
CYGANIE MOJEGO DZIECIŃSTWA
HALINA BIRENBAUM
Byłam najmłodszą z rodzeństwa, jedyną córką, miałam dwóch starszych braci. Zazdrościłam im samodzielności, kolegów. Rodzice nie mieli dość pieniędzy, aby mnie posłać do przedszkola czy freblówki i całymi dniami bawiłam się sama w domu.Mama czasem wychodziła ze mną na spacery do Ogrodu Krasińskich lub Ogrodu Saskiego, a latem nad Wisłę. Prowadziła dom i zasilała marne, niestabilne zarobki ojca różnymi robotami ręcznymi, więc niewiele jej zostawało czasu dla mnie.
Gdy się bardzo nudziłam, naprzykrzałam i marudziłam natrętnie, skręcała gruby ręcznik frote w kształt lalki i kazała mi się tym bawić. Bawiłam się też pudełkami od pasty do butów, czy lekarstw. Zbierałam je przeważnie w czasie generalnych porządków przed Pesach tak, aby mama nie widziała, bo ona właśnie miała zamiar to wszystko wreszcie wyrzucić, a ja wyciągałam z powrotem te swoje "skarby".
Mama w te przedświąteczne dni pracowała bardzo ciężko. Odsuwała wszystkie meble, wyparzała gorącą wodą ramy łóżek, trzepała materace, pastowała podłogi, prała ogromne paki bielizny. Miała więc jeszcze mniej czasu do mnie.
Całe mieszkanie było "przekręcone", wszędzie porozwieszane sznury z suszącą się bielizną, którą przedtem w drewnianej balii szorowała na tarce grubym kawałem mydła.
Białą bieliznę gotowała w ogromnym kotle na kuchni, płukała wielokrotnie w blaszanych wanienkach, wkładała do niebieskiej farbki i krochmalu, gotowanego w żelaznym podłużnym garnku i wykręcała ręczną wyżymaczką z dwoma gumowymi wałkami.
Cały dom był zamglony, wszystko pachniało mydlaną parą. Potem zbierała suchą bieliznę do wielkich koszy, wyciągała końce prześcieradeł (pomagałam jej przy tym z dumą swymi małymi rękami), składała i odnosiła do magla, a następnie prasowała.
Nieraz prosiła braci, żeby wzięli mnie z sobą do swych kolegów, bym przestała się plątać i dręczyć nieustannymi pytaniami, ale oni przeważnie odpowiadali, że nie będą ciągąć za sobą takiego "ogonka"...
Kiedy nauczyłam się czytać, było już lepiej. Czytałam na głos opowiadania i wierszyki, a mama chętnie słuchała, szydełkując.
Szczególną uciechą było dla mnie przyglądać się jak mama w blaszanej wanience wyparza garnki i różne naczynia rozżarzoną duszą od żelazka. Wyciągała pogrzebaczem fajerki i tę rozpaloną do czerwoności duszę spośród węgli płonących w palenisku kuchni i wrzucała do wanienki z wodą, a one sycząc i rozpryskując wodę "kaszerowały" naczynia na Pesach z całorocznej, w to święto zabronionej codzienności.
Wyjmowała też z kuchennego kredensu piękne, kolorowe talerze z obrazkami, których używano jedynie przez te osiem dni świąt każdego roku. Jakże lubiłam im się przypatrywać! Mama nie pozwalała mi brać ich do rąk, bo przecież od razu je rozbiję – wiadomo, Halina...
Od tych dziecięcych uciech często odrywały mnie wdzierające się raz po raz do mieszkania wołania na podwórku: "Alte zachen, starzyznę kupuję, stary chleb, stare bułki, starą chałę! Ogórki kwaszone, trzy za dziesiątkę!"...
Przed Pesach na podwórko wciąż wchodzili jacyś mężczyźni z kociołkiem gorącej wody i wołali w jidisz: "Alc werd gekaszert, chumec cu fabrenen, chumec!" Wszystko zostaje kaszerowane! Chumec do spalenia! Niedozwolone w Pesach resztki chleba, okruchy do spalenia! Takie były codzienne, czy przedświąteczne zarobki przedwojennej biedoty żydowskiej w Warszawie mojego dzieciństwa...
Za każdym razem biegłam szybko po taboret, aby wyjrzeć przez okno i przyjrzeć się tym rozmaitym przybyszom, nawiedzającym nasze podwórko. Ojciec jednak denerwował się na mnie, że się za bardzo wychylam, że wypadnę przez okno.
Chciałam zejść na podwórko, by przyjrzeć się z bliska tym dziwnym handlarzom, ale mama mówiła, że nie wypada aby, dziewczynka sama wychodzila na podwórko, gdzie bawią się chłopcy, łobuzeria. Bała się też, że wyjdę bez jej wiedzy na ulicę i zabłądzę, że zechcę przejść na drugą stronę ulicy i wpadnę, nie daj Boże, pod tramwaj.
Wiedziała, że nęcą mnie plakaty wyklejane co tydzień przed kinem Forum. Pokazywali film z Shirley Temple, Królewnę Śnieżkę... Ogromne lalki Królewny Śnieżki i siedem krasnoludków, oświetlone jaskrawo naprzeciw okna naszej sypialni, przyciągały moją uwagę.
Nie chodziłam do kina – bilet kosztował aż 55 groszy! Lody w waflu można było kupić za 5 groszy... Ale tata zawsze mówił mi, że nie ma pieniędzy, a ja upierałam się, żeby mi pokazał swą portmonetkę, bo nie wierzyłam, że nie znajdę w niej pięciu groszy...
A kto by miał czas pójść ze mną po te lody?! Sama przecież nie mogłam przejść przez jezdnię, więc nudziłam dziadka, babcię, rodziców mamy i jej siostrę – ciocię Helę, bo mieszkaliśmy wszyscy razem u dziadków.
Nalegałam na mamę, aby mi pozwoliła wyjść trochę na podwórko, przyrzekałam, że nie wyjdę na ulicę, nie pójdę za żadnym obcym człowiekiem, który mi zechce dać cukierka, ani nie zabłądzę.
A jeśli by się coś zdarzyło, to przecież znam na pamięć nasz adres, który z dumą płynnie recytowałam: Nowiniarska 11, mieszkania 3... Wtedy mama, nie mając już czym mnie odwieść od tych niebezpiecznych zamiarów, straszyła mnie, że Cyganka mnie porwie i uprowadzi...
– "Cyganie włóczą się na swych wozach po dalekich miastach i wsiach, i porywają dzieci!", ostrzegała mnie. Przychodzili oni często i na nasze podwórko, wołając – "powróżę, karty stawiam, Cyganka, kabalarka!"
Widziałam je przez okno – bose, czarnowłose, opalone, owinięte w zwoje kolorowych chust, z wielkimi kolczykami w uszach i licznymi bransoletkami na rękach, często z niemowlęciem w ramionach. Powróżą, przepowiedzą przyszłość...
Nie przestawało mnie to fascynować i pociągać. Pragnęłam zawsze wiedzieć, co będzie gdy dorosnę, z góry poznać mój los. One, Cyganki, to wiedzą.
Mama śmiała się ze mnie. Mówiła, że oszukują, kradną... Ale jej słowa nie hamowały moich wyobrażeń i fascynacji.
Kiedy gubiłam coś i nie mogłam znaleźć w naszym, przepełnionym szpargałami mieszkaniu, myślałam, że jakaś Cyganka potrafiłaby mi powiedzieć, gdzie zawieruszyła się moja zguba... Ale przecież nie pozwalano mi wychodzić na podwórko. I nawet nie dosięgałam do zasuwy u drzwi, aby je móc sama otworzyć!
Do dziś pociągają mnie wróżby, horoskopy, mimo że nie wierzę w nie. Stanowią chwilową złudę, wyczekiwanie dobrych prognoz, które codzienności przydają pewnego uroku, są czymś tajemniczym, niezwykłym. Kto by nie chciał poznać tego, co nie widzialne i nie wiadome w naszym życiu, losie? Przeniknąć przyszłość?...
Rok 1939 zbliżał się wielkimi krokami. Byłam już w drugiej klasie Szkoły Dziewiątej, mieszczącej się w nowym budynku w Ogrodzie Krasińskich. Brat prowadził mnie tam co rano, idąc do swej hebrajskiej szkoły "Tarbut" ("Kultura" po hebrajsku) na Nalewkach 2a.
Z Ogrodu Krasińskich było przejście na Nalewki, wprost do jego szkoły. Pozwalano mi wracać samej w towarzystwie dziewczynki z mojej klasy. Miałyśmy uważać jedna na drugą. Sabcia Topas mieszkała również na Nowiniarskiej.
We wrześniu 1939 ulica Nowiniarska została zbombardowana przez Niemców i spalona w największe święto żydowskie roku – Jom Kipur. Niemcy w czasie tych największych naszych świąt szczególnie bombardowali żydowską dzielnicę Warszawy. Nasz dom się spalił. Ludzie ginęli masowo pod gruzami burzonych i zapalanych bombami domów.
Wkrótce Niemcy zajęli Warszawę i całą Polskę. W naszym świecie, w naszym życiu nastała czarna era która niebawem miała pochłonąć miliony ludzi, a wśród nich moich rodziców i bliskich!
Już mi pozwalano wychodzić na podwórko, bawić się tam z innymi dziećmi, chodzić samej po ulicach. W getcie nie było Cyganów, którzy by chcieli mnie porwać, nikt nie wabił mnie cukierkami.
Ludzie puchli i umierali z głodu na trotuarach ulic, wyrywali chleb z rąk przechodniów, ginęli od pobicia, kul, epidemii...
Szkoły i ogrody zostały daleko poza murami getta. Handlarzy krążących po podwórkach zastąpili żebracy, osierocone dzieci, szukające odpadków na śmietnikach, zachudzone, przedwcześnie dojrzałe i postarzałe.
Wróżyli sobie teraz wszyscy i starali się przeniknąć swój los w tej godzinie, nie trzeba było po to chodzić do wróżek, kabalarek. Czepiano się znaków na niebie, gwiazd, tłumaczono sny, każdy ruch okupantów – starano się odgadnąć przeznaczenie nawet z kolorów niemieckich mundurów, odznak na czapkach esesmanów.
Rzeczywistość rozwiała wszelkie złudzenia i dobre wróżby na rychłą klęskę nazistów. Okazała się straszniejsza od wszelkich najgorszych przewidywań.
Znałam już przemoc, bezradność wobec niej, głód, strach, nie kończące się prześladowania i cierpienia. Byłam już zupełnie dorosła z moimi trzynastoma latami.
Ale to nie było jeszcze wszystko, co miałam zobaczyć, poznać, czego miałam doznać, przeżyć. O czym musiałam natychmiast zapomnieć, gdy w 1943 roku zamieniono mnie w rozdeptanego więźnia-skazańca, aby móc się wtopić w ten świat koszmaru i przeżyć w nim jakoś następną godzinę, dobić jeszcze jednej mety tego piekła, trudniejszej i gorszej od poprzedniej, bo sił ubywało z minuty na minutę.
Na rampę oświęcimską wciąż zajeżdżały pociągi z transportami ludzi do gazu. Tylko część z nich kierowano do obozu na powolną śmierć, na zamęczenie.
Długo nie wierzyłam, że w tym dużym budynku za kolczastymi drutami zabijają i palą ludzi. Myślałam, że to tylko jakieś straszne pogłoski, rozpowszechniane aby nas jeszcze bardziej zgnębić.
Te jednak wdzierały się w duszę z najokropniejszym niepokojem i poczuciem nieodwołalnego końca. Pod wpływem tych złowrogich wieści-pogłosek zapominało się o nieludzkich, obozowych warunkach, nie mówiąc już o tym, co było kiedyś w domu, czy w ogóle przed wojną.
Nie byliśmy już sobą w tym niepojętym, strasznym, innym świecie – odgrodzeni zewnętrznie i wewnętrznie od ludzkiego świata, pojęć, norm i wiedzy o samym sobie – w tych chudnących, trupich ciałach, owrzodzonych, ponumerowanych tatuażami.
Początkowo, gdy zajeżdżał pociąg ze świeżym transportem Żydów do gazu, władcy obozu zarządzali Blockspere (zakaz opuszczania bloku). Zawieszali gałęzie na drutach kolczastych, aby zasłonić selekcję na rampie, widok ludzi prowadzonych na śmierć, ich bagaże.
Nie mogąc wyjść na zewnątrz, godzinami dusiłyśmy się w cuchnących barakach, mdlałyśmy z gorąca, pragnienia, niemożności wyjścia do latryn przy krwawej biegunce, od najbardziej makabrycznych wieści, wyobrażeń i skojarzeń.
Kto dzisiaj jest w stanie wyobrazić sobie co wówczas działo się w tych zamorzonych ciałach i duszach stłoczonych na ciasnych, zawszonych narach? Jak się tam oddychało i czym?
Niebawem jednak wszystko stało się zupełnie jawne. Przestano maskować, ukrywać cokolwiek. Mord przybrał tak gigantyczne rozmiary, że nie można go było ukryć.
Cały niemal obóz śmierci zaprzęgnięto do roboty, do usuwania śladów po zagazowanych – do wywożenia popiołów, sortowania bagaży odebranych ofiarom, które ci zabrali z sobą jadąc przymusowo w nieznane, w niewiadome.
Przepełnione ponad granice pojemności pociągi stały w kolejce z ludźmi i czekały na miejsce w komorach gazowych, które dniami i nocami pracowały w tej fabryce śmierci i rabunku.
I co tu jeszcze zgadywać, przepowiadać? Co będzie jutro, za godzinę czy może za rok – jak wiek? Powróżyć, karty stawiać? ... Cyganka, kabalarka...
Ich tu też przywlekli! Nie Żydów, nie buntowników politycznych. Bezdomnych Cyganów z koczowniczych bud, bez ojczyzny ani państwa. Egzotyczny lud tęsknych melodii, pieśni o cygańskiej swobodzie, cygańskiej miłości, tańców, barwnych strojów, przedziwnej gwary.
Otoczeni tajemną mistyką, wieloletnią nędzą i dziesiątkami złych przesądów, którymi nawet mnie straszono w domu... Choć przecież ludzie lubili tańczyć w szerokim kole w takt muzyki i pieśni – "... gdzieś tam pod lasem / coś błyszczy z dala/obóz cygański / ogień rozpala / Cygan nie biedny / Cygan bogaty / gdzie tylko spojrzysz / tam jego chaty...".
Niemcy stworzyli dla Cyganów odrębny obóz w Auschwitz-Birkenau. Wydzielony, specjalny, cygański, żeby tu tkwili razem między sobą i nie włóczyli się po Europie "nowego ładu" nazistowskich nadludzi!
W tym cygańskim lagrze nie rozłączyli ich rodzin, w odróżnieniu od innych stref obozu. Szczególny, godny zazdrości był ten cygański przywilej – głodować, chorować i umierać razem na narach obskurnych baraków! Oddychać zaczadzonym powietrzem, dymem palonych ludzi, Żydów z całej Europy.
Każdy z nas codziennie oddychał tym mordem w tym, mającym ponuro się rozsławić na wieki, zakątku świata. Bo Żydzi mają zginąć, zasilać sobą komory gazowe w fabryce śmierci Auschwitz! Rytuał potężniejszy od prawa.
Oprócz Cyganów, którym zezwolono być razem z rodzinami w tym czasie gdy mnie przywieziono z Majdanka do Birkenau, esesmani urządzili familijny obóz dla Żydów z getta Theresienstadt.
Po przywiezieniu ich, część z nich od razu zaprowadzili na śmierć i spalenie, a część utrzymywali w złudzeniu, że zezwolą im żyć w obozie i nie rozłączą z rodzinami. Zazdroszczono im i Cyganom tego niepojętego wyróżnienia.
Ale nie na długo, choć w Auschwitz-Birkenau (odkąd mi niedawno kilka osób krzyknęło, że ja, Żydówka, nie mam prawa mówić o Auschwitz, bo tam byli wyłącznie Polacy, a my Żydzi byliśmy w Birkenau, staram się pisać te dwie nazwy razem, aby nikogo nie urazić...) czas odmierzał się inną miarą, a słowo "długo" miało wymiar wiekowy.
Zresztą wszelkie słowa dla uwięzionych i ginących tam ludzi, więźniów różnego pochodzenia miały inne znaczenie i wymiar wobec mas palonych ludzi w krematoriach. Tutaj już nic nikogo nie zadziwiało, chyba jakiś nieprawdopodobny odruch dobroci... Miał on tu szczególną wagę i potęgę znaczenia!
Pamiętam wieczór, gdy nazwa Theresienstadt wdarła się po raz pierwszy do mojej świadomości. Niespodziewanie przywieźli nowy transport ludzi do gazu. Z getta Theresienstadt, wzorcowego obozu pracy dla Żydów, gdzie im zapewniano życie. Obóz na pokaz...
Nagle niespotykana tu rozpacz i szloch naszych blokowych, sztubowych, szrajberek, młodych Żydówek słowackich i czeskich, sytych funkcjonariuszek z pierwszych transportów, które zdołały przeżyć pierwszy, najgorszy okres w obozie. Mówiły nam, że my przyjechałyśmy do sanatorium, o tyle jest teraz lepiej niż wtedy, kiedy je tu przywieziono!...
Teraz one były blisko władz obozowych, wiedziały co dzieje się na rampie, niektóre pracowały tam, gdy przychodził transport. W ciągu swego długiego pobytu w obozie pocieszały się, że życie ich rodzin jest zabezpieczone w getcie w Theresienstadt. Tego wieczoru sprowadzono stamtąd do gazu ich matki, siostry, bliskich!
Były bezradne, mimo swej władzy nad nami na blokach. Nie mogły ratować swych bliskich, którzy nie wiedzieli nawet gdzie ich przywieziono i co ich czeka po wyjściu z pociągu. Przez moment zło nie było czymś normalnym, a śmierć w komorze gazowej – zwykła codziennością – czyjąś ... Przedarły się łzy poprzez skamieniałe zobojętnienie – ból.
Po pewnym czasie następny wstrząs. Prowadzą do gazu wszystkich z tego familijnego lagru. Wali znów słup ognia z komina! A później cisza. Milczy komin za drutami. Nie ma na rampie pociągów.
I nagle ogień, dym z komina, poruszenie w obozie. Cyganie! Wloką do gazu obóz cygański, mężczyzn, kobiety, dzieci... Całe rodziny!
Powróżyć, karty stawiać... Zajrzeć w to, co niosła nam wówczas na szczęście nieprzewidywalna przyszłość: gaz, dym, popioły, zmielone kości ludzkie. Auschwitz – Birkenau-Oświęcim-Brzezinka Żydów, Cyganów, Polaków, Rosjan, i także, a może przede wszystkim, Niemców, sprawców i więźniów. Właściwie Auschwitz całej ludzkości!
My Żydzi, posiadamy dziś swój maleńki kraj, państwo pełne niepokojów i nowych niebezpieczeństw – ale swoje własne. Po czterdziestu latach przyjechałam z Izraela odwiedzić Polskę, moją pierwszą ojczyznę.
W Ogrodzie Saskim, gdzie niegdyś mama siadywała na ławce ze swą wieczną robótką, a mnie kazała podejść do jakiejś dziewczynki i poprosić, żeby zagrała ze mną w klasy – teraz podeszła do mnie Cyganka i, mówiąc niezrozumiałą gwarą, natarczywie namawiała mnie, że postawi mi karty, powróży, przepowie przyszłość... Odpowiedziałam jej po hebrajsku że wolę nie poznawać zawczasu...
U Cyganów niewiele się zmieniło. Wciąż ta sama bieda, bezdomność, włóczęga po cudzych miastach, krajach i żebranie o chleb.
W Auschwitz Wtedy uznano Cyganów za naród, ale niższej rasy, więc jako taki "należało" go zgładzić.
Jak nas, Żydów.
19. 6. 1998

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||