
SĄDECKI RUDYMENTARZ (2)
WALDEMAR KONTEWICZ
Jadwidze Rogowskiej
KRAKELURA ÓSMA – Kwiecień 2003
Sądecki "Opricznik"
Dworzec kolejowy w Nowym Sączu, lata 1930.
(Rysował: Leszek Zakrzewski)
- Difficilia quae pulchra
(Piękne rzeczy są trudne)Kiedy moja tęga babka po przekroczeniu naszych sądeckich progów wysyłała wszystkie durnyje sobaki na sam kraj świata, wtedy zdawało mi się, że tak oto kończy się dla mnie era podróży pociągów kolejowych z parowozem, a powraca jazda parą koni i wozem.
Rozsierdzenia szacownej damy z Trok Gedymina musiałem wysłuchiwać przez następnych kilka dni. W potoku babcinej jeremiady, co rusz pojawiał się opricznik, który zafundował jej był karę za jazdę bez ważnego biletu ze stacji PKP Braniewo do stacji PKP Nowy Sącz, przez stację PKP Kraków-Płaszów. Po babcinych długich eksplikach zawiłości kupna biletu, znałem na pamięć każdy detal tej afery. Współczułem jej kiedy mówiła o cziortowskim ustrojstwie, które wydrukowało złą datę. Próbowałem tłumaczyć, że pewnie bileterka źle najechała ruchomą sztancą na brązowy kartonik z małą dziurką pośrodku i stąd wyszła pomyłka. Krzywiła się wiekowa dama, że jakąś grażdankę śmiem nazywać bileterką. Powtarzała mi, że dzieci mogą zabierać głos tylko wtedy jak się im na to pozwoli. A teraz mam jej słuchać i milczeć.
Odetchąłem z ulgą, kiedy pociąg osobowy do Warszawy zabierał z sobą wileńską matronę. Stacja PKP Nowy Sącz wciąż stała na tym samym miejscu ze swoimi sapiącymi lokomotywami, a na peronie dyżurny ruchu wielkim lizakiem dawał znak odjazdu przyszłości do przeszłości lub przeszłości do przyszłości. Wszystko w łososiowym świetle wielkich lamp jarzeniowych i kłębów białej pary wypuszczanej z żelaznego cielska parowozu.
(Photo courtesy Jeffrey Dobek)
Białym lizakiem, z zielonym paskiem na obrzeżach i dziurą w środku, wymachiwał pan Żaroffe, o którym mówiono, że pochodzi z samej Francji. Jego dziad przyjechał do naszego miasteczka, by w Neu Sandez podpatrywać Cesarsko Królewską Galicyjską Kolej Transwersalną. Dzisiaj nikt nie wie, czy patriarcha Jaroffe spóźnił się na pociąg, czy też wyprzedziła go historia. A może to niedoświadczony sądecki opricznik puścił pociąg do Paryża nie z tego peronu, przez co Francuz do dnia dzisiejszego czeka na swój odjazd, niczym moja babka na właściwy bilet.Na Dworzec PKP, na który przyjeżdżali onegdaj cesarz Franciszek i mój stryj Franciszek, spieszyłem codziennie po szkole, która miała nazwę: "Trzynastka". Nic więcej, tylko ten feralny numer. Pewnie dlatego tak kiepsko się uczyłem fizyki u pana Danka oraz śpiewu u pana Kotarby. Była jeszcze inna przyczyna moich szkolnych niepowodzeń: Autobus Miejski – wymalowany na czerwono jak jurny kogut na kurpiowskiej wycinance, z wielką tablicą na dachu oznajmiającą, że to linia zero. Innej w miasteczku nie było. Zerówka woziła nas na sam Dworzec PKP, na który kiedyś przybywali Cadyk Halberstam, marszałek Rydz-Śmigły i Stanisław Wyspiański, by malować bimę w bóżnicy. Bez biletu, czyli na gapę jeździł do Nowego Sącza Epifaniusz Drowniak zwany Nikiforem Krynickim, który stacyjki kolejowe kochał równie mocno jak swoje akwarele genialnie rozlewane na papier.
Dworzec kolejowy w Nowym Sączu, lata 1960.
(Rysował: Leszek Zakrzewski)
Za dnia siadywałem na dworcowej ławce i odprowadzałem pociągi razem z panem Żaroffe. Podziwiałem jego czerwoną czapkę, granatowy mundur, białą koszulę i długi lizak. Marzyłem o takim lizaku nie mniej niż o tym czerwonym na patyku z konfietowej oficynki pani Dudzikowej. Podążałem za zawiadowcą po peronie, spoglądałem tak samo jak on na tarczę wielkiego zegara, by odprawić w przeszłość następny pociąg. Czekałem z wielkim napięciem na spuszczanie pary z tendra, co uzmysławiało mi krzepę drzemiącą w wielkim brzuchu parowozu. Stawałem przy największych kołach, mających czerwone szprychy jak mój rower "Pafaro", i myślałem o pewnym Angliku – panu Stephensonie, wynalazcy tej parowej zabawki.Moją miłością był skład wagonów do Chabówki. Drewniane ławki w przedziałach wypolerowane niejedną parą gabardynowych spodni lśniły dębowymi słojami. Pewnie którymś z tych wagonów jechał Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy do Zakopanego, by tam pisać Rzeczy-wistość, którą zrozumiałem dopiero po latach:
Właśnie łaźnia była moim cielesnym czyśćcem po powrotach z Dworca PKP. Moja mama codziennie powtarzała, że pójdę w ślady kominiarza Hryniuka i będę całe życie łaził po dachach aby zarobić na chleb, albo zostanę maszynistą smarowozem (jakże się ona myliła wtedy, ja marzyłem właśnie o tym!). Dodawała mateczka, że nawet Zerówka nie weźmie mnie z przystanku, nie wspominając już o Kolei Żelaznej. A to było jednak już poważne ostrzeżenie: nie móc jechać pociągiem, czy oglądać wieczorem na kładce jak kolejne węże kolejowe odpływały w nocną otchłań; nie widzieć świateł parowozów, które świeciły przez mgłę tak mądrze jak okulary pana Danka z "Trzynastki". Nie, to się nie mogło stać. Więc leżałem na kładce nad torami, którą co rusz owiewał dym z komina sapiącego parowozu. Wyobrażałem sobie jazdę do Warszawy kiedy siedziałem przy oknie, przez które nie widać było nic prócz ciemności i dalekich świateł mijanych miast. Podjadałem te same bułki z szynką i dwa jajka na twardo, a później był kompot z suszonych śliwek i wędzony smak sadzy w ustach. Do Krynicy jeździłem zwykle na stojąco, bo postęp był tak wielki, że każdy w miasteczku chciał zobaczyć na własne oczy cudowną cywilizację parową. Stąd też brakowało miejsc siedzących. Czyż można się dziwić ciekawym ludziom, że chcieli podróżować? Nawet kobiety staruszki chciały jeździć, więc stały całą noc na korytarzu, bo przecież z młodymi ciężko było wygrać w wyścigu do lepszych miejsc.Idź książeczko między ludzi
Idź i myśli piękne budź
A gdy myśl się piękna zbudzi
Sama zarżnie wszelką chuć.
Więc gdy Jaś Ustupski i ja
Równem durnie wobec Was
Gwazder w nas (ach) niech nie mija
Zaklajstrujmy wszelki kwas.
Bo zważcie to dobrze u siebie
Że czy ma być w piekle czy w niebie
Ni tu, ni tam się nie zbłaźni
Ten który chodzi do łaźni.
20 III 1935, Zakopane/Bystre (nasze kochane)
Lubiłem też chodzić do naszego artysty malarza na Podhalańską, który miał sportretowane dwa parowozy. Z Maestro blejtramowej poezji dyskutowaliśmy o ilości zaworów, wielkości tendrów, mechanizmie mimośrodowym, zwrotnicach, obrotnicy na lokomotywy. Słowem, to była lekcja fizyki artystycznej. Mistrz Wyganowski z równą wprawą malował lewą i prawą ręką w zależności od światła padającego na obiekt. Tłumaczył mi dlaczego cień przy wschodzie słońca ma inną głębię, a przy zachodzie inną strukturę i ziarnistość. Myślałem, że to tak jak na Dworcu PKP, gdzie opricznik Żaroffe podnosił lizak i po prawej jego stronie układał się cień przyszłości, na lewą stronę padał cień przeszłości. Przed lizakiem był parowóz i moja jazda pospiesznym na Warmię, a za lizakiem para wozów i umykające po torach juwenalia. Tylko semafor pod Marcinkowicami wciąż ubolewał nad tym, że w roku 1960 pewien maszynista zlekceważył jego grę lewo-prawych cieni i wjechał na inny pociąg zabijając dziesięcioro pasażerów.
Semafory.
(Rysował: Leszek Zakrzewski)
Miał też pan Wyganowski zwyczaj śpiewania skocznej canzony, której słowa nie były dla mnie jasne: Zatonie, zatonie piórecko na wodzie, ale nie zaginie nutka o ślebodzie. Kiedy spytałem go o znaczenie słowa śleboda, wysłał mnie artysta pędzla na Halę Rusnakową, abym tam od górali dowiedział się znaczenia tego dźwiękowego kuriozum. Więc pojechałem moim pociągiem do Chabówki pod Turbacz. Górale nie dziwili się mi wcale, bom był dulski pon i fajtłapa. Ale domyśliłem się, że śleboda ma coś w sobie z parowozów.Wróciłem do miasteczka i zacząłem tłumaczyć Mistrzowi, czego dowiedziałem się od górali. Kiwał głową malarz Wyganowski i nakręcał swój srebrny Atlantic, który chodził w przeciwną stronę. Kiedy znów się zapytałem, dlaczego jego zegarek chodzi w przeciwną stronę, odpowiedział mi, że to właśnie jest śleboda. Patrząc wnikliwie w moje oczy poprosił mnie, abym powiedział mu jakie to tajemnice pociągu relacji Nowy Sącz-Chabówka poznałem. Więc mówiłem mu: o zaciętości Bitwy pod Limanową podczas I Wojny Światowej, gdzie węgierscy żołnierze z 9. Pułku Huzarów pod dowództwem hr. Othomara Muhra bronili dostępu do Limanowej, i poległo ich wtedy tak wielu, że do dziś w Budapeszcie jest plac i ulica Limanowej; o słabości małych austriackich parowozów pracujących w terenie górskim, które musiały często dobierać węgiel i wodę, aby "przerabiać ogień"; o wsi Porąbka, w której hitlerowcy w 1944 roku bestialsko wymordowali jej mieszkańców, strzelając z jadących platform kolejowych pociskami zapalającymi do domostw, a do ludzi z karabinów maszynowych, a wszystko to w odwecie za nieudaną próbę wysadzenia torów kolejowych przez sowiecką partyzantkę Zołotara; o Rdziostowych wzgórzach, z których artyleria Piłsudskiego ostrzeliwała pozycje rosyjskie w Nowym Sączu; o tym samym Rdziostwie, w którym eksterminowano Żydów podczas okupacji w II Wojnie Światowej; i o wielu innych sprawach, których dziś już nie pomnę.
Za dnia przeganiano mnie z ławki dworcowej i z kładki nad torami. Zatem przychodziłem wieczorami, aby odprawiać pociągi z sądecko-francuskim opricznikiem. Wyjeżdżałem niezmiennie do Chabówki, później do Grybowa przez Ptaszkowski tunel, aż do momentu kiedy w pobliskim Parku Kolejowym wybuchnął niewypał, przy którym manipulowali młodzi chłopcy. Wyleciało wszystko w powietrze i rozbiło się jak bańka mydlana na wietrze. Cała trójka zginęła jak piórecko w wodzie, o którym śpiewał oburęczny malarz Wyganowski. Znaleźli chłopcy swoją ślebodę.
Smutny chodziłem do szkoły, gdzie w końcu zacząłem robić postępy w matematyce. Tęskniłem za Dworcem, ale coś nie pozwalało mi pozbyć się melancholii i nie wybierałem się już więcej na kładkę nad torami. Mój młodzieńczy pociąg odjechał na zawsze.
Po latach, kiedy przypomniałem sobie Sądeckiego Opricznika zadźwięczała mi znajoma piosenka: Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet... No właśnie, nie zadbałem ani o bagaż ani o bilet i poskarżyłem się mojej córce, że ukarano mnie w kanadyjskim pociągu VIA, za to, że bilet miał nieważną datę. Eksplikowałem dość długo i zawile, że komputer – wirtualne cyberfalogrammum – zmylił mnie Polaka i porządnego obywatela Kanady, który przyjechał tu dla ślebody, nieprzyzwoicie. Córka kazała mi następnym razem jechać samochodem, tak jak każdy cywilizowany człowiek. Nie chciała mnie dłużej słuchać, a przecież ja chciałem tylko zobaczyć zawiadowcę stacji w Toronto. W pociągu na próżno próbowałem usłyszeć stuk podkładów kolejowych: tra tata ta, tra tata ta.... Elektryczna lokomotywa nie puściła pary ze swej stalowej gęby.
Al Purdy:
Metodyka
Próbowałem powiedzieć do widzenia
ale las nie zwracał na to uwagi
rzeki udawały że nie słyszą
a góry przestały odpowiadać echem
Próbowałem powiedzieć do widzenia
(nie została żadna alternatywa)
więziłem imię w moich ustach
i pokryłem je szybko liśćmi
zostawiłem imię w pokoju pełnym ludzi
ale nikt go nie słyszał z wyjątkiem mnie
na długim spacerze zostawiłem imię
i jak bezpański pies szukałem mu drogi do domu
później rozdzieliłem je na pojedyncze dźwięki
idiotyczne dźwięki stworzone przez niekoniecznie głupiego boga
lecz sylaby złączyły się
na nowo w szeptach ziemi i wody
w końcu zacząłem zastanawiać się kim jestem
jeśli nie potrafiłem zniszczyć prostego imienia
i ciągle patrzyłem w okno za jakimś odbiciem
Próbowałem powiedzieć do widzenia
a drzewa puściły swe korzenie jeszcze głębiej w ziemię
gwiazdy wypaliły się w czarne wędrujące kamienie
i rzeki zapomniały swej wieści dla morza
W zatopionym peryskopie mego mózgu
nie ma już światła
tylko refleksy kryptogramów w międzymiastowej centrali
gdzie noc zakrzywia się w zero
i nic się nie porusza i tylko nic istnieje
nieobecność w ciele która swędzi
a jeszcze jest coś co wiesz coś czego nie możesz nie wiedzieć
coś co znałaś wiecznie
Próbowałem powiedzieć do widzenia
tak jak śmierć mówi do widzenia dla życia
ale to nie to samo
Z angielskiego tłumaczył Waldemar Kontewicz
* * *
KRAKELURA DZIEWIĄTA – Luty 2003
Fiordaliso
Moje pierwsze wycieczki za miasto z rodzicami nigdy nie wyjadą z mojej pamięci. Ojciec w pumpach jadący na męskim bicyklu, matka na "damce" w białej sukience ozdobionej łąką czerwonych maków, wybierali się latem co niedziela za miasteczko. Siedziałem w metalowym koszu przymocowanym do rawki ojcowego "Pafaro" i jak bocian z wysokiego gniazda obserwowałem wiosenne harce traw, listowia, śpiew ptaków i szum Żeglarki – małej rzeczki tnącej zielone łąki nad Dunajcem. Później był koc i moje zachwyty żabą, świerszczem i ślimakiem, a przy kocu leżały na sobie dwa rowery na dętkach balonowych. Lśniły ich niklowane kierownice i szprychy, syczało dynamo przywarte do opony i rzucało snopek światła przez żarówkę w lampie późnym wieczorem. Często też dzwoniłem chromowanym dzwonkiem, co nie przyprawiało mojego ojca w dobry humor. Nie odganiano mnie jednak od tego muzycznego patentu, bo pewnie tak było dużo bezpieczniej. Przynamniej wiedziano gdzie jestem, no i zaskoczenie nie było już tak wielkie, jak te wymalowane na twarzy mojej pięknej mamy, kiedy wchodziłem przypadkowo do jej alkowy. A ja może narodziłem się dlatego, że w tym czasie nie miał kto używać tych rowerowych dzwonków. Wypada zatem tylko dziękować Opatrzności.Można dziękować za dużo więcej – ot, na przykład za chabry, które ojciec wtedy zwał jakoś tak dziwnie: Centaurea cyanus. Zbierał niebieskie bławatki razem z mamą na brzegu owsianego lub jęczmiennego poletka, które pięło się hen do nieba. Widać niełatwo było się tam dostać skoro nawet "Pafaro" na żółtych balonówkach nie mogło się tam wgramolić. Zrywałem całe kiście niebieskich płatków, które mama później suszyła i dodawała do porannej owsianki. Lane kluski też były z dodatkiem suszonego kwiecia. Tylko wypijany wielorybi tran przeszkadzał mi w moim niezmąconym dzieciństwie.
Moje miasteczko ciągle było senne. Zawsze wyjeżdżało na wycieczkę za miasto. Spróbowałem i ja dojechać tam, gdzie nawet prawa fizyki przestają działać, a cóż dopiero mówić o prawach rodzicielskich. Pożyczałem lśniące "Pafaro" od Meneta z Sienkiewicza i gnałem ulicami miasteczka na błonia, albo przełomem Popradu.
Najpierw jednakże jeździłem po trzewiach miasteczka. Obserwowałem z pozycji mojego siodełka jak ludzki potok wypełniał tętnice Nowego Sącza. Wpadał do jego serca na Rynku, gdzie był pompowany przez wielki zegar na Ratuszu. Odpływał arterią Lwowską, Jagiellońską, Pijarską, Świętego Ducha do swoich kończyn na Węgierskiej, Radzieckiej, Nawojowskiej, Grodzkiej i Kolejowej. Moje balonówki pieściły kocie łby każdej z tych ulicznych tętnic. Skakały po czaszkach obmytych wiosennym deszczem kamieni, przylegały bezszelestnie do skrzących kostek ułożonych w niesłychanie równe parabole, niczym te na lekcjach matematyki. Przejeżdżające furmanki zostawiały za sobą parującą i woniejącą egzystencję na miasteczkowych arteriach.
Ulica Jagiellońska w Nowym Sączu.
(Obecny widok.)
Ścigałem się też z cyrkułowym leśniczym Harlińskim, który ujeżdżał motor zwany Junakiem. Czarne cielsko motocykla było nie mniej straszne niż legendy o leśniczym. W jego sadzie rosły najpiękniejsze czereśnie w okolicy. Lecz strach nas oblegał by wchodzić na jego drzewa. Kiedyś postrzelał on tyłki złodziejom z wiatrówki załadowanej piaskiem i solą. Co jak co, ale o swój tyłek to każdy dba.Coraz lepiej jeździłem na balonówkach. Potrafiłem nawet nie trzymać kierownicy. Zatrzymała mnie przy tych popisach milicja i ojciec musiał wyciągać mnie jak przestępcę z aresztu. Odkręcono kierownicę z mojego pożyczonego "Pafaro" i kazano odjechać. Kiedy wróciłem do Meneta ze skaleczonym rowerem, nie miałem się z pyszna. Nie wiedziałem jaką mu to też bajkę opowiedzieć. Stary ślusarz, który miał więcej zmarszczek na twarzy niźli wszystkie zaorane kartofliska w Bieszczadach, strasznie prychał i wielce się denerwował krzycząc Donnerweter, czy coś w tym rodzaju. Kiedy pytałem się, co to znaczy, wtedy ck galicyjski macher odprawiał mnie do diabła wrzeszcząc, żem Barbarzyńca i Hun. Hm, a skąd ja mu miałem wytrzasnąć kierownicę jak Milicja Obywatelska mi ją skonfiskowała, a z milicją zaczynać nie należało. Inna rzecz, że przecież mogłem trzymać rower choćby jedną ręką. Niestety moją uliczką często chodziła mała Kobietka. Miała taką pyzatą buzię, piegi na nosku i złote warkocze, że zdawałem sobie sprawę, iż same balonówki roboty nie wykonają, choćby nawet rozgrzały się do czerwoności. Zatem puszczałem kierownicę i patrzyłem czy pierś Afrodyty zatyka się z wrażenia.
Przez długi czas mój królewski ślusarz umorusany towotem i posypany siwymi opiłkami żelaza nie chciał mi pożyczyć żadnego "Pafaro", nawet damki. A przecież mama wysyłała mnie po chabry na łąki. Moje lane kluski, które wciąż jadałem na śniadanie, nie mogły obyć się bez bławatków.
W końcu udało mi się pożyczyć balonówkę z zastawem w postaci legitymacji szkolnej. Kiedy już ścigałem się z własnym cieniem na moście Heleńskim, zobaczyłem Ją na dziewczyńskim bicyklu bez rawki. Napiąłem mięśnie i przegoniłem Odaliskę w dwa mgnienia oka. Dobrze, że zdałem sobie w końcu sprawę, iż jak odjadę zbyt daleko, to na nic moje popisy. Przystanąłem, oparłem zręcznie "Pafaro" o krawężnik i czekałem. Ona przyjechała jednak z innej strony, zapraszając mnie na wycieczkę na łąki.
Kiedy zacząłem zbierać płatki szafirowych chabrów do papierowego worka, Mała Zjawa krzyknęła, że tak nie można, bo to jest barbarzyństwo. Od razu na myśl mi wrócił ten straszny Harliński z gwintówką pełną piasku i soli. Mówiła, że nawet ich nazwa jest cudowna: Fiordaliso. Zatem zrywać nie wolno. I one, te bławatki, przyleciały z południa, bo przecież nasze niebo nie ma koloru szafiru. Ktoś je nieopatrznie przywiózł z Amalfi i rozsiał po zboczach Beskidów. Na ich płatki powinien wiać scirocco, a nie halny z Tatrzańskich Turni. Popatrzyłem na nią nie bez zaskoczenia, bo już kiedyś ktoś o tych kwiatach też mówił tak dziwacznie.
Balonówki miały tę właściwość, że potrafiły zawieźć człowieka do każdego miejsca na świecie. Mnie zabrały najpierw z mostu Heleńskiego na Dunajcu w Nowym Sączu do Ameryki, abym przetłumaczył wiersz tamtejszego barda na język zrozumiały w Kotlinie Sądeckiej. A było to już dobrze pod koniec ubiegłego XX wieku. Otworzyłem magazyn The New Yorker i przekręciłem języki niczym kurki w kranie, po to by polały się wartkie słowa, i po to by Mała Kobietka mogła podziwiać mnie już nie tylko za jazdę bicyklem "Pafaro" bez trzymania kierownicy:
W. S. Merwin
Do roweru Zbigniewa Herberta
Odkąd on ciebie
nigdy nie posiadał
choć w skrytości pewnie
cię łaknął
to w marzeniach mógł znać
każdą twoją płaszczyznę i każdy detal
błysk szprych i chromu
zapach smaru i gumy
ogniwa czarnego łańcucha
dzień za dniem
pozostawałeś niewidoczny
tak że on nie musiał
zamykać cię czy chować
ponieważ nikt nie mógł cię zobaczyć
i choć faktycznie on nigdy
nie nauczył się na tobie jeździć
trzymając pionowo jak spławik
swe okrągłe ciało
na małym widelcu
wychylającym się
spod wody
w momencie gdy był już bardzo daleko
ręce na kierownicy stopy na pedałach
mogłeś go zabrać
wszędzie
jak deszcz
po deszczu
niewidoczny jak ty sam
Z angielskiego tłumaczył Waldemar Kontewicz
Później wehikuł czasu zawlókł mnie aż do Kanady. Czy pojazd ten jeździł na balonówkach, tego nie sposób odgadnąć. Wciśnięto mnie głęboko w torontonskie krzesełko, zamknięto w blaszanym pudełku zautomatyzowanego Chryslera i dozwolono jeździć aortami kanadyjskich autostrad ze zwariowaną szybkością stu i więcej kilometrów na godzinę.Szmaragdowe płatki chabrów kupuję teraz w supermarkecie, jak zresztą prawie wszystko, co mi jest potrzebne do "szczęścia". Brązową kaszkę suszonych bławatków dodaję do mojej porannej owsianki, a po południu wsiadam na balonówki i wędruję po świecie. Czasem biorę telefon i dzwonię:
Waldemar Kontewicz
Do telefonu Zbigniewa Herberta
Najgorzej było kiedy
Twój czarny charakter
Odzywał się nad ranem
Budząc zaskoczony świat
Niczym cerkiewny «kałakoł»
Bieszczadzką połoninę
Miałeś nakręcany cyferblat
Terkocący długo
Po każdej 9 lub 8
Po nich dwie 3 krótka 2
Mała przerwa
Na kancjonał wlewanej herbaty
Zaplatającej jantarowe warkocze
Pomiędzy imbrykiem a filiżanką
Jeszcze jedna przerwa
I już była Wenecja czasem Szwecja
Lubiłeś płatać niespodzianki
Długim sygnałem
Mówiącym że nikogo nie ma
Albo krótkim że linia jest zajęta
(przeważnie kobieca!)
Potrafiłeś się zpsić i zwronić
Mówiąc «Rozmowa kontrolowana.
Rozmowa kontrolowana.»
Zaplątałeś w «Wędzidło» kabla
Głos
Który połączył wszystkich na świecie
Nawet «Barbarzyńców w ogrodach»
A ja po drugiej stronie
W mieszkaniu twego wynalazcy Bella
Przyłączony miedzianym kablem
Wprost do twego ucha
Pytam czy to mieszkanie
Pana od poezji
Dziś nie potrafiłbym jeździć bez trzymania kierownicy, Nie wiem też, czy balonówy jeszcze gdzieś ścierają się na kocich łbach. I pewnie arterie mojego miasteczka zasnęły w sierpniowym słońcu, by odpocząć od szaleńczego XX wieku, bo całemu organizmowi miejskiemu groził rozległy zawał. A na dodatek, dopiero tu w Kanadzie, dowiedziałem się, że z ulic mojego miasta zniknęli wszyscy Chasydzi, całe osiemnaście tysięcy, prawie, że w jedną noc. I to zniknęli na zawsze. Szukam ich teraz po świecie. Wypatruję ich na mojej ulicy, która zwie się Kipling. Czasem, w styczniową noc o północy przemknie się brodata sylwetka patriarchy sądeckich Halberstamów. Jednak kiedy wstaje świt, na Kiplingu widać tylko jeżdżące na czarnych balonówach stalowe samochody. Może w jednym z tych aut mknie kanadyjski poeta, jak wiersz przez pokłady wrażliwości. W końcu on też musiał mieć jakąś przeszłość z balonówkami i z szafirowym kwiatem fiordaliso:Rafi Aaron
Dźwiękowa Włóczęga
przy pełni księżyca grzechoczę sakralnymi
zabytkami które przechodzą z rąk do rąk
nawołuję na głosy gdziekolwiek one mieszkają w wyniosłych ustroniach
z jasnym widokiem na świat by dołączyły do mojej ciszy
dziękuję za płodność tym którzy prowadzili mnie przez nieznany świat
gwałtownych dźwięków
podwyższonego ciśnienia
upadków
gdzie żeniono majątki i gdzie powstawały rodziny
po to bym mógł się narodzić po to bym mógł śpiewać tę cichą pieśń
mój język potyka się o góry i doliny
przewraca się do góry nogami na spółgłoskach
słyszę jak ugrzęzłe echo wykuwa sobie drogę
ze wschodnioeuropejskich języków
z samych dźwięków składa się wędrówka do wzgórza
gdzie jako rodzina spotykali się trzy razy w roku
– poruszam stopami w takt grającego akordeonu
przywołuję imiona
klaszczę brzytwą o skórzany pasek
by owłosione głosy zjawiły się w sklepie zeydy *
na niedzielne golenie
postukuję łyżeczką do herbaty o filiżankę
jej różany wzór – herb rodzinny – sprowadza obiadowy gwar
noże i widelce stukają po werblach pustych talerzy
drzwi z pokoju jadalnego do kuchni uchylają się
w domu którego nigdy nie znałem
prababcia nosi jeden gorący talerz za drugim
a gdzieś w dali słychać skrzypienie bujanego fotela
brzmią nieznane głosy tych którzy żyli dawno temu
brodzę rzeką lat płynących poprzez moje uszy
zimową porą zaszywam się w dźwięki skrzypiącego śniegu
i w drewniane chatki które oni nazywali domami
tak by moje kości mogły wkręcić się w ciało i bym mógł być jak oni
kiedy wstawali wczesnym rankiem i wydychali białą mgłę
gdy dźwigali wodę do prania po lodzie
szukam żaru ogniska które ogrzewało zmarłych
szukam ziarna w komórkach ich krwi
* zeyda – (jidysz) dziadek
Z angielskiego tłumaczył Waldemar Kontewicz
Rafi Aaron
Pierwszy pogrom
to było ostrzeżenie rabinów i obawa przed zbierającymi się
chłopami, to była nawałnica kurzu, jeździec bez twarzy pokonujący góry
niewyobrażalnego, to była sękata dłoń rozczapierzona nad wioską
z trzaskającymi stawami i kośćmi Żydów, którzy rozpierzchli się po rynku,
to był stalowy jęzor liżący krew z serca śledziony i wątroby,
ramiona ognia wymachujące ponad strzechami
w takt gongu pękających szyb (kościelne dzwony były głuche),
to były dzikie bestie zdzierające spódnice i bluzki
za przewróconymi straganami
on pamiętał zwierzęta
oborę i biegł trzymając malutkie rączki
młodszych braci i sióstr
biegł przez korytarz wrzasków morze błagań
rzekę krwi ostatnie słowa Pana Averbauma podrzucającego
dzieci do tego wykopu
to była najlepsza kryjówka
we wsi albo płytki rodzinny grób
Z angielskiego tłumaczył Waldemar Kontewicz
* * *
KRAKELURA DZIESIĄTA – 2000
Civis Mundi
Sądecka mapa ulic, placów, zaułków, kościołów zmieniała się przez setki lat, by zaistnieć dzisiejszą szachownicą kwartałów miejskich. Na zachowanych zapisach notarialnych, węglowych szkicach, olejnych obrazach, kwitariuszach, wykazach ludności i cechów widać jak obrastała tłuszczem tkanka miejska, której macierzyńska pępowina owijała Ratusz i kolegiatę św. Małgorzaty. To właśnie tam na ulicy Polskiej (najdłuższej), Szpitalnej, Świętego Ducha, Młyńskiej, Fornalskiej, Węgierskiej, Różanej, Grodzkiej, Żydowskiej wiło się i toczyło życie Sądeczan przez długie wieki.
Ratusz w Nowym Sączu.
Kolegiata św. Małgorzaty w Nowym Sączu.
Kiedy otworzyłem ratuszowe akta, odnalazłem w nich to, czym oddychali w szacownym budynku rajcy Nowego Sącza trzysta lat temu."Ratusz w 1729 roku budowlą był jednopiętrową, murowaną z wieżą i z horologium Ludovico. Na parterze znajdowała się izba sądowa z kabatem, gdzie niepoczciwce siadają. W podziemiach czekały ciężkie więzienia tzw. ‘mordownia’ lub 'szatława'. Tuż obok strasznych krat urządzono 'cekhauz' z armatą, śmigownicą, hakownicą, muszkietami i kulami do obrony miasta potrzebnymi. Trzy razy dziennie – o świcie, w południe i wieczorem odzywał się hejnał z wieży Ratusza. Dzwonek zaś zwoływał magistrat i pospólstwo na obrady. Przy odgłosach wielkiego bębna zamykano wierzeje miasta. Natomiast ratuszowy pręgierz skutecznie odstraszał podwójnie niewiernych."
Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że w wymienionym wieku XVIII okresie pospólstwo sądeckie żądało od kandydata na civis sandecensis [obywatela sądeckiego] "Listu Dobrego Urodzaju", albo "Listu Prawego Łoża". List ten miał być podpisany przez dwóch świadków z poprzedniego miejsca zamieszkania o godnym prowadzeniu się "przybłędy". Od chłopów żądano dokumentu uwolnienia od poddaństwa. Inaczej kandydat zapisywany był w księgach miasta jako incola sandecensis [mieszkaniec sądecki].
Wydaje się mi, że mój ojciec przybywając z przedwojennej wileńskiej wsi, z małym przystankiem w tuż-powojennym Braniewie nad Zalewem Wiślanym i Przemyślu, zapisany został w sądeckich aktach grodzkich jako incola sandecensis. Mam nadzieję, że poprzez czterdziestoletnie nienaganne zasiedzenie zasłużył sobie jednak na miano civis. Któż to jednak wie?
Później przyszła kolej na mnie. Testowałem najpierw przez dziesięć miesięcy w Niemczech, w samym sercu Niedersachsen w Hanowerze, nową dla mnie formułę zwaną Ausländer. Siłą faktu stałem się tam zagrożeniem dla całej Germanii, arcyniebezpiecznym człowiekiem – podwójnym bezpaństwowcem. Meldowałem się co chwilę w uroczym Rathaus po doraźną pomoc (i nie tylko) dla człowieka z "nieprawego łoża". Powoli jednak zrzucałem piętno podrzutka emigrując do Kanady, gdzie wpisano do mojego biogramu status refugee, odpowiednik XVIII/wiecznego incola, by po pięciu latach zobaczyć na oficjalnej przysiędze paszport przywracający mnie znów do istot rozumnych – civis canadensis.
Zanim mój ojciec zdążył był przyjść na świat, by oglądać nazistowskie i sowieckie okropności II Wojny (treść jego życia), od których musiał uciekać z rodzinnego Wilna, w Nowym Sączu kluła się legenda czczonego u Franciszkanów obrazu Przemienienia Pańskiego. Sądecki gwardian – Franciszek Brzechwa, tak pisze w swoich foliałach:
"Wizerunek Oblicza Pańskiego, malowany przez św. Łukasza z Jerozolimy, przez Turcję dostaje się do Moskwy. Car Rosji daruje obraz królowi czeskiemu Wacławowi. Posłowie wiozą świętość przez wieś Kamienicę, gdzie rozpada się wóz zaprzęgnięty w ciężkie woły. Nie można było ruszyć z miejsca, zatem lud poszedł po radę do pustelnika, którym był franciszkański tercjarz. Ten oczywiście zobaczył w tym rękę boską i tak wyjaśnił nieszczęście: 'Bóg wybrał Górę Tabor dla okazania jasności swojej twarzy, a Góry Sandeckie dla podkreślenia i pomnożenia swej czci i chwały.' Król godzi się na pozostawienie obrazu, zakłada miasto, funduje klasztor oddając mu w opiekę cudowny wizerunek."
Być może i mnie dosięgnął miraculum, który burmistrz Nowego Sącza tak oto ujął 300 lat temu:"Wyznajemy, iż nam jest z predecessorów naszych wiadomo, że cudowny obraz Przemienienia Pańskiego przywieziony został z otomańskiej porty, dla którego cudów miasto-forteca Nowy Sandecz nazwany, założony i osobliwszemi przywilejami udarowany zostawszy, wiele niezliczonych cudów doznał, jako i my sami doznajemy."
Ja, Waldemar Kontewicz, jako obywatel braniewski, przemyski, sądecki, kurpiowski, mławski, epizodycznie niemiecki, a od szesnastu lat kanadyjski postanowiłem się nobilitować do miana civis mundi [obywatela świata] po to, by móc to i tamto napisać, przekazać, przeanalizować.Z opowiadań mojego kanadyjskiego przyjaciela, doktora praw obojga, dowiedziałem się, że będąc w wieku juwenaliowym w Kanadzie nie podlega się sądownictwu dla dorosłych. Młodociany przestępca ma tzw. czysty rekord kiedy kończy 18 lat. Liczne inne "przywileje" rozciągane są nad osobą nieletnią, co powoduje wiele nieporozumień i wykorzystywane jest przez gangsterów mnożących się jak grzyby po deszczu. Piszę to w zestawieniu z faktami z jakimi się zetknąłem w moim najbliższym otoczeniu. Uczeń z mojej kanadyjskiej szkoły został tak straszliwie pobity, skopany, pocięty nożem, że przeżył śmierć kliniczną. Lekarze chcieli już odciąć jego ostatnią szansę istnienia przez zakręcenie kurka z tlenem i kroplówki. I kto wie, może to znów miraculum Przemienienia Pańskiego z Nowej Sandeczy u ojców Franciszkanów, pomogło siedemnastoletniemu Polakowi wyślizgnąć się z łapsk zimnej śmierci.
Mniej szczęścia miała inna uczennica z mojej szkoły, Gdańszczanka, którą bestialsko zamordował jej "narzeczony" i zbiegł w siną dal. Oprawcy mają się dobrze w obu wypadkach. Pierwsi są pod opieką sądów specjalnych i uczęszczają do normalnych szkół, ich dokumenty zostaną "wyczyszczone" jak tylko skończą osiemnaście lat. Drugi morderca pewnie upatruje sobie następnej ofiary w rodzinnym Pakistanie. Długo można by pisać o kanadyjskiej jurysdykcji juwenaliowej. Tylko, czy to coś zmieni?
Z mojej ostatniej podróży do Nowego Sącza w sierpniu 2001 przywiozłem mądrą książkę, w której między innymi wyczytałem, że wyroki sądu w Nowym Sączu w XVII wieku były szczególnie dotkliwe. W przypadkach kradzieży (recydywy), podpalenia, rozboju, czarów, świętokradztwa, mężobójstwa, dzieciobójstwa stosowane były kary śmierci. Karano poprzez ścięcie, powieszenie, utopienie, spalenie na stosie, ćwiartowanie, łamanie kołem. Stosowano też karę chłosty i wydalenia z miasta.
Dziwne kraje, dziwne epoki, dziwne obyczaje. Ćwiartowanie za cudzołóstwo i czyszczenie hipotek młodocianych morderców. Puszczanie w niepamięć gangsterskich wybryków i łamanie kołem za kradzież. A przecież minęło tylko trzysta lat.
Jest w mojej książce sądeckiej jeszcze inny pasaż warty wzmiankowania:
"U schyłku XVIII wieku organy państwowe, kościelne, miejskie, dworskie w swych urzędowych kontaktach koncentrowały się na głowie rodziny. W związku z tym, jako rzecz naturalną rozumiano reprezentowanie przez ojca interesów rodziny. On głównie figurował w spisach ludności, jemu nadawano prawa miejskie, rozliczano z ciężarów feudalnych i świadczeń publicznych."
I znów dziwne kraje i obyczaje. W Holandii zarejestrowano małżeństwa tej samej płci, a w Nowym Sączu ojciec odpowiadał za wszystkich łącznie z matką. I jak tu teraz dojść, kto powinien reprezentować rodzinę w historycznym chociażby aspekcie? Nie będę pisać o eutanazji, bo tego aktu mordowania nie da się porównać z niczym. Moja książka nie potrafi już otworzyć się na żadnej rozsądnej stronie. Sama zaaplikowała sobie historyczną autoeutanazję.Pora zatem napisać jak to w XVIII-wiecznym Sączu bywało: przeciętnemu mieszczaninowi towarzyszyła atmosfera warsztatu rzemieślniczego, izby sklepowej, częstych targów, powagi ratusza, gwaru bliskich gospód, władzy i wielkopańskości zamku starościńskiego, a w liczne dni świąteczne nastroju uroczystości religijnych, wesel, chrzcin i biesiad cechowych.
* * *
KRAKELURA JEDENASTA – 2000
Miracula Sandecensis
Sądeckie Cuda wydarzały się na moich oczach na zabłoconej ulicy Podhalańskiej pod numerem trzecim w roku 1963, kilka lat po opuszczeniu przez moich rodziców warmińsko–wileńsko–lwowskiego Braniewa.Pierwszym objawieniem jakiego doznałem w Nowym Sączu, było położenie asfaltowej nawierzchni na mojej ulicy, przed samymi oknami. Niezwykłość tego wydarzenia, późnym listopadowym rankiem, oprócz kadzielniczych wyziewów smolistej mazi dobywanej z wielkiego kotła, spotęgowała się przez przyjazd kogoś ważnego do naszego domostwa. Do drzwi mojego królestwa na pierwszym piętrze zapukał stryj Franciszek.
W tym miejscu zaprzestanę rachuby następujących po sobie Miracula, gdyż ciąg ich jest zbyt długi i sięga samej Ameryki - więc łatwo się w tym wszystkim pogubić.
Tuż za woskowym i zasuszonym Franciszkiem, przywędrował na moją ulicę instrument wyczarowujący "wszelakie wszeteczeństwa" – telewizor marki Alladyn. Jeszcze mnie dobrze nie dobiegły kostyczne reprymendy zmumifikowanego za życia krewnego, a już jego przepowiednie stały się faktem. Stryj nie mógł się pogodzić z tym, że jarmarczni kuglarze czarowali nas – schizmatyków sądeckich, szklaną Lampą Alladyna, a mój ojciec jeszcze dozwalał na te bezeceństwa patrzeć. Nie mówiąc już o tym, co się działo, gdy dowiedział się o cenie tego diabelskiego Luminogrammum. "Kalwinizm i luteranizm! Następny Potop Szwedzki! O Czarna Madonno, pomóż im, bo nie wiedzą co czynią!" – tak wykrzykiwał święty Franciszek ze Sławna.
Na boską karę nie czekaliśmy długo. Następnego ranka 22 listopada w piątek dowiedzieliśmy się, że w Ameryce zamordowano prezydenta. Kiedy poczęliśmy szukać stryja, by go zawiadomić co się stało, okazało się, że nigdzie go nie było. Zaglądaliśmy wszędzie, lecz pozostały po nim tylko buty, które mama wyrzuciła wcześniej na balkon, bo za bardzo śmierdziały. Stryj przepadł jak kamień w wodę. Moja rodzicielka przestraszyła się nie na darmo i stwierdziła, że pewnie grzeszymy za bardzo. Przyczyna jego nieobecności była jednak dużo prostsza. Udał się on do kolegiaty św. Małgorzaty w Rynku na jutrznię, poranne nabożeństwo i prymę w... maminych czółenkach.
Do kolegiaty sądeckiej (tej samej, którą sobie stryj upodobał) przybył biskup Radziwiłł już w 1597 roku, by inspekcję postanowień trydenckich w świątyni zlustrować. Eminencja wizytator polecił ustawić cztery konfesjonały w kościele św. Małgorzaty, by się ludzie na zakrystii i na plebanii przestali spowiadać (chować?), wydał nakaz prowadzenia metrykalnych ksiąg chrztów i zawieranych małżeństw, zakazał dodawania słów – co czyniono chętnie w średniowieczu – do Kyrie i Gloria, zostawił regulaminy kto jest godzien pochówku chrześcijańskiego i dzwonienia, a kto nie, ustalono też kto i co śpiewa na chórze: lamentacje, eksklamacje, partesy, 4-, 5-, 6-, 8- głosowe kancjonały. Zaleceń było dużo więcej, jak choćby i to: "obyczaje pospólstwa rajcom miasta się poleca, by latem nagie kobiety kąpieli w rzece nie zażywały, nie bacząc przy tem na spojrzenia mężczyzn."
Zaoceaniczny pogrzeb oglądała cała Podhalańska. W naszym mieszkaniu pojawiły się same wyśmienitości ulicy: artysta malarz Wyganowski z dwoma synami, którzy uprawiali podnoszenie ciężarów, tamburyn major kolejowej orkiestry dętej, żona dowódcy jednostki wojskowej WOP w kolorowym kapeluszu jak wiosenna łąka nad Dunajcem, piekarz Baran z czterema synami i świeżo upieczonym Barankiem Bożym, leśniczy Harliński na codzień dosiadający czarnego motocykla "Junak", major Kornaszewski, który zapalał swoją "Warszawę" żelazną korbą, czołowi piłkarze Sandecji – arcytechnik piłkarski Chliwa (po 1989 roku Hływa) i największa polska nadzieja footbolowa – płowowłosy Jurek Zawiślan, dwaj bracia Dąbscy – zapaleni kolarze, pięć sąsiadek, którym mieszała się Hameryka z Trzetrzewiną – wioską sądecką, z której powyjeżdżali wszyscy chłopi do Ameryki... W samym rogu pokoju Cudowna Lampa Alladyna, jakoś nie grzeszyła tamtego słoneczego dnia, bo nawet stryj patrzył na ekran i łzy płynące z Arlington podczas pogrzebu prezydenta Johna F. Kennedy’ego.
Kiedy mały John salutował trumnę ojca w naszym pokoju wszyscy stanęli na baczność jak jeden mąż. Żołnierze oddawali honory, a my chłopcy długo staliśmy bez ruchu wpatrzeni w nierealny – rtęciowy świat. Jednocześnie wiedzieliśmy, że stało się coś tragicznego, coś co nie miało miejsca w nowożytnej historii świata, coś co wpadło do naszego mieszkania jak zabłąkany ptak, zatrzepotało skrzydłami z rozpaczy i skonało.
Podczas lustracji kardynał Radziwiłł wyznaczył liczbę pacierzy – 75 – na poszczególne godziny kanoniczne, do odmawiania przez kościelne matrony (klepki) razem z chórowym brewiarzem. Matrony miały być "białogłowy stateczne, mieszczki tutejsze, wdowy, nie szlacheckiego stanu, w leciech podeszłe. Item jeśliby się która bawiła gusłami przez lanie wosku, ołowiu tudzież po karczmach w nocy siadała, iżby się upijała, ma być z konwentu wygnana."
Członkowie kapituły sądeckiej z roku 1608 jeszcze długo praktykowali świeckie dziwolągi pomimo zakazów trydenckich. Prepozyt kapituły Jan Górski był zarazem proboszczem w Starym Sączu, dziekan Marcin Kłoczyński posiadał kanonię w Skalbmierzu. Archidiakon Jan Januszowski znał kilka języków, pracował niegdyś w kancelarii króla Batorego, a w 1577 roku przejął od ojca Łazarza Andrysowicza krakowską drukarnię. Tłoczył dzieła Kochanowskiego, z którym się przyjaźnił, doskonalił czcionkę, pracował nad rodzimą pisownią, tłumaczył z łaciny. Po śmierci żony zmienił nazwisko i został archidiakonem sądeckim.
Nasza matryca dnia codziennego składająca się z kilku pokoi na Podhalańskiej, podłóg wypastowanych cuchnącą pastą, łazienki ze spłuczką "Niagara" i parowym kotłem do grzania wody, akwareli statku parowego wiszącego nad lustrzaną toaletką i ścianami wymalowanymi w abstrakcyjne bohomazy a la Picasso, powiększyła się nagle o cały świat. Jednakże, Cudowna Lampa Alladyna, wedle czcigodnego stryja, w zastraszający sposób zintensyfikowała liczbę popełnianych przez nas grzechów. (Św.) Franciszek zagroził nawet przedwczesnym wyjazdem do Sławna.
Wydaje się, iż jego prośby w kolegiacie podczas nieszporów i komplementorium zostały wysłuchane bo Alladyn natychmiast się zepsuł i trzeba było go nieść na drugi koniec miasta do monterów ZURiT-u [Zakładu Usług Radiowych i Telewizyjnych]. Naprawa trwała tygodniami, a telewizor grał kilka godzin i znów trzeba było napinać mięśnie. Zatem zrezygnowaliśmy z Orientalnego Cudu na rzecz książek i gazet, co już nie było tak grzeszne.
Trzydzieści siedem lat minęło od tamtego dnia na cmentarzu w Arlington via "Alladyn", a ja wciąż potykam się o imponderabilia J. F. Kennedy'ego: Oto pożółkła kanadyjska gazeta The Globe and Mail leżała porzucona na rachitycznej wystawie za szkłem w mojej szkole w Mississauga, gdzie uczę matematyki. Poprosiłem o klucz do bezcennej pamiątki i zacząłem ją czytać, tym razem po właściwej stronie oceanu: "Tłumy wiwatowały na cześć Kennedy'ch; w pewnym momencie dały się słyszeć strzały, nastała zatrważająca cisza, po czym potężny krzyk trwogi wydobył się z kilku tysięcy gardeł."
Wytłuszczoną czcionką o poczwórnych gabarytach krzyczał nagłówek pożółkłej gazetowej ikony: "KENNEDY ASSASSINATED; JOHNSON IS PRESIDENT"
W lewym górnym rogu pierwszej strony The Globe and Mail, z listopada 2001 roku, znajduje się reklama Q-TIPS – wykałaczek do uszu, na szóstej stronie obficie leje się Coca Cola, a na ostatniej kino Alladyn poleca
pra-premierę Gone with the wind [Przeminęło z wiatrem].
Al Purdy:
Święty Franciszek w Ameliasburg
Wracając do pachnącej smołą szopy
która jest moim słodkim domem pomiędzy
dziko rosnącymi różami i rozrzuconymi puszkami
w chłodne majowe popołudnie
rozniecam ogień pod płytą pieca
wyciągam trochę artykułów spożywczych
wychodzę na zewnątrz porozglądać się
przygotowany na przybycie lodowca
Dwa szpaki założyły gniazda koło domu
jeden na transformatorowej skrzynce
drugi na wystającej rurze od komina
tam skąd wychodzi dym W każdym gniazdku
były cztery niebieskie jajka z pełnym nadziei
uśmiechem wygrawerowanym na skorupkach
Przymykam ogień szybko jak tylko potrafię
i szczęśliwie zaczynam sobie wyobrażać
że jestem ich opiekunem
super specjalną ogromną mamą
pracownik socjalny pomiędzy ptakami
(kto by przyszedł mi na ratunek
gdyby moja żona zaatakowała mnie
lub być może znalazła zgubione złote
pióro ze skrzydła Ikara)
Mój piec podgrzewa gniazdo
o jakieś 15 stopni
pomagając w inkubacji – wydedukowałem
Świadomość mojej przydatności rekompensowała mi
kompletny brak whisky w domu na ten wieczór
Poza tym pracownik elektrowni przyszedł
złożyć mi wiejską przysięgę wierności
Następnego dnia zauważyłem że obydwa gniazda
zostały zwalone i leżały na ziemi
niebieskie jajeczka stłuczone żółtka rozmazane
Pewnie ten inkasent działał zgodnie z instrukcją
przeciwpożarową. Pomyślałem sobie – a to sukinsyn
nigdy nie będę matką szpaków
Z angielskiego tłumaczył Waldemar Kontewicz
Waldemar Kontewicz
Teksty Waldemara Kontewicza zamieszczone w Zwojach:
- Waldemar Kontewicz: Sądecki Rudymentarz (2), Zwoje 2/35, 2003
- Waldemar Kontewicz: Sądecki Rudymentarz, Zwoje 1/34, 2003
- Waldemar Kontewicz: Pod podłogą / Under the floor, Zwoje 5/33, 2002
- Waldemar Kontewicz: Warmiński Karbonariusz, Zwoje 4/32, 2002
- Waldemar Kontewicz: Żydzi na Północnym Mazowszu, Zwoje 3/31, 2002
- Waldemar Kontewicz: The Jews of Northern Masovia, (in English) Zwoje 3/31, 2002
- Waldemar Kontewicz: Cadyk z Nowego Sącza, Zwoje 2/30, 2002
- Waldemar Kontewicz: Szwedzi na Kurpiach, Zwoje 2/30, 2002
- Waldemar Kontewicz: Chasydzi nad Narwią, Zwoje 3/28, 2001
- Waldemar Kontewicz: Gorzkie żale sąsiadów, Zwoje 2/27, 2001
- Waldemar Kontewicz: Realizm 3 - mazowiecki, Zwoje 2/27, 2001
- Waldemar Kontewicz: Przasnyskie Yizkory, Zwoje 1/26, 2001
- Waldemar Kontewicz: Wiekowi XX na pożegnanie, Zwoje 1/26, 2001
Copyright © 1997-2007 Zwoje