50 lat temu, 29 maja 1953 o 11:30 rano,
Edmund Hillary i Tenzing Norgay
weszli na Mount Everest – Jomolungma.




SZCZYT





SIR EDMUND HILLARY





Mount Everest z Kala Patar, Nepal.
(fot. Spencer Swaqner)


[...]
O czwartej rano panował całkowity spokój. Otwarłem wejście namiotu i patrzałem po rozciągniętych daleko, uśpionych i mrocznych dolinach Nepalu. Lodowe szczyty poniżej jarzyły się już blaskiem świtu, a Tenzing wskazał mi klasztor Thyangboche, ledwo widoczny na swej ostrodze skalnej o 4800 metrów pod nami. Myśl, że nawet o tej wczesnej godzinie lamowie polecają swym buddyjskim bogom nasze bezpieczeństwo i powodzenie, dodawała otuchy.

Zapaliliśmy kocher. Aby zapobiec osłabieniu wynikającemu z dehydracji, wypiliśmy dużą ilość limoniady z cukrem i zagryźliśmy ostatnią puszką sardynek. Wciągnąłem aparaty tlenowe do namiotu, oczyściłem je z lodu, zbadałem i wypróbowałem dokładnie. Buty, które zdjąłem na noc, ponieważ trochę przemokły, teraz zamarzły na kamień. Trzeba było uciec się do ostrych środków, toteż zacząłem przypiekać je nad prymusem. Śmierdziało przypaloną skórą, ale wreszcie udało mi się je zmiękczyć. Na puchowe ubrania naciągnęliśmy szturmowe skafandry, a na ręce po trzy pary rękawic – jedwabne, wełniane i brezentowe.

O szóstej trzydzieści wyszliśmy z namiotu w śnieg, zarzuciliśmy nasze trzynastokilowe aparaty tlenowe na grzbiety, podłączyliśmy maski i przekręciliśmy kurki, aby, wpuścić ożywczy tlen do płuc. Parę głębokich oddechów i byliśmy gotowi do drogi. Zaniepokojony trochę o stan moich zziębniętych nóg, poprosiłem Tenzinga, by szedł pierwszy. Wkrótce wykopał on linię głębokich śladów od głazu osłaniającego nasz namiot poprzez strome, pokryte śnieżnym puchem zbocze na lewo od grani. Grań była teraz skąpana w słońcu i doskonale widzieliśmy nasz najbliższy cel – południowy wierzchołek – piętrzący się wysoko nad nami. Tenzing prowadził, z rozwagą zakładając ślad długim trawersem ku grani, którą osiągnęliśmy w miejscu, gdzie tworzy ona wyraźny garb śnieżny na wysokości około 8500 metrów, skąd zwęża się jak ostrze noża. Czując, że nogi rozgrzały mi się, przejąłem prowadzenie.

Posuwaliśmy się powoli, ale równo, nie potrzebując zatrzymywać się dla złapania oddechu. Czułem, że mamy jeszcze dużo sił w rezerwie. Miękki ruchliwy śnieg czynił drogę ostrzem grani trudną i niebezpieczną, wobec czego opuściłem się nieco w dół na lewe zbocze, gdzie wiatr ściął cienką skorupę, która czasem wytrzymywała mój ciężar, lecz częściej zapadała się z trzaskiem, przez co traciłem równowagę i co źle wpływało na samopoczucie.

Przebywszy kilkadziesiąt metrów tej dosyć ciężkiej graniówki, dotarliśmy do małego zagłębienia, w którym znaleźliśmy dwie butle tlenowe, pozostawione przez Evansa i Bourdillona w czasie poprzedniej próby zdobycia szczytu. Zdrapałem lód z liczników i ku mojej wielkiej uldze stwierdziłem, że zawierają one jeszcze po kilkaset litrów tlenu – dostateczną ilość, aby przy pewnej oszczędności dotrzeć z powrotem do Przełęczy Południowej. Pokrzepiony otuchą, jaką dawała myśl o tym zapasie, poprowadziłem ślad dalej granią, która wkrótce stała się jeszcze bardziej stroma i rozszerzyła się w potężną, śniegową ścianę, wiodącą ku odległemu o 120 metrów południowemu wierzchołkowi. Warunki śniegowe na owej ścianie mówiły wyraźnie o niebezpieczeństwie, z czego zdawaliśmy sobie sprawę. Ponieważ jednak nie istniała możliwość żadnej innej drogi, trwaliśmy w naszym uporczywym i trudnym marszu. Na tym męczącym odcinku często zmienialiśmy się w prowadzeniu. W pewnym momencie, gdy brnąłem pierwszy w głębokim śniegu, część jego powierzchni ruszyła pode mną i zjechałem z powrotem poprzez trzy czy cztery własne stopnie. Spytałem Tenzinga, czy ryzykować dalszą drogę. On, chociaż przyznał, że pokrywa śnieżna budzi poważne jego wątpliwości, zakończył swym ulubionym zdaniem: "Rób, jak uważasz". Zdecydowałem iść dalej.

Z ulgą dotarliśmy wreszcie do twardszego śniegu powyżej, w którym rąbaliśmy stopnie poprzez ostatnią stromiznę, by wdrapać się na południowy wierzchołek. Była teraz dziewiąta rano. Z zaciekawieniem spoglądaliśmy na dziewiczą grań przed nami.

Bourdillon i Evans byli obaj zupełnie zgodni w pesymistycznej ocenie jej problemów i trudności; pojmowaliśmy teraz, że mogą one stanowić niemal niepokonaną przeszkodę. Na pierwszy rzut oka grań przedstawiała się groźnie, a nawet dosyć przerażająco. Z prawej strony wielkie, powyginane nawisy, przewieszone masy śniegu i lodu, sterczały jak zakrzywione palce nad 3 000 metrów liczącą przepaścią ściany Kangshung. Każdy krok mógł skończyć się tu katastrofą. W lewo grań opadała ostro aż do głazów skalnej ściany nad Kotłem Zachodnim. Jedynym szczegółem budzącym pewne nadzieje było to, że spadek pomiędzy nawisami a skalnym urwiskiem wydawał się pokryty twardym, osiadłym śniegiem. Gdyby śnieg ów okazał się miękki i niestały, nasze szanse pokonania grani byłyby znikome. Tylko mocne stopnie wycięte w tym zboczu mogły zapewnić jaki taki postęp.

Wykopaliśmy sobie siedzenie poniżej wierzchołka i zdjęliśmy maski. Raz jeszcze oddałem się arytmetycznym ćwiczeniom pamięciowym, które stanowiły jedno z ważniejszych moich zajęć w czasie wędrówki po tej górze. Ponieważ nasze pierwsze niepełne butle były teraz wyczerpane, pozostawało nam tylko po jednej pełnej. Osiemset litrów tlenu przy zużyciu trzech litrów na minutę? Na jak długo. to wystarczy? Oceniłem, że powinno nam to zapewnić cztery i pół godziny marszu. Nasze aparaty były teraz znacznie lżejsze, ważyły niewiele ponad osiem kilo. Rąbiąc stopnie w dół w zejściu z południowego wierzchołka, miałem radosne poczucie swobody i sprawności fizycznej, zupełnie przeciwne do tego, czego oczekiwałem na tak znacznej wysokości.

Z pierwszym uderzeniem czekana w stromiznę grani moje najlepsze nadzieje znalazły pełne potwierdzenie. Śnieg był krystaliczny i twardy. Dwa lub trzy rytmiczne ciosy stalowego ostrza wystarczały, by uzyskać stopień o szerokości dostatecznej nawet dla naszych olbrzymich butów wysokościowych, a co najważniejsze czekan, przyciśnięty, wchodził w śnieg do połowy styliska, dając pewne oparcie. Posuwaliśmy się teraz pojedynczo. Zdawałem sobie sprawę, że na tej wysokości margines naszego bezpieczeństwa jest niewielki i że musimy zachować najdalej posuniętą ostrożność. Tak więc wyrąbywałem czterdzieści stopni, podczas gdy Tenzing ubezpieczał mnie w pracy. Potem wbijałem czekan i okręciwszy parokrotnie linę wokół niego, ubezpieczałem Tenzinga, gdy podchodził do mnie. I znowu on przejmował asekurację, a ja rąbałem dalej. W wielu miejscach nawisy lodowe były tak szerokie, że aby ich uniknąć, sprowadzałem ślad w dół, tam gdzie śnieg graniczył ze skałami zachodniego urwiska. Z wielkim podnieceniem patrzyliśmy na maleńkie namioty IV obozu w Kotle Zachodnim tuż pod nami, u stóp skalnej ściany liczącej 2800 metrów. Wspinając się po głazach i wycinając w śniegu chwyty dla rąk, przemykaliśmy się jakoś przez te trudne miejsca.

W pewnej chwili zauważyłem, że Tenzing, który dotychczas szedł bardzo dobrze, nagle zwolnił tempo i jak gdyby oddychał z trudem. Szerpowie mieli słabe pojęcie o działaniu aparatów tlenowych, toteż, wnioskując z dotychczasowych doświadczeń, od razu zacząłem podejrzewać, że coś jest nie w porządku z dopływem tlenu. Zauważyłem, że z otworu wydechowego maski Tenzinga zwisają sople; po bliższym zbadaniu stwierdziłem, że otwór wydechowy o średnicy mniej więcej pięciu centymetrów jest kompletnie zatkany lodem. Oczyściłem przewód, sprawiając Tenzingowi bardzo już pożądaną ulgę. Przejrzawszy następnie własny aparat, przekonałem się, że i w nim dzieje się to samo, jakkolwiek w stopniu nie utrudniającym jeszcze oddychania. Odtąd zwracałem na aparaty znacznie baczniejszą uwagę.

Jak na Everest, pogoda była idealna. Idąc w pełnym słońcu, ubrani w odzież puchową oraz skafandry, nie odczuwaliśmy ani zimna, ani wiatru. Kiedy jednak na moment zdjąłem okulary, aby przyjrzeć się dokładniej jednemu z trudniejszych miejsc, zostałem natychmiast oślepiony śnieżnym pyłem, niesionym przez ostry podmuch, i musiałem pośpiesznie nasunąć je z powrotem. Dalej wyrąbywałem stopnie. Ku memu zdumieniu wspinaczka ta sprawiała mi taką samą przyjemność, jak każda piękna graniówka w moich rodzinnych Alpach Nowozelandzkich.

Po godzinie nieprzerwanego marszu dotarliśmy do najgroźniej wyglądającego problemu grani – skalnego stopnia o wysokości około dwunastu metrów. Z fotografii lotniczych wiedzieliśmy o istnieniu tego uskoku, a także obserwowaliśmy go przez lornety z Thyangboche. Rozumieliśmy, że na tej wysokości może stanowić on o zwycięstwie lub klęsce. Ta skalna ścianka, gładka i niemal pozbawiona chwytów, mogłaby być interesującym problemem na niedzielne popołudnie dla grupy wspinaczy w Lake District, lecz tu stanowiła zaporę przewyższającą nasze słabe siły.

Nie widziałem żadnej możliwości obejścia jej od zachodu; na szczęście jednak pozostawała jeszcze jedna ewentualność. Od wschodniej strony przylegał do stopnia ogromny nawis, zaś między nim a skałą przez całą wysokość dwunastometrowej ściany biegła wąska szczelina. Pozostawiwszy Tenzinga, aby asekurował mnie jak potrafi najlepiej, wcisnąłem się w ową szczelinę, po czym, wbijając zęby raków w zmarznięty śnieg poza mną, zacząłem podciągać się wzwyż. Wykorzystując każdy najmniejszy chwyt skalny, wydobywając z kolan, rąk i ramion całą siłę, na jaką mnie było stać, dosłownie drapałem się szczeliną w górę, modląc się gorąco, aby nawis nie oderwał się od skały. Posuwałem się stale, choć wolno, i w miarę jak Tenzing wypuszczał linę, zyskiwałem na wysokości cal po calu, dopóki nie osiągnąłem wierzchu skalnego bloku i nie wydźwignąłem się ze szczeliny na szeroką platformę. Tu przez kilka chwil leżałem dysząc, lecz pierwszy raz poczułem, że teraz nic już nie zdoła przeszkodzić nam w osiągnięciu szczytu. Zająłem wygodne stanowisko na płycie i dałem Tenzingowi znak, że może iść. Wybierałem sztywno linę, a Tenzing piął się w szczelinie, aż wreszcie wydostał się na wierzch i padł wyczerpany jak wielka ryba wyciągnięta z morza po zaciekłej walce 1.

Sprawdziłem nasze aparaty tlenowe i z grubsza obliczyłem, na jakie zużycie możemy sobie pozwolić. Wszystko zdawało się być w porządku. Tenzing, prawdopodobnie na skutek wysiłku związanego z przejściowym zatkaniem aparatu, poruszał się dość wolno, jednak wspinał się nadal pewnie, a to było najważniejsze. Jedyną jego odpowiedzią na moje pytanie, jak się czuje, był uśmiech i ruch ręką w kierunku grani. Szliśmy tak dobrze o trzech litrach na minutę, że byłem obecnie zdecydowany ograniczyć dopływ do dwóch litrów, jeśli zajdzie potrzeba dalszego oszczędzania.

Grań kształtowała się tak samo, jak przedtem: Olbrzymie nawisy po prawej stronie, strome zerwy skalne po lewej. W dalszym ciągu rąbałem stopnie wzdłuż wąskiego pasma śniegu. Potem grań skręciła w prawo i straciliśmy orientację, gdzie znajduje się szczyt. Gdy wychodziłem na grzbiet jednego garbu, natychmiast ukazywał się przede mną następny, wyższy. Czas mijał, a grań wydawała się nie mieć końca. W jednym miejscu, gdzie stromizna trochę złagodniała, spróbowałem iść tylko na rakach, zaniechawszy rąbania stopni, w nadziei, że oszczędzi nam to czasu; szybko, jednak zorientowałem się, że nasze bezpieczeństwo przy tym nachyleniu terenu i na tej wysokości zbyt jest wątpliwe, toteż wróciłem do rąbania. Zaczynałem już odczuwać zmęczenie. Prowadziłem ślad od dwóch godzin bez przerwy. Tenzing też poruszał się bardzo wolno. Rąbiąc stopnie na jeszcze jeden garb, zastanawiałem się dosyć smętnie, jak długo potrafimy to wytrzymać. Nasz początkowy zapał zniknął i marsz zamieniał się w ponurą walkę. Nagle zauważyłem, że grań przede mną zamiast wznosić się jak dotąd opada ostro, a daleko w dole dostrzegłem Przełęcz Północną i Lodowiec Rongbuk. Spojrzałem w górę: wąska, biała grań spiętrzyła się w śnieżny wierzchołek. Jeszcze kilka uderzeń czekana w twardy śnieg i oto staliśmy na szczycie.

Moim pierwszym uczuciem była ulga – ulga, że nie trzeba już rąbać żadnych stopni, pokonywać żadnych grani, wspinać się na żadne garby łudzące nas nadzieją sukcesu. Spojrzałem na Tenzinga. Mimo że kaptur, gogle i maska tlenowa, cała zarośnięta długimi soplami lodu, ukrywały jego twarz, nie do ukrycia był jego zaraźliwy uśmiech szczerej radości, z jakim rozglądał się wokoło. Uścisnęliśmy sobie ręce, po czym Tenzing objął mnie i zaczęliśmy klepać się po plecach niemal do utraty tchu. Była godzina jedenasta trzydzieści. Grań szczytowa pochłonęła nam długie jak życie dwie i pół godziny. Zamknąłem tlen i zdjąłem maskę. Miałem z sobą aparat fotograficzny, załadowany barwnym filmem, który dla ciepła ukryłem pod koszulą. Teraz wydobyłem go i poprosiłem Tenzinga, aby pozował mi na szczycie ze wzniesionym czekanem, do którego przymocowane były flagi Narodów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Nepalu i Indii. Następnie zacząłem fotografować kolejno rozległe widoki, rozciągające się na wszystkie strony u naszych stóp.




Tenzing Norgay na szczycie Everestu, 29 maja 1953.
(fot. Edmund Hillary)
(Jamling Tenzig Norgay: Touching my Father's Soul)


Na wschodzie widniał nasz olbrzymi sąsiad, Makalu, nie zbadany i nie zdobyty. Nawet tu, na szczycie Everestu, instynkt wspinacza dostatecznie był we mnie silny, by skłonić mnie do zastanawiania się przez chwilę nad możliwościami drogi na tę górę. Daleko, nad morzem chmur, piętrzył się na horyzoncie wielki garb Kangchenjungi. Od zachodu dominował Cho Oyu, nasz dawny przeciwnik z 1952 roku, a w dali rozciągały się niezbadane łańcuchy górskie Nepalu. Czułem jednak, że najważniejsze będzie zdjęcie spadającej w dół północnej grani wraz z Przełęczą Północną – starej drogi, wsławionej bojami wielkich wspinaczy lat dwudziestych i trzydziestych. Nie miałem dużych nadziei, aby fotografie się udały, ponieważ trudno mi było manipulować kamerą w niezgrabnych rękawicach, pragnąłem jednak mieć stąd jakąś pamiątkę. Po dziesięciu minutach zauważyłem, że moje ruchy stają się powolne, a palce działają niesprawnie, włożyłem więc szybko maskę i raz jeszcze doświadczyłem ożywczego wpływu dodatkowego tlenu.

Tymczasem Tenzing wygrzebał w śniegu mały dołek i umieścił w nim tabliczkę czekolady, paczuszkę biszkoptów oraz garstkę cukierków – skromne, lecz przynajmniej na właściwym miejscu złożone dary dla bogów, które – według przekonania wszystkich prawowiernych buddystów – zamieszkują ten wyniosły szczyt, Dwa dni przedtem, kiedy obozowaliśmy wspólnie na Południowej Przełęczy, Hunt dał mi mały krzyżyk z prośbą, abym go zaniósł na wierzchołek, Wobec tego i ja wygrzebałem dołek w śniegu i położyłem w nim krzyżyk obok ofiar Tenzinga.

Sprawdziłem ponownie nasze aparaty i obliczyłem zapas tlenu, Powinniśmy śpieszyć się, aby dotrzeć w porę do zbawczych rezerw poniżej południowego wierzchołka. Po piętnastu minutach pobytu na szczycie zaczęliśmy odwrót. Jeszcze rozejrzeliśmy się pośpiesznie za ewentualnymi śladami Mallory'ego i Irvine'a, ale nie znaleźliśmy żadnych, Obaj byliśmy trochę zmęczeni, organizm zaczął już bowiem reagować na wysokość, toteż należało jak najprędzej schodzić na dół. Ruszyliśmy z powrotem naszymi śladami. Nie tracąc czasu zstępowaliśmy w dół, poganiani świadomością, że ubywa nam tlenu. W nieprawdopodobnie krótkim czasie nieomal susami dotarliśmy do górnej krawędzi skalnego stopnia. Tym razem przebyliśmy szczelinę z uczuciem prawie że obojętnej poufałości, Jednakże zmęczenie nasze nie było tak wielkie, byśmy mieli zaniedbywać środki ostrożności, Uważnie przeszliśmy skalny trawers, zastosowaliśmy sztywną asekurację na płatach ruchomego śniegu i wreszcie wdrapaliśmy się własnym tropem z powrotem na południowy wierzchołek. To wszystko w godzinę! Orzeźwiający łyk słodkiej limoniady i dalej w drogę. Podczas wspinaczki nieustannie prześladował nas lęk przed powrotem poprzez wielkie, śnież ne zbocze, Prowadząc teraz próbowałem każdego stopnia na tym odcinku z taką ostrożnością, jakby nasze życie zależało od tego, co zresztą było prawdopodobne. Przerażające uczucie ekspozycji, ogarniające nas na widok lodowca Kangshung, leżącego 2700 metrów pod nami, kazało nam bacznie odmierzać ruchy; każdy krok w dół wydawał się krokiem ku bezpieczeństwu. Gdy wreszcie opuściliśmy zbocze i znaleźliśmy się na grani poniżej, spojrzeliśmy na siebie i bez słowa, ale niemal widocznie strząsnęliśmy z ramion strach, który towarzyszył nam przez cały dzień.

Byliśmy teraz bardzo zmęczeni, lecz dobrnęliśmy automatycznie do dwóch rezerwowych butli pozostawionych na grani. Ponieważ byliśmy już blisko obozu i mieliśmy jeszcze po parę litrów tlenu we własnych butlach, zabraliśmy tamte i wreszcie o drugiej po południu osiągnęliśmy nasz namiot na zwariowanej półeczce. Umiarkowane wiatry południowe zdążyły już zerwać niektóre linki, toteż namiot przedstawiał widok żałosny. Pozostawało jeszcze zejście na Przełęcz Południową. [...]


Fragment rozdziału "Szczyt"
autorstwa Sir Edmunda Hillary'ego
z książki Sir Johna Hunt'a pt. Zdobycie Mount Everestu
,
Państwowe Wydawnictwo "Iskry", Warszawa 1956.

Przekład z angielskiego książki: Jonh Hunt, The Ascent of Everest – Jan Szczepański.





W obozie IV (Western Cwm) Edmund Hillary sprawdza aparat tlenowy Tenzinga.
(Jamling Tenzig Norgay: Touching my Father's Soul)




Edmund Hillary i Tenzing Norgay po powrocie ze szczytu.
(John Hunt: Zdobycie Mount Everestu)




Tenzing Norgay i Edmund Hillary w obozie bazowym po powrocie ze szczytu.
(Jamling Tenzig Norgay: Touching my Father's Soul)




W kilka dni później: uśmiech zwycięstwa.
(Tenzing: Człowiek Everestu)





Przypis:
  1. W swojej książce Man of Everest (Człowiek Everestu) Tenzing Norgay zaprzeczył jakoby Hillary wywindował go był w górę szczeliny. Stwierdził, że wspiął się nią samodzielnie, tak jak tuż przed nim Hillary, oczywiście z asekuracją.   (powrót)





Teksty o podobnej tematyce zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje