WIESŁAW   TRZECIAKOWSKI



CZAS PRZESZŁY, TERAŹNIEJSZY I PRZYSZŁY






Koń na balkonie

Chory, piękny koń
Wybrał się pociągiem w ostatnią podróż
Po drodze jadł krajobrazy jak owies
I rżał niespokojnie w przedziale dla niepalących
W ciemnych tunelach długich godzin.

W górskim uzdrowisku
Wynajął pokój na trzecim piętrze
Wyszedł na balkon
I wychylał się poza granice
Jakby szukał lekarstwa, jak desperat
Który uciekł z rzeźni,
A może jak samobójca
Sprawdzający, co jest po śmierci?

Nikt nie zrozumie świata
Ani własnego samotnego toru
Jeśli nie zobaczy tego konia
Stojącego na balkonie
Z błękitnym kwiatkiem nadziei
I ze złamaną nogą.







Doświadczenie

Szedł drogą manekin, z reumatycznym bólem
W kolanach i łokciach zesztywniały stawy
Głowa jakby na śrubach, trochę zardzewiałych
Zgrzytał w nim jakiś stary, uporczywy zegar.

Niósł ze sobą to wszystko, co posiada ziemia
Rzeki, góry, doliny, morza i wulkany
A w piersi zmęczone kościelne organy
I kogoś, kto tam niby śpiewa, niby woła.

Czoło miał z pogniecionego w bitwach metalu
Nogi jak kloce, ciężkie i drewniane
Twarz plastykowa, taka jak u lalek
I tylko oczy miał żywe, zrobione z błękitu.



Czerwiec 2002







Ból to także profesor

Powierzchownie żyjemy, wiadomo
Tylko w bólu idziemy na dno
Tylko wtedy czujemy
Jak ciężkie są buty człowieka
Nie wierzyliśmy, że jest w nas serce
Inne niż to, które profesorowie pokazują
Studentom medycyny
"Widzicie? To tylko mięsień"
"Pompa krwi".

Ale ból to także profesor
Który naucza każdego
W miejscu, gdzie najbardziej boli
Gdzie najbardziej ciemno
Mądrość ma swoje korzenie.

Ból naucza inaczej niż w szkole
Musi dotknąć, przygnębić, zranić,
Wejść w drogę
Tak nagle jak śmierć.

Wtedy zobaczysz ludzi, tych poza tobą
Ból otworzy ci oczy jak bramę
W ogniu przyjdzie, radości z papieru spali
Płonącą księgę wniesie do twoich ciemności
Byś w tym ogniu rozpoznał swój błękitny los.



Lipiec 2002







Błękitne kroki

Krok po kroku, tam się zbliżam, a tu się oddalam
Czasu mało, coraz mniej, więc żal go marnować
Z podmiejskiego ogrodu słychać dźwięk gitary
Który mnie urzeka, uwodzi, próbuje zatrzymać.

Twoją wartość, świecie, połóż na tę wagę
Po jednej stronie ty, po drugiej moje życie
Patrz, jakiś lekki, świecie, jak ciebie niewiele
Choć kiedyś byłeś ogromny i tak blisko słońca.

Nie ma tutaj nic, poza mną, tylko jakaś pustka
Co było mnie warte, śpiewa w mojej duszy
Z ziemi podnoszę to tylko, co szlachetnie dźwięczy
I tworzy nową linijkę bezkresnego wiersza.

Nie oszukasz mnie więcej, świecie, nie okłamiesz
W nowych, złotych papierkach wciąż ten sam cukierek
Widzę młodość, co biegła za głupstwem i śmiercią
Przekonana, że biegnie za szczęściem i życiem.

Chyba zdążę z głodniejszym podzielić się chlebem
Dam kubek wody, koszulę i grosz na ofiarę
Innemu poecie powiem, że go nawet lubię
To będą te błękitne kroki, chociaż takie małe.

To będzie moja droga, mój most ponad śmiercią
To właśnie zrozumiałem, to właśnie znalazłem
Pojąłem, co znaczy na końcu umyć tylko nogi
Gdy w głębi odnowiony błyszczy obraz Boży.



Lipiec 2002







Wyspa umarłych

Ten starszy pan, jakiś malarz albo poeta
Codziennie siedzi w oknie i tak mówi :
O tak, któregoś dnia na pewno tam pojadę
Byłem już kilka razy w biurze podróży
To piękna wyspa, widziałem katalogi
A na nich dom z ogrodem, plaża, kilka łodzi.
Ze sobą wezmę coś do zapisania
Szczęśliwych godzin, wieczorów na plaży
Widoków, które malowała ręka z nieba.
W deszczowy, zimny dzień, w błocie ulicy
W tym wyrywaniu sobie jesiennego słońca
Znów pójdę do mojego biura podróży
Zapytać o tę wyspę, którą znam z katalogu
I z której już nie wrócę, możecie być pewni.



Sierpień 2002







Lampa górnicza

Jeśli chcesz wydobywać słowo z ukrytych pokładów
Nie możesz kłamać, nie wolno ci udawać, że to nie twoje
Ciało drga w podziemiach, że to nie twoja dusza wygląda
Jak górnik po ośmiu godzinach pracy, czarna od wędrówek
Podziemnymi korytarzami. W ciemności tak łatwo się zgubić
Więc teraz dopiero zrozumiesz światło i podziękujesz mu
Że płonie lampka górnicza, że świeci twoje sumienie
W środku kamiennego serca, które czuje tylko siebie
I musi cierpieć, żeby poznać prawdę o sobie
Nie wolno ci kłamać, nie wolno, jeśli chcesz wyjść
Z tych ciemności, znaleźć drogę
Bo kłamstwo znaczy odejść od światła
Nie wolno ci mówić, że jesteś inny niż jesteś
Nie wolno ci wątpić, że jest jedna prawda
A wtedy prawda cię znajdzie, wyprowadzi i umyje cię
Jak matka swoje dziecko myje przed snem
Wtedy z tych słów, które przyniosłeś z tamtego świata
Powstaną ptaki, latarnie, domy, słońce i księżyc






Dzielenie chleba

Dzielę się z tobą tak nieudolnie, chciwie
A w sercu odmierza to wszystko sfałszowana waga
Wiem, że to obowiązek, ty jesteś mój bliźni, człowiek
"Gdybym miał więcej, dałbym więcej" – masłem kłamstwa
Smaruję ten kawałek chleba, którego i tak nie zjadłbym dzisiaj
A jutro pójdę po świeży bochenek.






Słoń Artura Schopenhauera

Musisz do tego dojść, odczytać tę tajemnicę, mówi filozof
Dlaczego najmilsze sercu jest to, co prowadzi do nikąd
Na zagładę, na manowce.
Dlaczego tak pędzisz do przepaści ze śpiewem
Z taką ochotą, jakby tam czekał na ciebie szczęśliwy las
I rzeka z nieśmiertelną wodą.

Musisz schwytać wszystkie rozkosze na gorącym uczynku
Poznać smak ich trucizn, wymiotować nimi boleśnie i długo
By nie musieli cię uczyć życia nudni moraliści
Którzy mają rację, ale kto ich słucha?

Musisz nauczyć się rozpoznawać zioła, które leczą
Wyjść z martwego lasu na łąkę z kaczeńcem, bocianem
Być jak spętany prawdą słoń, który poznał nicość
W tej potędze świata, w tym galopie do nikąd.



Wrzesień 2002







Czas przeszły, teraźniejszy i przyszły

Przeszłość to cmentarze, kalekie dni
Dopiero dziś widać słabości, garby i krzywizny
Ciemne doły na drogach szczęścia
Ciężkie tłuste plamy na jedwabnych flagach marzeń.

Teraźniejszość jest taka sama jak my
Te same głosy, twarze, wzrost, to samo tętno krwi
Szlachetny wielki zamiar, który znika
W małym cieniu podłości.

A przyszłość? To świeże powietrze przed nami
Horyzonty ze wschodem słońca i łąki zielone
Czujne oko wypatrujące swoich tęsknot
Scena, na której nie pojawili się jeszcze aktorzy
Lustro, które idzie nam na spotkanie
I jutro zobaczymy w nim to samo, co już było
To znaczy zobaczymy nas samych.



Październik 2002







Sen

Sen zawsze jest okrągły
Uciekasz i wracasz
A gdzie byłeś, nie wiesz.

Nawet gdy sen cię przeraża
Nawet jeśli uciekasz przed wilkami
Lub idziesz nocą przez cmentarz
Wracasz z ulgą do światła.

Wystawiasz głowę spod kołdry
Badasz, czy już pora
Wyjść z tej kuli
I wejść do innej klatki
W której są góry, lasy, morza
I autostrady
Narysowane jak na papierze
Linią prostą i krzywą.

To wszystko się znów kończy
Przemienia się w sen
A sen zawsze jest okrągły
Płynąc na zachód
Dopłyniesz tam, gdzie wstaje słońce.



Grudzień 2002







Skąd piękno ?

Tak, masz rację, obcy i zapomniany poeto
Łódź piękna płynie dalej w szumowinie czasu
Od miecza padli walczący mieczem
Na złowrogą siłę powstaje jeszcze większa siła.

A my tymczasem ukryci w tajemnym ogrodzie
Gdzie schroniły się prawdy, miłości kwiaty i owoce
Zważamy tylko na zabłąkane kule nienawiści
Na bomby zagłady, gazy i trucizny.

Lecz skąd się bierze piękno, jeszcze dokończ
I w jakim porcie ta łódź zbudowana?
Czego nam trzeba, co pięknem możemy ożywić
I co zbudować na gruzach zniszczenia?



Grudzień 2002







Sobie samemu
dedykuję

Bądź wzniosły i słodki
Jak góra błogosławieństw
Co warte są cysterny z ropą
Gnijącego świata?
Nadmuchane balony wielkości
Władza, która gubi serce?

Bądź piękny, ubrany w prostotę
Z tym snem błękitnym w oczach
Który nigdy nie zasypia
Buduj swoje kryształowe domy
Wyrwij się spod kamienia pesymizmu.

Daj nogi drzewom
By doszły do baśni
Do kraju, gdzie nigdy
Nie opadają liście.





Wiesław Trzeciakowski

Wiesław Trzeciakowski – ur. 1950 w Bydgoszczy. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Poeta, prozaik, tłumacz literatury niemieckiej, publicysta. Debiutował tomikiem wierszy Chłopiec z różą (Wyd. Łódzkie, 1979), nagrodzonym w 1978 roku główną nagrodą XII Ogólnopolskiego Festiwalu Poezji w Łodzi. Kolejne tomiki poetyckie: Książę pisze list (1994), Ogród moralny (1995), Wyrywanie się (2002). Autor dwóch książek prozatorskich: Uwodziciele. Kryształowa biblioteka ( 1997) i Śmierć w kwitnącym sadzie (2002).

W roku 2001 ukazała się książka przekładowa: Hymny do Nocy Novalisa (z okazji 200 rocznicy śmierci poety, dwujęzyczna, z esejem wprowadzającym, grafikami i kalendarium życia Novalisa).

Publikacje (szkice, przekłady, wiersze, opowiadania) w czasopismach: Teksty Drugie (IBL PAN Warszawa), Odra (Wrocław), Kwartalnik Artystyczny (Bydgoszcz), Przegląd Artystyczno-Literacki (Toruń, 1997-2001), Topos (Sopot).

Redaktor naczelny Kwartalnika Akademickiego w Bydgoszczy.





Teksty Wiesława Trzeciakowskiego zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje