
HALINA BIRENBAUM
Drzewa milczą
Drzewa widzą i słyszą wiele
Wchłaniają w siebie zakrywają
Ale nawet gdy szumią –
Milczą
Nie opowiadają o tym czego
Były świadkami
Nie mówią
Ani o rzeczach wspaniałych co
W ich cieniu się działy
Ani o strasznych –
Pną się do światła
Jak my słońca są spragnione
W ciemnościach zamierają
Wysychają od brutalności
I milczą – zawsze milczą
Cieniem tajemniczym otulają
Zacierają równo ślady
Miłości i zbrodni –
... także w Auschwitz
Rosły pięły się ku niebu
Wchłaniały w siebie
I krzyk i ogień i dym
I uparcie milczały –
A ja
Gdy mnie wśród nich prowadzono
Odnajdywałam w nich znak życia
Dowód istnienia
Mnie wzbronionego
Wpatrywałam się w drzewa
Wdychałam ich zapach zmieszany
Z zapachem palonych ludzi
Przekazywałam im oczyma moje pragnienia
Mój krzyk o życie
O wiarę
Że ono będzie i dla mnie
Możliwe
Modliłam się o zachowanie śladów
Że byłam kiedyś na tym świecie...
Wielu jak ja spowiadało się tu drzewom
Błagało o pamięć
Pragnęło wspiąć się na ich wierzchołki
By odlecieć
Ich ślady zaginęły zatarte
Rozwiane
A drzewa to wszystko widziały słyszały
I swym zwyczajem
Rosły zieleniły się – i milczały
Nie płakały nad ludzką męką –
A może śmiały się tam?
Upiły się zapachem palonych ludzi
Piekielnym czarem zaczarowane?
I stały się czymś innym
Niż dotąd były?
One ciągle milczą –
Mnie małej dane było przeżyć
By opowiedzieć
O nazistowskich niemieckich potworach
O ludziach, o drzewach-świadkach
O ich niezmiennym milczeniu
Wobec każdego widoku
Wobec każdego zdarzenia
Jednak
Kochałam i kocham drzewa
Ich cieniom powierzam
Mój ból tęsknotę marzenia –
W ich szumie jednoczę się
Z moimi Bliskimi
Straconymi
Ze światem
Który kiedyś istniał
I został zburzony
I ja w nim – My
W tej podniosłej ciszy drzew
W ich niepoprawnym tajemnym milczeniu
Wtedy była nadzieja
A dziś jest
Ukojenie
1998 – 2003
To był tylko początek
W Warszawskim Ghetcie mieliśmy sąsiadkę.
Mieszkała w wynajętej kuchni,
w mieszkaniu wdowy – dentystki,
gdzie i my mieliśmy pokój.
Było nas tam cztery rodziny
sublokatorów właścicielki mieszkania,
sparaliżowanej po bombardowaniu miasta.
Kobieta była niska, cicha.
Pamiętam jej męża.
pracował na przymusowych robotach.
Po pewnym czasie widziałam,
jak jej brzuch powiększał się.
Wszyscy szeptali coś,
złościli się na to ośmielenie...
A jej mąż chudł i chudł,
nogi mu opuchły,
zaczął leżeć w łóżku.
Zimno i ponuro było w ich mrocznej kuchni,
głód dokuczał im straszliwie.
Ta mała kobieta kręciła się wśród nas,
prosiła o jałmużnę.
Jej mąż puchł cały
– i tak też jej brzuch...
Kiedy dziecko się urodziło –
ojciec już nie żył.
Ona dalej błagała o pomoc,
pukała do drzwi z niemowlęciem w ramionach,
owiniętym w szmaty.
Maleństwo wrzeszczało.
Potem jego płacz osłabł, ścichł.
Opuściły go siły –
matka nie miała mleka ani co mu dać jeść
– i zmarło.
Potem ona też znikła, skonała.
Powód był ten sam!
A wtedy w getcie jeszcze nie było to najgorsze:
nie wywozili jeszcze ludzi
do komór gazowych na zagładę.
Wtedy to był tylko początek...
12 marca 1983 – styczeń 2004
Mój Ojciec
Ojciec czytał nam wspaniałe pieśni
Ze starych ksiąg
Wypełniony wzruszeniem i podniosłością
Przekazywał nam ich piękno
Wtedy nie rozumiałam ich treści
Ale ojca przejęcie i zachwyt
wchłaniałam
Ojciec tłumaczył nam znaczenie świąt
Czytał legendy o poświęceniu Chany
Cudzie Hanukah
o bezgranicznym oddaniu wierze –
Nie bardzo rozumiałam
Obca była mi nawet mowa
Jego żarliwych modlitw
Ale kochałam wzruszenie Ojca
Wyraz twarzy – blask w jego oczach
Gdy czytał lub modlił się
Do dziś żyje we mnie ten obraz
Gdy bombardowano we Wrześniu Warszawę
Ojciec niemal płakał w swej niemocy
Nasz dom wtedy się spalił
W Wielki Dzień Sądu żydowski Jom Kipur
Wybiegliśmy na płonącą ulicę
Ojciec mocno ściskał moją rękę
Wpatrywał się we mnie rozpaczliwie
Jakby usprawiedliwiając się...
Zapamiętałam jego spojrzenie z Tamtych dni
W getcie modlił się więcej niż dawniej
Szukał ratunku w Bogu
Porzucanym przez wielu pośród okropności
Pierwszy raz widziałam go płaczącego jak dziecko
Na wieść o śmierci dziadka w Białej Podlaskiej
Ojciec miał wtedy czterdzieści kilka lat...
I odtąd modlił się jeszcze częściej –
Ludzie w getcie puchli z głodu
Umierali na ulicach – my jeszcze mieliśmy chleb
Uczyliśmy się nawet w "kompletach" [1]
Z książek pozostałych po pożodze...
Kilka teatrów nadal grywało w getcie
Mój starszy brat zdobył raz bilety
W Feminie wystawiano Księżniczkę Czardasza
Ojciec nie wybaczył – nie mógł pojąć
Jak można pójść do teatru gdy zwłoki
Gdy umierający zalegają ulice?!
Nie rozumiałam, nie słuchałam jego głosu
Do dziś jego słowa i głos dźwięczą mi w uszach –
Ojciec mówił że nie wolno sprzeciwiać się rozkazom
Wspominał straszną nazwę-karę: Auschwitz ...
W swej naiwności nie doceniał morderczych planów
Nazistowskich niemieckich okupantów!
Matka miała przeciwne zdanie –
Ojciec kochał pieśniami, modlitwami
Rozpaczą wobec grozy
Matka zmaganiem lub godzeniem się z losem
Ojca posłusznego Bogu i ludziom zabili w Treblince
Walczącą i na przemian godzącą się z losem Matkę
Zabili i spalili na Majdanku
Czy kiedyś naprawdę Oni byli? Miałam ich?
Ich obraz wyziera z moich oczu wraz z ich męką
Poprzez moje oczy Oni uśmiechają się, płaczą
Prowadzą mnie po moich wszystkich drogach
Żyją – póki moje oczy na zawsze się nie zamkną
24. 08. 2003
- Komplety – w Getcie Warszawskim aż do wysiedlenia część młodzieży uczyła się w prywatnych domach w niewielkich grupach, nazywanych kompletami. Była to gettowa forma klas szkolnych, dla tych, którzy nie umierali jeszcze z głodu i których rodzice mogli za ich udział w komplecie zapłacić. (powrót)
Czy mnie widzisz, Mamo?
w chwilach wielkiego smutku lub radości
ogarnia mnie chęć
zapłakać na głos – i zawołać:
Mamo, czy Ty mnie widzisz, czy mnie widzisz, Mamo?
istnieję, przeżyłam
wyrosłam sama, upilnowałam zasad, które mi wpajałaś
zbudowałam dom, rodzinę
dzieci na świat przyniosłam
wnuki, których Ty nie poznałaś...
wychowałam synów, przyzwyczaiłam do potraw,
które Ty przyrządzałaś
i ich smak tak lubiłam!
i zawsze, we wszystkich sytuacjach – pytałam
samą siebie
co Ty powiedziałabyś, Mamo, gdybyś widziała, albo:
czy Ty o tym wiesz, czy mnie widzisz, Mamo?
prosta
zwykła kobieta
Matka kochana!
chciałam być do Ciebie podobna!
dążyłam do tego, Twą postać nosiłam przed sobą
jestem mniej od Ciebie odważna i cicha, ale wierna
miłości
i wszystkiemu, co we mnie wpoiłaś...
Ty zostałaś wyrwana z tego świata tak młodo!
teraz już jestem od Ciebie starsza
jestem babką – czy Ty o tym wiesz?
czy Ty to sobie wyobrażasz – czy widzisz to?
ale nie tylko stąd wynika moje wzruszenie,
które przywraca mi Twoje imię
czy wiesz, Mamo, że ukazała się książka,
której Ty jesteś bohaterką
napisała ją ta mała dziewczynka "Stamtąd"
czy Ty ją widzisz, Mamo? Czy ją słyszysz?
Tak bardzo chciałam się cieszyć
a tu łzy...
czy mnie widzisz, Mamo?
kwiecień 1983
Mój brat Chilek Grynsztejn
Dzisiaj są urodziny mojego Brata ale on zginął
w Auschwitz, przed czterdziestu laty,
w selekcji wyznaczony na lewo – na śmierć.
Trudno mi już wierzyć że On w ogóle istniał...
Dwudziestoletniego zabrali go do krematorium.
Ja wtedy byłam małą dziewczynką,
więźniarką w Birkenau.
Ledwie pamiętam jak On wyglądał,
nie mam nawet Jego fotografii!
W moim domu w getcie wszyscy bali się,
że mój los będzie najgorszy,
że mnie pierwszą przeznaczą na śmierć...
Być może mieli rację.
Pod wieloma względami zostałam Tam z nimi.
Pewnym jest, że nie zdążyłam być dzieckiem.
Pokolenia minęłam w straszliwym pędzie,
zmieszałam się z żywymi i martwymi Stamtąd.
Ja – ta mała niezdara rodziny – dziś potrafię żyć,
być Jej godna, czcić Ją,
przekazywać Jej obraz, wymawiać Jej imię,
pamięć o Nich przekazywać innym.
Dziś mój brat mógłby być ojcem, dziadkiem,
moje dzieci mogłyby mieć wujka...
One nigdy nie widziały twarzy swych bliskich,
ale wiedzą od kogo się wywodzą – i pamiętają!
Może nie daty ich urodzin i kiedy ich zamordowano,
nie pójdą na ich groby, których nie ma nigdzie.
Lecz będą Ich opłakiwać, czcić, przypominać,
ich zasłyszane imiona – zapamiętają.
Mój brat będzie żyć w ich sercach,
W postaciach ich dzieci i dzieci ich dzieci.
To nie to samo!
On został zamordowany młody, w pełni życia.
I tego nie da się zwrócić.
Dziś data Jego urodzin
a Jego tak dawno już nie ma – żadnego po Nim śladu!
Wiatry noszą Jego popioły rozproszone
i będą je rozwiewać
do końca świata i czasu.
Czy mnie wolno podpisywać się nowym imieniem,
istniejącym, żywym?
Czy to jestem ja?
Czy ja kiedyś miałam Brata? Przed tak wielu laty?
Tak wychodzi według dat, liczb dni, miesięcy...
Te wracają co roku, nawiedzają mnie –
Bez Najdroższych.
30.11.1982 – 30. 09. 2003
Ona tam czekała
Ona czekała na mnie tam przy drodze
wiedziała, że kiedyś przyjdę
odczuję wszystkimi zmysłami
matkę swą, piękną i młodą
Ona czekała na mnie tam przy drodze na Majdanku
naprzeciw baraku "dezynfekcja" – pieców krematorium
przybyłam z daleka po czterdziestu latach
a Ona stała tu, jak wtedy – mimo swej śmierci
jak w ów dzień rozstania:
czarnowłosa, niewysoka
długi lok zwieszony nad czołem
i włosy skręcone w wałek okalający głowę
policzki czerwone, oczy wielkie, rozszerzone brakiem snu
zęby białe jak perły odsłaniają uśmiech
najwspanialszy na kuli ziemskiej – uśmiech matki
usiłujący uspokoić dziecko
u wrót komory gazowej i pieców do spalania
szeroki płaszcz pepito okrywa Jej ciało
i mnie w niego wtula, aby w tym piekle
w chwili przedostatniej
wpoić moc ludzkiego ciepła i promień ukojenia
w miejscu, z którego wyjść można było jedynie
jako dym z komina
przybyłam tutaj znowu
z innego kraju, jako dorosła kobieta
i ta sama dziewczynka, którą byłam wtedy,
którą Ona tak kochała i tak drżała o jej los
– wchodząc na żwir tej drogi poczułam obecność Jej postaci
biegłam ku Niej ile tchu w piersiach,
i, jak wtedy, zatrzymałam się nagle, stanęłam
oszalała z bólu i bezradności, pojęłam
– oderwali Ją ode mnie i nie będę Jej miała nigdy!
Majdanek – dziś uśpione królestwo śmierci
razem przywieźli nas tutaj, a teraz stoję sama
obejmuję Jej postać, dotykam
i tonę w tym bólu, że
jestem taka mała i bezradna
stoję tutaj znowu
naprzeciw komory gazowej i krematorium za późno zgaszonego
bezsilna, jak wtedy, choć wolna...
usiadłam na tej ziemi przy drodze,
rozpłakałam się na głos, do nieprzytomności
bez wstydu, bez opanowania
i tulę się do cienia mojej Matki
trzymam się go wszystkimi siłami
zdecydowana wziąć go do domu za morze
mimo że właściwie pragnę pozostać tutaj
ze swoimi łzami
nie wiem, jak wróciłam sama
gdy Ona została tam w tej ciszy śmiertelnej
byłam zdrętwiała
tylko spazm wstrząsał mym ciałem
obcy Polak, pracownik muzeum, przeszedł obok mnie
ze wzgórza przy drodze zawołał:
– "Kogo ci zabili tutaj, że tak rozpaczasz?"
nie dostawszy odpowiedzi – odszedł
zwrócił się do mnie w języku ludzi żyjących
a ja byłam z wizją mojej Matki
z Jej cieniem w przestworzach
z Jej śmiercią na Majdanku – a może i moją...
30 sierpnia 1986

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||