
PORTRET RODZINNY
KAZIMIERZ GROTOWSKI
Nasi Rodzice, Emilia z Kozłowskich i Marian Grotowski urodzili się w Galicji, w ostatnich latach XIX wieku. Matka we Lwowie, a Ojciec w Rzeszowie. Matka ceniła tradycje rodzinne i zostawiła dość szczegółowe zapiski, sięgające wstecz mniej więcej do początku XIX-go wieku. Potrafiła interesująco na ten temat opowiadać i przez pewien czas Jurek żywo interesował się rodzinnymi korzeniami. Nasza rodzina, to oprócz Polaków również Czesi, Niemcy, Węgrzy i Francuzi, którzy w różnych okresach minionych 200 lat przyjechali do kraju nad Wisłą i tutaj się spolonizowali.Dziadek Eugeniusz Kozłowski urodził się w 1846 roku. Jego matka, Czeszka, Katarzyna Stach zmarła w wieku 22 lat. Ojciec ożenił się drugi raz, a Eugeniusza wychowywały ciotki. Eugeniusz ukończył gimnazjum w Bochni i wstąpił do seminarium duchownego w Tarnowie. Po trzecim roku stwierdził jednak, że brak mu wystarczającego powołania.
Ukończył w końcu prawo, zarabiając na życie jako guwerner w dworach szlacheckich. Był urzędnikiem kolei Cesarsko-Królewskiej we Lwowie. Eugeniusz ożenił się z Marią Josse (ur. 1855 r), najstarszą córką Emilii Pawłowicz i Piotra Josse, nad-radcy salin w Bochni. Ojciec (czy dziadek?) Piotra Josse, Francuz, wyjechał z Francji do Niemiec na przełomie XVIII i XIX wieku, tam ożenił się Teresą Rössler i ostatecznie zamieszkał w Galicji. Eugeniusz Kozłowski przeszedł na emeryturę jako radca dworu (takie były wówczas stopnie w galicyjskiej administracji) i przeniósł się z rodziną do Rzeszowa, gdzie mieszkała najstarsza córka Łucja, żona architekta Józefa Jaśkiewicza. Eugeniusz zmarł na atak serca w 1918 roku.
Naszych dziadków, Eugeniusza i Marię Kozłowskich znamy wyłącznie z opowiadań naszej matki Emilii. Eugeniusz miał wykształcenie klasyczne, znał grekę i łacinę, biegle mówił po niemiecku. Śpiewał i grał na fortepianie, występował w amatorskich teatrach. Znał Modrzejewską w jej Lwowskich czasach. Miał zdolności literackie. Babcia Maria, w młodości typowa panna z zamożnego domu (miała dwie bony, Francuzkę i Niemkę) była, jak pisze nasza Matka, bardzo inteligentna, oczytana, miała wszechstronne zainteresowania i była w miarę despotyczna. Dziadkowie mieszkali we Lwowie w pięciopokojowym mieszkaniu, w którym odbywały się zjazdy rodzinne i oprócz czworga dzieci zawsze chowały się jakieś sieroty. Sytuacja rodziny Kozłowskich pogorszyła się dramatycznie podczas pierwszej wojny światowej i po śmierci dziadka. Nasza Matka ukończyła seminarium nauczycielskie w Rzeszowie i objęła posadę w szkole na Podlasiu, dokąd zabrała ze sobą ciężko chorą matkę. Babcia Maria miała chroniczne zapalenie stawów i przez kilka lat nie wstawała z łóżka.
Nasz dziadek ze strony Ojca, Bolesław Grotowski urodził się w Jaworznie w 1864 roku. Jego rodzicami byli Stanisław i Daniela z Jelonkowskich. Bolesław ukończył filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim i był profesorem w Pierwszym Gimnazjum Męskim w Rzeszowie. Ożenił się w wieku 27 lat, z młodszą o cztery lata Kazimierą Haitlinger, córką Ferdynanda i Marii z Klimkiewiczów. Mieli czworo dzieci. Bolesław uczył łaciny i greki, przedmiotów zazwyczaj nienawidzonych przez uczniów. Mimo to, miał podobno dobre kontakty z młodzieżą, przez którą był nazywany Pitołajem. Stanowi on jedną z sympatyczniejszych postaci, opisanych przez Józefa Bieniasza w książce Edukacja Józia Barącza. Mieszkali na pierwszym piętrze w byłym pałacyku Lubomirskich, w obszernym mieszkaniu wynajmowanym od doktora Niecia. Bolesław zapadł na raka krtani, zawodową chorobę pedagogów i mimo radiologicznej kuracji w Szwajcarii, zmarł w 1914 roku. Biedna babcia Kazimiera, aby utrzymać rodzinę przyjmowała na stancję studentów. Babcia Kazimiera była jedyną przedstawicielką naszych dziadków, która za życia widziała swoje wnuki Kazimierza i Jerzego. Pamiętam jej uszczęśliwiony na nasz widok uśmiech i wspaniałe pianki, którymi nas częstowała.
Nasi Rodzice poznali się w zimie, na ślizgawce obok budynku Sokoła, przy ulicy Krakowskiej w Rzeszowie. W jednym z listów do Matki, Ojciec wspomina, że podarował jej wówczas pomarańczę. On miał 16 lat, ona była o rok starsza. Młodzieńczy flirt naszych rodziców przechodzi jednak różne koleje. Marian należy do Strzelca. Zachował się jego pięknie ilustrowany odręcznymi rysunkami notes, w którym opisuje zasady obozowania w dzikim terenie. Jest rok 1914. Wybucha pierwsza wojna światowa. Marian, uczeń gimnazjum, wstępuje do Legionów Polskich i służy w 2 pułku piechoty na froncie rosyjskim w Karpatach. W marcu 1915 roku, zarejestrowany w Centralnym Urzędzie Ewidencyjnym Polskiego Korpusu Posiłkowego z szarżą kaprala, zostaje zwolniony z wojska z powodu złego zdrowia. Zdaje maturę w Rzeszowie w 1916 roku. Gdzieś w tym czasie zaczyna prowadzić pamiętnik. Pojawia się w nim często imię Mili, a następujący tekst jest szyfrowany. Mają wówczas wspólny krąg znajomych, spotykają się, chodzą na wycieczki. Na jednej z nich (patrz zdjęcie) Mila nosi strój krakowski, a Marian marynarkę i rozpiętą, a là Słowacki, koszulę.
Wycieczka na wieś (czasy licealne). Marian Grotowski leży pod ławą, po prawej siedzi Mila w stroju krakowskim.
Ojciec po maturze wyjechał do Wiednia i przez jeden rok (1916/17) studiował w Hochschule f. Bodenkultur. Powołany z powrotem do wojska w październiku 1917 roku, najpierw austriackiego, a następnie polskiego, ukończył wojnę bolszewicką w stopniu porucznika. Tylko z rzadka przyjeżdża do Rzeszowa. A tymczasem zmarł w 1918 roku ojciec Mili, była następna wojna. W jakiś czas później Mila wraz z chorą matką wyjeżdżają na Podlasie.
Lata wojny bolszewickiej. Marian siedzi trzeci od lewej, 1920.
W Wiedniu Ojciec zamieszkał u swojego stryja Erazma Grotowskiego. Żyjący samotnie Erazm, stary kawaler, zaopiekował się bratankiem jak synem. Marian początkowo zamierzał w Wiedniu zapisać się na politechnikę. Nie powiodło mu się jednak przy egzaminie z matematyki. Był niepocieszony i z goryczą oskarżał wiedeńskich profesorów o stronniczość. Erazm poradził mu spróbować jeszcze raz na leśnictwie, co spotkało się z sukcesem. Ojciec dyplom inżyniera leśnictwa uzyskał dopiero po wojnie, w 1923 roku, na Uniwersytecie Poznańskim.Marian przyjaźnił się ze stryjem Erazmem aż do wybuchu drugiej wojny światowej i odwiedzał go w Warszawie. Erazm traktował Mariana jak towarzysza broni i tego, który pamiętał stare wiedeńskie czasy. Nasz stryjeczny dziadek Erazm Grotowski, młodszy brat Bolesława, po ukończeniu korpusu kadetów studiował w Akademii Wojskowo-Technicznej w Wiedniu. Był specjalistą od materiałów wybuchowych i gazów bojowych. Pułkownik armii austriackiej, przeszedł do wojska polskiego w grudniu 1918 roku. Początkowo był komendantem zbrojowni w Krakowie, następnie szefem sekcji chemicznej w departamencie uzbrojenia Ministerstwa Spraw Wojskowych i zastępcą szefa departamentu uzbrojenia. Mianowany generałem brygady w 1919 roku, był do 1924 roku zastępcą generalnego inspektora artylerii. Przeszedł na emeryturę w stopniu generała dywizji. Mieszkał w Warszawie. Ożenił się z wdową, Amelią Różycką. Zmarł podczas okupacji, w 1942 roku. Po ukończeniu studiów w Poznaniu Ojciec podejmuje pracę. Jak wynika z rodzinnych dokumentów, w czasie do 1939 roku zmienia posady sześć razy. Przez kilka miesięcy jest na Wołyniu urzędnikiem VII stopnia służbowego Urzędu Wojewódzkiego w Łucku. Pełni obowiązki komisarza ochrony lasów. Zwolniony na własną prośbę odchodzi (z VIII stopniem służbowym) do pracy w Zarządzie Dóbr hrabiny Szuwałowej na ziemi Wołyńskiej, gdzie już w 1924 roku jest nadleśniczym Dóbr Dubno i kierownikiem eksploatacji, a zarazem zastępcą administratora dóbr. Podlegają mu w tym czasie wszystkie rewiry leśne, Pełcza, Kleszczycha, Chiczawka, Borki, Trójkąt, eksploatacje leśne w Pełczy i Krzywuse, oraz tartaki w Dubnie, Tarakanowie, Krzywuse i Smolarni. Powodzi mu się doskonale. Urządza przyjęcia, a na imieninach przygrywa cygańska kapela. Ma wówczas 26 lat. Podczas wojen młodzież dojrzewa szybciej. W 1926 roku hrabina Szuwałowa sprzedaje znaczną część lasów i Marian traci pracę. W świadectwie odejścia, jego przełożony, pan Szejdeman, chwali go "za wszechstronną fachowość, gorliwość i zamiłowanie do swego zawodu, jak również bezwzględną uczciwość". Marian wyjeżdża wobec tego do Francji, studiować przez rok, jako wolny słuchacz, na Wydziale Leśnictwa w Nancy. Jego dokumentem podróży jest Dowód Osobisty, wydany w językach polskim i francuskim.
Marian Grotowski. Zdjęcie z dowodu osobistego, ok. 1926.
Z wklejonego zdjęcia spogląda pewny siebie, młody (niemłody?) człowiek, dość arogancko prezentujący dłoń z papierosem i sygnetem. Były to czasy noszenia herbowych sygnetów. Jedzie do Nancy przez Czechosłowację, Austrię, Szwajcarię. Po roku wraca do Polski. Pismem z dnia 25 czerwca 1927 roku, prezes Sądu Okręgowego w Rzeszowie "mianuje pana Mariana Grotowskiego, inżyniera leśnego, znawcą sądowym w sprawach lasowych, a to: gospodarczo-leśnych, przemysłu drzewnego tartacznego oraz przeróbki drzewa i handlu drzewnego". W tym samym czasie jest przez rok, wolno praktykującym inżynierem leśnym. Jest to jakieś zajęcie, ale gdzie mu do czasów nadleśnictwa w dobrach hrabiny Szuwałowej.Tymczasem umiera Babcia, Maria Kozłowska i zostaje pochowana na Podlasiu. Emilia wraca w rzeszowskie strony. Podejmuje pracę nauczycielki we wsi (chyba Zalesie?) niedaleko Rzeszowa. Ma starającego się, ale w ostatniej chwili zrywa zaręczyny. Dowiaduje się o tym Marian. Przyjeżdża, oświadcza się i zostaje przyjęty. Pobierają się na wiosnę 1929 roku. Nie wiedzą, że przeżyją ze sobą tylko 10 lat. W zastępstwie rodziców, Milę "wydają" przyjaciele rodziny Kozłowskich, Maria i Józef Nethowie. Weselne przyjęcie odbywa się w ich mieszkaniu w Rzeszowie, przy ulicy Krakowskiej 13. Tam, rok później, Emilia urodziła syna Kazimierza, a Maria Nethowa była jego matką chrzestną. Drugi syn Jerzy urodził się w 1933 roku w mieszkaniu babci Kazimiery Grotowskiej.
Po ślubie, Marian i Emilia mieszkają u niej na wsi w Zalesiu. Niebawem przenoszą się do Leszna, gdzie Marian dostaje posadę kontraktowego kierownika dokształcającej, publicznej szkoły zawodowej, a jednocześnie nauczyciela Państwowej Szkoły Budownictwa. Naczelnik Wydziału Kuratorium okręgu Szkolnego Poznańskiego, w piśmie do Ojca, zaznacza, że pełnienie tego obowiązku nie daje mu żadnych praw z Ustawy o stosunkach służbowych nauczycieli. Nie było to zapewne ani intratne ani interesujące zajęcie. Na szczęście los znów uśmiechnął się do Mariana. Obejmuje posadę nadleśniczego i zarządcy lasów księcia Lubomirskiego w Sochach koło Rozwadowa. Emilia jest szczęśliwa. Nadleśnictwo, to duże zabudowania, otoczone pięknymi lasami. Są konie, krowy, psy, a do tego służba. Matka bawi się w gospodarstwo i wychowuje małego Kazimierza. Ojciec zabiera Matkę na polowania. Nie tylko wokół Rozwadowa. Jeżdżą w okolice Worochty i Mikuliczyna, gdzie mieszkają cioteczne siostry Mili, Niusia i Miecia Josse z ciotką Bronisławą Nostadt. Tam Ojciec poluje na głuszce. Ojciec wyjeżdżał na ćwiczenia wojskowe (był kapitanem rezerwy) i zostawiał matkę na gospodarstwie. Opowiadała nam, że czasem w nocy psy głośno ujadały. Znaczyło to, że ktoś kradnie siano na łąkach. Wychodziła wówczas ze strzelbą na podwórze i strzelała w powietrze.
Po pewnym czasie książę Lubomirski zaczął zalegać z wypłatą pensji, lub w ogóle o niej zapominał. Ojciec złożył wymówienie i skierował sprawę do sądu. Wygrał proces, ale ściąganie należnych pieniędzy trwało długo i nie obeszło się bez komornika.
Przenieśliśmy się do Przemyśla. Pamiętam nasze mieszkanie, tuż przed wojną, przy ulicy Grodzkiej. Trzy pokoje z kuchnią, łazienką i pokoikiem dla służącej. Bawiliśmy się głównie w jadalni i sypialni. Gabinet Ojca, umeblowany gdańskimi meblami, z biurkiem, biblioteką, zbiorem znaczków i miękkimi "klubowymi" fotelami był dla nas raczej zamknięty. W jadalni stało pianino, narzędzie mojej męki. Matka udzielała mi na nim lekcji, które bardzo mnie nudziły. Jurek, z racji młodego wieku, był jak na razie oszczędzany. Matka pięknie grała na fortepianie. Tadeusz Deszkiewicz, we wspomnieniach o Stanisławie Wisłockim, pisze o młodej zdolnej pianistce, Emilii Kozłowskiej, grywającej na towarzyskich koncertach w domu Wisłockich w Rzeszowie [1]. Były to wczesne lata dwudzieste. Wisłoccy mieszkali przed wojną w Przemyślu i przyjaźnili się z Emilią i Marianem. Nasz dom, własność przemyskiej Kurii, stał (i stoi do dzisiaj) naprzeciwko Kasyna Garnizonowego, w którego sali Stanisław Wisłocki dał pierwszy w życiu koncert. Obie rodziny bardzo to przeżywały. Tuż przed koncertem, u nas w mieszkaniu, rozgrzewał sobie ręce w miednicy z gorącą wodą. Miało to zwiększyć elastyczność palców (?!). Na wzgórzu nad naszym domem stała katedra, a jeszcze wyżej zamek otoczony parkiem. Chodziliśmy tam z Matką. Uczyła nas jak się nazywają drzewa, jak wyglądają ich liście. Rodzice starali się traktować nas jednakowo. Była to jedna z doktryn pedagogicznych. Przy wszystkich okazjach, mimo różnicy wieku, dostawaliśmy takie same prezenty. Tak było przynajmniej tuż przed wojną. Również przyjęcia imieninowe odbywały się jednego dnia. Na świętego Kazimierza lub Jerzego. Pamiętam imieniny w 1939 roku. Był to bal kostiumowy pod znakiem bajki o wilku i trzech świnkach. Ojciec zrobił z kartonu i wymalował kostiumy. Była wspaniała zabawa, w której między innymi brali udział Jerzy Wisłocki, młodszy brat Stanisława i przyszły muzyk, Lesiu Lic. Był to okres pierwszej fascynacji Ojca malarstwem. Po przeprowadzce do Przemyśla Ojciec zaczął się nudzić i Matka wpadła na pomysł by zapisał się na lekcje rysunku i malarstwa. Z tego czasu pochodzą martwe natury, mój portret i obraz pałacyku Lubomirskich w Rzeszowie, w którym mieszkali nasi dziadkowie i gdzie Jurek przyszedł na świat. Byliśmy świadkami gorących dyskusji na temat prądów w sztuce, pomiędzy Ojcem, a Tadeuszem Jaśkiewiczem, synem cioci Łuci, siostry naszej Matki.
Wakacje w Rymanowie. Marian Grotowski z Kazimierzem (po lewej) i Jerzym.
Ojciec pracował wówczas, jako cywil w wojskowej instytucji, która, o ile pamiętam, zajmowała się budownictwem i wojskowymi poligonami. Jako leśnik, często wyjeżdżał szacować lasy pod przyszłe tereny wojskowe. Otwierał wówczas, zamkniętą na klucz szufladę biurka i wkładał do kieszeni pistolet. Odludne tereny nie należały wówczas do bezpiecznych. Natomiast po powrocie wrzucał do dużego kosza w przedpokoju, kupiony kryminał, który umilał mu długie godziny spędzane w pociągach.
Mila z Jerzym (w środku) i Kazimierzem, Zaryte 1939.
Wakacje w 1939 roku spędzaliśmy z Matką na Smoleniowej Górze, w Zarytym koło Rabki. Ojciec przyjechał do nas niespodziewanie w połowie sierpnia. Powiedział, że zanosi się na wojnę i że lepiej wracać do Przemyśla. Zaczęły się nerwowe przygotowania. W naszym domu znajdował się schron przeciwlotniczy z żelbetowym stropem o grubości metra. W łazience urządzono schron przeciwgazowy. Uszczelniono okienko i drzwi i zgromadzono zapas żywności. Zgodnie z rozporządzeniem władz, Ojciec odniósł na policję swój pistolet, oraz sztucer, dryling i dubeltówkę, przechowywane w sypialni, na dnie szafy z ubraniami, do której czasem rzucaliśmy okiem. Ojciec, żołnierz z pierwszej wojny światowej i wojny bolszewickiej starał się utrzymywać optymistyczny nastrój. Matka przeczuwała najgorsze.Dzień pierwszego września obudził nas syrenami. Wybuchła druga wojna światowa. Ojca ewakuowano z jego wojskowym biurem, Matkę i nas tzw. pociągiem rodziny wojskowej. Jechaliśmy na wschód w wagonach towarowych. Z oddali widzieliśmy płonącą rafinerię ropy naftowej w okolicach Drohobycza. Niedaleko Lwowa dopadły nas niemieckie samoloty. Pociąg został zbombardowany, a do uciekających samoloty strzelały z karabinów maszynowych. Uciekaliśmy przez pola. Pamiętam bicie serca naszej Matki, która rzuciła nas na ziemię i przykryła własnym ciałem. Noc spędziliśmy wraz z innymi uciekinierami w lesie w jakiejś leśniczówce. Rano przyjechał do nas motocyklem Ojciec z kolegą. W ich pociągu usłyszano o bombardowaniu i o ofiarach w ludziach. Przyjechali zobaczyć czy ich rodziny żyją. Nie przypuszczaliśmy, że widzimy się po raz ostatni. Ojca z biurem ewakuowano na Węgry. My znaleźliśmy się w wiosce na północ od Lwowa. Była piękna jesień. Pod drzewami leżały nie zbierane, dojrzałe jabłka. Dowiedzieliśmy się o wkroczeniu do Polski Sowietów. Wieś była w przeważającej części ukraińska. Zaczęły się antypolskie wystąpienia. Około południa na wale odgradzającym wioskę od rzeki pojawiła się tyraliera polskiej policji. Stali z bronią u nogi i po godzinie zniknęli. Nadeszła noc krzyków, jęków i rzezi. Ukraińcy załatwiali swoje porachunki z Polakami. Nasze ocalenie zawdzięczaliśmy Ukraince. Schowała nas u siebie, kazała położyć się na podłodze i nie ruszać. Rano wkroczyli Sowieci. Wyglądali zupełnie inaczej niż zwycięska Armia Czerwona, którą zobaczyliśmy 5 lat później. Archaiczne czołgi jak na ilustracjach z pierwszej wojny światowej, karabiny na sznurkach. Ale chwilowo zapanował porządek.
Po pewnych perypetiach znaleźliśmy się z powrotem w Przemyślu. W naszym mieszkaniu zastaliśmy zakwaterowanego sowieckiego oficera, zastępcę komendanta miasta. Nie zachowywał się źle. Pewnego dnia, w październiku lub listopadzie, powiedział Matce, że zapewne zostaniemy wywiezieni na wschód, bo Ojciec pracował w wojskowym biurze. W tym czasie otwarto na krótko granicę na Sanie, pomiędzy sowiecką, a niemiecką strefą okupacyjną. Matka natychmiast skorzystała z okazji. Do wielkiej chusty włożyła kilka naszych ubranek i, nie wiadomo dlaczego, wielki nakręcany budzik. Z tym majątkiem ruszyliśmy do Rzeszowa. Niczego poza tym nigdy nie odzyskaliśmy. Ewakuacja odbywała się mostem kolejowym. Tłum uciekinierów. Po jednej stronie krzyczący na nas, obdarci czerwonoarmiści, po drugiej elegancko ubrani, uprzejmi żołnierze niemieccy. Kontrast był ogromny. Ale przerażająca prawda miała się niebawem ujawnić.
W Rzeszowie pojawiliśmy się bez środków do życia, zdani na pomoc rodziny. Mieliśmy tutaj spędzić, z przerwami, około 10 lat. Mieszkaliśmy w dwóch miejscach: przy ulicy Hetmańskiej w domu cioci Łuci i w mieszkaniu siostry Ojca, Stanisławy Grotowskiej, przy ulicy Szopena 35. Obie bardzo nam pomogły. Ciocia Stasia była przedobrą osobą. Niezamężna, pomoc bliższej i dalszej rodzinie uważała za rzecz naturalną. Jej trzypokojowe mieszkanie zamieniło się podczas wojny w obóz, w którym z przerwami, oprócz nas, mieszkała Czesława, żona naszego stryja Jerzego, z dziećmi Krystyną i Stasiem, a także szereg innych osób. Stryj Jerzy, doktor praw, do września 1939 roku prokurator w Nowym Sączu, ukrywał się całą wojnę.
Stanisława Grotowska pośród swoich uczniów.
Trudno było przystosować się do życia w wielkiej ciasnocie, ubóstwie i w warunkach rosnącego zastraszania i terroru okupacji hitlerowskiej. Ciocia Stasia była tą wspaniałą osobą, której okazywany dobry humor, optymizm i wewnętrzna równowaga, stabilizowały niełatwe często chwile. Bywały również sytuacje tragikomiczne. W pewnym momencie zatkał się w łazience odpływ wody. Podczas naprawy odkryto pod wanną starą, od lat nieużywaną dubeltówkę Mariana. Za posiadanie broni groziła wówczas kara śmierci. Przerażone Stasia i Mila, nocą, wyniosły strzelbę nad Wisłok i z mostu wrzuciły do wody.Jesienią 1940 roku Matka dostała posadę nauczycielki we wsi Nienadówka, około 20 kilometrów na północ od Rzeszowa. Zamieszkaliśmy w niedużej izbie, wyposażonej w piec kuchenny, u gospodarza Franciszka Ożoga. Ożogowie mieli dużo dzieci: Zosię, Weronikę, Hankę, Helę, Staszkę, syna Jasia i najmłodszą Anielkę. Byli wzorową rodziną. W ich starym, niedużym domu spotkaliśmy się z życzliwością i znaleźliśmy schronienie na cały czas wojny.
Matka musiała stawić czoła licznym problemom. Zdobywanie żywności, opału i odzieży wymagało wielkich wysiłków. Ustawiczną jej troską było utrzymywanie nas w zdrowiu w dość surowych warunkach. Tak zwane wygody ulokowane były na środku podwórza, w małej budce z serduszkiem. A zimy były wówczas srogie. Na czas mrozów, Franciszek Ożóg ocieplał swój drewniany dom warstwą perzu, a na podwórzu wykopane były ścieżki, głęboko zanurzone w śniegu. Zamiecie tworzyły wysokie zaspy. Wtedy to, jedyny raz w życiu, widziałem dom (nie nasz) zawiany śniegiem po komin. W Nienadówce przeszliśmy szereg tzw. dziecinnych chorób: świnkę, koklusz, ospę wietrzną, odrę. Były oczywiście również anginy i katary. Ja na dodatek miałem ropne zapalenie wyrostka robaczkowego (operacja była w Rzeszowie, a rekonwalescencja u Marii i Józefa Nethów), a Jurek zwichnął rękę w łokciu. Nastawiał mu ją na żywo miejscowy, domorosły "specjalista". Nie było wówczas antybiotyków. Matka cudem zdobywała najprostsze lekarstwa i specjalizowała się w stawianiu baniek i kładzeniu tzw. wysuszających kompresów. Gdy pogryzł mnie nieznany pies, Matka musiała sama, pierwszy raz w życiu, podawać mi w zastrzykach szczepionkę przeciwko wściekliźnie. Było to niezłe wyzwanie dla niedoświadczonej pielęgniarki, bo takie zastrzyki robiło się w brzuch.
Oczywiście, nie zawsze była zima. Przy dobrej pogodzie biegaliśmy po sadzie, właziliśmy do stodoły, stajni, obory. Bawiliśmy się z młodszymi dziećmi Ożogów, a często braliśmy udział w niektórych zajęciach gospodarskich, jak pasienie krów, zbieranie siana, czy poganianie konia w kieracie.
Chodziliśmy do szkoły w Nienadówce. Za okupacji tylko szkoła powszechna była dozwolona. Podbite narody miały umieć czytać, pisać i znać podstawowe operacje arytmetyczne. Oczywiście, nauka historii, czy literatury polskiej była zakazana. Największym wyzwaniem dla naszej Matki było zapewnienie nam, w tych nienormalnych warunkach, właściwego wykształcenia. To, że potrafiła stawić temu czoła, zadecydowało o całym przyszłym życiu jej synów. Matka miała wielkie ambicje. Mieliśmy czytać książki i uczyć się obcych języków. Mieliśmy też przerabiać na odpowiednim poziomie wszystkie przedmioty szkoły powszechnej, a Kazimierz od 1942 roku pierwszej i drugiej klasy gimnazjalnej. Trudno mi dzisiaj powiedzieć jak Matka zdobywała dla nas podręczniki. Na pewno pomagały jej w tym ciotki i znajomi. Matka dbała również o odpowiednie książki do czytania. Pewnego dnia, po inwazji Niemców na Związek Radziecki, przyszła do nas pocztą olbrzymia przesyłka. Znajdowały się w niej książki z likwidowanej polskiej szkoły w Mikuliczynie, na Huculszczyźnie, przesłane nam przez Miecię, Niusię i Bronię. Byli to oczywiście klasycy, jak Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Sienkiewicz, Żeromski, Prus, Reymont, ale również beletrystyka w rodzaju Makuszyńskiego, Conan Doyle'a, Defoe, Londona, Curwooda czy Maya. Matka wydzielała nam je, książka po książce. Mieliśmy również dostęp do książek poważniejszych, które w ostatnich latach wojny Matka zdobywała i których nie bała się nam dawać, jak Nowy Świat Fizyki Jeansa, Nowoczesna Alchemia Kendalla, Ścieżkami Jogów Bruntona, czy Życie Pszczół i Wielka Tajemnica Maeterlincka. Mogę śmiało zaryzykować stwierdzenie, że wtedy, nieświadomie, podczas długich popołudni i ciemnych wieczorów, rozjaśnianych płomyczkiem karbidówki, Jerzy i Kazimierz otrzymali to pierwsze pchnięcie, które w ostatecznie zadecydowało o ich drodze życiowej.
Równolegle do szkoły powszechnej w Nienadówce, Matka organizowała nam kształcenie w domu. Nie mogła temu sama podołać, więc uprosiła swą siostrę Łucię, która przyjeżdżała i uczyła nas różnych przedmiotów, głównie języków, niemieckiego i angielskiego. Uczenie w dużej mierze polegało na zadawaniu i przepytywaniu. Często bardzo nie chciało nam się wkuwać, ale Łucia była bardzo wymagającą i groźną ciocią. Starsza o kilkanaście lat od Mili, Łucia była osobą silnego, niezależnego charakteru. Jej dość wczesne małżeństwo nie było szczęśliwe. W tych czasach nie było rozwodów. Odeszła jednak od męża i wyjechała uczyć w jednoklasowej szkole na Podlasiu. W jednoklasowej szkole, w jednym pomieszczeniu, nauczyciel jednocześnie prowadził kursy różnych klas. Niełatwo było tak uczyć. Łucia bardzo na serio traktowała swoje obowiązki i wprowadzała niekonwencjonalne, nowoczesne, jak na owe czasy, metody nauczania. Położona na skraju wsi szkoła była jednocześnie mieszkaniem. Ciotkę ostrzegano, że poprzedniego nauczyciela napadnięto i obrabowano. I rzeczywiście, pewnej nocy bandyci zastukali do jej drzwi i kazali otwierać. Ciotka zakomunikowała, że jest uzbrojona i będzie strzelać, co spotkało się z drwinami. Wobec tego, kilka razy wystrzeliła przez drzwi z nagana i bandyci uciekli, zostawiając ślady krwi na schodach. Nigdy więcej nie wrócili.
I tak mijał dzień za dniem, a wokół była wojna i przemoc okupacji. Niemcy wybudowali dwa wojskowe lotniska: w Jasionce, w kierunku Rzeszowa i w lasach na północ od Nienadówki i odległego o 4 kilometry Sokołowa. Lotniska miały artylerię przeciwlotniczą. Słyszeliśmy ją czasem, strzelającą do przelatujących alianckich samolotów, tych zrzucających broń dla partyzantów. W Nienadówce działała organizacja Armii Krajowej. Tępiła konfidentów, a pod koniec wojny organizowała zasadzki na niemiecką policję, która przyjeżdżała zabierać chłopom żywność i bydło. Dokonali również udanego zamachu na szefa gestapo w Sokołowie, który wsławił się okrucieństwem i mordami, zwłaszcza na Żydach. W odwecie Niemcy urządzili w Nienadówce pacyfikację. O świcie otoczyli wioskę, ostrzelali ją z broni maszynowej, a następnie szli od domu do domu i zabierali mężczyzn. Bili ich i dziesiątkowali. Do nas weszli dwaj żołnierze. Mieliśmy akurat ospę, twarze pokryte strupami, leżeliśmy w łóżku. Matka powiedziała im po niemiecku, że chorujemy na bardzo zaraźliwą chorobę. Zostawili nas. Franciszek Ożóg też szczęśliwie ocalał. Cały następny dzień słychać było stukot młotków. To zbijano trumny. Organizacja AK została rozbita natychmiast po wkroczeniu Sowietów. Komendanta AK w Nienadówce, Buczaka, zastrzelili Rosjanie gdy próbował uciekać. Tych, których złapano wywieziono na Sybir.
Cały ten czas nie wiedzieliśmy jakie są losy Mariana. Codziennie wieczorem, Matka klękała z nami i modliliśmy się, aby wojna się skończyła i aby Ojciec wrócił. W pewnym momencie zaczęliśmy otrzymywać nieduże paczki żywnościowe, wysyłane przez nieznaną organizację z Portugalii. Mieliśmy nadzieję i domyślaliśmy się, jak się okazało słusznie, że pochodzą od Mariana.
Okres czasu spędzony w Nienadówce był niewątpliwie bardzo ważny w naszym, Jurka i moim życiu. Był to okres dzieciństwa. Dzięki Matce, wbrew okropnościom i niedostatkom wojny, nie było to dzieciństwo nieszczęśliwe. Miewaliśmy, na przykład, święta Bożego Narodzenia. Do dzisiaj wieszam na naszym drzewku bożonarodzeniowym skromne ozdoby, wykonane w Nienadówce przez Matkę, przy naszym współudziale. Gdy Matki nie było w domu, nie wolno nam było wychodzić z naszej izby. Byliśmy posłuszni. Matka umiała utrzymywać dyscyplinę. Siadaliśmy wtedy blisko siebie, często po ciemku, i wymyślaliśmy przeróżne historie. Były to pobyty na bezludnej wyspie, ale również opowieści wojenne, w których dokonujemy zwycięskich czynów, kończących wojnę. Byliśmy pełni dziecinnego optymizmu.
Jerzy (z lewej) i Kazimierz podczas okupacji w Nienadówce.
Jest takie zdjęcie, zrobione w Nienadówce, opodal sadu. Dwaj chłopcy uśmiechają się. Zdjęcie zrobił pan Doszla, starszy pan, który wraz z żoną w pewnym momencie zamieszkał w naszej wsi. Jego syn był przedwojennym, zawodowym oficerem. Należał do AK. Jego młoda żona umierała na gruźlicę. Jej śmierć zrobiła na nas obydwu, a zwłaszcza na Jurku wielkie wrażenie. Była zima. Na małym wzgórzu, niedaleko domu, zbudowaliśmy z Jurkiem, ze śniegu, mały krzyż. Jurka późniejsza fascynacja śmiercią i cierpieniem, być może wzięła początek w tym przeżyciu i w okrucieństwach wojny, które nas z bliska ominęły.Nadszedł rok 1944. Zbliżali się Sowieci. W maju, w Sokołowie, zdałem przed tajną komisją egzamin z pierwszego i drugiego roku gimnazjum. Kilka dni później członkowie komisji zostali aresztowani. Niektórzy z nich zginęli. Matka przeraziła się, że w ręce Niemców mogą wpaść listy zdających. Natychmiast uciekliśmy z Nienadówki i ukryliśmy się w wiosce na południe od Strzyżowa. Tam zastał nas front walki. Zostaliśmy w pewnym momencie ostrzelani przez artylerię, ale na szczęście skończyło sie na strachu. Nadeszła Armia Czerwona. Niemcy wycofali się na zachód. Front oddzielił nas od Krakowa. I tak skończył się nasz pobyt w Nienadówce. Wróciliśmy tam, ale na krótko. Matka podjęła pracę w pobliżu Rzeszowa, we wsi Załęże, a w następnym roku w samym mieście. Mieszkaliśmy u Łuci, a potem znowu u Stasi.
Ten czas to lata spędzone w gimnazjum i w liceum, ja o kierunku matematyczno-fizycznym przy ulicy Krakowskiej, Jurek o kierunku humanistycznym przy ulicy Trzeciego Maja. Nauka przychodziła nam łatwo. Ja pod wpływem wspaniałego pedagoga, Kazimierza Krzyżanowskiego, utwierdziłem się w zamiarze poświęcenia się fizyce. Jurek deklamował, układał wiersze, interesował się historią Rzeszowa, którego był przez pewien czas zagorzałym admiratorem. Było jasne, że żaden z nas nie wybierze intratnego zawodu, jak medycyna czy inżynieria. Matka nigdy nie ingerowała w te sprawy, natomiast krewni ostrzegali nas przed czekającą w przyszłości nędzą. Może nie nędza, ale niedostatek doskwierał wówczas samotnej nauczycielce z dwoma dorastającymi synami. Ale były używane ubrania z różnych instytucji charytatywnych i udzielane przez starszego syna korepetycje. Nosiłem wówczas zielony płaszcz zimowy, uszyty z generalskiego płaszcza, odziedziczonego po dziadku Erazmie Grotowskim. Ubóstwem nikt się wówczas nie przejmował. Panowała powszechna powojenna bieda.
Tak naprawdę to nie bieda, ale niepewność przyszłości i rosnący ucisk polityczny wczesnego PRL-u były największym problemem. W szkole, pozornie, wszystko szło starym trybem. Ja w gimnazjum miałem jeszcze przedwojennych profesorów i lekcje religii. Pierwszym zwiastunem nowych czasów był niejaki profesor Kapała, nauczający nas podstaw nowego ustroju i odpowiedniego spojrzenia na świat, z religią włącznie. Mnożyły się aresztowania i procesy byłych AK-owców. Mama i ciotki opowiadały sobie na ucho przerażające historie, jak ta o znajomej, która nago wypadła (została wyrzucona?) na ulicę, z okna pokoju przesłuchań, na drugim piętrze Urzędu Bezpieczeństwa. Tym gorzej wypadł pomysł kilkunastoletniego wówczas Jurka, który założył jednoosobową, podziemną organizację i usiłował zamówić dla niej odpowiednią pieczątkę. Na domiar złego, wtedy właśnie okazało się, że mamy Ojca na Zachodzie, co nie było dobrze widziane. W 1944 roku otrzymaliśmy, przez Czerwony Krzyż, krótką kartkę z wiadomością że żyje. Ku naszej ogromnej radości, w październiku 1945 roku przyszedł pierwszy list od Ojca z Londynu. W pierwszej chwili wydawało się, że Ojciec lada dzień przyjedzie. Jednak, w miarę upływu czasu, z pisanych ostrożnie, niedomówieniami, listów wynikło, że ma on inne zamiary. Jak się wydawało, wysłał po nas emisariusza, który miał nas przemycić zagranicę. Emisariusz nigdy się nie pojawił. Przepadł jak kamień w wodę razem z pieniędzmi, które mu Ojciec przekazał. Nadeszły letnie wakacje 1946 roku. Zdesperowana Matka wyjechała z nami do Krakowa. Zatrzymaliśmy się w domu państwa Luśniaków. Stefa Luśniakowa była córką Marii i Józefa Nethów i przyjaciółką Mili, jeszcze z lat szkolnych. Matka znalazła dostęp do organizacji, która wywoziła na Zachód, oczywiście nielegalnie, dzieła sztuki, będące własnością Potockich. Mieliśmy zabrać się z kolejnym transportem. Punktem kontaktowym był klasztor SS Szarytek przy ulicy Warszawskiej. Spóźniliśmy się nieco i transport odjechał bez nas. Mieliśmy szczęście. Transport przechwycono i wszystkich aresztowano. Matka nie dała za wygraną. Pojechaliśmy do Gdyni do Kusionowiczów, kuzynów ze strony Jossów. Henryk Kusionowicz był dyrektorem banku, a jego żona Elżbieta naszą kolejną i bardzo miłą ciocią. Matka słyszała, że Gdynia jest dobrym miejscem do zorganizowania przerzutu zagranicę. Nic z tego nie wyszło, ale pierwszy raz zobaczyliśmy morze.
Był to niewątpliwie zwrotny punkt w naszym życiu. Gdybyśmy wydostali się do Anglii nasze losy potoczyłyby się w inny sposób. Dla naszej Matki był to właściwie kres jej długiego romansu i krótkiego małżeństwa. Nigdy nam o tym nie mówiła. Dopiero po jej śmierci Jurek znalazł i zabrał w tajemnicy paczkę listów, wysyłanych do niej przez Ojca. Były posegregowane i poprzedzielane krótkimi uwagami, pisanymi jej ręką. Oczywiście, już wcześniej znaliśmy losy Ojca w ogólnym zarysie. Pisywaliśmy do siebie. Ale dopiero jego listy do Matki wyjaśniły wiele spraw. Przeczytałem je w Pontederze, w mieszkaniu Jerzego, kilka dni po jego śmierci.
Na początku wojny, Ojciec przez Węgry i zachodnią Europę dotarł do Anglii. Służył w polskim wojsku. Do końca 1941 roku przebywał w Szkocji, na wybrzeżu Morza Północnego. Rok 1942 spędził na południowo-wschodnim wybrzeżu Anglii.
Marian Grotowski w Anglii w czasie II wojny światowej.
Na początku 1943 roku wyszedł z wojska i zapisał się w Glasgow na rzeźbę, którą jeszcze w wojsku, wieczorami studiował. Rok 1944 spędził w środkowej Anglii, w Shrewsbury, na posadzie leśnej u Anglików. Ta informacja uzyskana z jego listów może być nie całkiem prawdziwa. Mam niezależne informacje od naszych krewnych w Anglii, że Marian pracował w tym czasie w polskim Ministerstwie Spraw Wojskowych. Prawdopodobnie nie chciał się do tego przyznać w listach do Polski. Od końca 1944 roku wrócił, jak pisze, do sztuki, wyjechał do Devonu, w południowo-zachodniej Anglii, gdzie miał zamówienia na portrety. Od połowy 1945 roku zamieszkał w Londynie i poświęcił się prawie wyłącznie rzeźbie. Wystawiał w Londynie, Glasgow, Edynburgu, i innych miejscach, również w Akademii Królewskiej. W jednym z angielskich kościołów wisi, jak pisał, jego obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wyrzeźbił również dla innego kościoła płaskorzeźby, stacje drogi krzyżowej.W ciągu czterech lat, po roku 1945, Ojciec napisał do Matki 61 listów. We wszystkich żywo interesuje się naszym losem, dopytuje się czy jego paczki dochodzą, obiecuje wkrótce przyjechać, chociaż termin przyjazdu w miarę upływu czasu przesuwa się. Szczególnie denerwuje się naszymi perypetiami w 1946 roku, zwłaszcza, że przez pewien czas nie ma od nas wiadomości. Prosi o przysłanie z kraju zaproszenia do jakiejś pracy. Odpowiednie pismo wysyła dyrekcja Państwowych Lasów w Tarnowie. Tymczasem w jesieni 1947 roku otrzymuje zamówienie na wykonanie serii płaskorzeźb za sumę 600 funtów. Pisze, że zarabia obecnie więcej niż przed wojną. Jest pełen zapału. Pracuje dzień i noc. Przysyła nam fotografie aktualnych i dawnych rzeźb oraz malowanych uprzednio portretów. Jednocześnie, jak zauważa Matka na załączonej małej karteczce, uczuciowa temperatura listów obniża się. I tak nadchodzi rok 1948. W Anglię uderza depresja gospodarcza. Zamówienia na rzeźby i obrazy stają się coraz rzadsze. W październiku Ojciec zawiadamia Matkę, że wobec pogarszającej się sytuacji gospodarczej w Anglii, postanowił wyemigrować do Argentyny, gdzie, jak wszyscy mówią, jest zupełnie inaczej. Wiesz przecież, pisze Ojciec, że aby artysta był szanowany w kraju, musi zdobyć uznanie zagranicą. A z Argentyny może być bliżej do Polski niż z Anglii. W kwietniu 1949 roku, po blisko dziesięciu latach pobytu, opuszcza Wyspy Brytyjskie na pokładzie frachtowca Cordoba. Ma 51 lat. Matka komentuje to słowami: wyrusza po złote runo.
W Ameryce południowej Ojciec przeżył blisko 20 lat. Los nie był dla niego łaskawy. W Buenos Aires nie może znaleźć pracy, a artystyczne plany nie ziszczają się. Dochodzi do tego, że dorywczo pracuje jako tragarz w porcie i sypia byle gdzie. Dzięki Bogu spotyka Langa, syna naszych przyjaciół z Rzeszowa, który od dawna mieszka w Argentynie i który załatwia Ojcu posadę w odludnej prowincji nad górną Paraną. Płynie się tam kilka dni statkiem. Ojciec prowadzi faktorię.
Marian Grotowski w Paragwaju w ostatnich latach życia.
Nie rzeźbi, bo to drogo kosztuje, ale nie rzuca malowania. Mamy stamtąd dwa obrazy. Jego domu zbudowanego na palach i nostalgiczny obraz dżungli z wijącą się rzeką. Nad brzegiem, postać na mule czeka na statek, który pojawia się na horyzoncie. Po kilku latach Ojciec przenosi się do Paragwaju i pracuje w szkole British Council w Asunción, ucząc języka angielskiego. Mieszka w czymś w rodzaju pensjonatu. Malarstwu może poświęcać niewiele czasu. W ciągu roku szkolnego ma dużo zajęć. Na wakacjach nie ma pieniędzy na malarskie przybory, bo płacą mu od godziny. Przysłał nam pod koniec swojego życia kilka obrazów z tego okresu, malowanych, jak stwierdził, w stylu impresjonistów.Ojciec pisywał do Matki kilka razy do roku. Ja wymieniłem z nim szczególnie dużo listów podczas mojego półtorarocznego pobytu na Uniwersytecie w Birmingham, w Anglii, w roku 1960. Mogliśmy swobodnie korespondować, bez obawy cenzury. Namawiałem go do powrotu do Polski, gdzie mógł liczyć na naszą pomoc. Wahał się. Być może obawiał się spotkania z Matką i konfrontacji rzeczywistości z jego niespełnionymi planami i marzeniami. Był bliski tego, by przyjechać do Anglii. Ale w końcu się nie zdecydował. Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia w 1968 roku, otrzymałem list od dyrektorki Instituto "El Anglo" w Asunción, pani Susany Meilicke de Alderete. Ojciec zmarł na atak serca 10 grudnia i został pochowany następnego ranka. W pogrzebie uczestniczyło wielu jego kolegów i uczniów. Poszliśmy z Jurkiem, aby to Matce powiedzieć. Zawołała: nigdy go już nie zobaczę.
W 1948 roku zdałem maturę i wyjechałem do Krakowa studiować fizykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Matka z Jerzym pozostali w Rzeszowie. Kilka lat wcześniej Jurek przeszedł szkarlatynę. Ja zostałem natychmiast od niego odizolowany. Jak się okazało, następstwem tej choroby stało się poważne uszkodzenie nerek. Ujawniło się ono właśnie teraz. Jurek przeszedł szczegółowe badania w Rzeszowie. Wyjątkowo niedelikatny i bezduszny lekarz, w obecności Jurka, zakomunikował Matce, że zmiany w nerkach są nieodwracalne i że nie przeżyje on trzydziestu lat. Była to pierwsza z bardzo ciężkich chorób nękających go całe życie. Była to jednocześnie ściśle skrywana tajemnica. Z uwagi na zdrowie Jurka, Matka zdecydowała przenieść się z nim do Krakowa. Porzuciła zawód pedagoga i objęła posadę urzędniczki Sądu Ubezpieczeń Społecznych. Zamieszkaliśmy w trójkę przy ulicy Królowej Jadwigi, w dość obszernym pokoju z kuchnią i łazienką, w pobliżu naszych przyjaciół Luśniaków i Nethów, którzy również przenieśli się do córki Stefy do Krakowa. W tym miejscu Matka spędziła resztę swego życia.
Jurek uczęszczał do Liceum Kochanowskiego i tam zdał maturę w 1951 roku. Do Szkoły Aktorskiej dostał się z pewnym trudem. Źle oceniono jego warunki zewnętrzne, dykcję i wyrazistość. Napisał na szczęście doskonałe wypracowanie pisemne. Stypendium nie otrzymał. Matki pobory był raczej niskie. Na szczęście, byłem już wtedy zastępcą asystenta na UJ i pobierałem skromną pensję. O początkach zawodowej kariery Jerzego pisać nie muszę. Chciałbym jednak nadmienić, że wówczas zaczyna interesować się metodą Stanisławskiego. Dużo czasu poświęca również własnym studiom nad orientalistyką, a ściślej nad filozofią i religiami Wschodu. Szkołę Aktorską kończy w 1955 roku i wyjeżdża na studia reżyserskie do Moskwy. Wraca za rok, właśnie na polski "Październik". Mijamy się w drodze. Ja w tym czasie wyjeżdżam do Petersburga pracować przez półtora roku w Instytucie Joffe. Jestem już żonaty z Anną, mam rocznego syna Andrzeja. Władze radzieckie nie zgadzają się na przyjazd mojej rodziny. W Moskwie bardzo poważnie odzywa się u Jerzego choroba nerek. Zamiast na dializę jedzie na dwa miesiące do radzieckiej Turkmenii. Tak przed wojną leczono choroby nerek. Podobno skóra przejmuje część ich funkcji w gorącym, suchym klimacie. Kuracja chwilowo poskutkowała. Była to pierwsza z wielu azjatyckich podróży Jerzego, tak ważna dla jego fascynacji Wschodem. Jurek całe życie chorował na nerki i kilkakrotnie przechodził dializę. Jednak ta choroba się ustabilizowała i nie ona była najważniejszym problemem jego zdrowia.
Po moim powrocie z Rosji, nasze drogi rozchodzą się. Jurek niebawem przenosi się do Opola. My z Anną mamy już własne mieszkanie. Matka zostaje sama przy ulicy Królowej Jadwigi. Ja zresztą znowu wyjeżdżam do Anglii. Tym razem to władze PRL-u nie zgadzają się na przyjazd mojej rodziny. Anna dostaje paszport do Anglii dopiero gdy wracam do kraju.
W latach sześćdziesiątych Matka jest już na emeryturze i zaczyna nową fazę życia. Oczywiście, interesuje się życiem swoich synów. Cieszy się ich sukcesami, martwi porażkami. Stara się im pomagać w razie potrzeby. Zbiera wycinki z gazet na temat Jerzego i kolekcjonuje odbitki moich prac naukowych. Ma swoje grono przyjaciół, głównie pań. Chodzą do teatru, na koncerty. Spotykają się w kawiarni. Na zmianę urządzają imieniny. Mila zaczyna również podróżować. Wyjeżdża na Węgry, do Jugosławii. W połowie lat sześćdziesiątych odbywa z nami samochodową podróż po Europie. Niemcy, Francja, Włochy, Austria. W kasynie w Monte Carlo Mila oddaje się hazardowi (jednoręki bandyta) i wygrywa. Doskonale znosi trudy podróży. Ubodzy Polacy nocują w tych czasach w namiotach. Mila sypia zwykle w samochodzie. W Paryżu zatrzymujemy się w mieszkaniu państwa Temkinów, przyjaciół Jurka. Mila odwiedza również naszych krewnych w Londynie i mieszka przez jakiś czas u nas w Belgii.
Mila przed starym domem w Tarnawie (lata 1970.).
Ważną stroną jej ówczesnego życia jest piesza turystyka. Jest chora na serce, ale chodzi na dalekie wycieczki, utrzymując wolne, ale wytrwałe tempo marszu. Głównym terenem jej turystycznej działalności są okolice Rytra i Krynicy, ale odwiedza również Tatry. Już po jej śmierci spotkałem przypadkowo młodych ludzi, którzy widywali ją na wycieczkach i byli zachwyceni jej wytrwałością i pogodą ducha. Mila miała zresztą doskonałe kontakty z młodymi ludźmi. Matka była już po siedemdziesiątce, gdy zabrałem ją na wycieczkę w Tatry. Nocowaliśmy w Morskim Oku. Przez Szpiglasową Przełęcz przeszliśmy do doliny Pięciu Stawów i po noclegu w schronisku zaszliśmy w dół przez dolinę Roztoki. Na Szpiglasowej Przełęczy było lekkie oblodzenie i musiałem Milę asekurować przy pomocy liny. Z tej asekuracji skwapliwie skorzystali również inni, znacznie młodsi turyści.
Mila w Morskim Oku (lata 1970.).
Największą podróżą jej życia była niewątpliwie wyprawa z Jurkiem do Indii w 1976 roku. Opisuje wszystko, dokładnie, w swym dzienniczku podróży. Po drodze był postój w Rzymie i zwiedzanie bazyliki Świętego Piotra. W Indiach: Bombaj, Madras i okolice, wycieczka na Cejlon, zwiedzanie świątyń, podzwrotnikowa roślinność i zwierzęta, egzotyka indyjskiej ulicy. Jurek zawiózł Milę do tych miejsc w Indiach, które na nim zrobiły największe wrażenie. W tych okolicach, przed laty, wędrował pieszo, przyłączywszy się do pary świątobliwych mężów, którzy na kilka dni przyjęli go do swej kompanii. Prowadzili od świątyni do świątyni i od klasztoru do klasztoru, gdzie można było dostać za darmo miseczkę ryżu i napić się herbaty. Oczywiście Matka nie zdawała sobie sprawy, że podróżuje w sąsiedztwie góry, na południowy zachód od Madras, na której około 20 lat później zostaną rozsypane prochy jej syna.Fascynacja Indiami była udziałem całej naszej rodziny. Z początkiem lat siedemdziesiątych, tuż przed wojną w Afganistanie, przejechałem samochodem blisko 10 tysięcy kilometrów, z Krakowa przez Turcję, Iran Afganistan, Pakistan, Indie do Nepalu. Działaliśmy na pograniczu Tybetu, w okolicy ośmiotysięcznika Shisha Pangma, w strefie akumulacyjnej lodowców, na wysokości 5 do 6 tysięcy metrów. Naszym celem było badanie globalnych zanieczyszczeń Ziemi. Dehli, Benares nad Gangesem, świątynie Katmandu, flagi modlitewne i małe klasztory w Himalajach, mnisi, uciekinierzy z Tybetu. Wszystko to przywoływało z pamięci opisy, znane z książek czytanych przez nas w Nienadówce.
W niektórych artykułach gazetowych poświęconych Jurkowi i naszej rodzinie znalazłem wypowiedzi sugerujące, że Matka była w swym sercu buddyjką. Jest to oczywiście nieprawdą. Do końca swych dni Matka była praktykującą katoliczką. Owszem, interesowała się różnymi filozofiami i religiami i uważała, że należy szanować przekonania i wierzenia innych ludzi.
Matka umarła nagle, na serce w 1978 roku. Była na wakacjach w Rytrze i na stacji kolejowej podbiegła do wagonu, który zatrzymał się nieco dalej niż zwykle. Znaleźliśmy z Jurkiem osobę, która była tego świadkiem. Podobno do ludzi, którzy chcieli ją ratować, wyszeptała: zostawcie mnie w spokoju.
Jednym z problemów zdrowotnych Jurka, być może związanym z jego chorobą nerek, była nadmierna otyłość. W latach sześćdziesiątych ważył znacznie ponad 100 kilogramów. Ograniczało to w istotny sposób jego ruchliwość. Na przykład na Turbacz mógł dostać się wyłącznie na grzbiecie wynajętego konia. Około roku 1970. Jurek zdecydował się zastosować morderczą dietę. Wyłącznie mięso, jajka, witaminy, bez cukru, jarzyn, chleba. Zbiegło się to z jego pobytem w Iranie i na Bliskim Wschodzie. Schudł kilkadziesiąt kilogramów. Musiał wymienić całą garderobę, z wyjątkiem butów, skarpetek i kapelusza. Odmłodniał o wiele lat. Zmienił styl życia i ubierania się. Z poważnego, gładko ogolonego, ubranego formalnie na czarno, korpulentnego pana zmienił się w młodzieńczego, zaopatrzonego w bródkę hippisa. Bawiło go to niesłychanie. Zjawił się w naszym mieszkaniu w Krakowie, gdzie Anna wzięła go za studenta, który przyszedł do mnie na egzamin. Ze mną umówił się telefonicznie w kawiarni w Rynku. Chichotał gdy nie mogłem go poznać. Gdy przyjechał do naszego wiejskiego domu w Tarnawie, nie chciał spać pod dachem. Poszedł ze śpiworem obozować do lasu. Wiele ze swoich eksploracyjnych, egzotycznych podróży po Indiach, Afryce, Karaibach, odbył już w nowym wcieleniu. Niestety, po latach, lekarze zabronili mu stosowania tak radykalnej diety i szybko powrócił do starej wagi.
Niedługo po stanie wojennym w Polsce, obydwaj, niezależnie od siebie, znaleźliśmy się w Stanach Zjednoczonych. Ja pracowałem chwilowo w Lawrence Berkeley Laboratory, w pobliżu San Francisco. Wykonywałem eksperymenty przy pomocy zbudowanej w Polsce aparatury. Stany Zjednoczone zerwały wtedy stosunki z Polską i aby się tam dostać musiałem lecieć okrężną trasą, przez Moskwę i Montreal. Jurek był już wtedy emigrantem w USA. Przysłał do mnie wiadomość, że mieszka w Long Beach koło Los Angeles. Pojechałem tam wynajętym samochodem i spędziliśmy razem weekend, rozmawiając wiele godzin w jego ubogim maleńkim mieszkanku nad brzegiem Pacyfiku i jadąc na krótką wycieczkę do San Diego. Jurek był wtedy profesorem w Drama School of Fine Arts, Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine. Pokazał mi przygotowaną specjalnie dla niego salę do ćwiczeń, w niedużym budyneczku, ulokowanym na skraju Campusu, w pustynnym krajobrazie. Pracował w zupełnie nowych warunkach, walcząc o pieniądze na swoje projekty w takich fundacjach jak Forda czy Rockefellera. Opowiedział mi jak podczas jego pobytu we Włoszech władze PRL usiłowały przekonać go do firmowania pewnych przedsięwzięć z zakresu kultury (kongres?) bojkotowanych przez polski świat twórców. Na jego odmowę urzędnik ambasady zagroził mu cofnięciem paszportu, który niebawem tracił ważność. Mało rozgarnięty urzędniczyna nie zdawał sobie sprawy, że zagranicą nie jest to mocny wystarczająco argument. Decyzja o pozostaniu zagranicą nie była łatwa i Jurek bardzo ją przeżył. Ostatecznie poprosił o pozwolenie na pobyt w USA. Był na tyle znanym człowiekiem, że uniknął upokarzającego wyczekiwania w amerykańskich urzędach emigracyjnych. Odpowiednie dokumenty przesłano mu do hotelu. Rozmawialiśmy o możliwych konsekwencjach tego posunięcia dla moich wyjazdów zagranicznych. Jerzy obiecał, że będzie unikał wywiadów prasowych i nagłaśniania jego sytuacji wymuszonego emigranta. Zrobił to zresztą nie tylko dla mnie, ale również dla kolegów z Wrocławia, którzy współpracowali wówczas z wieloma ośrodkami zagranicznymi.
Ten epizod amerykański otworzył nowy rozdział w życiu Jerzego. Z jednej strony było to bolesne rozstanie z Polską i przyjaciółmi z którymi tyle lat pracował. Stał się również człowiekiem bez paszportu. W końcu otrzymał obywatelstwo francuskie. Władze tego kraju okazywały mu zawsze wiele względów. W działalności zawodowej spotkał go właśnie wtedy szereg sukcesów. Pracował przez pewien czas jako profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego, gdzie stworzono mu możliwość kontynuowania poszukiwań para-teatralnych. Otrzymał nagrodę z Fundacji MacArthura, która nazywana jest w Stanach Zjednoczonych nagrodą dla geniusza. Było to kilkaset tysięcy dolarów, całkowicie wydanych przez Jerzego na cele jego badań. Właśnie w Kalifornii spotkał swego przyszłego duchowego syna i następcę, Thomasa Richards'a. Miało to dla Jerzego zasadnicze znaczenie. Osiedlił się w Pontederze, w pięknej Toskanii, kilkanaście kilometrów od Pizy. Znalazł tam miejsce gdzie bez wykrętów, do których był poprzednio zmuszany przez ustrój komunistyczny, mógł oddawać się otwarcie i w odosobnieniu (co bardzo lubił) swoim poszukiwaniom. Właśnie z okresu blisko dwudziestu lat jego emigracji pochodzą doktoraty honoris causa nadane Jerzemu przez uczelnie amerykańskie, jedną włoską a na końcu polską, czy członkostwo American Academy of Arts and Sciences. Nie wymieniam już szeregu innych prestiżowych nagród.
W 1985 czy 1986 roku Jurek odwiedził nas w Niemczech, w Karlsruhe, gdzie pracowałem w miejscowym Kernforschungszentrum. Powiedział mi wtedy, jak zawsze w tajemnicy, że wykryto u niego białaczkę. Było to w Ameryce podczas rutynowych badań, które Jurek zawsze przechodził. Jurek zwrócił lekarzowi uwagę na pewne objawy, których ten nie zauważył. Jerzy zawsze powtarzał, że jeśli jesteś poważnie chory pilnuj lekarzy. Zdrowie jest zbyt ważną sprawą, aby można ją było im zawierzyć. Sytuacja szybko stała się poważna. W tym czasie zaczęto wypróbowywać leczenie interferonem. Zgodzono się włączyć Jurka do grupy testowej. Niestety z losowania wynikło, że otrzymywał placebo. Gwałtownie mu się pogorszyło i lekarzowi udało się załatwić podawanie właściwego leku. Na szczęście odmiana białaczki na którą zapadł Jerzy nadawała się do leczenia interferonem. Zażywał go do końca swoich dni. Oczywiście były powikłania. Zdarzały się krwotoki z jelit i żołądka. Raz był lekki wylew krwi do mózgu. Jurek stracił częściowo pamięć. Rozpoznawał ludzi, ale w większości nie znał ich imion. Powoli pamięć wróciła. Cały czas, Jerzy, którego działalność zależała od takich czy innych dotacji, musiał maskować swoje dolegliwości i utrzymywać chorobę w tajemnicy.
Nie były to jedyne przygody Jerzego ze zdrowiem. W pewnym momencie musiano mu usunąć podejrzane znamię (melanoma). Wiele lat wcześniej stracił na krótki czas wzrok. Jurek był bardzo silnym krótkowidzem. Dlatego nigdy nie prowadził samochodu. Namówiono go do używania soczewek kontaktowych. Były starego typu bez wymaganej dla dzisiejszych, miękkiej elastyczności. Podczas pobytu w Berlinie uderzył się na ulicy w oko. Szkło kontaktowe głęboko nacięło gałkę oczną. Uraz był tak silny, że Jurek stracił chwilowo widzenie w obydwu oczach. Oko zostało sklejone w sowieckim szpitalu wojskowym we Wschodnim Berlinie i wzrok powrócił.
Od wczesnej młodości Jerzy żył w stanie ciągłego zagrożenia życia. Wiedzieli o tym tylko jego najbliżsi. Wisząca groźba była dla niego siłą napędzającą. Uważał, że jego dni są policzone. Może właśnie dlatego Jurek nie lubił gromadzić dóbr doczesnych. Ubóstwo było dla niego stylem i filozofią życia. Nie chciał obciążać się przedmiotami, a spanie na kocu na podłodze (sam tego doświadczyłem odwiedzając go) było rodzajem samoumartwiania się i zarazem ćwiczenia fizycznego. Jednocześnie jednak, cenił swój czas i zdrowie i nie skąpił nigdy pieniędzy na samolot, taksówkę, czy dobrego lekarza. Mieszkając we Włoszech leczył się w Paryżu bo twierdził, że tam medycyna stoi wyżej. Miał również zawsze do dyspozycji grono osób, które dbały o szczegóły dnia codziennego. Podobnie jak przeor klasztoru. Mieszkał więcej niż skromnie. Większość jego mieszkań zasługiwała na miano biwaku jeśli nie nory. Właściwie dopiero pod koniec życia, prawdopodobnie pod wpływem przyjaciół, którzy widzieli pogarszający się stan jego zdrowia, miał piękne mieszkanie. W spokojnym zaułku Pontedery, na parterze, 3 duże pokoje, obszerna kuchnia i odpowiednio wyposażona łazienka. Posadzki, łuki w drzwiach. Niewiele mebli, ale dużo książek. W kuchni olbrzymia lodówka wypełniona głównie lekarstwami.
Pokój Jerzego Grotowskiego w Pontederze, 1999.
Jesienią 1997 roku Jurek zjawił się w Krakowie incognito. Nikt go nie oczekiwał. Niespodziewanie zadzwonił z hotelu Francuskiego, a następnie przyjechał do nas do Tarnawy. Rozmawialiśmy o różnych sprawach. Mówił o wysunięciu jego kandydatury na członka Collège de France i krótkich, oficjalnych wizytach jakie w związku z tym musiał składać wszystkim członkom tego stowarzyszenia. Niektóre, również u przyrodników, były wcale interesujące. Przypominaliśmy sobie podobne wizyty składane 100 lat wcześniej przez Piotra Curie, w związku z jego kandydowaniem do Akademii Francuskiej.Jurek zachwycał się Krakowem. Nie widział go przez blisko 20 lat. Czuł się jak na wakacjach, których nie miał od lat. Chodził po Śródmieściu, odwiedzał restauracje i antykwariaty. Kupował liczne książki. Jak zawsze mówiliśmy o naszych pracach. Opowiadał o dokonaniach Thomasa Richards'a i Mario Biagini. Rozmawialiśmy również o fizyce i astrofizyce. Porozumiewaliśmy się bez trudu. Przy całym zaangażowaniu w problemy teatru, filozofii, religioznawstwa, antropologii Jurek podchodził do zagadnień Świata z pozycji bliskiej przyrodnikom. Przecież jego Teatr był w znacznej mierze miejscem przeprowadzania eksperymentów, poszukiwania tego co nadprzyrodzone w ludzkich doznaniach. Mówiliśmy o bardzo rzadkich momentach w życiu, np. na odludziu, w wysokich górach, kiedy człowiek czuje bezpośrednią obecność Pana Boga. W naszych rozmowach, czasem spieraliśmy się o znaczenie terminów, które ja uważałem za ściśle zdefiniowane, jak energia czy entropia.
Do Krakowa Jurek przyjechał w towarzystwie Carli Pollastrelli. Mieszkała w innym hotelu. Sama oglądała Kraków i spotykała swoich znajomych. Odnosiłem wrażenie, że przyjechała na wszelki wypadek, gdyby Jurek nagle jej potrzebował. Odwoziliśmy ich z Anną na lotnisko. Było opóźnienie, trzeba było czekać. Carla się denerwowała. Proponowała, by Jurka podwieźć do samolotu na inwalidzkim wózku. Jurek był w dobrej formie i nie przyjął tego do wiadomości. Okazało się później, że przyczyną było następne zagrożenie dla jego zdrowia, o którym mi tym razem nie powiedział.
Jerzy został wkrótce profesorem Collège de France i miał tam katedrę antropologii teatralnej, specjalnie dla niego utworzoną. Jego obowiązkiem było wygłaszanie, co roku, pewnej liczby wykładów. Oprócz niektórych członków Collège de France i ludzi z branży, na jego wykłady uczęszczali zwykli ludzie. Jak mi powiedział Mario Biagini, w znacznej mierze była to młodzież. Wobec bardzo dużej liczby słuchaczy, wykłady odbywały się w jednym z teatrów. Jurek przygotowywał się do tych wystąpień niesłychanie starannie. Bardzo go to, jak również same wykłady, męczyło. Właśnie po jednym z nich, wyszedł za kulisy i zasłabł.
Dostałem od niego krótki list. Jurek zapadł na rzadką i bardzo ciężką chorobę serca, cardiodilatation. Mięśnie serca wiotczeją, część serca rozdyma się, krew nie jest właściwie tłoczona i cofa się do żył. Chory dusi się. Jurek przysłał mi szczegółowe wyniki badań przeprowadzonych w Paryżu. Konsultowałem je z najlepszymi polskimi kardiologami. Diagnoza była identyczna. Ciężka, nieuleczalna choroba. Średni czas przeżycia: kilka lat. Przeszczep serca nie wchodził w rachubę, głównie ze względu na inne Jurka schorzenia. Zgodnie z włoskim prawem, Jurek podpisał oświadczenie, że nie chce być przeniesiony do szpitala. Zmarł 14 stycznia 1999 roku we własnym mieszkaniu w Pontederze, otoczony troskliwą opieką swoich uczniów i współpracowników. Tuż przed śmiercią otrzymał, wysłany w dniu 5 stycznia, list od pani Elżbiety Jogałła, Radcy, Ministra Pełnomocnego Ambasady Polskiej i Dyrektora Instytutu Polskiego w Rzymie. Odebrała ona w imieniu Jerzego międzynarodową nagrodę Beato Angelico, za wkład w rozpowszechnianie dziedzictwa kulturowego swojego Kraju poprzez duchowe oddziaływanie. Jak mi powiedziano, Jurek uśmiechnął się.
W tych ostatnich latach Jerzy przeżył przedwczesną starość (miał zaledwie sześćdziesiąt kilka lat) i gwałtowny spadek sił. Zdawał sobie sprawę z beznadziejności swojego stanu i świadomie żegnał się z tym światem. Zostawił bardzo szczegółowy testament. Również ten etap jego życia był sukcesem, wywalczonym wbrew okolicznościom i chorobie.W tym artykule starałem się nakreślić tło rodzinne i tło zdarzeń istotnych, moim zdaniem, dla fenomenu który nazywa się Jerzy Grotowski. Dane statystyczne wskazują, że jeśli chodzi o oddziaływanie, kariera dzieci w istotniejszy sposób zależy od intelektualnego poziomu matki. Przypadek Jerzego wydaje się to jak najbardziej potwierdzać. Dodałbym od siebie, że oprócz poziomu intelektualnego niezbędna jest również determinacja. Nie znaczy to, że należy lekceważyć pomoc rodziny i przyjaciół. Oczywiście ważne jest również dziedziczenie. Oboje rodzice Jerzego byli bardzo zdolni. W rzeczywistości Jerzy był bardzo podobny do Ojca. Obydwaj byli opętani swym powołaniem i bezwzględni w jego realizacji. Tyle tylko, że Ojcu się to nie udało. Zbyt późno odkrył sztukę, może czasy były dla niego zbyt trudne, a może po prostu zabrakło mu szczęścia. W jakimś sensie los Mariana był dla Jerzego ostrzeżeniem. Na przykład, że tacy ludzie nie powinni wstępować w związki małżeńskie. Jurek dwukrotnie był bliski tego kroku. Raz w Polsce, a raz w Szwecji. Jedną ze swych wybranek zaprezentował nawet Matce. Ale rozsądek zwyciężył.
Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego artykułu zgodzicie się Państwo ze mną, że rodzina Grotowskich miała barwne życie. Nie wiadomo tylko czy można im tego zazdrościć.
Pierwodruk w Pamiętniku Teatralnym,
PAN Instytut Sztuki. Rok XLIX, Zeszyt 1 – 4,
poświęcony Jerzemu Grotowskiemu.
- Przypisy:
- Tadeusz Deszkiewicz, Kamerton (kwartalnik) 3-4 (1998) 53

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||