
MARIUSZ SZAJNERT
ROZCZAS
kiedys kiedy
kiedy byl maly m
pokonywanie tej linii
odbywalo sie szybko
nie zabieralo wieku trwan
byl to jeden krok
nawet niezbyt duzy
teraz jest to mozolne przeplywanie
przemieszczanie sie
cale stada duzych i mniejszych usilowan
tak jak gdyby to linia
wciaz przeciez ta sama
stala sie nagle nie soba
od pewnego czasu M obserwuje siebie uwazniej
kiedys przebudzenie
bylo powitaniem jawy
pochwalenie dnia bylo
niemal rownoczesne
teraz bawia sie rano jak dzieci
szukaja katow w swych kulach
probuja zamykac oczy aby byc niewidomymi
M poznaje swoje miasto
jest zupelnie inne niz tamto poprzednie
tu zaleznie od slonca
za pagorami z oddalenia daleczeja nastepne
po ich zboczach czas zieleni sie bieli
albo jeszcze inaczej mija
M lubi tez odwiedzac w tym miescie
koscioly z malymi szparami Boga
zmurszale martwe i mokre odchodzeniem
tlumy masy gromady
zaludnialy wyobraznie M
pochody demonstracje rewolucje
gdzie siegal mysla byly tlumy
zawinila tu tez pewno trucizna historii
ktora chciano go napoic
od pewnego jednak czasu M
moze nie bez przyczyny malego m
– nie jeszcze nie zmienil widzen –
dostrzega tylko jakies znaki zachwian
tu gdzie dotad wszystko bylo jasno ciemne
jakies odcienie rysow szczelin pekniec
wiele juz razy wczesniej
M ogladal na fotografiach z wycieczek w swoje cialo
wlasne zeby pluca nawet serce
dopiero jednak obraz kregoslupa
przywolal M do porzadku
po raz pierwszy pomyslal o sobie w kategoriach kosci
zastanowila go mysl
gdzie w rozdziale ciala i duszy
jest miejsce na paragraf kosci
razem z M zamieszkalo przeczucie
ze juz nie
ze juz nie bedzie
ze juz sie nie nauczy
ze juz nie zrobi
ze juz nie pojedzie
ze juz nie zdazy
ze juz
i to jest M
ten dziekujacy starych izraelitow modlitwa pod prysznicem
ten biegnacy wzdluz jeziora w kraju nieswojego jezyka
ten czyniacy rzeczy ktorych sie wstydzi i ktorych nie jest pewny
ten odkladajacy wszystko co wazne na potem
ktorego najzwyklej moze przeciez nie byc
ten myslacy i mowiacy rzeczy niewazne i male
ten katem oka splywajacy wciaz jeszcze
ale jak dlugo zanim
ten za skurczami sumienia czlapiacego gdzies
zwykle obok
ten nie mogacy niczego ofiarowac ani tez wziac
i to jest M
byc soba
byc soba
to chyba jednak sprawa odwagi wyboru
tylko wyboru
byc soba
to moze nie odegrac swojej partytury
partytury mozliwosci
godziny kreskami sie zmieniajace
z boku na bok
a potem jeszcze na plecy
i tak po wiele razy
wietrzne koncerty wieczne
na wiatr
z wiatrem
dla wiatru
na urojonych wrzosowiskach
ktorych pewno nie ma nie bylo nie bedzie
zapominanie do zapomnienia
z boku na bok
a potem jeszcze na plecy
wiesz jak pachna lipy w miesiacu lip?
opowiem ci, a moze tylko przypomne
pachna jak lipy w swoim lip miesiacu kwitnienia
pachna jak to co przed tym i po tym
pachna jak wypatrywanie wielkiej niedzwiedzicy
[o ktorej sie jeszcze nie wie ze moze byc wielkim skoczkiem]
pachna jak wysiadywanie czy wylegiwanie
w pierwszym bzie lub ostatnim jasminie
[albo tez moze odwrotnie czego juz sie nie popamieta]
pachna jak nasienie po raz pierwszy przelane
z prozniejszego w bardziej puste jeszcze
pachna jak to co po tym
jak obolalosc nasion
wnikajaca w obce niedorozbudzone
z martwych powstac nie mogace ciala
wczoraj dla odmiany bylo czekanie
tylko wielogodzinne
na kilka niedokradzionych
niebyc niedotkniec niepowiedzen
niedomusnietych niedosmakowan
powstrzyman niepowstrzymanie wstrzymywanych
troche niewaznych zagadan zgadywanych
aby nie powiedziec nie wygadac nie pokazac
nie
a potem odplywanie
najdoslowniej i glebiej i jeszcze inaczej
ale zawsze tak aby nie odplynac naprawde i raz na nigdy
i tak jak lata temu na innym stawie oblodzonym
to samo niedojscie niedotkniecie
unikniecie w siebie i sobie
wielki dobry piatek
chec oczyszczenia powiedzenia
wiec mowie wszystko
moze wiecej jeszcze
zebys zostal
zebys odszedl
zostales
we mnie
obok
ze mna
w miescie do ktorego wracac nie musze
z ktorego nigdy nie wyjechalem
z ktorego wiele razy wyjezdzalem
do ktorego wracalem po wielekroc
w miescie ktorego istnienie jest
jak wartosci hinduskiej logiki
jest i nie jest ani jest ani nie jest
w tym miescie jestes ty
kazac mi zyc zyciem bez siebie
czekac na niedospelnienie
kazac mi byc jak wartosci hinduskiej logiki
nie byc i byc ani nie byc ani byc
pozorne rozmowy
niewybuchly z rozpalenia skowyt
szukanie pretekstow wymowek wybiegow
aby byc z toba
w drutach pomiedzy
w ciaglym nigdy
w konczacym sie zawsze
aby uslyszec swoje imie
w miedzyslowach miedzymyslach
dane jak jalmuzna
pilnowanie niewypowiedzenia tych kilku dzwiekow
nieskierowania tych kilku skrzywien rak
ktorym ty przeznaczyles innosc
wczoraj
byles powietrzem ziemia
jezdzcami apokalipsy
– wszystkimi
[czy tylko czterema?]– bez ktorych nie mozna niczego
wczoraj
twoje niebycie bylo glebsze niz rana
wczoraj
swiat nie umial trwac bez ciebie
dzien zaczynal sie od
wypatrywania
wysluchiwania sie
wczoraj
dzisiaj bez ciebie bylo nie-do-pomyslenia
dzisiaj
pomiedzy jedno a drugie
docieranie do niemyslenia
wkrada sie reka
w najdalej posunietej bliskosci
reka
z zatraconym wielohamulcem
reka
co nogi dotyka
wlasciwie mokrej odbutej skarpetki
i nic
niby to samo wszystko
te same gesty
te same slowa
ktore zadychaly
ktore zaslabialy
zadalaly
odblizaly
ale juz nie to
juz ogolniej
juz bardziej ku sobie
inaczej
miales byc wszystkim
od do do od
sprzed
spoza
ku
nad
nawet wiecej
choc to wydalo sie trudno
przyimek
inna czesc nie-mowy
przydali brak
i te nierozumne
bezserdecznie nieczule
wielowartosciowe logiki
juz cie nie ma
zupelnie
jak przed
zanim zabyles
nie ma cie juz
ale
inaczej
gorzej
wszystko poprzekladane
na wczoraj
na pozniej
na nieteraz
niedzis
ponienazywane
roztrwonione
niepodorozpoczynane
zaniepokonczone
urwane w cwierc
albo wczesniej
przyczynki do czegos
co niedoistnialo
przed rozzaczeciem
i nagle inaczej
lipy mnie dopadly
niedoucieklego
w miejscu
ktorego nazwa
niedoodgadnieta
niedopisana
jak nalezy
jak prosto
teraz juz nie bedzie nigdy
to od tamtej niedzieli
do tego dzisiaj
juz nie bedzie nigdy
to widzenie ciebie za sztuczna szyba
to w kilku wymiarach niemozliwosci
przemieszczanie sie
uczenie sie jeszcze raz
wszystkiego od poczatku
jeszcze raz ale jednak
od innego nowa
wygladanie przyszlosci
spoza tamtej nocy galezi
nieupadku [czy moze jednak upadku]
galezi zaistnialej w nieistnieniu
ktora zaniebyla w niebycie
uczenie sie slow znakow czuc
uczenie sie siebie nieprzewidywalnego
niemozliwego stawanie sie
w miejscach
nie do zaistnienia zakazanych
niestajacych sie
w rozmowach powieszonych
pomiedzy niedojsciem
i doniepowiedzeniem
w tamta strone
dopiero piata
w druga szesc albo wiecej godzin
pozniej
za pozno
on pomiedzy tym rozczasem
odglos odlos zwiastujacy
moze zzaglos
prawie biblijna liczba magiczna
siedem
ale tylko szesc stamtad
z innego inaczej inna innoscia swiata
odsluchiwanie niedoprzewidzianego w innym jezyku
potem jezyk znany jak glos
ale tym razem niezaistnialy:
nacisnij jesli
nie naciskaj jesli nie
zawsze wzbudzali w nim podziw
zeby nie powiedziec zazdrosc
wsciekle pieknymi zdaniami do nieskonczenia operujacy
obrzeklymi obrazami metaforami czasownikami
ale nie umial
nie chcial
szukal form krotkich
niedopowiedzianie niedopokanczanych
ocierajacych sie raczej o cien do przyczynku
czegos wiekszego
co moze ale pewno bedzie zaniepodokonczone pozniej
jezeli w ogole
Mariusz Szajnert o sobie:
Urodzilem sie w Lodzi w 1955 roku, w tym miescie skonczylem XII Liceum im. Wyspianskiego, a nastepnie polonistyke na Uniwersytecie Lodzkim. W roku 1986 opuscilem Lodz i najpierw mieszkalem w Liege, w Belgii, od 1989 w Chicago, a obecnie w Troy, w stanie Michigan.W literaturze polskiej najbardziej fascynowali mnie trzej poeci: Mikolaj Sep Szarzynski, Boleslaw Lesmian i Zbigniew Herbert, a z prozaikow – Gustaw Herling Grudzinski. Obcowanie z ich tekstami, oprocz zapierania tchu, wyzwalalo marzenie, aby dojsc do – chocby zblizonych – umiejetnosci operowania polszczyzna.
Poniewaz jednak, jak pisze Kohelet, "mowienie jest wysilkiem" i "nie zdola czlowiek wyrazic [wszystkiego] slowami" postanowilem byc skrajnie oszczedny w moich poetyckich zapisach i przez wiele lat wlasciwie usuwalem z nich slowa niepotrzebne. Jednoczesnie, zyjac wsrod roznych jezykow i gramatycznych mozliwosci wyrazania uplywu czasu, uznalem za wskazane, z jednej strony ucieczke od gramatycznej kategorii czasownika, z drugiej odwolanie sie do slowotworstwa, jako pewnej mozliwosci obcowania z uplywem czasu, odchodzeniem ludzi i niemozliwoscia realizacji podstawowych pragnien.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||