Zamieszczamy drugą część zapisów z dziennika od czerwca do grudnia roku 1945 Eugeniusza Szermentowskiego, znanego krytyka sztuki i literatury w okresie międzywojennym, przyjaciela Stanisława Ignacego Witkiewicza.

Pierwsza część tego dziennika, od stycznia do maja 1945, zamieszczona została w poprzednim numerze 34 Zwojów. (AMK)





PIERWSZY ROK POKOJU

Fragmenty dziennika   (II)





EUGENIUSZ SZERMENTOWSKI



12 czerwca (1945).

W Pyrach otruła się Halszka w przystępie depresji. Odbyliśmy z nią wspólnie marsz przez pruszkowskie piekło. Jesteśmy przybici.

Prasa podaje informacje o kochance czy żonie Hitlera nazwiskiem Ewa Braun. Kończy się oto pięć i pół roku rzezi, zbrodni, okrucieństw po to żeby się na końcu dowiedzieć iż Hitler miał kochankę czy też żonę imieniem Ewa Braun. Jak w nędznym filmie sensacyjnym. Już Oscar Wilde powiedział iż życie z artystycznego punktu widzenia jest czymś chybionym. Katastrofy jego zdarzają się zawsze na niewłaściwym miejscu i dotyczą niewłaściwych ludzi. W komediach jego tkwi groteskowy strach, a jego tragedie kończą się farsą.

Po tym wszystkim każą nam dzisiaj czytać drastyczne szczególiki o pani Ewie Braun. Farsa.


13 czerwca.

W kolejce idącej do Dąbrówki spotkałem znajomego kupca warszawskiego, pana B. Zawsze był z niego frant. Zawadiacki kapelusik, mina pewna siebie. Radość życia aż tryskała. Był bogaty, miał dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę. Był szczęśliwy. A teraz - co? Ledwom go poznał. Chudy, trzęsący się staruszek. Pokiwałem głową. Jeszcze jedna warszawska ofiara. Ile ich jeszcze spotkam? Spytałem o dom, o rodzinę, o sklep. Machnął ręką. Gest ten uczynił ze szczerą wzgardą. Sklep!

- Wszystko przepadło.

Więc gdzie się kryła jego tragedia? Widząc to pytanie w moim wzroku, mechanicznie, odruchowo sięgnął do bocznej kieszeni. Wyciągnął chudy pugilares z cielęcej skóry, poszperał w nim. Wydobył fotografię dwojga podrastających dzieci: chłopiec i dziewczynka.

- Syna mi zabrali – powiedział głosem chropawym.

Więc tutaj tkwił gwóźdź.

- Nie miał jeszcze 14 lat. Odłączyli nas w kościele na Woli... od matki. Od tej pory nie mam wiadomości. Ale przy mnie zaraz w tym samym kościele rozstrzelali 80 młodych powstańców. Działo się to 14 sierpnia, na początku powstania. Gdzie go mogli zabrać ?

To był jego syn.

- Wie pan, - powiada, - nauczyłem się jednej modlitwy. Odmawiam ją codzień. "Boże, zabierz w ofierze owoc trudów całego mego życia. Niczego mi nie żal, ani bogactw, ani skarbów, ani pamiątek. Przyjmij to ode mnie w ofierze, co ci oddaję bez żalu i bez goryczy. Ale wróć mi syna".

Ale minęło już tyle miesięcy. I Bóg milczy.

Dziś bardzo sensacyjna wiadomość w Życiu Warszawy: zaproszenie do Moskwy delegatów rządu tymczasowego, Bieruta, Osóbki-Morawskiego i Gomułki, dalej przedstawicieli działaczów krajowych (Wincenty Witos) i przedstawicieli rządu londyńskiego w osobach Mikołajczyka i Stańczyka.

Mają się zjechać w terminie do 15 czerwca i wspólnie obradować nad utworzeniem rządu na szerszych, demokratycznych podstawach. Ćwierciakiewiczowa mogłaby zalecić: weź cetnar mąki, kilo gwoździ, kopę jaj, dwa stare kalosze; przepuść przez maszynkę. Wyjdzie z tego smaczna strucelka. Ano, zobaczymy, czy będzie strawna.




Prezydent Bolesław Bierut przyjmuje Arthura Bliss Lane, ambasadora USA w Warszawie.
Podobieństwo Bieruta do Hitlera i jego unikające spojrzenie zostało powszechnie zauważone.
(Arthur Bliss Lane, I saw Poland Betrayed)


We wsi Wierchowiny, w okolicy Krasnegostawu, oddział terrorystyczny, dokonał napadu na miejscową ludność. Wyrżnięto całą prawie ludność, około 30 ludzi. Gazety podają, że napaści dokonały dddziały N.S.Z. (Narodowe Siły Zbrojne).

Stefan Szwedowski, kolega mego ojca, spotyka mnie w Piasecznie i powiada, że w powstaniu zginęła jedna z córek Melchiora Wańkowicza. Obie te dziewczynki, Tily i Krysię, znałem jeszcze z Jodańc, z Litwy kowieńskiej, kiedym pisał pierwszą moją książkę. Pani Zofia Wańkowiczowa uratowała się.

Czytając sprawozdania zagraniczne, nic a nic nie rozumiemy wielu rzeczy. Bór-Komorowski naczelnym wodzem. Anders - ministrem wojny. Co to za szopki? Bo ilekroć opieraliśmy się na czymś, wszystko wychodziło na opak.

Teraz największe zagadnienie, to opieka nad tysiącami wracających z obozów. Rząd przeznaczył na ten cel milionowe fundusze. Obliczono, że odbudowa kraju będzie nas kosztowała 12 miliardów złotych przedwojennych, tzn. opartych na złocie. Tzn. że własną nędzą płacić będziemy za to odrodzenie. Jeżeli zważyć, że cały nasz przedwojenny budżet państwowy przed wojną stanowił dwa miliardy złotych, ciarki przechodzą po grzbiecie.




Sowiecki konwój z łupami wojennymi przejeżdza przez zburzoną Warszawę.
Za sfotografowanie takiego konwoju groziło aresztowanie.
(Arthur Bliss Lane, I saw Poland Betrayed)


14 czerwca.

Po południu w Piasecznie. Tajemniczy, jak zawsze, dentysta mój, pan R., opowiada bajdy o skarbach, jakie rozprzedają żołnierze w Górze Kalwarii. Garnitur można kupić za 1200 zł, dukatową obrączkę - za 300 zł. Słowem - Klondyke. Wszyscy hurmem walą do Góry Kalwarii, żeby się obłowić. Ale skąd te skarby, skąd to złoto?

Do Moskwy przybyła już delegacja rządu tymczasowego.


15 czerwca.

Nowa psychoza! Góra Kalwaria! Jakiegoś bzika ludziska na tym punkcie podostawali. Chodzą słuchy że żołnierze przywieźli ze sobą niesłychane skarby: całe baryłki topionego złota, buty, maszyny do szycia i do pisania, całe bele prawdziwej angielskiej wełny. Ktoś widział faceta obwieszonego biżuterią. Były tam kolczyki szmaragdowe, wspaniała bransoleta z rubinów, pierścienie, że klękajcie narody, broszki prababek w kształcie symboli Wiary, Nadziei i Miłości (Kotwica, Serce, Krzyż).

Obrączka rzeczywiście była dukatowa. Na wewnętrznej stronie wygrawerowane były literki B. M. i data 7.8.1930. Komu ją zdarto z palca? Dla kogóż to była najdroższą pamiątką? Czy należała do Niemki, której mąż poległ pod Stalingradem, czy może do Polki zamęczonej w Oświęcimiu? Ale to pana. M. nic a nic nie obchodzi. Pan M. kombinuje tylko ile też na obrączce zarobi. I głowi się, skąd zebrać dość pieniędzy, żeby do tej Góry Kalwarii pojechać. Jedna taka już poleciała do Gołkowa do "Rudej". Nie zastała jej. Poleci drugi raz. Niech leci. Jest goła i szuka piórek.

Zimno. Wiatr. Włożyłem sweter. Po południu herbatka u pani Kwileckiej. Mają być lody, bo to jej urodziny.

Pierwsza wariatka! Zawsze się ogromne dziwiłem w czasie okupacji, że nie ma wariatów. Może wszyscy byli zwariowani i dlatego się nie odróżniało. Ale teraz węzły pękły, i oto pierwsza wariatka.

Zobaczyłem ją w Piasecznie. W tym przeklętym Piasecznie, gdzie, żeby wyżyć, musimy lody sprzedawać wśród zimnokrwistych przekupek. Na jednym oku miała czarną opaskę, na jednej nodze rozdeptany trzewik. Druga była bosa. Najpierw nie zwróciłem na nią żadnej uwagi. Ale kiedy zaczęła głośno zawodzić, przyjrzałem się jej z bliska. Była w obszarpanej, zabłoconej kiecce, oczy miała szkliste, jakby zapłakane. Wciąż mówiła że teraz musi się dobrze odżywiać. Chwyciła się za włosy i krzyczała:

- O Boże, o mój Boże, moja głowa, moja biedna głowa! Miałam iść za mąż, ale brakuje mi witamin... Mój Boże, znowu ten głód i znowu te pokrzywy.

Młody, gorliwy milicjant przystanął i zażądał od niej dokumentów. Upadła na kolana, zaczęła się tłuc po piersiach i przysięgać że dokumentów nie ma, że dokumenty w parafii, że ona spalona w Warszawie.

Dałem jej 5 zł na te jej witaminy i odszedłem śpiesznie. Jak można pomóc wariatce?

U Kwileckiej kupa gości. Wśród nich młody porucznik, b. partyzant. Walczył na froncie aż pod Poznaniem. Miał szofera, Rosjanina, Kolę, Sybiraka. Przemiły chłopak. Ale zupełnie lekceważył sobie rozkazy zwierzchników. Jeździł gdzie i kiedy chciał. Kiedyśmy już wychodzili, zjawił się bardzo wychudzony pan. Wraca z obozu. Najpierw poszedł do kuchni umyć ręce. Potem się okazało że to mąż pani Kwileckiej.

Okropnie ktoś śmierdział na tym fajfie. Udawaliśmy że nikt nie czuje. Potem Lipkowski westchnął i powiedział że niedługo będziemy mieli światło. Więc będzie można umyć porządnie nogi w ciepłej wodzie.

Po fajfie dwie godziny rąbałem drzewo. Spociłem się jak mysz. Dunia poszła do lasu z panią Racięcką po chrust. Przyniosła cały worek.

Majcharek, członek P.P.R., przyjął moje książki do biblioteki świetlicowej. Szkoda, tylko, że nikt nie umie po rosyjsku.


16 czerwca.

Wincenty Witos oświadczył p. Lebiediewowi, ambasadorowi radzieckiemu w Warszawie, że z powodu choroby nie będzie mógł wziąć udziału w rozmowach moskiewskich.

W Moskwie przebywa prof. Kutrzeba.

Konferencja w San Francisco zakończyła się 16 bm. Daj Boże żeby po naszej myśli Ma przemawiać Truman. Nie jest to facet, który budzi zaufanie, ale ostatecznie honor ma jeszcze jakieś znaczenie.

Joachima Ribbentropa ujęto w Hamburgu. Miał przy sobie przygotowane listy do Edena, Churchilla i Montgomery’ego.

W Pyrach powiesił się nasz przyjaciel Sk., mąż Halszki.


19 czerwca.

Wczoraj w Zalesiu u Skąpskich na herbatce. Mikołajczyk ze Stańczykiem (co za symboliczne nazwiska! "Miałeś chamie złoty róg"... Mikołajczyk... Wesele; i znowu Stańczyk matejkowski po utracie Smoleńska na balu - dziwne figle lubi płatać historia), przyby1i już do Moskwy. Ma tam być ustalony czas i miejsce konferencji pokojowej. Im prędzej się zawrze pokój, tym lepiej. Bo z punktu widzenia prawa międzynarodowego, jak mnie tego uczył w Wilnie prof. Wacław Komarnicki, dalej mamy "status belli", tyle że z zawieszeniem. Zastanawiamy się, jaka zasada przyjęta zostanie na tej konferencji pokojowej, czy "status quo ante bellum", czy też - "uti possidetis". Chyba raczej to drugie.

Spotkanie wielkiej trójki ma się odbyć w Poczdamie. Co do Hitlera, najzabawniejsze krążą pogłoski. Niedawno słyszałem, czy też czytałem, że uciekł do Irlandii i że ukrywa się w Dublinie, A może jeszcze w dodatku w podziemiach katedry św. Patryka. Boki zrywać.

Wpadł na krótko Józio S. Jakieś interesy ze złotem; mają już czteropokojowe mieszkanie w Łodzi. Zimno wciąż przeraźliwe i gwałtowne wichury. Jakby jakieś kosmiczne siły na cztery wiatry roznieść chciały skutki tej zabawy, jaką sobie ludkowie na planecie Ziemią zwanej urządzili. Z Prus Wschodnich wiadomości alarmujące, że bez broni pokazać się nie można, że bandy grasują, że kobieta nie wyjdzie tam bezpiecznie.

W Górze Kalwarii bajkowe operacje finansowe. Handel łupami. No, cóż, Sobieski także się pod Wiedniem obłowił, a czy dywan sułtański, poniemiecki, czy mnie samemu zrabowany - jakaż to różnica? W domu słynnego cadyka Altera, który w porę zdążył wyemigrować z rodziną, mieszka teraz dowódca jednostki wojskowej.

Nauczyłem się nowych, nie znanych dotąd określeń. "Miękkie", "twarde" znamy już z okupacji. Teraz znowu wciąż słyszę: "kamień" (zapałki w dużych paczkach), "główka" (maszyna do szycia), "damka" (rower damski). Każdy dziś tak tymi wyrazami operuje jakby przez całe życie nic nie robił, tylko handlował zapałkami, bibułką do papierosów czy rowerami.

Wstępne rozmowy delegatów rządów polskich w Moskwie już trwają. 18 czerwca rozpoczął się w Moskwie "proces szesnastu" z gen. Okulickim na czele. W Belgii kryzys polityczny w związku z powrotem króla Leopolda.

Dziś ładna, słoneczna pogoda. U księgarza w Piasecznie widziałem pierwsze, sześciotomowe wydanie słownika Lindego z roku 1807. Cena złotych 1600, tzn. pięć rubli złotem!


21 czerwca.

Wszyscy się pasjonują procesem moskiewskim. Oskarżenie: dywersja, szpiegostwo, akcje terrorystyczne. Prasa podaje, że większość przyznała się do winy. Jednym z oskarżonych jest Zbigniew Stypułkowski, b. nasz poseł na Sejm, mój kolega uniwersytecki. Skąpo wiadomości za to o porozumieniu w sprawie Jedności Narodowej.

Dziś odwiedziłem mjr. L. Zamyka się na cztery spusty i nikogo nie chce wpuszczać, bo za często ma nieproszone wizyty łazęgów, którzy natrętnie domagają się bimbru. W zamian za ćwiartkę oddają mu do wyłącznego rozporządzenia cały Lasek Kabacki. Niderlandy Zagłoby wciąż są w modzie.

Na Pradze ruszyły wczoraj pierwsze tramwaje.


22 czerwca.

Dziś mija cztery lata odkąd prowadzę ten dziennik. Pamiętam tę jasną noc, kiedym wracał cztery lata temu od Rogalskich. W Alejach Jerozolimskich stałem o północy dobrą godzinę zanim udało mi się prześlizgnąć pomiędzy dudniącymi czołgami, które pędziły na most Poniatowskiego.

I nazajutrz ulice dziwnie opustoszałe. Potem telefon od Basi Lubomirskiej, że nowa wojna. Potem króciutki dodatek nadzwyczajny, a już po południu huk i bomba na Krakowskim Przedmieściu. Spotkałem zziajanego, pędzącego do siebie Antoniego Uniechowskego. Rzeczywiście, wyleciały u niego wszystkie szyby.

Czterech lat trzeba było na to, żeby te masy wojska przewaliły się Alejami aż pod Stalingrad i żeby tymi samymi Alejami zwiewały aż po Berlin i Elbę. Tylko już grubo przerzedzone.

Pamiętam przed wojną kwilenia pacyfistów. Teraz znowu czyta się wzniosłe apele o prawdziwą demokrację, o poszanowanie godności ludzkiej. Może istotnie nowa era, może w tym ustroju istnieje praworządność i poszanowanie godności ludzkiej.

Do Constanzy przybijają ciągle nowe okręty z darami od U.N.R.R.A.


23 czerwca.

Zapadł wyrok w "procesie szesnastu". Nadspodziewanie łagodny. Okulicki dostał "tylko" 10 lat więzienia, inni po kilka, pozostali uniewinnieni. Jutro wielkie uroczystości w Moskwie z powodu zwycięstwa.

Sprzedałem w Piasecznie kilka książek, bo nic innego spieniężyć nie można.

Sensacyjna nowina: utworzono Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Do obecnego rządu powołano Witosa, Kiernika, Mikołajczyka, Grabskiego, Thugutta. Zachodzimy w głowę, jak na to zareaguje Londyn i co zrobią Arciszewski, Raczkiewicz, Bór.

Nowe zeznania w sprawie Hitlera złożył jego szofer, Kempke. Fuhrer dokonał całopalenia razem z żoną.

Nie mogę przejść obojętnie obok książek. Nie mamy nic pieniędzy, ale kupiłem Wspomnienia Wojciecha Kossaka. Umarł 29 lipca 1942. Odwiedziłem go w Krakowie na "Kossakówce" wiosną 40-go roku. Pan Wojciech, jak zwykle, w zawadiackim swoim kapelusiku na głowie, siedział przed sztalugami i odwalał kolejnego konika. Ciężko mu, więc dla różnych łyków i kupców maluje takie koniki. Przywiozłem mu paczkę przedwojennego tytoniu fajkowego. Grzecznie podziękował. Narzekał na Madzię, że ma szeroką rączkę i nie umie oszczędzać. Ma także przykrości z Niemcami, boi się że go chcą z willi wysiudać. Napisał więc list do Mackensena, ambasadora w Rzymie, syna feldmarszałka (obu ich znał dobrze z Berlina) żeby się za nim wstawił. Pokazał mi nawet uprzejmą odpowiedź ambasadora. Rzeczywiście, byłoby to smutne: 80-letni artysta bez dachu nad głową z całą rodziną. Potem pani Maria z Kisielnickich Kossakowa, miła staruszka z pogodnym uśmiechem, zaprosiła mnie na herbatkę. Oglądałem w saloniku przepyszny portret Juliusza roboty Wyczółkowskiego i słynny portret obu córeczek, Marii i Magdaleny, malowanych w kabriolecie, pędzla Wojciecha Kossaka.

Coraz więcej ludzi przybywa z Zachodu, z obozów. Wielu nie może odnaleźć rodziny. Rząd zabronił handlu dewizami.

Mamy teraz najdłuższe dni. Wieczorami rozlega się chóralny śpiew żołnierzy radzieckich. Z animuszem wyśpiewują sobie raz smutne, to znów skoczne "czastuszki".


27 czerwca.

Zniesiono cenzurę listów i zakaz posługiwania się aparatami radiowymi. Co z tego, kiedy mało kto kupi sobie radio, bo nie ma za co i nie ma gdzie je kupić. Delegaci polscy powracają z Moskwy do Warszawy.

Za szybą obserwuję pajęczynę. Brudna, stara, poszarpana, ale mocna jeszcze; bezradnie miota się w niej mucha. Czyni to tak nierozważnie, że coraz bardziej zaplątuje się w sieci pajęczej. Dokoła prędziutko uwijają się trzy maleńkie pajączki. Stary, gruby pająk od dłuższego czasu jakoś się nie pokazuje. Zginął, czy też opuścił swoją katownię. Młode pajączki, jak cyrkowcy w trykotach, zręczn1e biegają po pajęczych schodkach i ostrożnie obchodzą muchę z daleka. Kiedy się do niej nieco zbliżą, mucha bzyka głośniej i miota się gwałtowniej. Pajączki w nogi. Czasem spadną z linki, lecą w dół w przepaść. Ale ta im nie grozi. Już po chwili windują się w górę, jakby nigdy nic. Do jutra pewnie mucha zdechnie. Wtedy zaczną ją wysysać.


29 czerwca.

Nasi politycy wrócili do Warszawy. Nowy rząd ma być sformowany jeszcze w tym tygodniu. Prasa Hearsta podobno jątrzy i judzi przeciwko Z.S.R.R. W Grecji aresztowania socjalistów. Turcja zaniepokojona wzrostem potęgi Rosji. Gotuje się jak w garnku. Lada dzień ukaże się dekret regulujący prawo własności w Warszawie. Nieruchomości zostają własnością posiadaczy. Grunty przechodzą na własność gminy. Place pod budowę mają być oddawane prywatnym inwestorom tytułem "emfiteuzy".

We dworach ciemni chłopi odrobinę przesadzają w swojej gorliwości. Jedna z gazet cytuje pismo wójta do starosty: "Posyłam wam, obywatelu, nowe książki, zebrane po dworach. Wszystkie stare książki i papiery spaliliśmy". Kubek w kubek jak we Francji w roku 1789 i w Rosji w roku 1917. Dziś w Warszawie pochody i capstrzyki dla uczczenia Rządu Jedności Narodowej. Przemawiali Grabski i Mikołajczyk.

W Piasecznie spotkaliśmy Halszkę Skąpską. Chodzi po rynku i sprzedaje materiały włókiennicze. Pomyśleć: właścicielka trzech domów we Lwowie i pałacyku w Pyrach! Wczoraj kartka od Matki z Potoka z życzeniami. Poczta już funkcjonuje bez zarzutu, List idzie trzy, cztery dni.


5 lipca.

Dziś po raz pierwszy od czterech miesięcy w Warszawie kolejką podmiejską. Dojazd tylko do Szop. Tam Sodoma i Gomora. Wrzask furmanów, kwik koni, płacz dzieci.




Warszawa 1945:   Aleje Jerozolimskie, rejon dawnego Dworca Głównego.
(fot.   Jan Bułhak)


- Na Żoliburz!

- Na Pragie!

- Do dworca!

Po drodze widzimy moc furmanek wywożących gruz. Więc odbudowa Warszawy rozpoczęta. Ten wywóz gruzu, to ciężki, ale, jak słyszę, bardzo intratny zawód. Furman dostaje dziennie 2000 zł. Zajmuje się tym kilku byłych ziemian, którym udało się zachować wóz i konie.

W księgarni Kuthana na pl. Trzech Krzyży dowiedziałem się o śmierci Zygmunta Jurkowskiego. Wrócił z obozu i po trzech dniach umarł na serce. Zostawił żonę i troje małych dzieci. Zaszedłem do Muzeum Narodowego obejrzeć wystawę p.t. "Warszawa oskarża". Wstrząsające wrażenia. Bezcenne obrazy podziurawione kolbami, poszarpane w strzępy. Inkunabuły zapaskudzone jakimś świństwem. Meble antyczne pociachane i podziurawione kulami. Największe wrażenie jednak robi pomnik króla Zygmunta. Odpadł krzyż i miecz z kawałkiem ręki. Głowa króla, która przez 300 lat patrzyła na nas z góry, teraz stoi przed nami oko w oko. Nawet mumiom egipskim, które tyle wieków przetrwały, nie darowano. Ściągnięte z nich bandaże ścielą się obok jak wydarte wnętrzności.

Dokoła ruiny, Obok tych ruin, gruzu, błota, smrodu, tu i ówdzie jakiś wspaniały sklep z kawiorem, czekoladą, łososiem. Pod murami, we wnękach zrujnowanych bram, antykwariusze sprzedają, swój towar. Książki brudne, osmolone. ale tańsze niż na prowincji. Z duszą na ramieniu poszedłem na obiad do ocalałej "Polonii". Czy wystarczy mi pieniędzy?


6 lipca.

Wygląda na to, iż rząd londyński przestaje istnieć, gdyż główne mocarstwa, U.S.A., Z.S.R.R., Anglia, Chiny, uznały Rząd Jedności Narodowej.

W Piasecznie na rynku spotkałem się z moim znajomym, Emilem Kipą. Świetny historyk żali mi się że razem z całym dobytkiem stracił swój dorobek naukowy. Najbardziej żal mu opracowanej korespondencji księcia Józefa Poniatowskiego.


8 lipca.

W Odrodzeniu czytam że w obozie pod Hamburgiem zmarł z ran Jerzy Paczkowski. Znałem go doskonale. Był świetnym poetą, doskonałym redaktorem Cyrulika Warszawskiego (po Janie Lechoniu), zdolnym satyrykiem. W moich szpargałach uratował się tekst "Szopki politycznej" z roku 1931, w której pan Jerzy współpracował. Nie miał pewnie więcej niż 35 lat. Cześć jego pamięci!

Urządzono zabawę taneczną i panie wyciągnęły mnie z domu. Tańczyłem nawet z pewną rosyjską żołnierką. Powiada, że dziewczęta wracają do domów. Ona w wojsku od trzech lat. Na nogach nie miała pończoch, tylko buty z cholewami. Na piersiach medale: "Za odwagę" i za "Obronę Stalingradu", Derda, sołtys, przy bufecie stawia bimber. Jeden z żołnierzy zaczął błaznować, chwiać się, udawać pijanego. "Starszyna" wziął go na stronę i widać było, że go surowo strofuje. Derda powiada, że widział się z wicepremierem Mikołajczykiem i z prof. Grabskim. Mikołajczyk ma przybyć do Pyr na rozmowę z delegatami P.S.L. "Piast".

Kanada, Szwecja, Szwajcaria uznały nowy rząd polski.


10 lipca.

Wczoraj w Warszawie u pani L. Powiada mi, że po ośmiu miesiącach zwolniono z aresztu Bolesława Piaseckiego, Z Rumunii powrócił Eugeniusz Kwiatkowski.

Zabawnie mieszkają państwo L. Mieszkanie na trzecim piętrze przy świeczkach. Wodę nosi się kubłami z sąsiedniej ulicy, nie mają ani jednego własnego mebla, Jeden pokój bez ściany szczytowej z wywalonym oknem. Tam właśnie spałem na barłogu z cuchnących pledów. Właściwie wcale nie spałem, tak mnie gryzły pluskwy.

Basia L. na Wawelu sprzedaje lody. Ruch migracyjny szalony. Ludzie jeżdżą jak opętani, szukając dachu nad głową i kawałka chleba.


19 lipca.

Prokuratura krakowska rozesłała listy gończe za Ferdynandem Goetlem i za J. E. Skiwskim.

Japonia podobno zgłosiła propozycję kapitulacji. Od kilku dni konferencja trzech w Poczdamie. Hitler podobno ukrywa się w Patagonii. Od kilku dni upały. Zaczęły się żniwa. Sołtys Derda powiada, że urodzaje wyborne, byleby pogoda dopisała.


1 sierpnia.

Pierwsza rocznica powstania w Warszawie. Więc w Dąbrówce już siedzimy 10 miesięcy. Kiedy się pomyśli o tym co się przeszło, ciarki po grzbiecie latają. Wciąż odkrycia nowych zbrodni masowych. Na Śląsku znaleziono grób jeńców i powstańców warszawskich. Podobno do 80.000 ofiar. Wczoraj wizyta pani Alfredowej Bnińskiej z córką i pani Grabowskiej.

W Piasecznie spotkanie z Halszką Skąpską. Wraca z Gdańska. Jej szwagier jest wojewodą pomorskim. Kiedyś, gdy z siostrą jechała w towarzystwie adiutanta, zbrojny oddział w lesie chciał je wywlec z samochodu. Cudem ocalały. Willę w Sopocie, owszem można dostać. Ale żądają odstępnego 40,000-50,000 zł.

Dziś ukazał się komunikat po konferencji w Poczdamie. Przyznano Polsce administrację poręczającą terenów na wschód od Odry i Nysy, a ustalenie granic pozostawiono do rozstrzygnięcia kongresowi pokojowemu.

Nastroje wciąż takie jakby wojna wcale się nie skończyła. Mój szewc, który przybił mi blaszki do trzewików, powiedział znacząco:

- Wojna? Ja ją wciąż czuję nosem.

W Gdańsku na jakiejś posadce siedzi mój kolega szkolny, Zdzisław G., syn b. premiera. Głupstwa rozgłasza że jego ojciec zawsze był komunistą. Jego starszy brat spotkał mnie w Warszawie i kiwał smutnie głową. Po co pleść takie banialuki!


10 sierpnia.

W tym tygodniu dwie wielkie sensacje. 6 sierpnia rzucono na Hirosimę pierwszą bombę atomową. Rosja wypowiedziała Japonii wojnę.


11 sierpnia.

Japonia skapitulowała. Proszą tylko o zachowanie ich cesarzowi praw suwerennych. Marszałek Żymierski odznaczony orderem "Zwycięstwa" przez Rosjan. Prezydent Truman w wywiadzie prasowym rzucił pod adresem Polski kilka ciepłych i krzepiących słów.


13 sierpnia.

Umarł Stefan Jaracz, jeden z największych naszych aktorów. Żył lat 61. Uroczysty pogrzeb na koszt państwa. W "Odrodzeniu" fotografie zamordowanych pisarzy: Boya, Hollendra, Henryka Dembińskiego. Przed kilkoma tygodniami w Glasgow zmarła Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Nie ustają morderstwa polityczne. Tak zabity został kierownik odbudowy radiostacji raszyńskiej, kpt. inż. Nikoforow. Pisma ciągle przynoszą wiadomości o mordowaniu Żydów, członków P.P.R. Walka bratobójcza rozgorzała w rozmiarach niepokojących. W Krakowie 11 b.m. były rozruchy, napadano na domy żydowskie, na bożnicę. Podobno są ofiary w ludziach.

Skąpscy nie jadą do Gdańska. Mimo stosunków, protekcji i znajomości, spotkał ich zawód.

Leje jak z cebra. Jeszcze nie pamiętam tak dżdżystego lata.


16 sierpnia.

Rano taka ulewa, że leje się po ścianach, z okien płyną na podłogę całe strumienie. Biegam z naczyniami i ze ścierkami i gdyby nie brak arki, czułbym się jak Noe.

Na Petaina zapadł wyrok śmierci, złagodzony na dożywotnie więzienie przez wzgląd na jego wiek.

Głos Ludu atakuje sądy i urzędy, które zbyt liberalnie rozumieją "reprywatyzację". Zarzuty dotyczą np. firmy Klawe, która pragnie z powrotem objąć fabrykę i majątek Drwalew (Instytut Serologiczno-Bakteriologiczny), odebrany Klawemu przez Niemców.

W "Polonii" spotyka się znajome twarze. Wielu dziennikarzy naszych wróciło z Londynu. Widziałem Eugeniusza Kwiatkowskiego, Antoniego Słonimskiego, Ksawerego Pruszyńskiego. Przybył do Warszawy ambasador angielski.

Chwała Bogu, w jakimś sklepie komisowym sprzedałem dwa dywany perskie za 8000 zł. O pracy literackiej nawet marzyć nie mogę. Na domiar złego pan Stanisław L. Uznał tę właśnie chwilę za najodpowiedniejszą do wymówienia mi mieszkania. Do swego domu wrócić nie mogę, bo w proszku, a tu eksmisja. Z ludzi robią się hieny. Wielkie obławy na fabrykantów bimbru, spekulantów i handlarzy walut. Byłem u Zeldina, nowego dyrektora "Orbisu". Przed wojną pracował w warszawskim oddziale Wagons-Lits/Cook. Obiecuje mi posadę u siebie. Wielki czas, bo wyprzedaję się doszczętnie i za psi grosz.

Dziś rano aresztowano u nas pana Stanisława L. Kto pod kim dołki kopie... W Krakowie dochodzenie przeciwko Feliksowi Młynarskiemu, b. prezesowi Banku Emisyjnego w G.G. Żona Stefana Ossowieckiego, pani Zofia Ossowiecka, drogą ogłoszeń w pismach poszukuje męża. Znałem go bardzo dobrze i nawet mam wspólną fotografię. Jego Świat mego ducha to jedna z najciekawszych książek, jakie zdarzyło mi się czytać. Doświadczenia z marszałkiem Piłsudskim na odległość, zaprotokołowane przez świadków, budziły sensację w świecie naukowym. Odwiedziłem kiedyś inżyniera na Polnej. Zastałem w salonie pełno interesantów domagających się wyjaśnień jasnowidza. W rogu stała olbrzymia klatka z ptaszkami, które ćwierkały sobie pogodnie. Teraz mieszkanie zburzone, on zginął bez wieści, zamordowany, jak powiadają, na początku powstania na Szucha, a pani Zofia prowadzi dzielnie małą kawiarenkę na Żurawiej. Mówił do żony, że będą się działy rzeczy straszne. A mimo to nie chciał Warszawy opuścić.




Warszawa 1945:   Ulica Marszałkowska, róg Wilczej.
(fot.   Jan Bułhak)


Tak samo Żaklina Doberska szuka męża, Tadeusza. Był moim kolegą uniwersyteckim. Zginął od bomby we własnej willi pierwszego dnia powstania.


22 września.

Łażę i łażę do Zeldina, obiecuje, ale nic się sprawa moja nie posuwa. Sprzedaję książki. Wczoraj sprzedałem ostatnią bransoletkę żony.

Wczoraj cztery godziny bawił w Warszawie gen. Eisenhower. Dekorowany był w Belwederze wstęgą orderu Grunwaldu I klasy. Kilka banalnych zdań ubolewania nad zgliszczami miasta.




Warszawa spontanicznie wita Generała Dwighta Eisenhowera.
Na brzegu Wisły Gen. Eisenhower wykrzyknął: "Co za doskonały przyczółek!"
Warszawa, 21 września 1945.
(Arthur Bliss Lane, I saw Poland Betrayed)



Latam jak opętany po urzędach szukając posady. Znajome twarze: prof. Julian Makowski (o jego Prawie międzynarodowym pisałem kiedyś w Wiadomościach Literackich), Emila Kipę, Janusza Makarczyka, który świeżo wrócił z Zachodu. Chaos wszędzie niesamowity, jak w Księdze Genesis. "Na początku było Słowo". Otóż to nowe słowo zawsze tworzy chaos, dopóki z mgławicy nie wykluje się coś nowego. Ale co? Jutrzenka swobody czy potworek? Raj dla ludzi czy piekło?

Moc ludzi wyjeżdża na Zachód. Ale jak to robią, nie mam zielonego pojęcia. Ja w każdym razie nie wyjadę. Tym bardziej – nielegalnie. Właśnie ja nie będę uciekać, bo nie mam do tego powodów. Zresztą zawsze trochę brzydziłem się ucieczką. Ucieczka, to obawa przed cierpieniem. A przecież i tak nigdzie się go nie uniknie. Ucieczka to przyznanie się do nie popełnionej winy. Skoro nowy premier oświadcza, że przedstawia mnie do złotego krzyża zasługi, to chyba ma po temu dostateczne racje. A zresztą, jak powiada Aldous Huxley, człowiekowi przytrafia się w życiu to na co wygląda. Nie można zmienić swego losu. Jeżeli masz taką gębę, jeżeli masz taki charakter, to twój los tak właśnie, a nie inaczej, się ułoży. I żadna ucieczka nic a nic tu nie zmieni. A właśnie mnie nie wolno uciekać. Mam ja po temu swoje ważne racje.


23 września.

Chłopi nie dostarczają kontyngentu, który jest podobno niewielki. Mikołajczyk przemawiał w tej sprawie do nich przez radio. Robotnicy także sarkają. Górnicy mają 40 zł dniówki i dość liche deputaty. A cena węgla wciąż rośnie. Eksport. Może te apetyty rosną zbyt pospiesznie. Wykaraskać się z tej otchłani ruin, zgliszcz, błota nie będzie rzeczą łatwą. Trzeba się do wyrzeczeń przyzwyczaić.

Najgorsza jest ta atmosfera wzajemnej wrogości, nieufności. Jeden taksuje drugiego oczami: kto z nas był lepszym Polakiem? I ta gorycz zmarnowanych lat. I ten niedosyt wywołany latami udręki. Kto z nas był lepszym Polakiem: czy ty, który spekulowałeś na walucie albo handlowałeś dziełami sztuki, czy ja, który zgrabiałymi od zimna palcami układałem tory kolejowe? Czy ty, który chytrze umykałeś przed łapankami na ulicach Warszawy, czy ja, który bezradnie siedziałem w Oflagu czy Stalagu? Kto z nas lepszy? A jeżeli osądzą cię żeś gorszy, bo zniosłeś jakoś bez widocznego śladu całą mękę okupacji, toś przepadł. Dlatego Janusz Minkiewicz najlepszy swój wierszyk wtedy napisał: "Przepraszam, że żyję – pardon!".


29 września.

Rocznica naszego wymarszu z Warszawy do Pruszkowa. Ten koszmar śni mi się po nocach. To był pochód na własnym pogrzebie. Tak właśnie każdy szedł: za własną trumną. Kto jest w stanie wczuć się w ten stan: przemarsz wśród trupów, gruzów, płonących zgliszcz, w nieznane, pod lufą karabinów maszynowych? Kto ten stan przeszedł, tak jakby żyć już przestał.

Wczoraj znowu bieganina po Warszawie. Wyczekiwanie godzinami w poczekalniach. Obietnice, nadzieje. I fiasco.


1 października.

Przeczytałem dziś ze smutkiem że 1 października 1944, a więc ostatniego dnia walk warszawskich zginął bohaterską śmiercią popularny felietonista Wieczoru Warszawskiego, Stefan Kwaśniewski, "Quas". Walczył jako bombardier przy zbiegu Brackiej i al. Jerozolimskich. Przypominam sobie, jak mnie w czasie okupacji odwiedzał w mojej księgarni. Miał niezwykły wprost talent mnemotechniczny. Wystarczyło na przykład zapytać ile jest 20567 przez 875, i pan Stefan w oka mgnieniu podawał iloczyn bez zająknienia i bez potknięcia. Inna rzecz, iż kiedy grałem z nim w pokera czy w ruletę, potrafił haniebnie przegrywać. Coś jak z Ossowieckim, który w brydża grał jak noga.

Zeldin wciąż obiecuje.

W Warszawie ruch szalony. Sklep wyrasta przy sklepie, jak grzyb koło grzyba. U Klajnmana dałem dywan do sprzedania. Ale sam Klajnman pakuje się, bo wyjeżdża za granicę. Oglądałem u niego cudowne obrazy, m.in. Piotra Michałowskiego. I pomyśleć że te tak rzadkie już dzisiaj arcydzieła, powędrują na rynki zagraniczne. Naturalnie, każdy inny osobnik nigdy by tego nie dokazał, ale pan Klajnman całą galerię arcydzieł narodowych wywiezie bez szwanku. Jak on to robi, u Boga Ojca?

Przyjęli mnie do Związku Byłych Więźniów Politycznych. Ostatecznie to nie Oświęcim, ale pół roku na Pawiaku też coś znaczy. Za co mnie wsadzili? Za akcję ratowania Żydów. Robiliśmy to wspólnie z innym biurami podróży. Przekupieni przez nas celnicy przymykali oczy na podwójne dna walizek. W ten sposób uratowałem mego przyjaciela Michała Choromańskiego i uroczą Ruth Sorel. Ale to inna parafia. O tym obszrniej kiedy indziej. Sam za to wpadłem jak śliwka w kompot. Ale – zdumiewająca rzecz! – ostrzej widziałem niebezpieczeństwo grożące innym, niż sobie. Jakże tego boleśnie miałem doświadczyć. Gdzież się podziała zasada "prima charitas ab ego"? Może w ogóle nie istnieje? Może istnieją osobnicy którzy dostrzegają niepokojącą aurę nad głowami innych a nad własną nie dostrzegają? Tak jest z całą pewnością. W pewnych decydujących chwilach nie można polegać na intelekcie, na rozważaniach logicznych. Nie logika bowiem powoduje ludźmi, ale ich umiejętności. A o tym się ciągle zapomina.

Sprzedałem złoty zegarek żony za 700 zł. Zeldin milczy i zwleka.


11 października.

Po całych miesiącach zabiegów, wyczekiwania w gabinetach dyrektorskich, listach, przynaglaniach uwolniłem nareszcie mojego Matejkę. Mam wrażenie, że niedługo uda mi się go utrzymać.

Pierre Laval skazany na karę śmierci. Apeluje.

Dziś u nas generalna kąpiel, tzn. szorowanie w balii. Jak na złość, woda nie leci z kranu i trzeba ją dźwigać kubłami ze stajni. Kłopot z drzewem, z węglem, z wodą, ze wszystkim. Wpadli dziś do nas rano pp. Skotniccy. Interesy ich urwały się, chcą z nami do spółki fabrykować mydło. Jakiż mam żal do ojca, że mnie nie nauczył jakiegoś przyzwoitego rzemiosła. Czytałem gdzieś niedawno, że bardzo bogaty facet kazał synów nauczyć rzemiosła, na wypadek, gdyby nie mogli wyżyć z tego co mają. Genialny facet! Jednego syna kazał uczyć szewstwa, drugiego – ślusarstwa, trzeciego – tokarstwa. Zawsze sobie dadzą radę. Najlepiej doświadczyłem tego w więzieniu. Prości ludzie – robotnicy, rzemieślnicy, wyrobnicy – znoszą je o wiele łatwiej. Co za cuda można zdziałać przy pomocy kawałka miotły i strzępu wyrwanego ze starej marynarki. Pamiętam, łatę sporządzoną mi tą techniką nosiłem dłużej niż całą skarpetkę, którą w końcu wyrzuciłem. Artyści!

W Warszawie wczoraj spotkałem przyjaciół moich, Kazia i Stefana Lubińskich. Stefan zrobił się zupełny dziad. Kiepsko słyszy, nadstawia ucha i co chwila z sarkazmem powtarza:

– No i kiedy atomowa bombka?

Dla świętego spokoju odpowiadam mu z całą powagą, że musimy jeszcze na ten efekt poczekać trochę. Czyżby mu się tak śpieszyło?


14 października.

Zeldin odkłada i odkłada. Czekaj tatka latka. U Klajnmana rozmawiałem z pewnym Rosjaninem na temat kolekcjonerstwa. Kupował właśnie cudowne stare srebra.

Wracając z Warszawy widzieliśmy na szosie trupa przejechanej kobiety. Wypadki częste.


22 października.

Wyczytałem w Życiu Warszawy nekrolog Mieczysława Nałęcza-Dobrowolskiego. Biedny Miecio! Zdolny, subtelny poeta, chociaż ani jednego tomiku nie wydał. Zeldin kazał się zgłosić jutro. Plotki na mój temat zupełnie niegodziwe. Jak tu się bronić? Plotka jest jak wiatr, ucieka, przenosi się z miejsca na miejsce, nieuchwytna.

Śmiechu warte! Już po raz trzeci czytam w Życiu Warszawy takie oto ogłoszenie: "Wodzireja do prowadzenia tańców salonowyoh poszukuję. Zgłoszenia Kowieńska 19". Nie mogą w żaden sposób znaleźć wodzireja, to okropne. Skąd ten brak salonowych wodzirejów?

Na Mazowieckiej odgruzowanie Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. W pewnej chwili natknęli się robotnicy na zwłoki powstańca. Tak go zostawili: z ruin wystaje naga czaszka z czapką wojskową z orzełkiem. Nieco niżej ręka wyciągnięta, kikut. Pobożne niewiasty ozdobiły szkielet zeschniętymi kwiatkami.


1 listopada.

Masz babo placek! Zeldin uciekł za granicę. Wyjechał sobie luksusowo własnym samochodem w towarzystwie zony i szwagierki. Posada pękła.

W Krakowie w wieku 72 lat umarł Wincenty Witos. Wczoraj w "Romie" pierwszy po wojnie koncert Henryka Sztompki. W programie Chopin. Cały dochód przeznaczono na odbudowę kościoła św. Krzyża.

Nie widziałem się ze Sztompką od roku 1940. Bywał wtedy u nas często, gdyż mieliśmy razem wyjechać za granicę. Przekupiłem Niemców w Krakowie, gdzie wydawano paszporty, wszystko było załatwione, literka "J" (Jude – mieliśmy wyjeżdżać w charakterze Żydów) umieszczona. Tymczasem w dwa dni później Niemcy aresztowali mnie z tymi paszportami i osadzili na Pawiaku. Potem paszporty zwrócili. Wiza przekreślona i nadruk "Ungultig". Tylko dzięki temu wypadkowi nie zdołali Sztompkowie wyjechać do Morges.

Zupełnie tragikomiczne przejścia ze starym B. Codzień kompletnie pijany. 0znajmił mi że zakochał się w mojej żonie. A kiedy okazałem się dość obojętny na tę nowinę, zbeształ mnie, że go lekceważę. Chodzi teraz za mną dzień w dzień, wymyśla ile wlezie i żąda bym się z nim pojedynkował. Już on sam się o broń wystara. Znajomi radzą żebym się zgodził. Mam upaść i oblać się czerwonym atramentem. Ale nie mam ochoty robić figlów temu nieszczęśnikowi, który cierpi wyraźnie na zaburzenia psychiczne. Dziś dobijał się do moich drzwi, a kiedy mu nie otworzyłem, dał chłopcu list do mnie.

W Tygodniku Powszechnym świetny artykuł ks. Piwowarczyka p.t. "Teologia marxizmu".


10 listopada.

Wczoraj odbyła się na Marszałkowskiej ekshumacja Piotra Lubińskiego, jego żony, siostry, Nuny Schönowej, i dzieci. Z wielkim trudem rozpoznaliśmy ciało, zdeformowane do niepoznania. Sterczały już piszczele goleni i widać było żebra. Przedsiębiorca posypał ciała chlorkiem. Potem przyniesiono dwie duże skrzynie, w które wsypano szczątki.

W związku z tym smutnym obrzędem napisałem obszerny list do pani Teresy Lubińskej. Po tylu doznanych nieszczęściach ta świetna w swoim czasie pisarka i działaczka społeczna zamknęła się pod Krakowem w klasztorze.

W Moskwie wypuszczono z więzienia trzech oskarżonych w procesie Okulickiego: Bagińskiego, Zwierzyńskiego i Pużaka. W Wierzchosławicach przy trumnie Witosa doszło do porozumienia między P.S.L. i frakcją S.L.

Przed kilkoma dniami w biały dzień na Marszałkowskiej zamordowano jubilera Jazdończyka. Miałem u niego w komisie pierścionek z brylantem i z perłą. Trzeba będzie postawić krzyżyk.

Ukazało się pismo Dziś i Jutro Bolesława Piaseckiego.


8 grudnia.

Zabójstwa na tle politycznym nie ustają. W tych dniach zamordowano działacza P.S.L. Kojdera, a w Łodzi Ściborka, sekretarza generalnego stronnictwa.

Nadszedł wzruszający list od Teresy Lubińskiej. Dziękuje za zajęcie się ekshumacją jej syna.

Sklepy dziś z racji święta Matki Boskiej zamknięte. Mróz taki, że w kuble woda zamarzła.

W procesie norymberskim odczytywanie aktu oskarżenia. Podobno Göring raz po raz wybucha cynicznym śmiechem. Ale ten się śmieje...

Ktoś mi pokazywał 5-kilową paczkę amerykańską. Z U.N.R.R.A. Wspaniała zawartość: kakao, witaminy, papierosy, jamy, kompoty. Podobno na święta mają rozdać 100,000 takich paczek. No, ja to w każdym razie nie spróbuję. Pani D. nadgryzła mały kawałek mydła myśląc, że to coś do zjedzenia. W pismach pełno artykułów o penicylinie, nowym epokowym wynalazku.


30 grudnia.

Od świąt mamy nareszcie prąd elektryczny, cóż kiedy wieczorami przeważnie go wyłączają. Dentysta R. w Piasecznie opowiadał mi o swoich wrażeniach ze Śląska. Na zebraniu jedna urzędniczka tak przemówiła do bawiącego na inspekcji ministra Stańczyka:

- Dotąd szabrowaliśmy, więc mieliśmy co jeść. Teraz już nic nie ma do szabrowania, więc głodujemy. Za śmiałość dostała huczne oklaski.

Tłumaczę Dostojewskiego Slaboje sjerdce.

Jutro Sylwester. Koniec roku. Pierwszego roku pokoju. Bardzo był burzliwy.


Eugeniusz Szermentowski.

Wiadomości 44/709, Londyn, 1 listopada 1959.





Teksty Eugeniusza Szermentowskiego oraz o podobnej tematyce zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje