
ZYCIE JAKO NADZIEJA
Moje lata – wieki w Szoa
HALINA BIRENBAUM
Spotkalam swa wolnosc z pustka w sercu po tragediach przezytych w latach Holocaustu. Ogrom sieroctwa, ruiny, zgliszcza w powojennej Warszawie – nic wokol mnie i jakby nic we mnie. W rekach mialam juz caly bochen chleba, moglam go kroic, ile tylko dusza zapragnie. Ale bylo mi ciasno w czterech scianach domu i w sobie. Nie chcialam byc, jak moja mama przed wojna, tylko troszczyc sie o dom, gotowac, sprzatac – bylam juz o tyle starsza od niej przy swych pietnastu latach! Szmat drogi przebylam od dziecinstwa po starosc, po smierc w ciagu tych lat wojny i okupacji. Tyle razy patrzylam smierci w oczy, zamieralam w strachu, napieciu chwil przedostatnich; takie masy ludzkie palily sie na moich oczach. Jak po tym wszystkim wejsc w zwykla codziennosc na wolnosci w uwiezieniu tamtych obrazow i glosow?Marzylam, ze jesli przezyje to pieklo, zamieszkam na bezludnej wyspie... Jezeli przezyje – co w moim przypadku bylo najmniej prawdopodobne wobec hitlerowskich praw skazujacych caly narod zydowski na zaglade, a w pierwszym rzedzie starcow, chorych i dzieci... Bylam nielegalna nawet w obozach, tam dopuszczali tylko mlodych, zdrowych, a i to zalezalo, ilu chcieli zostawic do katorzniczej pracy. Reszte odsylali do gazu. Moje zycie i ocalenie okazalo sie ciagiem przypadkow... Do dzisiaj.
* * *
Moj ojciec nazywal sie Jakub Grynsztejn. W Auschwitz bylam zarejestrowana i uwieziona jako Hala Grynsztejn. Ojciec mojego, najstarszego brata Marka, Abram Balin, zmarl kiedy Marek mial kilka miesiecy. Moja matka wyszla potem ponownie za maz. Po wojnie zostalismy tylko my dwoje, ja i Marek. Marek zapisal mnie wtedy w Warszawie jako siostre na swoje nazwisko, tak tez wyrobil mi metryke urodzenia, bo przeciez wszystkie nasze dokumenty spalily sie. Odtad we wszystkich dokumentach figuruje na panienskie nazwisko Balin. Teraz pragne, by chociaz w tym wspomnieniu pozostal slad po moim Ojcu Jakubie Grynsztejnie.* * *
We wrzesniu 1939 roku skonczylam 10 lat i przeszlam do III klasy szkoly podstawowej. Mialam kochajacych rodzicow, dwoch starszych braci, dziadkow ze strony matki i ojca, licznych krewnych. Bylismy niezamozna rodzina. Marek, starszy ode mnie o jedenascie lat brat, studiowal medycyne, byl wyjatkowo zdolnym i pracowitym uczniem; starszy ode mnie o siedem lat Chilek, uczyl sie w szkole rzemieslniczej. Ojciec byl posrednikiem handlowym, matka prowadzila dom i pomagala zarabiac na zycie szydelkowaniem. Tego lata, na wiesc o zblizajacej sie wojnie, rodzice matki i jej siostry z rodzinami przyjechali do Warszawy. Mysleli, ze w stolicy bedzie latwiej przezyc niz w Zelechowie. Rodzina ze strony ojca zostala w Bialej Podlaskiej.
Moja Matka Pola Perl (z domu Kijewska) z Zelechowa, przed wojna.
Moja prababka Chana Kijewska, umarla w getcie warszawskim.
Zdjecie pochodzi od jej corki, siostry dziadka, Szlomy, Estery Kijewskiej-Altman,
ktora przed wojna wyemigrowala do Panamy.
Zdjecie z Ksiegi Pamieci – Yizkor Zelechowa.
Gidale Kijewski, brat matki w Zelechowie, lata 1930.
Wujek zmarl przed wojna. Jego zona Rozia i syn Kuba zgineli w Shoah.
Zdjecie z Ksiegi Pamieci – Yizkor Zelechowa.
1 wrzesnia zagrzmiala syrena alarmowa – i juz wiecej nie poszlam do szkoly. Niebo nad Warszawa zakryly eskadry niemieckich Messerschmittow, posypaly sie bomby burzace i zapalajace, wybuchly pozary, ktorych nie bylo czym gasic. Domy walily sie, grzebiac pod soba tysiace ludzi. To pieklo nie ustawalo przez trzy tygodnie. Nie bylo co jesc, nie bylo wody. Z palacych sie sklepow wywlekano konserwowane kiszone ogorki, marmolady, noszono wode z Wisly – ludzie padali po drodze od odlamkow i szrapneli. Huk bomb dniami i nocami, luny pozarow, zapach rozkladajacych sie pod gruzami trupow i spalenizny, wycie syren alarmowych, a w glosnikach zapowiedzi: "Uwaga, nadchodzi, przeszedl, nadchodzi, nadchodzi"!....W najwieksze swieto zydowskie, Sadny Dzien – Jom Kipur, Niemcy bombardowali najbardziej dzielnice zamieszkala przez Zydow. Nasza ulica stanela w ogniu. Byla to noc po wielkim poscie i zarliwych modlitwach. Wybieglismy z palacego sie domu, chwytajac do rak, co dalo sie uniesc. Schronilismy sie w piwnicy domu znajomych. Panowal tu tlok, zapach plesni, wydechow ludzkich i nie dajace sie opisac przygnebienie. Niektorzy z przerazenia tracili przytomnosc umyslu, belkotali jakies niezrozumiale slowa. Przypatrywalam sie doroslym, czytalam z ich twarzy, z kazdego ich poruszenia i szybko dojrzewalam do niepojetych sytuacji walacego sie wokol nas swiata.
Ulica Muranowska Steet w Warszawie, przed wojna.
Az wreszcie nastala cisza. Cisza kleski, zniszczenia i zaloby. Na ulicach ludzie z tobolkami na plecach. My rowniez w tej fali szukajacych dachu nad glowa. Po raz pierwszy zobaczylam Niemcow. Maszerowali butnie zburzonymi ulicami Warszawy, jak zamykajaca sie na wieki, niezwyciezona sciana smierci. Ludzie tloczyli sie po chleb, zoldacy niemieccy wyciagali Zydow z kolejek i maltretowali ich.Znalezlismy pokoj w mieszkaniu dentystki Fanii Geszychter, sparalizowanej po szoku bombardowan; jej maz, takze lekarz dentysta, umarl przed wojna. Ona, jej dwie corki i syn – technik dentystyczny, zajmowali teraz jeden pokoj, a pozostale cztery i kuchnie odnajmowali. Najmlodsza Elusia, o dwa lata starsza ode mnie oraz o rok ode mnie mlodsza Erna, ktora mieszkala z rodzicami w sasiednim pokoju, staly sie moimi przyjaciolkami. Mieszkalismy razem do wysiedlenia.
Niemcy nakazali Zydom od dwunastego roku zycia nosic biale opaski z niebieska Gwiazda Dawida na prawym podramieniu, by ich wyodrebnic od innych ludzi. Robili lapanki na Zydow, rozstrzeliwali pod byle pretekstem, albo bez pretekstow. Zydom zabronili jezdzic pociagami, tramwajami, uczyc sie, modlic sie w boznicach, zbierac sie w wiekszych grupach. Oglosili dla Zydow godzine policyjna od siodmej wieczorem oraz bezwzgledny zakaz przebywania poza domem. Za dnia tlumy zalegaly ulice. Ludzie sprzedawali z siebie odziez, posciel, bielizne, by moc kupic co dzien drozszy i gorszy chleb, zmarzniete kartofle, kasze, mokre drewno. Byle jakos przezyc nastepny dzien w nadziei, ze wojna wkrotce skonczy sie kleska Niemiec i wszystko wroci do normalnego trybu.
Groza narastala jednak z kazdym dniem. Choroby, glod. Raz po raz wdzieral sie z ulicy przerazliwy okrzyk: Niemcy! – i triumfalne ciezarowki wjezdzaly w zatloczone ulice. Esesmani zeskakiwali z nich, strzelali do uciekajacych, skinieniem reki i okrzykiem "Halt!" zatrzymywali mezczyzn, ktorych bijac ladowali na ciezarowki. Wchodzili do domow zydowskich wyciagac meble i cenniejsze przedmioty z mieszkan, towary ze sklepow, wyprowadzali wlascicieli – ojcow, synow – i rozstrzeliwali ich.
* * *
Pogloski o getcie dla Zydow sprawdzily sie, jak wszystkie najgorsze, niewyobrazalne przepowiednie. Pod koniec jesieni 1940 roku wysoki mur odgrodzil nas reszty Warszawy, od Aryjczykow. Niemcy nakazali wszystkim Zydom opuscic w ciagu godziny swe mieszkania i skupic sie na ciasnym obszarze w najnedzniejszej dzielnicy Warszawy. Zapedzali tu pieszo takze Zydow z innych miast i miasteczek, slabych zabijali po drodze, chorych w lozkach. Setki tysiecy zostalo bez dachu nad glowa, nie mialo juz wiecej nic! Gniezdzili sie w niemozliwej ciasnocie w bylych klasach szkolnych i innych publicznych budynkach, zwanych Punktami. Umierali tam masowo z glodu, brudu, epidemii. W Punktach nie bylo dosc miejsca dla wszystkich wygnancow. Ludzie lezeli wiec na ulicach, podworkach, klatkach schodowych; zebrali, puchli z glodu, odmrozenia. Nie nadazano uprzatac trupow, przykrywano je gazetami, az przyjedzie konny woz, by zebrac zwloki i wrzucic do wspolnego grobu.Bylam w tym tlumie, roslam w nim i uczylam sie zycia posrod ogolnego zniszczenia. Bawilam sie razem z innymi dziecmi, popychajac ludzi w tloku na ulicy, obok tych nakrytych gazetami trupow... W pozniejszym okresie komitet domowy zorganizowal nas do zbiorki pieniedzy dla zebrakow i glodujacych sasiadow. Przypinalismy przechodniom papierowe kokarki, aby ofiarowali kilka groszy. Wystepowalismy czasem na wieczorkach w mieszkaniach zamozniejszych rodzin, deklamowalismy i spiewalismy przedwojenne lub gettowe piosenki. Oczywiscie, braly w tym udzial te dzieci i mlodziez, ktorzy na razie nie glodowali i nie byli zalamani.
W tym okresie nasza rodzina tez jeszcze nie glodowala. Marek pracowal w szpitalu zydowskim, gdzie troche zarabial przy zabiegach lekarskich. Polski wlasciciel fabryki przetworow Maggi, inz. Stanislaw Strojwas, dla ktorego przed wojna ojciec posredniczyl w dostawie surowcow z Galicji, przekazywal nam do getta fasolke, brazowy cukier i konserwy zamiast pieniedzy, za ktore niewiele mozna bylo kupic, bo wszystko drozalo z godziny na godzine. Fabryka inz. Strojwasa znajdowala sie na granicy getta, co do pewnego czasu umozliwialo taki kontakt. Otrzymywane produkty w wiekszosci sprzedawalismy, by kupic chleb, kartofle, lub drewno do ogrzania pokoju.
Ja nawet jeszcze uczylam sie w tych warunkach. Pod kierownictwem i surowym nakazem starszego brata przerobilam w ciagu tych trzech lat material od trzeciej klasy szkoly podstawowej do pierwszej klasy gimnazjum. Marek uczyl mnie takze francuskiego. Moze dla oderwania mnie od ciezkiej rzeczywistosci – a moze w nadziei, ze doczekamy konca wojny i ja nie zostane w tyle z moja edukacja. Zwlaszcza czytalam wiele, takze wiersze, ktorych bardzo szybko uczylam sie na pamiec. Znajdowalam w tym ucieczke od panujacej wokolo grozy i coraz straszniejszych wiesci o zwyciestwach Niemcow na frontach, mordowaniu Zydow, budowaniu komor parowych czy gazowych do masowej zaglady w Chelmie, Belzcu – i w najokropniejszym miejscu ze wszystkich, w Oswiecimiu!... Mialam jedenascie lat, kiedy zaczelam pisac o tym, co dzialo sie wokol nas, nie mogac pomiescic w sobie tego ogromu okrucienstw, coraz gorszych wiadomosci i beznadziejnych komentarzy doroslych.
Dwa okna naszego pokoju obito dyktami, za oswietlenie sluzyl plomien z rurki gazowej, a potem smierdzaca lampa karbidowa. Spalismy na podlodze, rodzice i bracia na dwoch materacach, a ja, jako najmlodsza (mama zawsze uczyla mnie ustepowac starszym, przeciwko czemu buntowalam sie) na poslaniu z koldry. Kiedy zapedzili wszystkich Zydow do getta, dostalismy od znajomych tapczan, stol i cztery krzesla. Znow musialam ustapic... nie bylo piatego krzesla. Zwolnil sie jednak dla mnie materac, bo bracia spali juz na tapczanie.
Na szczescie, nasza ulica zostala w getcie i nie musielismy, jak wiekszosc Zydow, szukac innego pomieszczenia. Niemcy kilkakrotnie zmniejszali getto i ludzie zostawali po prostu na ulicach, umierali masowo. Rodzina dentystki takze przymierala glodem niemal od samego poczatku. Wkrotce nikt juz nie placil komornego, ani nie leczyl sobie zebow...
Minely dwa lata getta. Marzylam, ze ktoregos ranka obudze sie i Niemcow nie bedzie juz w Warszawie, znikna tak nagle z naszego zycia, jak sie do niego wdarli... Pod koniec lipca 1942 roku rozkleili na murach plakaty po polsku i po niemiecku, ze wszyscy Zydzi beda przesiedleni do pracy na Wschod. W getcie pozostana tylko nieliczni, potrzebni Niemcom do pracy w szopach, gdzie szyje sie mundury i buty dla niemieckiego wojska oraz w fabrykach po aryjskiej stronie. Zatrudnieni Zydzi otrzymaja Ausweise (dowody osobiste), ktore niebawem okazaly sie prawem do zycia, i placono za nie wysokie lapowki.
Panika i rozpacz opanowaly cale getto. Grozy dopelnila wiesc o samobojstwie Adama Czerniakowa, prezesa gminy zydowskiej. Prezes, posluszny zawsze Niemcom, nie chcial podpisac rozkazu wysiedlenia, co naprowadzalo najgorsze domysly. Od razu tez zniknela wszelka zywnosc. Slowa: akcja, blokada, wysiedlenie, wagony, Umschlagplatz staly sie odtad nasza wylaczna rzeczywistoscia, jedyna trescia zycia. O Treblince nie wiedzielismy jeszcze... Umschlag to duzy, obwarowany plac na Stawkach przed szkola, w ktorej Chilek uczyl sie do wybuchu wojny. Czekaly tu codziennie bydlece wagony, ktorymi Niemcy wywozili zlapanych Zydow. Najpierw wywiezli wygnancow z Punktow, zebrakow z ulic, chorych, kaleki, opuchlych z glodu lub odmrozen
O nic nie pytalam, nie upominalam sie, niczemu sie nie dziwilam – wszystko czulo sie w powietrzu, czytalo sie w twarzach ludzkich, w oddechu smierci i strachu przed nia. Nawet male dzieci pojmowaly, ze trzeba milczec, zakopac w gesty mrok swoje zabronione bycie, oddech, bicie serca – by nie zostac wykrytym i wywiezionym na ten zagadkowy, straszny "Wschod"... Wkladalismy na siebie co najlepsze z odziezy i obuwia, kilka zmian bielizny, sukienki, swetry – by na wypadek gdyby nas zlapali i wywiezli do jakiegos straszliwego obozu, miec tam w co sie przebrac lub wymienic te rzeczy na zywnosc. Mama wziela do koszyczka troche maki, kaszy, cukru w kostkach i butelke oleju. Pozegnalismy sie z sasiadami. Nie wiedzielismy wtedy, ze to juz na zawsze.
Mieszkanie cioci Feli, mlodszej siostry matki, miescilo sie na innej ulicy, na piatym pietrze. Myslelismy, ze tak wysoko nie przyjda, by zawlec nas na Umschlag... Mama pragnela tez byc w tym czasie razem ze swa najbardziej ukochana siostra. Wujka, wraz z grupa Zydow, Niemcy wyciagneli z pociagu i rozstrzelali, mimo ze posiadali przepustki. Ich syna, Kube, w wieku Chilka, wywiezli do pracy w Starachowicach, gdzie przepadl bez wiesci. Bylo to jeszcze przed wysiedlaniem do Treblinki... Zostala tylko ciocia z corka Halina, starsza ode mnie o dwa lata. Odtad trzymalismy sie razem.
Lapanki zaczynaly sie okolo 8 rano i szalaly do wieczora. Co dzien blokowali ulice getta i wlekli na Umschlag tysiaczne kolumny Zydow. Wdzierali sie do wszystkich domow i mieszkan, na kazde pietro, docierali do wszelkich precyzyjnie zamaskowanych kryjowek, piwnic, strychow. Zelaznymi lomami wywalali drzwi, kazda zapore. Bijac i strzelajac, gnali ludzi do kolumn formowanych na jezdni, skad pod eskorta uzbrojonych esesmanow prowadzili ich do wagonow. Co dzien 15 – 17 tysiecy Zydow, ile tylko wagony mogly pomiescic!
Akcje wciaz natezaly sie i zagarnialy coraz wiecej ludzi. Ulice pustoszaly, zostawaly plamy krwi na chodnikach i jezdniach, opuszczone domy, mieszkania-duchy. Rozrzucone rzeczy, listy, fotografie, wszedzie pelno fruwajacego pierza z rozprutych w czasie przeszukiwan poduszek. Gwizd lokomotyw wdzieral mi sie w serce, jak noz: tam pojdziesz, to cie czeka, jakas stacja okropna, koniec wszystkiego!...
Ojciec dostal sie do pracy w szopie (warsztacie) dzieki naszemu krewnemu, bo nie mielibysmy pieniedzy, by zaplacic lapowke. Otrzymal zaswiadczenie majace byc "kryciem" dla niego, jako "produktywnego" Zyda, a takze dla jego zony i dziecka, czyli dla matki i dla mnie. Dyrektor, Abram Kijewski, byl dawniej wlascicielem tej fabryki butow. Okazalo sie jednak, ze ta obiecujaca i poplatna funkcja nie uratowala go od smierci w Treblince, ani jego zony i ich trojga dzieci. Nikt nie mogl ujsc wszechmogacemu niemieckiemu wyrokowi zaglady.
Abram Kijewski, brat dziadka Szlomy; jego zona, Edzia Morgenstern-Kijewska
i ich dzieci (od lewej): najmlodsza Helenka, najstarsza Dorka i Kubus.
Wszyscy zostali zgladzeni w Treblince.
Zdjecie z Ksiegi Pamieci – Yizkor Zelechowa.
Marek pozostal w szpitalu, ktory byl nadal czynny, ze to niby nie wszystkich wysiedla, ze sa tez lepsi, wybrani, dozwoleni do zycia... Mial wiec Ausweis. Chilka wzieli do pracujacych na Umschlagu, przypieli mu blaszany numer, znak, ze byl produktywny i nie podlegal wywozce. Wynosil ciala zastrzelonych lub pobitych na smierc przy upychaniu Zydow do wagonow.Groza, ktora wyzierala z jego oczu, gdy po raz pierwszy wrocil z tej pracy przeniosla mnie w dalsze pokolenia mojej dojrzalosci. Zapomnialam o nekajacym mnie nieustannie glodzie, o pragnieniu bodaj jeszcze jednej lyzki klusek na wodzie, ktore mama wieczorami gotowala przy niklej swieczce w jakims opuszczonym przez wywiezionych mieszkaniu; o sciagnieciu z jej koszyka dodatkowej kostki cukru, ktore w kryjowkach dzielila co kilka godzin, jak lekarstwo. Do dzis nie wiem, skad ta mala, slaba fizycznie kobieta czerpala odwage i sile by wtedy gotowac te kluski?
Moja Matka, Pola Perl (z domu Kijewska), po lewej,
z siostra w Zelechowie przed wojna.
(Zdjecie od Pani Winograd, przyjaciolki Matki, ktora jeszcze przed wojna wyjechala do Erec Israel.
Zdjec Ojca, ani brata Chilka nigdy nie udalo mi sie odnalezc.)
Wyraz twarzy Chilka ukazal mi glebie rozpaczy, w ktorej nic z tego, co bylo dotad, czego nas uczono i przekazywano nam od pokolen, nie mialo juz wiecej zadnego znaczenia, pozostalo daleko za nami... Nagle uroslam w sobie, jakbym przeniknela tresc najwazniejszych ksiag swiata, tych nie napisanych ludzka reka. Zrozumialam niepojete i tajemnice trwania w nim, wszystko inne stalo sie blahe i marne az do absurdu. Moj brat trzymal glowe w dloniach i mamrotal: "nie pytajcie mnie o nic, co oni tam robia z ludzmi!"W ciasnych, cuchnacych kryjowkach tulilam sie do matki, sciskalam mocno jej reke i wstrzymywalam oddech w najwiekszym napieciu, gdy z bliska dochodzil tupot esemanskich buciorow i mrozace krew w zylach okrzyki: "Halt, Jude!". Jek bolu, odglos strzalow, tuz obok, jakby juz we mnie. Spokoj matki, jej opanowanie, promieniujaca z niej wiara i uparta chec zycia byly dla mnie drogowskazem i fundamentem, na ktorym potrafilam dojrzewac i blyskawicznie rozwijac ma wrazliwosc, ostrosc intuicji. Przeszlam z nimi moja dluga, niemozliwa droge, poprzez powszechna smierc – do zycia.
* * *
Mijaly coraz trudniejsze tygodnie w piwnicach i na strychach, w ciaglym strachu, niepewnosci chwili, bez jedzenia, bez mozliwosci umycia sie, zdjecia z siebie ubrania, butow w ciaglej gotowosci na najgorsze – wywozke na wschod. Pognali juz tam setki tysiecy Zydow, takze wszystkich naszych bliskich. Narastalo opuszczenie i bezradnosc.Zapadal zmierzch, gdy zeszlismy ze strychu, by zaczerpnac troche powietrza na dworze. O tak poznej porze nie robili lapanek. Ojciec akurat wrocil z szopu a Chilek po dniu na Umschlagu. Stalismy razem wycienczeni po dlugim, jak wiecznosc dniu. Nagle z czterech stron ulicy zajechaly riksze, z ktorych zeskoczyli uzbrojeni Niemcy, Litwini, Lotysze.
Kryjowka na rozprazonym strychu jest juz nieosiagalnym rajem z minionej epoki... Okrzyk "Halt!" natychmiast przenosi nas w nowa rzeczywistosc, jedynie aktualna. Juz jestesmy pierwsza czworka w kolumnie, powiekszajacej sie o powracajacych z fabryk po aryjskiej stronie. To zasadzka na tych z placowek, tych o najlepszych przepustkach.
Na jezdni rozsypuja sie szmuglowane do getta kartofle, cebula, cukier. Po obu stronach kolumny oni – nasi wladcy i kaci. Bicie, strzaly za byle poruszenie. Posuwam sie znowu o wiek w moim dojrzewaniu. Matka uspokaja nas mowiac, ze pojedziemy do pracy na role, jestesmy mlodzi i zdrowi, nic zlego nam nie grozi. Musze tylko wszedzie mowic, ze mam 17 lat! Szczypie mnie w policzki, by wydobyc na nich rumience, dowod zdrowia, szybko upina mi korone z warkoczy, bym wydawala sie wyzsza. W jakims sensie imponuje mi to i zaciekawia.
Czuje sie czastka tej wielkiej kolumny ludzi, napietego do szalu skoncentrowania mysli i nerwow. Matka nigdy przedtem nie poswiecala mi tak wielkiej uwagi. Teraz wpatruje sie we mnie, jakby chciala przeniknac moj los, obronic mnie przed nim. Wprowadzaja nas na Umschlag. Tlumy Zydow zlapanych w calodziennej akcji, przepychanie sie, krzyki, tlok! Rozpaczliwe szukanie kryjowki, wody, zagubionych dzieci, bliskich, by choc razem odjechac tym pociagiem.
Nagle Niemcy wynosza na srodek placu karabin maszynowy i celuja w tlum. Zapada glucha cisza. Chwila przedostatnia... Obejmujemy sie mocno we czworo, patrzymy sobie w oczy gleboko, jak sie patrzy przed odejsciem na zawsze. Za chwile nas nie bedzie. Chilek moze odejsc, trzeba bedzie wszak uprzatnac trupy, ale zostaje z nami. Ojciec tuli nas do siebie kurczowo, matka odsuwa sie nieco, patrzy na mnie w skupieniu i milosci: kazdy czlowiek musi kiedys umrzec, mowi – my teraz umrzemy razem, nie boj sie, to nie bedzie straszne... Jestem juz poza wszelkim strachem, nawet smierc wydaje mi sie mala i nic nie znaczaca wobec potegi uczuc w tym ostatnim uscisku, w pelnym poczuciu naszego czlowieczenstwa przewyzszajacego wszystko inne.
Gwizd wtaczajacego sie pociagu przecina powietrze. Karabin maszynowy jest juz zbedny. Rzucaja sie na nas z kolbami karabinow, palkami, kijami, strzelaja w ten oblakany tlum zaganiany do wagonow: zandarmi niemieccy, esesmani, policja polska i zydowska.
Rozdzierajace krzyki, wyzwiska, placz. Ojciec mowi, ze przed wagonem pokaze swoj Ausweis i zwolnia nas, Chilek ma numer pracownika Umschlagu wiec nie jest zagrozony. Mama nie wierzy w zadne papiery, bierze mnie i Chilka za rece i odciaga czym dalej od pociagu. Ojciec stara sie przekonac mame, ale idzie za nami, zebysmy sie nie pogubili. Najwazniejsze teraz to byc razem!
Jak spod ziemi wyrasta grupa policjantow zydowskich, okrazaja ojca. Ich palki spadaja na niego ze wszystkich stron. Ojciec probuje sie oslonic rekoma, potem pochyla sie, palki na jego plecach, i znika w tej ludzkiej fali. Na zawsze. Nie mam nawet fotografii ojca, to jest ostatni jego obraz przed moimi oczami. Pozostal we mnie na cale zycie.
Chilek zaczyna krzyczec, blagac mame: "Chodz do pociagu, co bedzie z wszystkimi Zydami, niech bedzie i z nami! Oni tu znaja wszystkie kryjowki, zabija was a mnie rozkaza uprzatac wasze trupy, ja nie chce dozyc takiej chwili!". Ja rowniez mam juz dosc ukrywania sie i napiecia. Czuje jakas sile i oparcie w tej ludzkiej masie. Ale mama nie slucha: "glupie dzieci, mowi spokojnie, ten pociag to smierc, tam zawsze zdazymy...". Wreszcie wszystko cichnie, zostajemy we troje w jakims kacie placu. Tobolki na ziemi, rozrzucone rzeczy, pogubione buty. Przerazajaca, cmentarna pustka. Chilek ukryl nas w kanale, gdzie o malo nie udusilysmy sie. Nie jeden raz wyciagal stamtad trupy.
Na szczescie okazalo sie, ze w wagonach nie bylo miejsca dla wszystkich i garstka zlapanych Zydow ma zostac w budynku policyjnym. Mielismy przeczekac razem z nimi do rana, do przyjscia nastepnego pociagu. Ale mamie udalo sie przekupic zydowskiego policjanta. Zgodzil sie, za slubna obraczke, dwa kilogramy ryzu i garnitur ojca, ktore mielismy w kryjowce na strychu, wyprowadzic nas na "wolnosc". Tanio. Zwykla cena za wyprowadzenie z Umschlagu byla 10 000 "od glowki".
Dalsze tygodnie lapanek, kryjowek, meczarni, potem we wrzesniu wielka kilkudniowa selekcja w Rosz Haszana (Nowy Rok zydowski), zwana "kotlem na Milej" [1], podczas ktorej Niemcy wywiezli dziesiatki tysiecy ludzi z getta – juz teraz wszyscy wiedzieli, ze wysiedlenie na Wschod, wagony, Umschlagplatz to oznacza po prostu smierc w komorach gazowych w Treblince! Z pol miliona Zydow w getcie warszawskim, pozostalo kilkadziesiat tysiecy. My jeszcze wsrod nich. Bez ojca.
Sieroctwo, zniszczenie, pustka. Wokolo strzepy rodzin, zycia. Mama pracowala w szopie, szyla mundury dla wojska niemieckiego, a ja schowana pod jej maszyna, przyszywalam guziki, by miec prawo do zycia. Getto teraz miescilo sie zaledwie na kilku, odcietych od siebie ulicach i zostalo zamienione w oboz pracy. Chilek i Marek pracowali na placowce po aryjskiej stronie, skad sprowadzali zywnosc za rzeczy szmuglowane z pustych mieszkan po wywiezionych. Zakazano Zydom przebywac na dworze oprocz jednej godziny rano, kiedy pod eskorta szlo sie do pracy i jednej godziny na powrot wieczorem. Esesmani nieustannie grasowali po getcie, strzelali, robili zasadzki na strychach, bo tamtedy po kryjomu przechodzilo sie na inne ulice.
Chilek ozenil sie. Rodzicow Heli (pochodzili z Bydgoszczy) zabrali w wrzesniowej selekcji na Milej. My schowalismy sie wtedy na strychu, bo mama zgubila Ausweis. Na szczescie, bo kiedy przyszla kolej na jej szop, Niemcy przestali wybierac i wszystkich pognali do wagonow. Po selekcji jej Ausweis znalazl sie wsrod rozrzuconych po mieszkaniu rzeczy...
Rozeszly sie pogloski, ze wiosna nastepnego roku [1943] Niemcy ostatecznie zlikwiduja getto. Warszawa ma byc Judenrein – czysta od Zydow! Zaczela sie goraczkowa, potajemna budowa bunkrow pod ziemia w nadziei, ze po klesce Niemcow w Stalingradzie wojna juz nie potrwa dlugo i bedzie mozna w nich przetrwac. Bunkry te zaopatrywano w prycze, zywnosc, wode, wentylatory, lomy zelazne, by uciec z wagonu, gdzieniegdzie w bron i trucizne, byle tylko nie do Treblinki!
Organizowalo sie zydowskie powstanie. Pozostali w getcie pojedynczy czlonkowie rodzin nie mieli juz nic do stracenia, juz nikogo wiecej nie naraza oporem. Przed Pesach przeszlismy do tzw. malego getta, na Mila, gdzie mama postarala sie o miejsce w bunkrze, musiala za nie zaplacic. Wartownicy niemieccy placowki, z ktora postanowilismy wieczorem przejsc na Mila, byli wyjatkowo brutalni, wiec Marek zadecydowal, ze nie zabierzemy z soba przygotowanej zywnosci. On to przyniesie nazajutrz...
Mama wziela tylko swoj koszyczek z maka, kostkami cukru i butelka oleju, co nie rzucalo sie w oczy. Na Milej natkelismy sie niespodziewanie na Erne i jej matke. Zywe duchy z niedawnej, a tak dalekiej przeszlosci, jak i my. Namawialy mnie, zebym zostala u nich na noc, tyle wszak mamy sobie do opowiedzenia! Ale Marek sprzeciwil sie: nie wolno nam sie oddalac od siebie, nie wiadomo, co przyniesie nastepna godzina... Marek wrocil do poprzedniego mieszkania po zostawiona tam zywnosc.
* * *
Pesach, 19 kwietnia 1943 roku, Leil Haseder – Noc Sederowa, matka obudzila nas gwaltownie: wstawac, Niemcy okrazyli getto, schodzimy do bunkra, szybko! Napiecie, pospiech, oszalamiajacy strach i nadzieja ratunku w mrokach podziemia, odcinajacych od zewnetrznego swiata. Mdle, slabe swiatelko, dusznosc, goraco. Zdenerwowanie, krzyki i klotnie na przepelnionych pryczach i w waskich przejsciach. Zebralo sie tu od razu wiecej ludzi, niz bylo miejsca. Na pryczach mozna bylo poruszac sie tylko w pozycji lezacej.Niemcy nie chodzili, jak przedtem, od domu do domu rozwalac drzwi i wyciagac Zydow, lecz po prostu podpalali dom za domem, ulice po ulicy. Ludzie palili sie zywcem, dusili sie od dymu; uciekajacych rozstrzeliwali na miejscu lub odprowadzali na Umschlag. Bunkry, ktorych ogien nie siegal, zalewali woda. Bunkier Erny na Nalewkach zostal zatopiony. Ukrywalo sie w nim kilkadziesiat osob. Mnie Marek nie pozwolil wczoraj (czy przed wiekiem?) zostac u przyjaciolki... On byl teraz tez odciety od nas. W kryjowce zamieniono dzien na noc, by lapacze i ich rozni pomocnicy-zdrajcy nie uslyszeli nas i nie zlapali. Noca nie chodzili szukac.
Mdlelismy z glodu. Mama co kilka godzin dzielila miedzy nas kostke cukru, lyzeczke marmolady i troche wody. Nie mogla sie dopchac do pieca, by ugotowac te kluski z maki – tam zawsze dostawali sie najsilniejsi. Ludzie lezeli na narach lub krecili sie nerwowo obok, prawie nadzy. Bunkier zapelnil sie ponad granice pojemnosci, bo uciekajacy z palacych sie domow tez docierali do nas. Dym wdzieral sie do srodka, nie mozna juz bylo nawet zapalki zapalic z braku tlenu. Ludzie padali z charczacym oddechem. Nad nami ogien, strzelanina, czolgi, armaty i auta pancerne przeciw garstce powstancow zydowskich, i nam, ukrytym w podziemiach... Silniejsi moczyli reczniki i powiewali nimi, dajac sobie zlude powietrza, orzezwiajacego chlodu... Zaczeli sie dzielic nawet ostatnia kropla lekarstwa. Na progu smierci niewiele jest juz potrzebne, jedynie iskierce zycia tak wiele potrzeba, by sie utrzymac, zanim zgasnie.
Lezalam na pryczy na wpol omdlala, gdy mama szarpnela mnie mocno za ramie: "Ubierz sie szybko, 'nakryli' nas, wala juz do wejscia!"
Czym mierzy sie kleske nadziei? Ile czasu porzeba, by sobie ja uprzytomnic i zaczac dalszy wyscig ze smiercia? Wrzucony do srodka granat, wpuszczona drabina, postacie w zielonych mundurach i wysokich butach z cholewami przerzucaja nas blyskawicznie w inna ere: "Alles heraus! Wychodzic! Nic wam nie grozi, jedziecie do pracy, tylko poslusznie wykonywac rozkazy! Schneller!". Moze to prawda?...
Po trzech tygodniach swiatlo dzienne! Pomagaja nam nawet wydostac sie na zewnatrz po drabinie. Boja sie, ze ktos ma bron i bedzie strzelac, co sie zdarzalo w tym czasie. Dolaczaja nas do kolumny na jezdni – po raz ostatni. Poczatek maja. Slady walk na ulicach, czolgi, auta pancerne, ani jednego calego domu w getcie, wysadzili w powietrze nawet szkielety wypalonych budynkow, zeby nikt sie w nich nie mogl ukryc. Po drugiej strony muru ktos gra na pianinie.
Umschlagplatz. Po raz drugi. Mama, Chilek, Hela, Halina. Znow do budynku szkolnego–policyjnego. Stloczyli nas na podlodze w jednej z bylych klas. Czekanie na pociag przez cala noc w pelnej swiadomosci, co oznacza "do pracy na Wschod". Nie zmniejsza to bezradnosci, ale i ta bliska, nieukniona przyszlosc jest daleka w obliczu koszmaru sprzed pociagu. Nie wolno nam poruszyc sie pod grozba rozstrzelania. Raz po raz zjawia sie jakis Niemiec i na kogo pada jego wybor, ma mu dac pieniadze, zloto, bizuterie! Jeden wszedl z pustymi butelkami w rekach.
Wtulilam glowe w kolana matki, zatkalam palcami uszy, mama pochylila sie nade mna, by mnie oslonic. Trwalo to chyba wiecznosc, albo zamarlam nie widzac ani nie slyszac niczego. Nagle poczulam, ze cialo matki drzy nade mna hamowanym spazmem. Mama nie zalamywala sie nigdy, nie plakala. Odetkalam uszy. Grobowa cisza, przerywana uderzeniami pejcza. Unioslam glowe. Moj brat! Twarz Chilka, zbita, pokrwawiona, zwezone z bolu oczy za rozbitymi okularami. Nie jeknal nawet, gdy tamten go katowal. Usiadl cicho obok Heli i mamy. Chcial wody, ale mama miala w koszyku butelke oleju...
Jak rozwieszczone, zadne krwi bestie wpadli nad ranem do budynku. Zganiali biciem i strzelanina do wagonow. Przepychalam sie wsrod tratujacych sie na schodach ludzi. Trzymalam sie kurczowo matki, by sie nie zagubic. Krotka przestrzen od wyjscia z budynku po trupach zabitych, az do pociagu trwala cale zycie i juz nie okresle, z ktorego to bylo kregu nastepujacych po sobie epok.
Znalezlismy sie w wagonie. Zaden cud nie zdolal tego powstrzymac. Niemcy nie stali sie mniej potezni i okrutni po swych kleskach na Wschodzie. Ziemia ani niebo nie rozwarly sie nad masowym mordem narodu, w rozpaczy, wspolczuciu, czy lasce. Ale kto by o tym teraz myslal?! Nie bylo, gdzie nogi postawic, schronic sie przed napierajacym tlumem i uniknac rozdeptania. Esesmani walili kolbami ludzi stloczonych u drzwi wagonu, az ci padali na innych, wlepiali sie jedni w drugich, w ten sposob robiac miejsce dla nastepnych. Zatrzasneli i zaplombowali drzwi dopiero wtedy, gdy juz nawet szpilka nie moglaby sie zmiescic.
Pociag ruszyl. Waskie okienka wagonu zatkali soba najsilniejsi i nie dopuszczali powietrza do wnetrza. Ludzie bili sie o kazdy centymetr miejsca, klocili sie, tratowali i dusili jedni drugich swym ciezarem. Wrzucane czasem przez Polakow po drodze butelki wody wyrywano sobie z rak, z ust – dostawaly sie najsilniejszym. Esesmani strzelali do wyskakujacych przez okienka, do wnetrz wagonow. Stalam na tym stosie wtulona w matke. Patrzylam z rozpacza na te nieszczesna butelke oleju w jej koszyczku – plyn, ale nie do picia!!! Wiedzialam juz o Treblince, ale mama zapewniala, ze jedziemy do pracy. Bylam wdzieczna za wszelkie klamstwo, byle nie uslyszec nazwy tej strasznej stacji.
A potem stalo mi sie juz wszystko jedno, bo nie moglam juz wiecej wytrzymac. Upadlam. Inni zwalali sie na mnie. Zalegla mnie ciemnosc, nie czulam wiecej nic. Wtem ktos upadl mi na twarz, na nos. Nie moglam oddychac! Zaczelam sie szamotac z nadludzka sila, az wyrwalam sie spod tego duszacego stosu i z wlasnych, zasznurowanych butow, raniac do krwi potratowane nogi. Zrzucilam z siebie niemal cala odziez i na tej gorze konajacych i umarlych oraz mojej odziezy, dosieglam okna. Wychylilam glowe, lufa karabinu esesmana stojacego na schodku wagonu dotykala mi grdyki. Mialam jednak powietrze, chlonelam je cala soba!
* * *
Pociag stanal na jakiejs stacji. Byla noc, padal deszcz. Wrzaski, bicie: Rauss! Ruszamy w wielkiej kolumnie ludzi, brodzac w blocie. Chcialo mi sie lizac to bloto jezykiem z pragnienia. Mialam na sobie jedynie meski plaszcz, ktory znalazlam po ciemku w wagonie. Ale bylam z mama, bratem, bratowa i kuzynka, nie pogubilismy sie! Okazalo sie, ze jestesmy w Lublinie. Calowalismy sie z radosci, ze to nie Treblinka...Brnelam w blocie bosa, opierajac sie na Chilku. Niemcy strzelali do tych, ktorzy nie byli w stanie isc. Mama zdjela z zabitej kobiety pantofle na wysokich obcasach. Mialam przeciez wygladac na 17 lat!... Chilek oderwal jeden obcas, bo nie moglam chodzic, drugiego juz nie zdazyl. Akurat dotarlismy do miejsca, gdzie biciem oddzielali mezczyzn od kobiet. Mowiono tez, ze zabiora starych i dzieci. Powiedzialam do mamy, zeby nie szla za mna, jesli mnie wezma. Mama spojrzala mi w oczy i spytala, czy wierze naprawde, ze moglaby mnie zostawic?!
Chilek przytulil nas do siebie, zanim esesman uderzyl go pejczem i oderwal od nas na zawsze. W ostatniej chwili ostrzegl mnie, zebym nie opierala sie o matke, bo to ja przewroci. Pozniej w szpitalu w Auschwitz dowiedzialam sie, ze Chilka zagazowali w Auschwitz. Nie mam nawet jego zdjecia...
Dal zimny wiatr. Mama okrywala mnie swym plaszczem w tlumie kobiet na placu. Mowila, ze niedlugo pojdziemy do lazni, dostaniemy inna odziez, a potem ogrzejemy sie i posilimy w baraku w obozie.
Sluchalam jej z niecierpliwoscia. Gwozdz w piecie po odlamanym obcasie i wysoki obcas w tym drugim pantoflu, dobijaly mnie. Jeszcze nie wiedzialam, ze te pantofle uratuja mnie podczas selekcji na Majdanku. Aufzejerka wyganiajac wiezniarki z baraku na apel, odsylala kobiety o chorych, zranionych nogach na ciezarowke do gazu. Zatrzymala mnie pejczem przy drzwiach, ale zauwazyla, ze mam jeden pantofel bez obcasa i pewnie dlatego kuleje. Zaropialej od gwozdzia piety ani bolu w potratowanych w wagonie nogach nie widziala, na szczescie. Przepuscila mnie!...
Na placu wciaz wyciagali grupy kobiet i odprowadzali je dokads. Przyszla kolej na nas. Opieralam sie o kuzynke, pomna ostrzezenia Chilka. Mama z bratowa szly za mna. Bol w nogach otepial mnie na wszystko, myslalam jedynie, jak postawic nastepny krok. Nagle znalazlam sie w wielkim baraku pelnym odziezy, gdzie i nam rozkazano rzucic swoja, z wyjatkiem butow. Wreszcie laznia! Dziesiatki nagich kobiet pod natryskami, takze Halina i Hela. Mama miala racje, nie zabija nas, bedziemy zyc, pracowac!
Chcialam ja objac, przytulic... Szukalam jej oczyma wsrod nagich kobiet coraz bardziej zdenerwowana. Nie odrywalam oczu od drzwi. Na pewno wejdzie za chwile, musi przyjsc!!! Czulam jeszcze cieplo jej ciala pod paltem, ktorym mnie otulala przed chwila na placu. Nie weszla. Balam sie zapytac bratowa, nie chcialam uslyszec odpowiedzi. Zawislam w przepastnej pustce bez wyjscia, bez sensu. "Nie ma mamy", mowil mi niezrozumialy glos Heli, "ja teraz jestem twoja mama"... Nie pojmowalam sensu jej slow. Chodzilam w kolko i powtarzalam w otepieniu: "Nie ma mamy, nie ma mamy". Nie miescilo mi sie to w glowie.
Ordynarnymi wyzwiskami biciem po nagich, mokrych cialach zagnali nas do jakiegos zimnego pomieszczenia. Rzucali nam odziez – za duza, za mala, jak w cyrku. Mnie dostala sie elegancka, czarna suknia balowa z koronkami. Hela wciagnela ja na mnie i przewiazala w pasie, by ja skrocic i umozliwic mi chodzenie. Blagala mnie przy tym: "Halina, nie patrz na mnie, ja sie boje twoich oczu!" Jakie ja mialam wtedy oczy, ktore tak przerazaly? Kim bylam?
Hela walczyla dla mnie i dla siebie o miejsce na podlodze w zatloczonym baraku, o miske na zupe, bo tych bylo o wiele mniej niz oszalalych z glodu i pragnienia kobiet; pchala sie do kotla po wodzianke z pokrzywy, po pajdke chleba. Nie rostawalysmy sie ani na chwile. Ale wkrotce Hela zaczela szybko chudnac, slabnac. Zanikala w oczach i wtedy ja zerwalam sie do walki, zeby jej nie stracic. Nieraz oddawalam jej swoja zupe, jesli udalo mi sie zdobyc tylko jedna i przysiegalam, ze nie moge tego przelknac, zeby zechciala te zupe wziac. Zakrywalam Hele swym cialem od zimna, od goniacych nas do dzwigania kamieni kapo. Tulilysmy sie do siebie w krotkich godzinach odpoczynku na podlodze baraku, czerpiac jedna od drugiej otuche. Dzielilysmy sie kazdym okruchem chleba, lykiem zupy – kazda uwaga i mysla, przekazywana chocby wzrokiem, gdy brakowalo nam sil, by wydobyc z siebie glos.
Minelo kilka miesiecy o glodzie, chorobach, biciu i katorzniczej pracy. Ciagle selekcje, niemoznosc umycia sie, zmiany odziezy. Laznia, do ktorej gnali nas nieraz z apelu pod eskorta, mogla okazac sie komora gazowa. Nigdy nie bylo sie pewnym – dokad?
W lipcu 1943 roku zaczeli wybierac transporty najzdrowszych, najsilniejszych dziewczat na wysylke do obozu pracy – tutaj byl koncentracyjny oboz zaglady. Do pierwszego transportu nie nadawalysmy sie, do drugiego mnie wybrali, ale ucieklam, bo Hela nie przeszla, byla juz za chuda. Do trzeciego wybrano nas obie. Zanotowali wszystkie dane o nas, rozdzieli zupe i zamkneli nas na klucz w baraku. Przytulone do siebie na podlodze, jak zwykle, marzylysmy wsrod nocy o tym lepszym obozie.
Nagle Niemcy wpadli do baraku i bijac kolbami karabinow, wrzeszczac i szczujac psy, wygnali nas na dwor. Ustawili w kolumne, przeliczyli kilkakrotnie, az sie w glowie mieszalo od tego liczenia i zaprowadzili... do komory gazowej. Caly nasz transport. Niby laznia, natryski. Czekalysmy rozebrane do naga w ciagu bezkresnych godzin.
Trzymalam Hele za reke, patrzylam na natryski, z ktorych mial przyjsc gaz: jak to bedzie umierac, co to jest smierc? A moze oni znikna nagle, wojna sie nagle skonczy? Rano okazalo sie, ze akurat tej nocy zabraklo gazu!... Przezylysmy nasza wlasna smierc. Esesmani znow przeliczyli nas, funkcyjni wiezniowie rozdzielili porcje chleba, ktore natychmiast polknelysmy.
Pognali nas do pociagu. Znow wagony bydlece, tym razem przy otwartych drzwiach, w ktorych wygodnie usadowili sie dwaj zolnierze Wehrmachtu. Rozkazali nam usiasc w rzedach, jedna miedzy rozkraczonymi nogami drugiej, by wykorzystac kazdy centymetr miejsca i pod grozba zastrzelania zabronili nam zmieniac te pozycje. Nareszcie moglysmy siedziec, ale kto by sie spodziewal, ze bedzie to twalo niezmiennie przez dwie doby?
Lipcowy upal, pragnienie, glod. I szpilki w calym ciele, zdretwialym od niemoznosci poruszenia sie. Nowo poznana meka – siedzenie. Kobieta z pobliskiego rzedu, obejmujaca nogami kilkunastoletnie corke uniosla sie nieco i zaczela blagac o pozwolenie wyprostowania sie na chwile. Zolnierz, starszy juz wiekiem, wstal, zdjal karabin i wycelowal. Zamarlysmy. Pomyslalam, ze tylko grozi, gdy kula trafila w jej skron. Stawala sie bledsza i bledsza, upadla martwa na ramiona corki. Zolnierz zawiesil karabin z powrotem na ramieniu, usiadl na miejsce i warknal, zeby wyrzucic trupa, a ta mala niech zamilknie (plakala bowiem cichutko), ona tez niedlugo zdechnie, jest przeciez Zydowka!
Pociag wtoczyl sie na stacje: Auschwitz. W kolumnie, brutalnie popychane i bite przez straznikow pomaszerowalysmy ze stacji do Birkenau. Ukazala sie brama i duzy napis: "Arbeit macht frei" – F K L (Frauenkonzentrationlager).
* * *
Rzedy murowanych barakow, druty kolczaste naladowane pradem elektrycznym, wieze wartownicze z wyzierajacymi lufami karabinow maszynowych, jak na Majdanku. Z okien barakow i wokolo nich jakies postacie, niepodobne ani do mezczyzn, ani do kobiet, do starych czy dzieci... Zgolone wlosy, przedziwna odziez bez koloru, olbrzymie, zablocone drewniaki na nogach, bezbarwne twarze. Nieskonczonosc zla. "Stad juz nigdy nie wyjde", pomyslalam coraz bardziej zalamana. Ale nie bylo czasu na rozmyslania, trzeba szybko dzialac wedle praw nowego piekla; nie zgubic Heli w tym zdziczalym, oszolomionym tlumie kobiet, zorientowac sie, ktora aufzejerka jest mniej okrutna, jaki zawod podac, potrzebny w obozie, dajacy szanse na zycie – gdzie wreszcie zdobyc lyk wody!
Halina (Hala) Grynsztejn, wiezniarka nr 48693 w Auschwitz-Birkenau.
Kopia "karty rejestracyjnej" w Auschwitz-Birkenau Hali Grynsztejn (Balin) przy wyrobie szczotek.
Dokument ten zostal wypelniony przez Niemcow w dniu przywiezienia Haliny do Auschwitz-Birkenau.
Jako swoj zawod podala ona wtedy wyrob szczotek, tj. "szczotkarka" w niemieckim brzmieniu.
Archiwum Panstwowego Muzeum w Oswiecimiu (1997):
Karty Wydzialu Zatrudnienia, tom IV
Sygn. D-Au I-3a/986-1378 Nr inw. 174387
Wieczor zastal nas juz upodobnione do zameczanych tutaj wiezniarek. Mialysmy zgolone glowy, wytatuowane na lewym przedramieniu numery, tak samo dziwaczna, marna odziez z dlugim krzyzem, namalowanym czerwona farba olejna; ciezkie drewniaki, ktorych nie mozna bylo wyrwac z blota. Stalysmy juz na codziennym, kilkugodzinnym apelu, w cuchnacym bagnie przed obozowym blokiem, wsrod bicia i wyzwisk.Wkrotce po tym, jak przybylysmy do Birkenau, Hela i ja bylysmy zabierane co niedziele do pracy przy ukladaniu torow kolejowych do Birkenau. Nazywalysmy to naszym "oswiecimskim wychodnym". W poczatkowym okresie, Niemcy nocami wywozili ludzi z Birkenau do krematoriow w Auschwitz w zamknietych ciezarowkach i gazowali ich po drodze w tzw. "Bialym domku". Na naszych nocnych zmianach w szwalni w Birkenau, ktora znajdowala sie w poblizu rampy, widzialysmy takie ciezarowki, zwykle poprzedzane przez "komandker" z czerwonym krzyzem, jak sanitarka! Slyszalysmy glosne lamenty i modlitwy ludzi Sz'ma Israel.
Glod, nikle porcje wodnistej zupy z brukwi i chleba raz dziennie, ciagle bicie, wyzwiska, brud, wszy, wszelkiego rodzaju choroby, za ktore zabierali do gazu. Niemoznosc umycia sie, zmiany zgnilej od deszczu i oblepionej ekskrementami odziezy. Wrogosc na narach, w klozetach, przy kotlach z zupa, praca nad sily ludzkie. A ponad wszystko cuchnacy zapach palonego ciala ludzkiego. Oddychalam nim dniami i nocami w ciagu niemal dwoch lat. Natykalam sie na prowadzonych do gazu po drodze do mojej "dobrej" pracy w komandzie "Kanada", zasobnej w zywnosc i odziez po zamordowanych. Na rampie bylo wciaz moc ludzi zwozonych z calej Europy do komor gazowych, ktore pracowaly dniem i noca. Nie mozna bylo przejsc: masy ludzkie gnane do gazu – a my w przeciwnym kierunku do "Kanady" sortowac rzeczy po nich na wyslanie do Niemiec.
Pewnego razu nasze komando zatrzymalo sie obok malzenstwa z malenstwem na rekach. Zapytali nas, jak daleko do kolonii zydowskiej, bo trzeba nakarmic dziecko. Milczalysmy. Mieli jeszcze kilkadziesiat metrow do ostatniej w ich zyciu kolonii – w niebie, jako dym z komina. W "Kanadzie" stalam na gorach odziezy wymieszanej z fotografiami, listami, paczkami zywnosci, i nie moglam juz w ogole mowic! Slowa stracily wszelki sens! Wydawalo mi sie, ze zagnali tutaj i rozebrali do naga wszystkich ludzi – i nie ma juz swiata, a nas po uporzadkowaniu bagazy, tez wrzuca w ten ogien. "Kanada" czyli Keine da, nie ma juz nikogo!
Podawalam zawsze, ze mam 17 lat, jak mama nauczyla mnie w getcie. A w obozie otworzono specjalny blok dla dzieci. Dawali tam bialy chleb, mleko, maslo i nie brali do pracy. Zglaszaly sie do tego bloku tez i kobiety, ktore ze swymi zgolonymi glowami i w nieprawdopodobnym odzieniu wygladaly, jak dzieci. Znecily je dobre warunki dzieciecego raju. Drwily, ze ja nie chce tam pojsc, by nie rozlaczyc sie z Hela. "Moglabys i jej pomoc", wymawialy mi... Po kilku tygodniach wszystkich z tego "dzieciecego" bloku zaladowali na ciezarowki i zawiezli do gazu.
Hela przemienila sie w zywy szkielet. Zapadle policzki, wielkie, zaglodzone oczy, piszczele rak, nog. Unikalam jej wzroku, gdy blagala mnie, zebym poprosila sztubowa o dodatkowa porcje zupy. Nie potrafilam wyciagnac reki, narazic sie zebraniem na bicie i obelgi. Latwiej mi bylo oddac jej swoja zupe. Tlumaczylam jej i sobie, ze jesli wydostaniemy sie stad, bedziemy mialy dosc jedzenia, a jesli nie, to i tak dodatkowa zupa nie nasyci wiecznego tu glodu. Hela nie miala sil wysluchiwac moich "wymadrzan".
Wszystko to jednak stawalo sie niewazne na dzwiek gwizdka i paralizujacych rozkazow: "Wszystkie Zydowki na apel!", albo "Zydowki nie rozchodzic sie po ogolnym apelu!" Zapominalo sie wtedy o skrecajacym kiszki glodzie, zimnie, kleczeniu godzinami w blocie na deszczu, czy mrozie z ceglami w podniesionych rekach, nieraz bez butow, bo zostaly skradzione lub rozkazali je zdjac za kare za wymyslone przestepstwa. W takich chwilach jedyne co znaczylo juz tylko, to oczekiwanie na wyrok – skinienie reki niemieckich wladcow: w lewo, na smierc – w prawo, na zycie i dalsze meki w obozie.
Szlam za Hela na placu przed laznia. Byl jasny dzien jesienny. Ustawili nas rzedem rozebrane do naga. Chore, chude, slabe czy po prostu takie, ktore im nie przypadly do gustu odstawiali na lewo. Ja jeszcze wygladalam nie najgorzej. Drzalam o bratowa, ona nie miala juz szansy. Wciaz przysuwalam sie do Heli, chcac ja oslonic swym cialem w miare, jak zblizalysmy sie do sortujacych esemanow. Z trudem oddychalam z napiecia. Mengele uniosl reke i wyznaczyl Hele na lewo! Schwycilam ja ze wszystkich sil i mocno przytulilam do siebie. "Oni sa tylko ludzmi – wiercilo mi w glowie – nie jakas sila wyzsza, moga powiedziec, tak, i Hela zostanie. To jest wszak w mocy ludzkiej!"
Kapo szarpaly sie ze mna, chcac mi wyrwac Hele. "Kim ona jest dla ciebie?" – zagrzmialo zimne pytanie Unterscharführera Taube. "To moja matka, siostra, bratowa, nie moge zyc bez niej", mowilam goraczkowo, jak do czlowieka. Wladca zycia i smierci zawyrokowal wiec, zebym poszla z bratowa. Blokowa zapisala poslusznie moj i Heli numer na liste do gazu. Ale ja w zaden sposob nie dawalam sie wypchnac z miejsca, w ktore sie wparlam, nie wypuszczajac ze swych objec Heli. Nie umre teraz w tej jasnosci dnia, mowilam sobie, i nie wroce bez niej! Czulam cala sile swego zycia.
Zastepca komendanta obozu, stojacy naprzeciw nas w grupie wysokich oficerow przypatrujacych sie selekcji, jak przedstawieniu teatralnemu, przywolal mnie skinieniem palca. "Milcz! – przerwal moje blaganie – jak nie, to pojdziesz tam – wskazal na ogien z komina krematorium – a jesli zamilkniesz, zwolnie cie wraz z twoja Schweigerien. Oficerowie zasmiali sie diabelsko, przedrzezniajac moje niedowierzajace: "Jaaa??". Hössler rozkazal blokowej skreslic nasze numery z listy wyznaczonych na smierc.
Siarczysty policzek powalil mnie na ziemie, gdy rzucilam sie Hösslerowi na szyje w porywie wdziecznosci. Urodzilam sie na nowo wraz z Hela, chociaz ona juz na krotko. Powiedziala mi po selekcji, wskazujac na swe rece i nogi – gole kosci, ze ona juz nie zyje, oddycha jeszcze tylko moim oddechem... Wmawialam jej, ze wojna niedlugo juz sie skonczy i ona wyzdrowieje, stanie sie z powrotem, jak dawniej.
Hela jednak wiedziala lepiej ode mnie, ze nie da sie cofnac losu.
Jeszcze sie wlokla za mna ostatnimi silami na apel, do pracy w szwalni. Staralam sie, jak moglam walczyc z jej licznymi chorobami, ulzyc jej. Szmuglowalam do latryny garnuszki, do ktorych musiala sie zalatwiac, nie bedac w stanie dotrzec do drzwi baraku i tam tloczyc sie w tlumie kobiet chorych na dezynterie. Z setek chorych wypuszczano po 10 – 15 osob pod eskorta do odleglych, zawsze przepelnionych ustepow! Zalatwianie sie do naczyn na jedzenie bylo karane nieomal smiercia. Jednak nie przylapano mnie.
Latryny wiezniarek w Auschwitz-Birkenau.
Ignorowalam grozbe kar, myslalam wylacznie o szybkim oproznieniu wciaz potrzebnego Heli garnuszka. Pozerala ja goraczka, szkorbut i ta nieustanna biegunka z krwia. Sasiadki z pryczy namawialy mnie, zebym ja zostawila – ona ma gruzlice i ja sie zaraze. Nie mialy pojecia, kim dla mnie byla Hela, zdrowa czy chora!Nie mogla juz zejsc z nary, nie docieral do jej swiadomosci sens gwizdka na apel. Sztubowe wyniosly ja na noszach i polozyly w blocie obok mnie. Po raz pierwszy stalam sama na apelu. Hela wpatrywala sie we mnie, jakby zegnala sie ze mna, jakby blagala o pamiec albo przepraszala, ze mnie musi zostawic. Jej spojrzenie z tych chwil pozostalo we mnie na cale zycie. Odprowadzono Hele w grupie chorych na rewir. Blokowa przyrzekla mi, ze mnie zabierze do niej, gdy bedzie prowadzic inne chore do szpitala. Po tej selekcji odnosila sie do nas troche lepiej. Odtad nie zjadalam swych porcji chleba, odrywalam je sobie wprost od ust, by zaniesc je Heli z nadzieja, ze ona sie wzmocni i wroci do mnie.
Lezala na gornej pryczy, jak duch. Jej twarz rozjasnila sie na moj widok, nie odrywala ode mnie wzroku, jakby chciala wchlonac w siebie moja postac: "Halinka, przyszlas do mnie, przyszlas!" Na chleb nawet nie spojrzala. Nie byl jej juz potrzebny. Niemal zaraz wyrzucili mnie stamtad biciem. Po kilku dniach odwazylam sie zapytac blokowa, co jest z Hela. Odwarknela przez zeby, ze juz jej nie ma. Musialam wiedziec, czy wzieli ja do gazu, albo czy umarla tam na pryczy. Bylo to dla mnie niezmiernie wazne. Blokowa na chwile przestala przeklinac i bic. Ludzkim glosem odpowiedziala mi, ze Hela umarla na pryczy. Czyli naturalna smiercia... Miala 20 lat.
Hela Herszberg-Grynsztejn, zona Chilka. 1940-1941.
(Zdjecie od ocalalego brata Heli, ktore wyslala mu do ZSSR, gdzie uciekl byl po wybuchu wojny.)* * *
Nie bylam potrzebna juz nikomu, ani samej sobie. Skul mnie pancerz zobojetnienia.Samotnosc, obcosc i wrogosc wokolo, bo nawet powietrza do oddychania nie bylo dosc, o wszystko trzeba bylo sie szarpac, bic. Pociagi z ludzmi nieustannie zwozonymi na smierc na przeciw mojego bloku na rampie, ogien z komina krematorium, cuchnacy zapach palonego miesa ludzkiego; bloto, choroby, rany ropne na calym moim ciele, swierzb, wszy, tyfus, selekcje.
Przechodzilam je. Nie stawalam sie szkieletem. Ocieralam sie ciagle o smierc, ale ta omijala mnie. Wracalam do zdrowia bez lekarstw, nie zaziebialam sie naga i bosa na dworze w deszcz, mroz, na przekor prawom natury... Udawalo mi sie ukryc choroby i niedozwolony wiek, za ktore grozil mi wyrok smierci. Nie wiedzialam juz kim jestem, do kogo przynaleze. Ci, z ktorymi mnie tu przywlekli warszawskim transportem z getta i Majdanka dawno ulecieli dymem z krematorium. Zmienialy sie raz po raz wspolniczki do nar. Przybywaly z innych transportow i roznych krajow. I te rowniez padaly, jak muchy.
Halina Birenbaum w "swoim" bloku nr 27 w Auschwitz-Birkenau.
Niegdys zajmowala gorna nare razem z 15 innymi wiezniarkami.
Dwukrotnie doswiadczylam Christmas w Birkenau, gdy na jednym krancu obozu swiecily sie kolorowe lampki na choince, orkiestra grala koledy przy wymarszu i wmaszerowaniu do obozu (jak codzien, zreszta) – a na drugim krancu slup ognia i dymu z komina, z palonych ludzkich cial. I grysik na mleku dla wiezniarek, zamiast zupy ze zdrewnialej brukwi czy kalarepy – swiatecznie, jak przystalo na wladcow, znajacych tradycje i gorliwie przestrzegajacych stary porzadek – w hitlerowskim nowym.Podczas selekcji "tyfusowej" kolor jezyka przesadzal o zyciu. Moj nie zdradzil mnie – stal sie bialy dopiero wieczorem po selekcji. Nie powalila mnie tez wysoka goraczka w ciagu dwoch tygodni przy pracy bez jedzenia, ani ciezkie pobicie przez Nachtwache. Przy nastepnej selekcji moj jezyk mial juz odpowiedni kolor... Sortujacy esesman kazal mi tylko obrocic sie, by sprawdzic czy utrzymam rownowage, a gdy zrobilam to z przesadna szybkoscia zapytal o moj wiek. Slyszac moj rozpaczliwy okrzyk: "siebzehn!" (siedemnascie), z ironia stwierdzil, ze mam pysk na czterdziesci. Czterdziesci lat to w Auschwitz zbyt stary – trzynascie za mlody – jednakowo niedozwolone do zycia...
Epidemia tyfusu i bez selekcji dziesiatkowala oboz. Kobiety padaly nieprzytomne na apelach, przy pracy, na rewirze. Bloki pustoszaly masowo. Przy ostatniej selekcji zapisywali tylko jakies znaki na liscie, nikogo nie odprowadzili do gazu i wszystko poszlo w zapomnienie posrod innych koszmarow obozowych. Po dwoch tygodniach, po porannym apelu zapedzili nas z powrotem do bloku. Cieszylysmy sie, ze nie musimy isc do pracy i ogrzejemy sie na narze... Byla nas juz tylko trojka po epidemii tyfusu. Okrylam sie kocem z Fruma i ona zaczela mi opowiadac o swojej matce, domu, matczynych potrawach. Nagle w bloku powstal zamet. Zaczeli wywolywac jakies numery, krzyczec. Nie zwracalysmy uwagi pograzone w dobrych wspomieniach. Powtorzony z wsciekloscia numer uderzyl, jak piorun z nieba: Fruma!...
Urwala w pol zdania i zeskoczyla z nary. Cieplo jej ciala zostalo pod kocem, w uszach dzwiek jej glosu. Kobiety wyznaczone wtedy na smierc musialy sie rozebrac do naga przy drzwiach baraku i owiniete w szorstkie, ciemne koce, zostaly zapedzone do gazu. Fruma miala 16 lat, przetrwala tyfus w ciezkim "Aussenkomando", ale jej jezyk nie spodobal sie niemieckim specjalistom.
Sabine, ktorej matke niemiecki zolnierz zastrzelil w wagonie w drodze do Auschwitz, zagnali do gazu jeszcze wczesniej. Wlokla sie na apele i do pracy z plonacymi od goraczki oczami, bojtlem pelnym nie zjadanych porcji chleba; popekanymi wargami blagala wciaz o lyk wody! Lyk wody! Rano wstawalam mokra od goraczkujacych kolezanek, lezalysmy z poczatku po szesnascie na narze! Ale szybko sie rozluznialo od epidemii i nieustannych selekcji.
Polska sztubowa, Stasia, dala mi uciec z innej selekcji na dworze podczas silnego mrozu, gdzie przechodzilo sie nago i boso przed esesmanskim trybunalem. Jeszcze kiedy Hela zyla, Stasia sama dolewala mi czasem troche zupy, ktora rozdzielala. W Jom Kipur (nie wiem, skad sie o tym swiecie dowiedziala, bo nie znalysmy tam juz niemal zadnych dat, nie rozroznialysmy biegu ludzkiego czasu, ktory tam nie mial juz wiecej znaczenia) wyznaczyla na dyzury w bloku nie-Zydowki, a wieczorem po powrocie z pracy zapalila swiece na gornej narze naprzeciw drzwi, poprosila, zeby sie nie rozchodzic i pomodlic sie w ciszy, kazda po swojemu, o doczekanie wyzwolenia. Bylo to niesamowitym, niezapomnianym przezyciem!
Dzieki malej Polusi z Zaglebia uratowalam sie od ciezkich kar w komandzie "Weberei", bo pomagala mi wykonywac norme lin plecionych ze szmat i zdobywac material, ktory kobiety wyrywaly sobie z rak. Potem, dzieki Polusi i zaprzyjaznionej z nia sztubowej dostalam sie do "Kanady", gdzie wreszcie nie bylam glodna przez kilka tygodni. Przyjrzalam sie tam z bliska niemieckiemu procederowi masowego mordu i rabunku.
Kapo Alwira z Kartofelkomanda przydzielila mnie do lzejszej pracy w kisiarni kapusty, gdzie bylo centralne ogrzewanie i dosc kapusty lub brukwi do jedzenia... Nie wytrzymalabym przy dzwiganiu trag z kartoflami do rowow w rozkopanej, blotnistej ziemi. Potem Alwira uratowala mnie podczas marszu smierci, w chwili, gdy juz padalam i o malo nie zastrzellili mnie na drodze. Wlokla mnie na sobie, watla, szczupla, ledwie dyszac juz sama. Ojciec Alwiry byl Zydem, matka Niemka.
Miriam Prajs ze Staszowa.
Zdjecie zrobione w Izraelu po wojnie.
Miriam Prajsowa i jej o rok starsza ode mnie corka Rozka, przygarnely mnie do siebie po utracie Heli. Uslugiwaly blokowej, Zydowce slowackiej i dzieki temu mialy wiecej zupy, wiecej miejsca na narze, dostep do przydzielanych w malych ilosciach butow – nie musialy stac dlugo na apelach, wychodzic na selekcje. Poznalam je, gdy przyszlam do ich bloku ze swa porcja chleba, by wymienic ja u Ukrainek na masc dziegciowa, leczaca swierzb. One przynosily te masc z pracy. Chcialam tez zobaczyc sie z kuzynka, ktora byla rowniez na tym bloku. Okazalo sie jednak, ze juz ja wzieli w selekcji do gazu, choc jeszcze dobrze wygladala. Blokowa, czeska Zydowka, podsunela Haline: "a ta, Herr Unterscharführer?" Nie odmowil.Jesienia 1944 roku ustaly transporty do gazu. Nie bylo juz prawie Zydow w Europie. Zostaly po nich rozsypane popioly i rzeczy skrupulatnie posortowane i wywiezione do Niemiec. Ja tez pracowalam przy tym sortowaniu i wysylce.
Zblizalo sie wojsko rosyjskie. Niemcy zburzyli komory gazowe i krematoria w akcji zacierania sladow swych zbrodni; wywozili transporty wiezniow do innych obozow, przewaznie w glab Niemiec. Nadchodzil upragniony koniec krolestwa Auschwitz, i jesli Niemcy nie zabija nas swoim zwyczajem przed opuszczeniem obozu, bedziemy wkrotce wolni! Mialam juz 15 lat. Za szmuglowane kartofle i kapuste Prajsowa zdobyla mi ciepla odziez, skorzane buty i codziennie dodatkowa porcje chleba.
* * *
1 stycznia 1945, Nowy Rok. Tego dnia nie wzieli nas do pracy. Slonce i snieg... Postanowilam podejsc do drutow, co bylo dozwolone, by podzielic sie z Celina, szkolna kolezanka Marka, poprawa w mojej sytuacji. Rozka poszla ze mna, mimo ostrzezen matki, ktorych nie bralysmy pod uwage, bo wiele kobiet komunikowalo sie w tym miejscu. Celina byla takze w laskach u swojej blokowej, jako pielegniarka, i pomagala mi troche. Poprzednio Celina dzielila we trojke nare z Prajsowa i Rozka. Potem przeniesiono ja na inny odcinek lagru, graniczacy z naszym.Zaczelam wolac: "Celina!" Wtem strzal i jednoczesnie gorac i straszliwy bol w dloni. Wartownik z wiezy wycelowal do mnie. Popedzilam na oslep za Rozka. Bol w dloni rozsadzal, najchetniej oderwalabym reke od siebie. Bylo mi ciemno w oczach, padalam, zrywalam sie, w glowie huczalo: teraz mnie zabil?! Na krok od wyzwolenia, po ponad pieciu latach cierpien?! Nie dam zyciu uciec! Nie umre! Zaciskalam zeby i piesci. Dowloklam sie za Rozka na rewir. Okazalo sie, ze kula przeszyla mi gorne przedramie, przeszla blisko serca, utkwila obok kregoslupa i pluca. Obezwladnila mi lewa reke.
Nie bylo juzteraz komor gazowych, ale byl lekarz esesmanski, ktory dobijal ciezko chorych na pryczach. Patrzylam z przerazeniem na drzwi baraku... Przyjdzie i wykonczy mnie.
Okazalo sie, ze zaciekawil go moj wypadek. Kazal mnie wyprowadzic na srodek baraku pod swiatlo, obejrzal moje rany i rozkazal odprowadzic mnie natychmiast do szpitala na meski lager, by mi usuneli kule i zlaczyli nerw. Nie nadazalam myslami za biegiem wypadkow, nie wierzylam w to, co dzialo sie ze mna.
W malym baraku szpitalnym na trzypietrowych pryczach lezaly nieliczne kobiety po operacjach. Nie byly to Zydowki; wiezniarek zydowskich nie leczono, robiono na nich jedynie eksperymenty "naukowe". Przyjal mnie mlody sanitariusz. Okazal zainteresowanie i zyczliwosc, co mi dodalo otuchy, bo bylam przerazona do najwyzszego stopnia. Pytal o szczegoly mojego wypadku, o pochodzenie, skad i jak dlugo jestem w obozie. Byly to charakterystyczne pytania – ludzie wciaz doszukiwali sie wiadomosci o swoich oderwanych bliskich, moze gdzies zyja, moze ktos ich widzial?...
Nie wiedzialam, co tu ze mna zrobia i balam sie wszystkiego i wszystkich. Zyczliwa obecnosc sanitariusza o imieniu Abram, polskiego Zyda, dzialala na mnie uspokajaco. Czekaly mnie az dwie operacje: usuniecie kuli i zlaczenie nerwu radialis. W Auschwitz?! Przechodzily mnie ciarki na sama mysl o tym! Utracilam duzo krwi, ciagle goraczkowalam.
Dwaj lekarze wiezniowie kluli mi reke az po ramie – niczego nie czulam. Nie moglam zgiac dloni, ani poruszyc palcami... Kaleka od pietnastego roku zycia! "Bylby mnie juz lepiej zabil", mowilam nieraz. Abram oponowal, uczyl mnie swego adresu w Krosniewicach, zapewnial, ze wojna wkrotce sie skonczy a my zostaniemy razem.
Usuneli mi kule z plecow bez znieczulenia, nerwu nie mozna bylo operowac, bo reka byla cala pokryta pecherzykami z ropa. Okazalo sie to szczesciem: w pierwszych dniach po wyzwoleniu, gdy zaczelam normalnie sie odzywiac, wrocila mi wladza w rece! Jednak musialam jeszcze w ciagu miesiecy, az do wyzwolenia, ukrywac moje kalectwo przed esesmanami w Ravensbrück, majstrami i chlystkami z Hitlerjugend w fabryce samolotow w Neustadt-Glewe. Zdrowa reka przykrecalam tam srubki do czesci samolotow, chora podtrzymywalam je od dolu. Bezwladna reke ukrywalam w duzym rekawie meskiego plaszcza, w ktory Abram ubral mnie przed ewakuacja z Auschwitz.
* * *
18 stycznia 1945 roku wyprowadzono nas wieczorem w wielkiej kolumnie z kobiecego lagru B2B. Na sniegu palily sie ogniska; Niemcy palili teraz dokumenty, juz nie ludzi! Jakas kobieta rozpytywala sie o Haline z przestrzelona reka – miala dla mnie paczuszke przerzucona przez druty. Od Abrama. Byla to jego porcja chleba dzielonego wiezniom na droge. Ostatnie pozdrowienie! Po wyzwoleniu, Abram zachorowal i zmarl; nie mogl trawic jedzenia po latach glodu.Spotkalam Celine na jakims odcinku tego beznadziejnego marszu, ktorym nas wlekli dniami i nocami po oblodzonych drogach, az do pociagu w Löslau (dzis Wodziszowice). Podczas tego marszu smierci jadlam i pilam snieg. W pewnej chwili, gdy juz padalam z wycienczenia, schylajac sie po garsc sniegu, uslyszalam niemieckie: "was ist mit dir?" (co z toba?) i znalazlam sie w objeciach Alwiry. Niemcy zabijali odstajacych od kolumny. Cala droga usiana byla trupami.
Zaladowali nas w nieopisanej ciasnocie do towarowych wagonow bez dachow. Mroz i wiatr w pedzie pociagu cial skore jak nozem. Dojechalysmy ledwie zywe do Ravensbrück. Po godzinach wystawania na dworze na zimnie, zamkneli nas w bloku karnym z przestepczyniami niemieckimi.
Ciasnota na podlodze malego pomieszczenia, nie codziennie troche zupy albo kawalek chleba. Niemki znecaly sie nad nami. Czasem wykradalam sie z baraku i mylam sie topniejacym sniegiem pod rynna. Po kilkunastu dniach odliczyli nas i znow odprowadzili pod eskorta do pociagu. Pociag osobowy tym razem, ogrzewany nawet!... Ale wszy tez ozywily sie od ciepla i dokuczaly nam jeszcze mocniej.
Siedzialam przy oknie i przygladalam sie mijanym krajobrazom niemieckich miast i wiosek. Stad do nas przyszli i wszystkich nam zabili, spalili nam wszystko, zabrali?! W tych pieknych domkach mieszkaja ich zony, matki, dzieci! Czy one wiedza o tym? Jezeli przezyje, pomyslalam, chcialabym do nich przyjsc i opowiedziec... Nie wiedzialam wtedy, ze w roku 1989 przyjade jako wolny czlowiek do Berlina z moja ksiazka Nadzieja umiera ostatnia [2], , i z filmem Z powodu tej wojny.
Ale tymczasem zaczynal sie luty 1945 roku i czekaly mnie dalsze miesiace na podlodze baraku w obozie Neustadt-Glewe. Przez dziesiec pierwszych dni nie dawali nam zupelnie jedzenia, potem dali chochle zupy i jeden bochenek chleba na dziesiec oszalalych z glodu kobiet. Mierzylo sie te porcje sznurkiem. Nieraz chleb byl w srodku zielony od plesni.
3 maja 1945 roku Niemcy ubrani w cywilna odziez zaladowali sie na ciezarowke, wystrzelili salwe z karabinow w tlum kobiet napierajacych na magazyn z zywnoscia – i odjechali. Brama obozu byla otwarta! Nie potrafilam sie cieszyc odzyskana wolnoscia na ziemi niemieckiej z dusza uwieziona w wiecznym Wczoraj. Jeszcze sie nie urodzilam sie do radosci, bylam raczej wypalona staruszka.
* * *
Po kilku tygodniach wloczegi dotarlysmy z Celina do Warszawy.
Halina Balin, Warszawa, lato 1945.
Zdjecie do legitymacji gimnazjum na Polnej w Warszawie.
Halina Balin na Pradze w Warszawie, na ul. Targowej, zima 1945/1946.
Uroczystosc na gruzach bunkra Mordechaja Anielewicza w ruinach Getta,
w trzecia rocznice Powstania w Getcie Warszawskim, Warszawa, 19 kwietnia 1946.
Halina Balin (z szarfa) po lewej stronie grupy.
Niedlugo potem, idac do komitetu zydowskiego spotkalam na ulicy brata! Okazalo sie, ze Marek wyskoczyl z okienka w biegu pociagu na Majdanek. Zostal postrzelony z dachu wagonu przez esesmanow. Dowlokl sie do jakiejs wiejskiej chaty, gdzie Polacy opatrzyli mu rane w plecach i pozwolili przenocowac. Inz. Stanislaw Strojwas pomogl mu uratowac sie w kryjowce w Warszawie. W styczniu 1945 Marek juz byl wolny w wyzwolonej Warszawie, ja wrocilam z obozow pod koniec maja.
Marek Balin, 1945.
Halina Balin, Niemcy, 1947.
Po roku wyruszylam z grupa mlodziezy ocalalej z zaglady i osieroconej, jak ja, nielegalna droga do Palestyny. Przekradalismy sie przez granice kilku panstw. Przez poltora roku przebywalismy w Niemczech w obozie UNRRA dla uchodzcow, a potem przez kilka tygodni w poludniowej Francji.W listopadzie 1947 odplynelismy malym, starym statkiem rybackim o zaglach, gdyz motor popsul sie nieomal od razu. Ukrywalismy sie pod pokladem, by sprawujacy wowczas wladze w Palestynie Anglicy, nie schwytali nas i nie odeslali na Cypr do obozu. Po dwoch tygodniach niebezpieczenstw i wszelkiego rodzaju niedostatkow na morzu udalo nam sie 3 grudnia 1947 roku dobic do Tel Avivu, jako pierwszy statek w uznanym przez ONZ panstwie Izrael.
Halina Balin, Izrael, 1948.
Henryk Birenbaum i Halina Balin, Tel Aviv, Izrael, 1948.
31. 1. 2003
Moje zycie zaczelo sie od konca...
חיי התחילו מהסוף...
Moje zycie zaczelo sie od konca –
najpierw poznalam smierc
potem – rodzenie.
Roslam wsrod nienawisci
w krolestwie burzenia,
dopiero potem poznalam
tworzenie.
Oddychalam ciemnoscia, pozarem,
wiednieciem uczuc –
to byla atmosfera mojego dziecinstwa,
dopiero potem ujrzalam
swiatlo,
dopiero potem dojrzalam
kwitnienie.
O milosci wiedzialam zawsze –
nawet gdy bylo gorzej niz strasznie!
Nawet w piekle istniala.
Spotkalam ja.
Moje zycie zaczelo sie od konca
i dopiero potem wrocilo do poczatku.
Zmartwychwstalam.
To nie bylo daremne, nie bylo daremne,
dlatego, ze Dobro jest nie mniej potezne
niz Zlo.
Rowniez we mnie jest sila Dobra!
– Jestem dowodem.
Halina Birenbaum
20. 02. 1983.
- Przypisy:
- "Kociol na Milej": we wrzesniu 1942, w Rosh Hashana (Nowy Rok zydowski), juz po wyslaniu wiekszosci warszawskich Zydow do Treblinki, Niemcy oglosili, ze na tym skonczyly sie akcje; wszyscy pozostali w getcie maja natychmiast skupic sie na Milej i kilku pobliskich ulicach: Niskiej, Ostrowskiej, Krochmalnej, gdzie przeprowadzona zostanie selekcja. Zydzi majacy zaswiadczenia pracy pozostana w getcie i wysiedlenie sie skonczy. (Wczesniej wielu wyrzucono z pracy.) Gdy tlumy Zydow wypelnily te nedzne, ciasne ulice, ciezkie, brutalne warty niemieckie okrazyly je, tworzac kociol bez wyjscia. Niemcy przeprowadzali selekcje i lowy na ukrywajacych sie Zydow. Starych ludzi i dzieci wraz z rodzicami wyciagali z kolumny i doprowadzali na Umschlagplatz, a stamtad wywozili do Treblinki. Nie ma slow, aby opisac te straszliwa tragedie dni Kotla na Milej! Podczas tej selekcji Niemcy wywiezli do Treblinki okolo 100 000 Zydow. Po dwoch tygodniach zdjeli warty, a getto zostalo zmniejszone do kilku ulic i zamienione w oboz pracy – szopow i placowek. W maju 1943, po zdlawieniu powstania, warszawskie getto zostalo ostatecznie zlikwidowane. (powrot)
- Moja ksiazka po polsku p.t. Nadzieja umiera ostatnia i jej dwa wydania po angielsku (Hope is the last to die) zawieraja moje obszerniejsze wspomnienia z lat Holocaustu Szoa:
- Halina Birenbaum, Nadzieja umiera ostatnia. Panstwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau, Oswiecim, 2001. 276 pp. ISBN 83-85047-99-9
- Halina Birenbaum, Hope is the last to die. Publishing House of the State Museum in Oswiecim, 1994. ISBN 83-85047-11-5
- Halina Birenbaum, Hope is the last to die. A coming of Age under Nazi Terror. A classic of Holocaust expanded with a new postscript. M.E. Sharpe Armonk, New York, London, 1996
(powrot)* * *
English version: Life as Hope
French version: La vie comme l'espoir
Spanish version: La vida como esperanza
Author's poems (in English):The Trees Are Silent; "The Pianist"; My Father, Mother, Do You See Me?;
My Brother Hilek; She Waited For Me.
A Life Almost Anew
Wiersze Autorki:Drzewa milcza; Moj ojciec; Czy mnie widzisz, Mamo?;
Moj brat Chilek Grynsztejn; Ona tam czekala.
Pianista
Zycie niemal od nowa* * *
Dr Marek Balin, Halina (Balin) Birenbaum i Henryk Birenbaum, Timberlake, OH, 1968.
Halina Birenbaum, Izrael, 1971.
Henryk i Halina Birenbaum, Polska, lipiec 2003.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||