Trzy krótkie szkice Joanny Pollakówny o Józefie Czapskim, przypomniane z Jej rękopisów.   (amk)





TRUD





JOANNA   POLLAKÓWNA



Kiedy czyta się dzienniki, artykuły Czapskiego, zaskakuje i wciąga jego język. Prosty, kolokwialny, bardzo własny: z wpisaną w kadencję zdania intonacją żywego głosu, ze specyficznymi kresowymi regionalizmami. Nie omijający kalk z języków, którymi Czapski swobodnie władał od dzieciństwa: francuskiego i rosyjskiego.

Artykuły pozornie nie mają żadnej konstrukcji. Płyną tokiem myśli i skojarzeń stale nawracających do własnego doświadczenia: życiowego, duchowego i malarskiego. Płyną? Nie, raczej przedzierają się, pokonywują opór mowy, dążąc do precyzji wypowiedzi. To nie jest "piękne pisanie" – to jest szukanie poprzez słowa drogi ku prawdzie. I jest wielka siła w tym pisaniu.

A malowanie? O malowaniu Czapski wiedział bardzo wiele. Na tyle wiele, by zachowywać wobec niego – przy całej wiedzy, przy całym doświadczeniu swojego talentu – bezmierną pokorę. Tym większą, że malowanie było dla niego nie tylko aktem twórczym; było przede wszystkim przedzieraniem się do prawdy własnego przeżycia. Sprawdzianem uczciwości i sprawdzianem własnej zdolności do przekazania wizji najbardziej osobistej, olśnienia tak nagłego i skłonnego do odlotu, że, aby je przytrzymać i utrwalić, trzeba było szalonego napięcia. By zaś oddać je w całej rzetelności malarskiego rzemiosła – długich godzin wytężonej pracy. To był uparty, niepokojem podszyty wysiłek: by żadnym dotknięciem pędzla, żadną niebacznie położoną plamą barwną, źle wyważonym stosunkiem kształtów, nie uchybić pierwszej chwili zachwytu i raptownie w sobie objawionej idei obrazu. W tych momentach przeplatały się ze sobą: zachwyt i żmudne przedzieranie się przez opór wyobraźni, niedoskonałość spojrzenia czy ruchu ręki. Trudne, mozolne szukanie prawdy.

Dziś to wszystko odnajdujemy w obrazach. Szczęśliwe zaskoczenie widzianym: choćby tym tłustym jamnikiem w zielonym kubraczku, który tu właśnie, na skosie odmierzonym od pary grubych nóg w granatowych bucikach, wrysował się w tkany z czerwieni i fioletów prostokąt.

Własną posiwiałą głową zobaczoną obok blejtramu w ramie lustra, gdy gdzieś powyżej, w zastanawiająco trafnej odległości, zwiesza się zgrzebnie żarówka osamotniona w przestrzeniach sufitu.




Józef Czapski, Autoportret, 1974,
olej na płótnie, 101x60 cm.


Czy pejzaż: odcięta poszarpaną diagonalą strefa morza pod ciemniejszym niebem i strefa nadmorskiej, w skale wykutej drogi z wiotką postacią, która spina sobą niebo, morze i drogę.

Wszędzie odnajdujemy zamysł w stowarzyszaniu plam barwnych, usilność drgającego konturu, a czasem – nagłą radość z powoływania pulsującego pod muśnięciami pędzla naskórka koloru. I jeszcze coś, jak timbre żywego głosu zapisanego w dukcie linii, w choreografii plam.

Co zostaje po artyście, pisarzu? Książki, obrazy, a w nich zastygłe chwile widzenia, myśli, ból i zawahania. I jeszcze ten chropawy, nieugięty trud; podejmowany samotnie, po tysiącokroć, w obezwładniającym lęku i wibrującym zachwycie: trud przedzierania się do prawdy przeżycia, pilnego przekładania przeżycia na słowo, kształt i kolor.







NA POŻEGNANIE JÓZEFA CZAPSKIEGO





JOANNA   POLLAKÓWNA





Józef Czapski, Maisons-Laffitte 1987.
(Fot.   Bogdan Paczkowski.)


Umarł Józef Czapski. Wiedzieliśmy wszyscy, że ta wiadomość dopadnie nas lada moment – i odpędzaliśmy tę myśl od siebie. Prawda, że w ostatnich czasach był – ale jakby cokolwiek dalej. Bardzo już swoim blisko dziewięćdziesięciosiedmioletnim życiem znużony. Mimo wszystko – był. A obecność tych Światłych, tych Żarliwych, którzy poprzez bolesne i pełne rozterek doświadczenie wewnętrzne podchodzą najbliżej do prawdy i do duchowej czystości czyni świat miejscem bardziej mieszkalnym. Więc teraz, odchodząc, jednak nas osierocił.

To swoje długie życie przeżył w wyostrzonym poczuciu odpowiedzialności. W młodości, gdy z pobudek pacyfistycznych odmówił służby wojskowej i z Antonim Marylskim zakładał wspólnotę religijną w rewolucyjnym Petersburgu, było to poczucie odpowiedzialności za los ludzkich sumień. Gdy w 1918 r. poszukiwał w Rosji zaginionych polskich oficerów, gdy walczył na froncie w roku 1920 – za los własnego kraju. Gdy wśród wielkiej udręki dopracowywał się – wespół z grupą kolegów-malarzy, zwanych kapistami – a podświadomie trochę wbrew nim – własnego autentycznego wyrazu jako artysty – było to pełne powagi poczucie odpowiedzialności za prawdę sztuki.

Bo był przede wszystkim malarzem. Swoje uzdolnienia literackie wyzyskiwał znakomicie jako l'ecrivain d'art, jako autor fascynującego dziennika. Prawda, zrobił z nich i inny użytek, za który świat winien mu jest wdzięczność – kiedy jako jeden z pierwszych demaskował prawdę o totalitarnych mechanizmach politycznych Związku Radzieckiego, kiedy wyjawiał zbrodnię katyńską. Ale nawet w swoich książkach o pobycie w Rosji myślał obrazami. Pisząc o okrucieństwie wojny opisywał kolor północnego nieba, rysunek brzozowych gałązek, barwy pustyni.

Przejścia wojenne, dotknięcie granicy ludzkiego doświadczenia, wywołały w Czapskim kryzys duchowy – bolesny ale i wyzwalający artystycznie. Osiadłszy w Paryżu, mozolnie wdrażając się ponownie w fach malarski, ukształtował, teraz już śmielej i bardziej świadomie niż przed wojną, własną osobowość artystyczną. Osobowość malarza silnie ekspresyjnego, malarza raptownego olśnienia. I jak zawsze, jak we wszystkim – kierującego się głębokim poczuciem odpowiedzialności. Odpowiedzialności za celność i prawdę malarskiego zapisu doznania oczu.

Doznanie to bywa dwojakiej natury; dokonywuje się w nagłym, zaskakującym zobaczeniu: człowieka, sytuacji, czasem osobliwego fragmentu przedmiotu. Rezultatem tych mgnieniotrwałych zobaczeń są obrazy jakby przypadkowo kadrowane, sekwencje życia zatrzymanego w biegu. I są też doznania inne: medytacyjne. Wpatrzenia w grupy przedmiotów wymieniających między sobą ciche refleksy i cienie, skupione wpatrzenia w coraz bardziej syntetycznie pojmowany pejzaż. Ten sposób malowania, skrupulatny i pokorny, odzwierciedla głęboko religijną naturę Czapskiego, jego modlitewny zachwyt wobec stworzonego świata, jego upodobanie do pism mistyków.




Józef Czapski, Cienie i pędzle, 1988,
olej na płótnie, 92x73 cm.


W ostatnich latach życia pół-niewidomy malarz osiąga w swych obrazach wysoki stopień sublimacji: kształt oczyszcza się, sprowadza do postaci elementarnej i koniecznej. Kolor kładzie się płaszczyznami zwartymi, wymownymi, to znów uderza z nagła tematycznym zawirowaniem. Te przednocne obrazy blisko dziewięćdziesięcioletniego Czapskiego są zdumiewająco i po młodzieńczemu współczesne.

To piękne i rzadkie – umieć w starości artystycznie siebie spełnić. I to bardzo piękne – tak umieć w życiu spełnić siebie. Mieć taki dar przyjaźni i tak nią szczodrze, tak wielkodusznie obdarzać. Z takim uważnym zainteresowaniem pytać i słuchać. Z takim nie zmatowiałym zachwytem wczytywać się w literaturę, oglądać obrazy, ulice miast i pejzaże. Tak umieć kochać i tę miłość w całym jej mądrym pięknie życiem swoim poświadczyć.


12 stycznia 1993







Prezentacja albumu "CZAPSKI"





JOANNA   POLLAKÓWNA



Tekst wygłoszony przez Autorkę w Kordegardzie w Warszawie 15 grudnia 1993
oraz na spotkaniu autorskim w Lublinie w lutym 1994.


[...]
Zajmując się od lat twórczością Józefa Czapskiego byłam przekonana, że konieczne jest opracowanie jej w formie książki albumowej.

Album, czy jak to wolę nazywać, książka albumowa, sumując w tym określeniu reprodukcje obrazów, studium o twórczości artysty i teksty uzupełniające, jest niezbędnym etapem utrwalania postaci malarza w zbiorowej pamięci. Stanowi bowiem podstawowe narzędzie budowania muzeum wyobraźni: jako przenośna wystawa obrazów, z którą można obcować intymnie we własnym domu, wpatrywać się dowoli w fotografie płócien, wspierając wyobraźnię towarzyszącym im komentarzem i wiadomościami o autorze.

Zaś dla piszącego o sztuce opracowanie albumu jest najpełniejszą formą hołdu, jaką jest zdolny złożyć artyście.

Ta forma hołdu dla Józefa Czapskiego wydawała mi się tym ważniejsza, że w wypowiedziach wielu krytyków i dziennikarzy postać Józefa Czapskiego – pisarza, autorytetu moralnego i człowieka politycznego przesłaniała niejednokrotnie jego malarską osobowość. A przecież Czapski przy wielości swoich wzajem się stymulujących talentów, w całej swojej duchowej i intelektualnej pełni, był przede wszystkim – malarzem. Jego absolutny słuch etyczny, poczucie odpowiedzialności wobec historii sprawiły, że angażował się czynnie w działania polityczne. Żarliwość obcowania z literaturą, wrodzony dar słowa, czyniły go wybitnym pisarzem. Niemniej wszystkie jego poczynania, wszelką aktywność pisarską, cechowała wrażliwość i wyobraźnia artysty. Decyzje życiowe zwykł był rozstrzygać wśród burzliwej wewnętrznej dyskusji z własnym sumieniem, odwołując się do religii i przeczuwanej prawdy sztuki.

Poczucie moralnej odpowiedzialności kierowało Czapskim w sprawie malarskiej równie silnie, jak w sprawach życia. I zarówno w sprawach życia jak w sprawach sztuki wsparciem i drogowskazem były mu przeżycia, które zawdzięczał literaturze i malarstwu.

Gdy w młodości, rozpaczliwie rozdarty, szuka własnego głosu artysty, pomaga mu lektura Prousta i kontemplacja obrazu Corota. Kiedy z grupą oficerów, internowany w Starobielsku i Ostaszkowie dzieli poczucie złowrogiej niepewności losu – spisuje, mając za jedyne źródło własną pamięć – studium o Prouście i przygotowuje dla kolegów wykłady z historii sztuki.

Ani czas obozowy, ani tragiczne dociekanie losów zamordowanych przez Sowietów oficerów polskich, ani żołnierska wędrówka z Armią Andersa nie znieczulają go malarsko. Rysuje, patrzy, opisuje w swoich wspomnieniach pejzaż, jego kolor i światło. W czasie długich przejazdów pociągami pisze zadziwiające urodą i przenikliwością myśli szkice o psychologicznych i duchowych doświadczeniach pracy malarza.

Po wojnie wraca do malarstwa. Blisko pięćdziesięcioletni, rozpoczyna nowy okres artystycznego życia.

Duchowość Czapskiego jest jak głęboka podziemna rzeka wyłaniająca się na powierzchnię rozmaitym nurtem: to obrazami – zapisami nagłych olśnień, raptownych zadziwień fragmentem widzianego świata dojmującego współczucia dla ludzkiego losu w jego bólu i brzydocie bystrych rozbawień groteskowością życia. To znów obrazami innymi: wyciszonymi medytacjami nad grupami przedmiotów w ich milczącym wzajemnym obcowaniu poprzez barwę, cień, refleks, zarys.

I wreszcie ta cicho burząca się rzeka wypływa na powierzchnię nurtem przez całe życie spisywanego dziennika przekładającego na nieomylne słowo to wszystko, co przepływa niemo potokiem malarstwa.

Zadziwiająca jest ta jedność duchowego świata przejawiająca się w barwie, kształcie i słowie. Najbardziej może wstrząsającym wyrazem są zapisy ostatnie: szerokimi plamami czystego koloru, drucianą, jakby nieporadną, a przecież niechybną kreską tworzone obrazy. Nadzwyczaj współczesne obrazy dziewięćdziesięcioletniego malarza. I lapidarne, skrótowe notatki dziennika zapisane tą samą, nie wspomaganą przez zanikający wzrok ręką.

Spójność tego artystycznego dzieła, tak głęboko duchowo podpiwniczonego, sprawiła, że wydanie tej książki wydawało mi się bardzo ważne. Żal mi, że nie doczekał go sam Józef Czapski. Tyle, że zdążyłam Mu jeszcze, latem 1991 roku, przeczytać sporą część zawartego w niej tekstu. Na wyrażoną wówczas przeze mnie obawę, czy aby nie jest tą lekturą już zmęczony, usłyszałam wzruszającą zachętę: – czytaj, czytaj, ja siebie odpoznaję... A potem: – może tę książkę jeszcze zobaczę...




Józef Czapski z Joanną Pollakówną, Maisons-Laffitte 1987.
(fot.   Wiktor Dłuski.)


Nie zobaczył. Że jednak po blisko trzech latach żmudnych zabiegów, a w rok po śmierci Czapskiego książka się ukazała, jest zasługą wydawnictwa Krupski i S-ka [1], odważnie inaugurującego tym albumem swoją działalność.
[...]





  1. Wydawnictwo Krupski i S-ka już nie istnieje.   (amk)





Teksty Józefa Czapskiego i Józefie Czapskim zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje