XV w.


W lipcowa niedziele 2003 roku nawa gotyckiego kosciola nad Zalewem Wislanym wypelnila sie kantata Aus der Tiefe rufe ich, Herr, zu Dir. Barokowe anioly na bocznych oltarzach mocno zadely w Niebianskie tuby, a argentynski witruoz Geronimo Torre poczal dodawac do Ermlandowego Universum barkujace tonacje harmoniki dur–moll. Siedmiusetletnia koscielna cisza, zamknieta w czerwonej bryle katedry, zostala naruszona piszczalkami organow, oddechami turystow, gapiow i wiernych.

Muzyczny akcent zawierajacy kantaty, oratoria, msze i pasje przypominal o renesansowej przeszlosci kanonii warminskiej. Lecz co spiewano podczas heliocentrycznej przemiany we Fromborku, tego nie wie nikt. Mikolaj Kopernik mial wowczas glowe w chmurach i liczbach.




Organy katedry we Fromborku.


W te sama lipcowa niedziele 2003 inny muzyczny akcent dotarl do warminskiego Fromborka. Byla pruska miejska wrotnie przekroczyla w samopiet – czyli sama – kiejdanska gwara, a wlasciwie kiejdanska piesn. Mollowe staccata, adagia, suity i kadencje ulatywaly w obca sobie przestrzen zlocac ja fleksyjnymi ornamentami i semantycznymi koziolkami. Kresowy spiew znad Niemna przypominal rosne zagajniki pokryte sciolka sucholeszcza, przez ktora bila jasn surowa i blada. Mowa, ktora spijala miod z pasiek przy grodzie Giedymina, skronie miala pociete chrusniakiem, na glowie jedwabna ptyfenie, a piersi schowane w krasnej soroczce kupionej na jarmarku u Zyda w Trokach. Grala tez wilniucka mowa w preferansa na fornirze przykrytym wzorzysta serweta, tuz przed wieczerza z koldunami nadziewanymi baranina, z blinami kartoflanymi, szczukami slodkowodnymi, suszonymi prunelkami i wegrzynem.

Niestety, przyszlo skonac jej na Warmii. Pozostala tylko pani Lusia Poznanska, ktora potrafi wyspiewac kazda kiejdanska arie: z rajtaria huliakow i ze skoczna zurawiejka, z wiszenkami i z baklazanem, z dymem snujacym sie nad Niemnem i mgla kryjaca dachy polnocnej Jerozolimy – jak nazywali Zydzi Wilno. Ktos podpowie, ze jeszcze w Zugieniach i Rogiedlach mozna spotkac Wilniukow, ktorzy na lozkach piernaty ukladaja pod sam sufit, a kaczerga ogien w popielniku mieszaja. Jednakze ich dzieci i wnuki to juz nie Wilniuki, nie wiedza jak przepasywac spodnie dziaszka, jak zrobic blyskajacy szmermel z suchego lomu, czy tez jak zakwaszac zajeczy comber w skoworodzie. I nie powiedza Labas dzienas zamiast dzien dobry. To nie ich dom, to nie ich rzeka, powietrze, to nie ich religia i kosciol. Oni juz nigdy nie zaciagna sie tak jak Niemen mgla na Litwie. Osiedli na swoim kurosadzie i pieja na kazda przedostatnia sylabe jak kazdy Lach w Polsce. Nawet Geronimo Torre, artysta organow z Buenos Aires, probuje ich nasladowac, bo ma zone Polke. Wilniucka mowa nie bedzie miala swojego epitafium. Jej akcent odlecial z powrotem nad niemenskie lozy i schowal sie w zagwiacych sagach cmentarza na Rossie.


Waldemar Kontewicz





Teksty Waldemara Kontewicza zamieszczone w Zwojach:




Copyright © 1997-2003 Zwoje