W 60. rocznicę Powstania w Getcie Warszawskim
Poniżej zamieszczamy nieopublikowane dotąd, lub od lat przed drugą wojną światową, wiersze Władysława Szlengla, poety warszawskich Żydów i Getta Warszawskiego, który zginął podczas powstania w Getcie.
Zbiór ten został przygotowany przez Panią Halinę Birenbaum z Izraela specjalnie dla Zwojów. Układ poniższego zbioru jest następujący:
- Wprowadzenie –"Słowo, które nie ginie nigdy"
- Historia odnalezienia zapomnianych wierszy Władysława Szlengla z lat 1937-1939
- Odnalezione wiersze Władysława Szlengla z lat 1937-1939
- Nieznana humoreska Władysława Szlengla – "Małżeństwo dyktatora"
- Historia odnalezienia najdramatyczniejszego wiersza Władysława Szlengla "Obrachunek z Bogiem" z Getta Warszawskiego
- Wiersz Władysława Szlengla "Obrachunek z Bogiem".
(Andrzej Kobos)
WŁADYSŁAW SZLENGEL
NIEZNANE WIERSZE
W znakomitym programie telewizyjnym pisarz Amos Oz powiedział niedawno, że słowo nie ginie nigdy, nawet wypowiedziane w pustyni...
Halina Birenbaum
SŁOWO, KTÓRE NIE GINIE NIGDY
21. 10. 1983
Wydaje mi się, że to, co pamiętam i wiem o Władysławie Szlenglu, jednym z najbardziej popularnych poetów getta warszawskiego, potwierdza tę głęboką, przedziwną prawdę.
Wiersze Szlengla czytano wieczorami w domach, w szopach, na placówkach, przekazywano ich odpisy z rąk do rąk, przekazywano ustnie. Pisane w getcie na gorąco, w palącym, piekielnym transie wydarzeń w ciągu tych lat – były żywym odzwierciedleniem naszych uczuć, myśli, pragnień, bólu i bezlitosnej walki o każdą chwilę życia.
Recytowałam w getcie niektóre jego wiersze na różnych wieczorkach urządzanych w celu zebrania nieco pieniędzy na pomoc głodującym w naszym domu, na ulicach, oraz wygnańcom z okolicznych miast i miasteczek, których liczba z każdym dniem potwornie wzrastała. Miałam wtedy 12 lat. Potem – w styczniu 1943 roku – gdy już z przeszło pół miliona Żydów w getcie warszawskim pozostało tylko 30-40 tysięcy, w jakiś sposób dotarły do nas nowe odpisy kilku wierszy Szlengla. Z gorzkim przejęciem odczytała nam moja dwudziestoletnia bratowa Małą stację Treblinki i Obrachunek z Bogiem.
W każdej chwili Niemcy, stukając buciorami po schodach, mogli walnąć w drzwi naszego mieszkania i wywlec nas do Treblinki... Spodziewaliśmy się tego bardziej, niż czegokolwiek na świecie. Mord hitlerowski szalał wszak na pełnych obrotach.
Jak aktualnie i wymownie brzmiały wtedy słowa poety! Zapamiętałam ich treść, atmosferę i ton, który był też moim, nas wszystkich – oraz wygląd pokoju na Nowolipiu 30 w bloku Schulza, gdzie Żydzi musieli szyć mundury i futra dla żołnierzy niemieckich, aby otrzymać "Lebensrecht" – prawo do życia. Wsączyły mi się chyba w krew wraz ze strachem przed czyhającą zewsząd śmiercią i tą całą, niewypowiedzianą męką! Stały się częścią mnie samej.
Po raz ostatni w getcie słyszałam wiersz Szlengla wraz z matką, bratem i bratową (ojca i większość krewnych wywlekli wcześniej do Treblinki), czytany z pasją i przedziwną satysfakcją przez młodszego z moich braci. Chilek miał wtedy dwadzieścia lat, jak jego żona. Pobrali się po zabraniu jej rodziców do Treblinki z "kotła" na Miłej, gdy została sama. Był to wiersz Kontratak. Dzień przed wybuchem powstania w getcie, kilka godzin przed zejściem pod ziemię do bunkra na Miłej 3, staliśmy przed jakimś opustoszałym mieszkaniem razem z kilkoma kolegami Chilka. Chłopcy słuchali wiersza, podrzucając karabiny w górę, jakby to były zabawki. Panowała jakaś inna atmosfera i ton owego kwietniowego dnia. Przedziwna dojrzałość, nagła wiara w tej beznadziejności, nieszczęsna radość ludzi nie mających niczego więcej, prócz nędznego życia, które lada moment również zostanie im wydarte. Mogą czegoś jeszcze dokonać! Byli przejęci napięciem oczekiwania i szykowania się do tego przełomowego, ostatecznego zadania.
Chłonęłam to wszystko całą sobą. Owe chwile z Wtedy są we mnie do dziś i już pozostaną do końca. Nie jestem pewna czy znam dość słów, aby to przekazać, choć pamiętam tak wyraźnie i żywo. Mój brat czytał: ... na zaplutych schodach żydowskiej Pawiej ulicy ... gdzie matkę starą ciągnęli za włosy ... krwią się oblepia pudełko, «Warum sind Juno rund» ... niech nasze oczy przed skonaniem nie widzą, jak się wloką szyny ... daj nam zobaczyć w tych butnych dłoniach, w łapach z pejczem ... zwyczajny nasz człowieczy lęk... Wszyscy ci chłopcy zginęli. Wiadomo jak. Zawsze opowiadałam o tych wierszach mojego "dzieciństwa" moim nowym, powojennym znajomym i bliskim, uczniom w szkołach. Nie natrafiłam w ciągu lat na żadną ich publikację i myślałam, że jestem jedną z nielicznych, która coś wie o Szlenglu...
I nagle, po czterdziestu latach natknęłam się na tomik Co czytałem umarłym, Władysława Szlengla 1). Pewna kobieta zostawiła w spadku dla instytucji pamięci Shoah "Massuah" w kibucu Tel Icchak, zbiór swych książek na ten temat. W Massuah odbywają się intensywne, kilkudniowe seminaria dla młodzieży z kraju i zagranicy. Jeden z ich kierowników, znając moją bezpośredniość opowiadań o tych czasach, wręczył mi raz książkę, mówiąc: "tobie się to pewnie spodoba, przeczytaj" ... Rzuciłam okiem na okładkę i – zadrżałam – wiersze Władysława Szlengla!
Zaczęłam sprawdzać i szukać gorączkowo "moich" znajomych wierszy. Odnajdywałam jedne po drugich, jak adresy domów, w których kiedyś żyliśmy, jak twarze drogich ludzi nie widziane od lat. Wzruszona i podekscytowana odczytywałam znane, wryte w serce słowa – mimo woli od razu po hebrajsku, na głos czytałam, żeby zdumieni ludzie, którzy mnie otoczyli, zaciekawieni moim nagłym wzburzeniem, pojęli o czym są to wiersze, co mnie tak porwało.
Tylko Obrachunku z Bogiem nie znalazłam. Ale pod koniec książki pisze Irena Maciejewska, że w zapiskach historyka getta Ringelbluma jest mowa o wierszu Obrachunek z Bogiem lecz rękopis nie zachował się. Jednak przytacza zwrotkę, która jest przypuszczalnie, według redakcji, częścią tego wiersza albo innego o podobnej treści pt. Już czas. Nie zdołano rozstrzygnąć. Czytając te słowa, krew uderzyła mi do głowy. Znów siedziałam w na wpół martwym pokoju na Nowolipiu 30, czekając na nieuniknioną wybiórkę – Hela, moja bratowa, czyta Obrachunek z Bogiem (właśnie ta pierwsza zwrotka znajduje się w tomiku Maciejewskiej) i kończy wiersz, tymi mniej więcej słowami: ... Uciemiężaliśmy ciało ... wypełnialiśmy twe nakazy ... i co nam w zamian dajesz – ten blok, ten szop, Treblinkę? ... kazałeś nam pościć, pościliśmy, kazałeś modlić się, modliliśmy się ... i czego jeszcze chcesz, by pod pruski idąc gaz, powiedzieć Tobie Amen?
Wszystko spaliła wojna. Również poetę, potężnego w swym trwaniu, w wierze w napisane słowo. Szlengel zginął w bunkrze w czasie powstania w getcie. Ludzie, którzy go słuchali, czytali jego utwory, zginęli uduszeni gazem, albo masowo rozstrzelani. Zapach ich palonych ciał pozostał także we mnie, na zawsze. Jestem, widocznie w tym wypadku, ową pustynią Amosa Oza. Żyje we mnie ich duch, duch tych słów pisanych w konającym, systematycznie zamęczanym getcie warszawskim, w pamięci, w głębi duszy – a teraz na tych kartkach... w języku hebrajskim.
Przetłumaczyłam cały tomik i rozdzielałam kopie maszynopisu studentom, badaczom historii i przyjaciołom, aż znalazłam możliwość opublikowania tych wierszy – dokumentów. Izraelczycy, którzy je poznali, mówią, że one są tak bezpośrednio i mocne, jak zastrzyk wprost do żył...
Kiedyś czytałam artykuł w popularnej gazecie hebrajskiej na temat: "czy w roku 2000 będzie jeszcze istnieć literatura oraz czy poezja ma jeszcze przyszłość?"... Wspomniałam Szlengla, który pisał swą straszną kronikę dni zagłady i powszechnego zniszczenia wszelkich praw i pojęć ludzkich, nie pytając, czy będzie jeszcze istnieć literatura po Treblince i Oświęcimiu, po mękach drogi do tych piekieł... Część rękopisów Szlengla, ukrytych w podwójnym blacie stołu, znalazł po dwudziestu latach ktoś w Józefowie pod Warszawą, rąbiąc stary stół...
Ot, los poety – los zapisanego słowa!
W międzyczasie dowiedziałam się z artykułu w gazecie, że pani Maria Lewitt z Australii tłumaczy i stara się o wydanie po angielsku wierszy Szlengla 2), odnajdując w nich wierny wyraz swych własnych przeżyć, atmosferę czasów ogólnej i własnej tragedii prześladowań i cierpień. Maria Lewitt miała 15 lat w getcie warszawskim, do którego uciekła z rodziną na początku wojny z Łodzi. Skontaktowałam się z nią. Okazało się, że mamy wiele wspólnego z sobą, jesteśmy sobie bliskie mimo, że się nie znamy osobiście. Maria przysłała mi swoją książkę pt. Come spring, w której opisała swe życie w getcie warszawskim i po aryjskiej stronie.
Słowo, nie ginie nigdy i oddziałuje w tylu rozmaitych kierunkach! Los poety włącza się, także po latach od jego śmierci, w życie innych, dawnych i nowych jego wielbicieli.
Nowiny Kurier, Tel Aviv 1983.
- Władysław Szlengel, Co czytałem umarłym, opr. Irena Maciejewska. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977, 1979. (powrót)
- Maria Lewitt przetłumaczyła na angielski tylko prozę Szlengla z tomiku Co czytałem umarłym, i nigdzie nie opublikowała tego tłumaczenia. (powrót)
* * *
Halina Birenbaum
(Z przedmowy do mojego hebrajskiego tomiku wierszy i tłumaczeń 3) )
WIERSZE SPRZED I Z CZASU POTOPU
Lata "potopu" w Shoah zostawiły we mnie niezliczone wspomnienia, lecz nie tylko o okropnościach. Wyniosłam stamtąd ludzkie wartości, miłość do ludzi, do życia, i miłość do wierszy poznanych na krawędzi śmierci; do ich autorów, którzy przez swe utwory dawali nam otuchę i pomagali żyć – pomagali iść na śmierć z poczuciem wiecznej wartości życia. Powstały z największej rozpaczy, ale też z głębi ludzkiego zrozumienia i wzniosłości, jakich doznaje się tylko w chwilach ostatecznych.
Takie były wiersze Icchaka Kacenelsona, Władysława Szlengla, Stefanii Ney (Grodzieńskiej), Poli Braun i innych, nieznanych autorów. Staram się nieustannie przekazywać ich treść i znaczenie swym bliskim oraz młodzieży, której opowiadam o tamtych czasach.
Wiersze te z mojego dzieciństwa, z lat Zagłady, wracają do mnie niezwykłymi drogami, aż trudno uwierzyć, by mogło się to dziać w rzeczywistości. Wracają chyba po to właśnie, bym je mogła przekazać dalej, wraz z moim wzruszeniem i tęsknotą do tych, z którymi je razem czytałam Wtedy.
Przedziwne przypadki sprowadzają również spotkania z towarzyszami losu z tamtych dni. Nazywam je "odkryciami archeologicznymi". Zwracają wspomnienia przebytych doświadczeń, uwiarygodniają zdarzenia zacierane przez czas – i w tym ich główne znaczenie.
Blumę Babic-Szadur i jej siostrę z getta i obozów, Halinkę Czamarkę-Barman, spotkałam w Izraelu dopiero po 40 latach w pewnej szkole, w Dniu Pamięci Holocaustu. Ukrywałyśmy się razem w bunkrze na ulicy Miłej 3 w czasie powstania i likwidacji getta warszawskiego. Szłyśmy potem dalej tą samą trasą: Majdanek, Auschwitz, Marsz Śmierci – Ravensbruck – Neustadt-Glewe...
Przypomniałyśmy sobie teraz razem tę całą przeszłość, także przedwojenne piosenki i wiersze z getta, które ja akurat wówczas tłumaczyłam na hebrajski. "Zaraziłam" swym entuzjazmem do nich Blumę i Halinkę, co przyniosło nieoczekiwanie odnalezienie utworów "sprzed potopu" Władysława Szlengla.
O przypadkach znalezienia innych jego wierszy zebranych w książce Co czytałem umarłym, przetłumaczonej na hebrajski i opublikowanej przeze mnie w Tel Avivie napisałam szczegółowo w przedmowie do tej książki. I nagle odnalazły się następne wiersze Szlengla.
Bluma i jej mąż odbyli długą podróż po świecie. Halinka, przybrana siostra Blumy, dołączyła się do nich. Odwiedzili, między innymi, kuzyna Halinki w Brazylii.
Mosze Papelbaum, wyemigrował z Warszawy, miasta swego urodzenia, jeszcze przed II wojną światową. Ożenił się w Rio de Janeiro z tubylką, założyli rodzinę. Z czasem oddalił się niemal zupełnie od kultury, którą nasiąknął był w domu w Polsce.
Spotkanie z Blumą i Halinką obudziło przeszłość z lat młodości, tęsknotę. Zaczęli przypominać sobie także i piosenki śpiewane przed wojną – popularne polskie i żydowskie przeboje: Dziś panna Ańdzia ma wychodne i Jadziem Panie Zielonka!..."
Bluma zawołała w uniesieniu: – "a wiesz, że te słowa napisał Władysław Szlengel, poeta warszawskiego getta, który zginął w czasie powstania w kwietniu 1943 roku?"
Mosze Papelbaum ujął głowę w ręce i zapłakał na dźwięk wypowiedzianego nazwiska. Szlengel był jego przyjacielem młodości, kolegą z ławy szkolnej jego brata, Ignaca, zgładzonego w Shoah.
Ignac Papelbaum i Władysław Szlengel, Warszawa, ok. 1930
Wyjął z szafy plik pożółkłych gazet i zdjęć, dał je Blumie. Zdjęcia swego brata ze Szlenglem w przedwojennej Warszawie, z letniska w Otwocku; gazety z lat 1937-1939 (Nasz Przegląd, Szpilki), gdzie publikowano wiersze, satyry i humoreski Szlengla. Przechowywał je w ciągu dziesiątek lat, choć jego brazylijskiej rodzinie były one obce. Teraz te przedwojenne wiersze z pożółkłych, rozpadających się niemal gazet przemówiły nagle, jak proroctwo. Własne doświadczenia i czas dokazały tego na jakże bolesnych faktach!
Bluma przywiozła mi te gazety i zdjęcia – skarb z Brazylii: powinnaś je przetłumaczyć, by nie zginęły, by te wiersze poznano w Izraelu! Nie musiała mi o tym napominać. Natychmiast stało się to moim wewnętrznym poczuciem obowiązku, celem.
Część wierszy Szlengla odnalazło się w archiwum Emanuela Ringelbluma pod gruzami getta. Kilka wierszy znalazł pewien Polak z Józefowa, gdy rozrąbał stół przyniesiony kiedyś z getta – niektóre wiersze ludzie odtworzyli z pamięci.
Tak było też z wierszami Poli Braun i Stefanii Ney, które występowały razem ze Szlenglem w kawiarni Sztuka w getcie warszawskim. Stefania Ney i Pola Braun występowały również jako śpiewaczki i recytatorki w w teatrze Femina w getcie.
Pola Braun pisała teksty i komponowała muzykę do swych piosenek, śpiewała je też więźniarkom na konspiracyjnych spotkaniach w obozie na Majdanku. Polę Braun rozstrzelano wraz z 18,500 Żydów w środę, 3 listopada 1943 roku. Miała dwadzieścia kilka lat.
Wiersze Szlengla, Ney i Braun opublikowano po wojnie w antologii Pieśń ujdzie cało. Komitet żydowski zorganizowany jeszcze podczas wojny, wydał tę antologię w roku 1947 pod redakcją pisarza i poety Michała Borwicza.
Kilka wierszy Szlengla w gazetach warszawskich sprzed wojny odnalazła w archiwum Uniwersytetu w Jerozolimie i przekazała mi Ruth Szejnfeld, badaczka literatury z Tel Avivu. Mnie udało się odnaleźć zapamiętany z getta Obrachunek z Bogiem poprzez artykuł, który opublikowałam o tym wierszu w gazecie polskiej w Izraelu, Nowiny Kurier.
Wiersze Szlengla Płyną okręty i Szukam człowieka przyniosła mi Fira Salańska z Jerozolimy. Zdążyła przepisać je z gazety Nasz Przegląd jeszcze w 1939 roku, na krótko przed swoim przyjazdem do Palestyny, przed wybuchem wojny. Fira skontaktowała się ze mną po przeczytaniu mojej książki Nadzieja umiera ostatnia; odtąd zaczęła się i trwa do dziś nasza przyjaźń.
Halina Migdan z Aschkelonu zwróciła się do mnie po przeczytaniu hebrajskiej wersji mojego tłumaczenia Co czytałem umarłym. Opowiedziała mi, że przed wydostaniem się na "aryjską" stronę na początku akcji wysyłki Żydów na stracenie do Treblinki, pewien mężczyzna podał jej rękopisy pięciu wierszy, błagając, żeby je wzięła z sobą i przekazała światu, jeżeli przeżyje. (Wiersze przechowane przez Halinę Migdan zostały już dawniej odnalezione i opublikowane w tomiku, Co czytałem umarłym, Ireny Maciejewskiej.)
Halina nie wiedziała nic o Szlenglu, ani kim był ten, kto przekazał jej jego rękopisy. Przechowywała je przez całe życie wraz z najważniejszymi dla siebie dokumentami.
Spotkanie z Haliną Migdan jest jednym z dowodów, że w getcie nie mniej od własnego życia liczyły się dzieła kultury – narażano życie dla ich ocalenia i przekazu.
Pisane w gettach i obozach wiersze były wyrazem życia i cierpień, największym pragnieniem pozostawienia ich śladów, zachowania człowieczeństwa w piekle, pomagały tam żyć i umierać. One mogą nam dziś wiernie opowiedzieć, co myśleli i czuli ludzie w latach "potopu" w Shoah.
1990
- Wiersze z mojego hebrajskiego tomiku Szyrim Lifnei Wemitoch Hamabul (Wiersze sprzed i z lat potopu),
Ma'ariv Book Guild, Tel Aviv, 1990. :
- Elżunia – dziesięcioletnia dziewczynka, zagazowana na Majdanku – napisała na karteczce te słowa znalezione w buciku w czasie sortowania odzieży po zabitych w Wałczu koło Lublina:
była sobie raz Elżunia – umierała sama – bo jej tatuś na Majdanku – w Oświęcimiu mama...Dziewczynka zwykła śpiewać te słowa na melodię piosenki: Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga...
Opublikowane w tomie: Pieśń zza drutów, Lublin, 1983.
- Jan Brzechwa – Balada o 22 mordercach.
wiersz-satyra o procesie w Norymberdze; mam odpis.
- Hela Blumengraber – "Do mojej matki";
z tomu: Michał Borwicz: Pieśń ujdzie cało, Antologia wierszy o Żydach pod okupacją niemiecką, Wydawnictwa Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej w Polsce, Warszawa-Łódź-Kraków, 1947 .
- Władysław Szlengel – "Niemowlę"; "Przerażone pokolenie"; "Wiosna na ulicy Pawiej"; "Wiersz na temat nieżydowski"; "Nihil novi"; "Prima Aprilis"; "Kol Nidre"; "Szałasy (Sukot)"; "Samolot"; "Tobół tułaczy"; "Cisza".
- Pola Braun – "Curik a heim" (Z powrotem do domu); "Dzień powszedni"; "Wytwórnia blondynek"; "Matka"; "Żyd".
Z tomu: Pieśń zza drutów.
- Stefania Ney (Grodzieńska) – "Jankiel"; "Jurek"; "Herszek"; "Abramek"; "O Januszu Korczaku".
Z tomiku: Stefania Ney, Dzieci Getta, PIW, Warszawa 1949. (Jest w tym tomiku jeszcze kilka innych wierszy o dzieciach, bardzo wstrząsających i mało znanych, których nie udało mi się dotąd zamieścić.)
- Elżbieta Popowska – "Bławatki";
z tomu: Pieśń zza drutów.
- Szymon Spund – "Poranek jesienny na Majdanku";
z tomu: Pieśń zza drutów;
wiersz oryginalnie w jidisz, tłumaczony na polski i na hebrajski (HB).
- Halina Birenbaum – "Szukam życia u umarłych"; "Jak kret"; "Jedźcie do Treblinki"; "Długie domki"; "Ona czekała"; "Nie warto śnić"; "Biada temu, kto się zbliży"; "Dziewczynka z lat zagłady"; "Nie o kwiatach" – hebrajskie oryginały oraz wiersze z moich polskich tomików. – (HB). (powrót)
* * *
Władysław Szlengel, 1930.
(Dedykacja datowana: "1930, wrzesień 11")
WŁADYSŁAW SZLENGEL
Samolot
na Niskiej sto w suterynie
gdzie nigdy słońce nie wstaje
mieszka reb Załman który
nigdy nie jeździł tramwajem...
radia nigdy nie słyszał
nie ma pojęcia o kinie
całymi latami się modlił
reb Załman w swej suterynie...
i nagle – ku żony rozpaczy –
(czyż nie ma innych kłopotów)
reb Załman się stał entuzjastą
płynących gdzieś w dal samolotów
nocami podchodzi do okna
gdy warkot daleki go zbudzi
i uśmiech się zjawia na ustach
nie zrozumiały dla ludzi...
a Załman w sobotę w bóźnicy
słyszał jak czytał ktoś o tym
że z Polski do Palestyny
można już dziś... samolotem!
że nawet gazety z Warszawy
"tam" wysyłają i wszystko...
w kilka godzin do Erec...?!
więc ziemia święta tak blisko?!
reb Załman marzy po nocach
o Erec – Bożej Winnicy
o ptaku – co go zawiezie przez dobę
– z Niskiej ulicy...
więc niby dziś – suteryna
dyszący zaduch i para
a jutro można się zbudzić
pod słońcem jak wielka
pomarańcz...
jak dawniej jest Erec daleko
dla takich jak Załman nędzarzy
lecz dobrze że jest ten samolot
bo można chociaż pomarzyć...
piękną reb Załman melodię
słyszy w dalekim warkocie
reb Załman nie jeździł
tramwajem
a marzy... o samolocie...
Nasz Przegląd, 6. 04. 1937
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
Wiosna na ulicy Pawiej
na rogu Smoczej i Pawiej
stoi Chawa wśród dwóch nędznych koszy
i sprzedaje gorące parówki
para – za jedne pięć groszy!
proszę – kto mówi Chawie
z ulicy Pawiej
że jest już wiosna?!!
tam gdzie mieszka żyje i handluje Chawa
nie rosną kwiaty ani nawet trawa...
nie ma spacerujących wiosennych tłumów
nikt nie sprzedaje fiołków pierwszych
nikt sobie nie sprawia wiosennych kostiumów
i nikt nie czyta wiosennych wierszy...
słońce na Pawiej tylko liże słabe tanie –
jakby sprzedane z wózka
wiatr wiosenny harcuje ospalej i wyżej
i tylko na facjacie wietrzone bety muska
czy to nie jest rzecz nader ciekawa
skąd wie Chawa
że jest już wiosna?!...
kiedy Chawa po raz pierwszy nie sprzeda
ani pary gorących parówek
uśmiecha się do stojących
z obwarzankami Żydówek...
parówki odnosi do domu
(a uśmiech twarzy się trzyma)
dzieci nie będzie kolacji...
dzięki Bogu skończyła się zima...
Nasz Przegląd, 18. 04. 1937
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
Władysław Szlengel przed kinem z reklamą filmu:
"Dziś Hrabia Monte Christo", Warszawa, późne lata 1920.
(Władysław Szlengel i jego ojciec wyklejali reklamy filmów przed warszawskimi kinami.)
Warszawa III
- (na marginesie felietonu Pierrota "Warszawa II")
hallo! radio słuchacze!...
sygnał – dźwięk spadającej łzy
fala – piąte przez dziesiąte
to mówi: Warszawa III
może to was zaciekawi
po jazzie i śpiewie banalnym
Stawki Smocza i Niska
nadają program lokalny
na Pawiej pięć wyrzucają
graty wśród strasznego hałasu
eksmisja rodziny tragarza
to nasz smutny sygnał czasu
kolejka po żebracze bony
dla wszystkich nie wystarczy
reszta musi głodować
(komunikat gospodarczy)
dwoje dzieci pożera przez szybę
(a widok tak męczy i drażni)
leżące na wystawie jabłka
(to nasz teatr wyobraźni)
sprzedają obważanki
za to płaci się mandat karny
psst! antlojf! (uciekaj) policja!...
(oto koncert popularny)
transmisja wielkiego pochodu
nim sabath zapadnie święty
spieszą w dostojnych saganach –
ambrozja biedoty – czulenty
jakież istnieją nadzieje
które łzy Smoczej utrą?...
co też tu może się zmienić?!
jaki jest program na jutro?!
fala – uchodźctwa żebractwo
sygnał: dźwięk spadającej łzy...
kiedy "Warszawo w kwiatach" –
– zrozumiesz "Warszawę III"
Nasz Przegląd, 25. 04. 1937
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
Nihil Novi
Idę swoją smutną drogą
dwa tysiące lat
a za mną w ślad
co dzień
wlecze się jak cień –
litania bezecna i zła
– że zatruwam w studniach wodę
– że sprowadzam złą pogodę
– że uroki znam na trzodę
– że kradnę z świątyń krzyże złote
– by je oplwać zmieszać z błotem
– by je sprzedać drogo potem
– krwawy haracz Bogu płacę
– krwią dziecinną mieszam macę
– i na każde swoje święta
– kradnę blade pacholęta
– by wyłupać martwe oczy
– i serdecznej krwi utoczyć...
mijają lata i lata
i zmienia się obraz świata
kultura światło postęp
a dla was to wciąż takie proste:
– że mam lochy tajemnicze
– że nocami złoto liczę
– wojny robi się na prędce
– kiedy zechcą Syjonu Mędrce
Wielki Paskarz – Wielki Mag
rewolucja – gdy dam znak!
lecą w przepaść kalendarze
tyle zdarzeń tyle zdarzeń
bajdy i przesądy giną
przyszło radio tempo kino
ludzkość się nad wszystkim głowi
tylko ze mną.....
nihil novi:
– ja – to burżuazja wyzysk
– ja światowy jestem kryzys
– komunista ja i bogacz
– jestem chasyd – zwalczam Boga
– wszystko zło z całego świata
– w jednym sercu mym się splata
– nadal grabię dławię po to
– by w piwnicach chować zło
– świat zdobędzie złote runo
– jeśli tylko mnie usuną
– wiecznie ja – beczka prochu
– ... na ogłuszenie motłochu
a ja?...
żyję
przykre prawda? nawet wstyd
lecz ja tak na złość
wiadomo
Żyd
Nasz Przegląd, 18. 07. 1937
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
Kol Nidre
nigdy nie znałem treści ani słów
tylko melodię błagania
gdy przymknę oczy zobaczę znów
jak się z dzieciństwa wspomnień wyłania
w żółtym i siwym blasku świec
chybot żałosny ramion i bród
usłyszę lament serdeczny i łkania
i wielkie żebranie o litość cud...
i bicie w piersi łamanie rąk –
i dostojeństwo starych ksiąg
i lęk o wyroki nieznane i ciemne
tej nocy z serca już nie wydrę
tej nocy groźnej i tajemnej –
i smutnej modlitwy Kol Nidre ---
już wiem że dziś gdy jest mi źle
i jutro gdy losy będą łaskawsze
będę wracał myślą do tej nocy
i zawsze sercem w niej będę
chodźcie ze mną ---
Żydzi – zalęknieni strwożeni bici i szczuci
z wszystkiego wyzuci –
poniewierani –
oplwani –
wy którym rozbija się stragany
wiarę i czerepy
wy którym zamyka się usta
drogi i sklepy
wy których miesza się z błotem
wy którzy wiecie już o tym
czym jest lęk przed człowiekiem
i wy –
chcący zapomnieć że wczoraj czy przed wiekiem
byliście Żydami
uciekający w gąszcz wielkich spraw
w las wielkich ludzi
w kłamstwo wielkich słów
chowający głowy za plecami
obcych nie waszych idei...
wy – wyzwoleni –
z tałesów z szabatów
z chałatów
chodźcie!
w tę jedną wielką noc
do wspomnień mglistych bliskich rzewnych
sercem i jedna łzą
wróćcie do ciemnych izb modlitewnych
z dawnych dni dzieciństwa
gdzie siwych płaczących świec światło płonie
gdzie załamują matki dłonie
gdzie pod dotknięciem drżących rąk
szeleszczą karty żółtych ksiąg...
gdy krzywda na sercach leży głazem
w tej jednej dziwnej godzinie
sercami choć bądźmy razem
przy smutnej modlitwie Kol Nidre
Nasz Przegląd, 14. 09. 1937
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
Szałasy
(Sukot)
Dziś mamy dom
nad domem mocny dach
i mury ze stali i betonu
a sukot proszę pana to po tamtych dniach
kiedy nie mieliśmy domu
byliśmy na pustyni
był skwar a nocą zimno i wiatr
straszne to panie pewno były czasy
jeśli przetrwały tyle lat
obrzędy sukot – szałasy
czy dziś mamy dom?
napewno własny dom?
co spokój by dawał snom
i życie spokojnym uczynił?
czy już wróciłem z wygnania
z tułaczki z dzikiej pustyni?
mój dom?
czy się obawiać już nie trzeba
że przez nietrwały liściasty dach
nie spadnie grom
z niepewnego nieba?
ja przecież jeszcze się błąkam
w pustyni cudzych wielkich miast
w zamieci złych zamiarów
złych słów i szkalowań...
miotany tyloma wichrami
zawieszony w przestrzeni i w czasie
siedem dni świętowania w szałasie?
czy nimi rany zabliźnię?
kiedyś gdy wrócę do mego domu
będę wspominać te dni na obczyźnie
przez sukot – radosne święto jesienne
ale dziś?...
proszę pana niepewne szałasy
to moje życie codzienne
Nasz Przegląd, 20. 09. 1937
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
Wiersz na temat nieżydowski
- (Mały Dziennik bardzo się na mnie gniewa
za wiersze drukowane w Naszym Przeglądzie)
pewno się panom dziwnym to wyda
że wierszyk ten wcale nie będzie o Żydach
nie będzie skargą protestem i krzykiem
lecz będzie po prostu zwyczajnym wierszykiem
bo dziś już nie trzeba bo dziś już nie muszę
do sumień kołatać i dręczyć wam duszę
już pan wojewoda dziś robi to lepiej
już na ulicach cenniki się lepi
za szybę rozbitą i za szczęścia chwilę
dostaje się prawda tyle i tyle...
dziś nawet jest modne to w "Ipsie" to w "Klubie"
mówić dobrotliwie: "Żydów nawet lubię"
co pismo: dyskusja – tygodnik: ankieta
a głosu nie zabrać uchodzi za nietakt
dziś bardzo chętnie dżentelmen czy pani
po Grecie Grabo po Chinach Hiszpanii
przy manikurze – wytwornie cedząc zgłoski
problem rozstrzyga comprenez – żydowski
a kuchta powiada że lipa i draństwo...
gazeciarz rozstrzyga: mieć czy nie mieć państwo...
dozorca powiada nic z tego nie wyńdzie...
a to na Grzybowskiej... a tamto znów w Saskim
i czyta się mówi od świtu po świt
dla Żyda... przez Żyda... za Żyda i Żyd...
więc gdy społeczeństwo tak mile wspomina
ja nie mam potrzeby leźć z wierszem na szaniec
bo z wierszem o krzywdzie przeważnie tak bywa
tak jak z oświatą... kaganiec... kaganiec...
gdy mówi ulica i pan wojewoda
cóż jeszcze wierszem płaczliwym dodam?
więc wierszy nie będzie już więcej o Żydach
nie będzie już skargi sentymentu i dreszczy
chce mi się wierszyk napisać że właśnie
pada jesienny deszczyk
Nasz Przegląd, 5. 10. 1937
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
Płyną okręty
(Quasi una Fantasia)
płyną okręty po bezdrożach
po oceanach i po morzach
płyną dniami płyną nocami
płyną okręty z uchodźcami
jadą i jadą – tu i tam
pukają do portów i do bram
a świat się zamknął zaryglował
więc płyną w nieskończony rejs
bo gdzie pojadą – wszędzie słowa
wyryte na bramach – nie ma miejsc
płyną okręty płyną okręty
poprzez lazury i poprzez odmęty
okręt jest trumną – nie okrętem
lazur jest czarnym atramentem
starczyłoby tego atramentu
aby napisać miliard listów
by odpowiedzi dać nie mniej
miliard listów bez sentymentów
dwa słowa tylko: NIE MA MIEJSC!
więc pozostają na okrętach
aby się włóczyć po odmętach
ni to korsarze – ni to piraci
ani dziwacy – jacyś bogaci
ani herosi – ni włóczykije
ludzie bez jutra – dusze niczyje
ludzie wypluci z ludzkich kniej
ludzie dla których: NIE MA MIEJSC!
kręci się kręci kula świata
w skarby i cuda tak bogata
słońce ją poświeci – kwieciem się mai
tyle ma lądów – tyle krai
nagle stanęła – czy chce mieć lżej?
proszę wysiadać – nie ma miejsc
płyną okręty...
płyną okręty...
płyną okręty z uchodźcami...
Nasz Przegląd, 1938
(Przepisała ten wiersz z gazety Nasz Przegląd (1938)
i przywiozła z Polski do ówczesnej Palestyny
w roku 1939 Fira Salańska.)
Szukam człowieka
kiedy byłem jeszcze bardzo młody
taki jeszcze młody że słońce chciałem chwytać
bo światło wolałem od łakoci
kazano mi mądre książki czytać
o pięknie przyrodzie i dobroci
i że to wszystko kryje serce w człowieku
pytałem: gdzie jest CZŁOWIEK?
kazano mi czekać...
urosłem...
znam mapy książki gazety
depesze ze świata fotografie...
gdzieś tu musi być człowiek...
niestety... ja go znaleźć nie potrafię
idę ulicami wielkich miast
i nie zamykam zmęczonych powiek
w złocie słońca i w srebrze gwiazd
ulicami idę miast
i pytam: gdzie jest CZŁOWIEK?
i nie znajduję go:
ani w depeszach z butą pisanych
w programach mordu i przemocy
ni w oczach ludzi poniewieranych
ni w krzykach nagłych pośród nocy
ani w pięściach wzniesionych do nieba
ani w oczach gdy iskrzą się żądze
ani w tych szukających chleba
ani w dłoniach liczących pieniądze
ani w ustach kłamiących
ani w oczach płaczących
ani w układnych mowach dyplomatów
ani w tekstach brunatnych plakatów
ani w pluskwim peticie gazet
skomlących o ludziach duszonych gazem
ani w szperających w babki alkowach
ni w tych co biją starców po głowach
jest zwierz tropiony
jest myśliwy szalony
zdobywca kłamca głupiec
ofiara krzykacz kupiec
i lis i cham i faktor
i płaz i gad i marny aktor
i bity i zdobyty i skopany
i ciało i mięso i rany
i beznadziejna droga daleka
i nigdzie nie mogę znaleźć CZŁOWIEKA!
Nasz Przegląd, 1938
(Wiersz przywieziony z Polski do ówczesnej Palestyny
w roku 1939 przez Firę Salańską.)
Sklepiki
zza lady chmurnej nie widać nieba
tylko reklamę czerwoną: maggi
strzęp słońca odbija się w nożu do chleba
i blasze mosiężnej od wagi...
nad drzwiami jest dzwonek lecz nigdy nie dzwoni
nad oknem jest zegar – lecz dawno nie chodzi...
jest za kasą z kluczykiem – lecz także co po niej...
jest kłódka – zbyteczna cóż znajdzie tu złodziej?...
wystawa jest w oknie lecz dzieci nie nęci
bo nie ma w niej reklam obrazków zabawek...
i neon nie błyszczy i nic się nie kręci
w tym małym sklepiku ze Smoczej czy Stawek
w tym małym sklepiku są półki i kosze
a sklep jest milczący i smutny i starczy...
a człowiek zgarbiony wpatruje się w grosze
i liczy... i widzi że znowu nie starczy...
i dzwonek nie dzwoni – i milczy mruk zegar
i półki są puste i lampka migoce
a żona jest w domu... bo coś jej dolega
i coraz ciemniejsze i dłuższe są noce
w maleńkim sklepiku na półkach jest troska
a chleb taki ciemny jak ciężkość na duszy
a w kącie śpi żałość i bieda żydowska
patrzy na zegar... i czeka aż ruszy...
papierki papierki – nędzarskie kredyty...
marzenia marzenia wiecznie niesytej
ulicy... ulicy... żydowskiej ulicy...
kilo mydła...
kilo chleba...
by uciszyć głód...
poproś w sklepiku centymetr nieba
i szczęścia jeden łut...
Nasz Przegląd, 18. 12. 1938
(z Brazylii – mam tę oryginalną gazetę – HB)
Niemowlę 1939
punkt o dwunastej –
gdy chybocący się korowód przeciągał miastem
w huku korków z butelek pod serpentin deszczem
gdy go się najmniej spodziewano jeszcze
na jakiejś sali przy podłej orkiestrze
w trzasku kieliszków przy pijanym śpiewie
urodził się malec: trzydzieści i dziewięć
nowy rok – osesek wesolutki malec
który przed minutą życia nie znał wcale
a już był pijany...
już znał szelest jedwabiu... i drogie szampany
i wódkę na przedmieściu kobiecej dłoni dotyk
i tańca szaleństwo – jazzbandu narkotyk
szczęśliwy malec... cichutko sobie śni
że ta radość beztroska potrwa kilka dni
że będzie mały... przy orkiestrze siedział
że będzie szczęśliwy że nie będzie wiedział...
że choć młodość upłynie mu przyjemnie
ale daremnie...
ledwo się urodził – ledwo powitano czule
już ubrano go w koszulę
czarną... brunatną... czerwoną...
haseł go nauczono –
pierwsze abc – było butnym marszem
z kołysanki – wojenny żar szedł
elementarz – gazeta i ustawa
i zakazy i prawa
... a jeśli w główce zabawa...
jemu kieliszek jemu taniec
a oni jego – jego na szpalty
jego w wir tłumny...
jego w gazet kolumny
w jego w nakazy płatnicze
w stawki robotnicze
w walki klasowe
w walki rasowe
jego w okopy w obozy na fronty...
biedny malec... trzydziesty dziewiąty...
zanim po nocy wino wywietrzało z głów...
malec trzydziesty dziewiąty starcem był już znów
Nasz Przegląd, 1. 01. 1939
(z Brazylii – mam tę oryginalną gazetę – HB)
Przerażone pokolenie
- (Gminy żydowskie i instytucje filantropijne wysyłają
małe dzieci uchodźców do Anglii, Holandii i t.d.)
wszystko było za głośne... za skomplikowane
zamazane i dziwne i zasnute łzami...
przyszli straszni jak w kinie
tak wcześnie nad ranem
i mówili tak głośno... i stukali kolbami...
tatusiowi jak cowboye lufami grozili
a mama miała za duże i za straszne oczy...
i tatuś się jak starzec załamał i schylił
pięść ścisnął... i zawył... i sprężył i skoczył...
potem taty nie było i była tylko cisza
a mamie drżały ręce przy krajaniu chleba
i pytała czy kroki na schodach ktoś słyszał
i paliła świece i wzywała nieba
i potem przyszli inni – lepsi ale obcy...
i zabrali dzieci i było coraz gorzej
w pokoju tłoczyli się tacy sami chłopcy
a potem był pociąg i okręt i morze...
i strasznie i pusto i szaro – bez treści...
i wszystko się nie chce tak w główce pomieścić...
z mgły z labiryntu tylko się wyłania –
ta droga – ta droga... i znak zapytania...
czy urośnie pokolenie przerażonych ludzi –
których będzie po nocach każdy szelest budził
stuknięcie na schodach – dźwięk obcego głosu
wtrącą w odmęty popłochu – chaosu –
ludzi co drzwi zamykają na zamki
– gotowych do skoku gdy ktoś dotknie klamki
ludzi niepewnych co cnotą – co grzechem
ludzi z strwożliwym lękliwym uśmiechem
ludzi palących listy ---
ludzi niszczących adresy ---
ludzi nie umiejących śpiewać ---
ludzi szukających w oczach przechodniów ---
spojrzenia siostry czy brata? --- 4).
Nasz Przegląd, 15. 01. 1939
(z Brazylii – mam tę oryginalną gazetę – HB)
- Z tego wiersza Irena Maciejewska zamieściła w tomiku Władysława Szlengla Co czytałem umarłym tylko ostatnią zwrotkę. Cały wiersz otrzymałam wraz z kilkoma innymi od badacza literatury na uniwersytecie w Tel Avivie, Dr Ruth Szejnfeld, która, po moich interwencjach u rozmaitych profesorów, napisała pracę dla uniwersytetu o Szlenglu i zwróciła się do mnie o moje hebrajskie tłumaczenia, dodając mi kilka, znalezionych przez nią w Bibliotece Narodowej w Jerozolimie, przedwojennych numerów Naszego Przeglądu z tekstami Szlengla. Ja je przetłumaczyłam także na hebrajski i opublikowałam w Wierszach sprzed i lat potopu.
Książkę Co czytałem umarłym – Aszer karati le mejtim, Wyd. Traklin, Tel Aviv, 1987 – opublikowałam wcześniej a w przedmowie podałam swój pierwszy artykuł na temat Szlengla: Słowo, które nie ginie nigdy, który teraz zamieszczam w oryginale polskim. Ten tekst doprowadził do znalezienia Obrachunku z Bogiem, co opisałam w artykule opublikowanym w Internecie w http://www.dialog.org i również zamieszczonym w dalszej części niniejszego zbioru – HB. (powrót)
Tobół tułaczy
w małych miasteczkach zapomnianych
tam gdzie jest szary każdy świt
w świt taki szary i zapłakany
tobół tułaczy szykuje Żyd
a do tobołka wziąć by się chciało
całą codzienność swoja starą
wąskiej uliczki krętość i małość
i zapyloną sklepików szarość...
wierzbę przydrożną zabrać by trzeba
i pochyloną bóźniczkę z nad rzeki
płat deszczowego dobrego nieba
zabrać ze sobą na szlak daleki...
jarmarczny rozgwar taki znajomy
sobót dostojny spokój i ciszę
i dźwięk i barwę i ludzi i domy
by mieć ich przy sobie i widzieć i słyszeć...
a tam w oddali bezkresy sine
drogi wichry – na deszczu stanie
a tam spowite mgłami i dymem
jakieś szukanie – jakieś czekanie –
tam jakieś miasta albo pustynie
i nagłość – dziwność – siła nieczysta –
tumult i chaos z którego wypłynie
jakaś nieznana i inna przystań
tak by się chciało z wszystkim uporać
stanąć nareszcie śmielej i pewniej
i tylko smutno i łzawo i rzewnie
strzępy dawności wyciągać z wora:
- - płat deszczowego nieba - -
- - głosów znajomych rozgwar - -
- - wierzby znajomej białość - -
- - uliczek krętość i małość - -
- - szarość zasnutą łzami
co nigdy nigdy już nie schną...
- - - - - i westchnąć
Nasz Przegląd, 5. 02. 1939
(z Brazylii – mam tę oryginalną gazetę – HB)
Prima Aprilis
boki zrywać panowie...
uczta prawdziwa panowie...
spojrzałem panowie mili
gdy gazeciarz pismo mi dawał
wiedziałem – prima aprilis
więc na kawale – kawał...
z nagłówków chichotał nonsens –
ze szpalt szaleństwo drwiło –
i żartu dobry kąsek
więc nic mnie nie zdziwiło:
że Führer i Duce niszczeniem traktatów
chcą gwarantować pokój światu
że ofiara przychodzi prosić o przemoc –
że wolność swą ludzie oddają niemo –
że kraj swój obcym rzucają pod stopy
że znowu zmienia się mapa Europy –
że znowu się Żydom grunt gdzieś zapalił
że ledwo spoczęli znów trzeba dalej
że przez twarde pigułki z Essen
ludzie w Niemczech nie mają zu essen...
że dał się bezczelnie wywieźć w pole
stary i mądry lis z parasolem...
że wszystkie ludzkie umowy na nic
że gniją że płoną słupy granic
czytałem spokojnie brednie gazety
prima aprilis! gniewać się?! Nietakt!
a potem spostrzegłem niestety że to... wczorajsza gazeta
Nasz Przegląd, 1. 04. 1939
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
Cisza
Akwarela letnia
nie ma gdzie uciec by słyszeć własne myśli
wszędzie zgiełk dotrze – uparcie się wwierci
uciekłem z miasta i tu za mną przyszli
brydżyści ziejący szlemami – groźniejsi od śmierci
co noc chrapliwy gramofon słowikom urąga –
co wieczór nienawiść w parku nieci –
od świtu śpiew fałszywy po łąkach się błąka
a pod nogami dzieci... tysiące... milion
dzieci...
bo dzieci mają swoje najważniejsze sprawy
które zmierzch dopiero w klatki domów wygna
księżyc w okna puka... natrętny... ciekawy...
jaśminowa za oknem czai się maligna –
las upity mocnym księżycowym światłem
kołysze się bredzi – swawolny pijany –
wzywa wśród nocy ptactwo – psy i dziatwę
i płoszy zalęknione szepty zakochanych...
a ja tu w środku w rozgwarze w rozjęku –
w wołaniu – płaczu – śpiewie – trącany rozmową
zaczepiany kwileniem – dysonansem dźwięków
daremnie szukam zagubione słowo...
ziemia dygoce pod niebem skwarny sierpień
za ścianą chrobot – za oknem jabłoń dyszy
i piszę list do ciebie... że źle mi że cierpię
szukając własnej myśli w poszarpanej ciszy
Nasz Przegląd, 13. 08. 1939
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
Małżeństwo Dyktatora
Wiecie zapewne, że Dyktator jest abstynentem, jaroszem i kawalerem. Jeżeli człowiek przez pięćdziesiąt lat nie zaznał rozkoszy jaką dają: krwisty rozbif, cieniutki sznycelek, dobrze wypieczony kurczak z kartofelkami i mizerią, przy czym kieliszek dobrego czerwonego winka... A, co tam wyliczać – jak człowiek nie zna rozkoszy. Niewesołe są noce w głuchym kanclerzowskim pałacu, smutne są myśli niezakropione lampką wina i widmowa pustka bez kobiety.
Widziałem roześmianą twarz Roosevelta z bankietu w Filadelfii; nie wiem czy prezydent pije – ale nic nie powiem o pokaźnych butelkach na zdjęciu United Press i wesołym wieńcu girls przy stole. Nic dziwnego, że po takim bankiecie Roosevelt kropi depesze do Europy: "Uspokójcie się! Życie jest piękne! – wino jest słodkie i nie chcę, aby moja żona martwiła się, że nasz syn idzie na wojnę".
Konkluzja, musimy dyktatora ożenić. Kobieta dokona reszty.
Będzie to wyglądało mniej więcej tak:
– Dyktator. Gerta Schmidt. Państwo pozwolą...
– Panie marszałku, czego pan mnie męczy?... Ja nie znoszę kobiet...
– Trudno. Zagranica. Prestiż. Śmieją się. Śmieszność jest zabójcza dla Dyktatora.
– Musi się pan ożenić.
– Z tą... Gertą Schmidt?
– Tak. Ona ma w posagu dwie żywe krowy, osełkę masła i niedojedzoną jajecznicę po nieboszczyku pierwszym mężu. Tego nie należy bagatelizować.
– Czy posag ona wniesienie zaraz po ślubie?
– Natychmiast... Ogłasza się małżeństwo Dyktatora z Gertą Schmidt. Ślub odbędzie się w niedzielę 22 lipca.
Wtorek, 17 lipca.
– Dyktuś... więc już w niedzielę... ach mój jedyny... Ty jesteś zabójczy... taki zabójczo-piękny... Zgól te wąsy...– Coooo? Pani oszalała? Bez wąsów!! Ja się mogę obejść bez linii Zygfryda, ale nie bez wąsów...
– To nie będę się całowała.
– Nie zgolę.
– To wszystkim powiem, że na Linii Zygfryda jest napis: "Pluć tylko do spluwaczek", bo beton się rozpłynie...
Zgolił.
Środa, 18 lipca.
– Patrz, jak ja jestem ubrana. Jak strach na wróble! W całym Berlinie nie ma ani jednej przyzwoitej krawcowej.
– Nie rozumiem.
– Mój kochany, jak ty chcesz, to sobie możesz wyrzucić wszystkich Żydów, ale nie możesz mnie pozbawić dobrej krawcowej. Sam rozumiesz, że bez Żydówki będę ubrana jak koczkodan. Bądź taki dobry, maleńki werdykcik...
– Szalona. Idea moja w sprawie...
– Wiem, wiem, ale jak mi nie sprowadzisz Żydów do Berlina, to ja napiszę do mamy, żeby przyjechała. Może razem coś uszyjemy...
... Cofnięto nakaz wysiedlenia Żydów.
– Frau Schmidt, gdzie mój garnitur, mój strój galowy?– A z czego miałam uszyć spódnicę? Może z waszej tandetnej wełny... Może z papieru?
– No, dobrze, ale przecież nie mogę... Jak ja będę wyglądał? A moje spodnie z kapitańskiego uniformu?
– Poszły na spód do kostiumu... Mój drogi, pożycz sobie od marszałka marynarkę i zrób sobie płaszcz, to ci wszystko zakryje... Albo przestań się kłócić z Anglią, to będziesz miał angielskie materiały...
... Przestał.
...Piątek.
– Dyktuś zrób narzeczonej prezent. W niedzielę nasz ślub... Nie chcę jeść na obiad wroniego rumsztyku... Zjesz ze mną, prawda?...– Nie jadam mięsa...
– Taki dobry sznycelek z kartofelkami i kieliszek bordo... Nie pijam. I nie mamy bordo. Bordo ma Francja.
– To nie kłóć się z Francją, ja cię proszę... No zjedz, zjedz... Zjedz, bo piszę do mamy... I kieliszek bordo... I załatw z Francją...
... Załatwił.
... Sobota.
– Dyktuś, słuchaj, mówię ci ostatni raz. Musisz mi to przyrzec przed ślubem. Bo inaczej nici z małżeństwa. Żadnych awantur... Żadnych zaczepek... Ja chcę mieć spokój w domu... I żadnych wyjazdów. W domu masz siedzieć. Spokój. Masz żonę. Będziesz mieszkał w stolicy, żebym miała blisko mamy i wybij sobie z głowy jakieś wyjazdy. I żadnych gości. Porządek, żeby był. I koniec erzaców... Wszystko ma być przyzwoite. Będziesz jadł mięso, bo nie chcę cherlaka – i będziesz pił. I ubranie ma być z wełny, a nie z glaspapieru. Koniec.
... Powiadam Wam. Tylko małżeństwo uratuje interesy Europy.
Szpilki
(być może 1937)
(Tekst ten otrzymałam od Pana Arie Ben Menahem'a, zbieracza książek i dokumentów o Shoah, pochodzącego z Łodzi. – HB)
* * *
Powyższe przedwojenne teksty Władysława Szlengla są opublikowane jedynie w moim tłumaczeniu hebrajskim w tomiku wierszy pt. Szyrim Lifnei Wemitoch Hamabul; nigdzie dotąd nie zostały opublikowane po polsku.
Niżej podany opis i wiersz, który odnalazłam, są już zamieszczone w Internecie w http://www.dialog.org (HB).
* * *
Gdybym była wierząca, musiałabym powiedzieć chyba, iż jest w tym ręka Boża. Jednak w cuda wierzę, chociaż sprawiają je ludzie, a raczej dobro istniejące w nich, w głębiach duszy, dobro, które na różne sposoby zostaje pobudzane poprzez rozmaite uczynki, pozytywne działania.
Halina Birenbaum
HISTORIA ODNALEZIONEGO WIERSZA
(z moich pamiętników: Każdy odzyskany dzień)
27. 01. 1985
Władysław Szlengel, niezmiernie popularny poeta warszawski, napisał jeden ze swych wierszy, krążących po osierociałym getcie, czekającym wiosną 1943 roku na ostateczną zagładę, Obrachunek z Bogiem. Czytało się wtedy te wiersze, podawane w odpisach z rąk do rąk, z niewypowiedzianą, głodną zachłannością, jak wchłania się soki ożywcze, żeby nie skonać. Widziało się w samym ich istnieniu, w chęci i możliwości tworzenia w takich chwilach – siłę życia i jego nieocenioną wartość. Poprzez wiersze poety o tak aktualnej, trafnie określonej treści czuło się niezbicie, że potęga życia ludzkiego silniejsza jest od śmierci, Niemców, Hitlera!
Część utworów Szlengla odnalazła się po wojnie pod gruzami getta warszawskiego wraz z archiwum historyka Emanuela Ringelbluma i została opublikowana w Warszawie w roku 1977 w tomiku Co czytałem umarłym.
W wyjaśnieniach na końcu tej książki podano, że w notatkach Ringenbluma jest mowa o wierszu Obrachunek z Bogiem, ale go nie odnaleziono. Istnieje tylko pewna strofka, która treść taką przypomina, ale może to również być część innego utworu poety. Szlengel, jak wiadomo, zginął w bunkrze podczas powstania w getcie warszawskim i nawet wiek jego nie był dokładnie znany.
Po przeczytaniu Co czytałem umarłym napisałam i opublikowałam w Nowinach Kurierze artykuł: Słowo, które nie ginie nigdy, gdzie opisałam obszernie, w jakich okolicznościach zapoznałam się z wierszami Szlengla. W owej niewiadomej strofce natychmiast rozpoznałam Obrachunek z Bogiem i przytoczyłam kilka zdań utworu, które szczególnie wryły mi się w pamięć.
Kilku czytelników natychmiast po opublikowaniu tego zwróciło się do mnie. Nawiązałam z nimi kontakt, a potem i przyjaźń, gdyż okazało się, że wiele mamy ze sobą wspólnego, co nas serdecznie łączy.
W zeszłym tygodniu, po upływie przeszło roku od tej publikacji, otrzymałam list z Hajfy, od p. Izydora Szulmana, który doniósł mi, że po przeczytaniu mego artykułu w Nowinach przypomniał sobie, iż zaraz po wojnie znajomy wręczył mu otrzymany od kogoś z Warszawy odpis ręczny: Obrachunek z Bogiem. Dopiero teraz udało mu się wyszperać go w swych papierach i, jeśli jestem jeszcze zainteresowana, chętnie mi prześle kopię...
Pan Szulman jest także warszawianinem, przeżył wojnę wraz żoną i córką w Rosji. Oczywiście natychmiast zatelefonowałam. Otrzymałam z jego rąk calutki wiersz! Miałam niespełna trzynaście lat, gdy w domu na Nowolipiu 30, w bloku Szulca przeczytano mi go po raz pierwszy, na krótko przed rozpoczęciem powstania w getcie. Przeżyłam, zapamiętałam tak nam wtedy bliską i wymowną treść. Jestem wdzięczna losowi za możliwość wzięcia przypadkowego udziału w jego odnalezieniu i wydaniu na światło dzienne, w czterdzieści dwa lata po jego napisaniu. Jednak w cuda wierzę.
A więc istnieją cuda i dobrzy ludzie, dzięki którym dotarło jeszcze jedno Wołanie w nocy Władysława Szlengla.
A może Bóg zawstydził się i nie chcąc pozostawić "karty" poety – czystej, pomógł w tym odnalezieniu, aby na czystej karcie obrachunku dopisano jakiś czyn...
Z odnalezionego obecnie wiersza dowiadujemy się, że poeta w chwili śmierci miał 32 lata.
Nowiny Kurier, Tel Aviv 1985
* * *
WŁADYSŁAW SZLENGEL
Obrachunek z Bogiem
- (Getto Warszawskie, 1943)
Może to był sen – (chociaż nie)
a może zamroczył mnie trunek.
Siedzieliśmy razem Bóg i ja
i robiliśmy rachunek...
Bóg był starszym panem
o spojrzeniu pełnym łaski,
miał siwą długą brodę
i chodził bez opaski...
Kenkarty wprawdzie nie miał,
bo przybył prosto z raju,
lecz miał obywatelstwo,
podobno... – Urugwaju.
Wyjąłem dużą księgę
a Pan Bóg Watermana,
otwarłem konto – wiara
i rzekłem... proszę pana... 5).
Mam lat trzydzieści dwa,
lat sytych albo biedy.
Dotychczas, Panie Boże,
otwarty miałem kredyt.
Mówiono: "Módl się"
– ja się modliłem.
Mówiono: "Pość"
– pościłem.
Przez ciężkie postu dni,
bez kropli wody w ustach,
dla wielkiej chwały Twej
i urojonych ustaw.
W męczących smugach świec,
w tumulcie izb bóżniczych
modliłem się, byś mógł
uczynki moje zliczyć.
Mówiono mi: "Nie kradnij"
– nie kradłem.
Mówiono: "Nie jedz świniny..."
(Lubię) – nie jadłem.
Mówiono: "Bóg tak chce..."
Mówiono: "Boża Droga..."
Mówiono: "Nie cudzołóż."
– wstrzymałem się... dla Boga.
Mówiono "Nie zabijaj!"
– nie zabijałem.
"Nie miej Boga nade mną"
– nie miałem.
Są różne miłe święta,
są różne trudne święta,
po dziesięć razy na rok,
kazano mi pamiętać.
Kazano siedzieć w kuczce,
pić gorzkie jadać macę...
Pokuty różne czynić
i zaniedbywać pracę.
Rzemieniem ściskałem ręce,
księgi zżerałem nocą
i umartwiałem ciało.
Przepraszam, pytam – po co?
Mówiłem: "Bóg pomoże",
mówiłem: "Bóg ocali",
wierzyłem: Pan Bóg ze mną,
mówiłem: "I tak dalej..."
Spójrz no, popatrz w księgę,
Rzecz jasna, oczywista.
Patrz! karta Twoich zasług
W stosunku do mnie – czysta...
Biją mnie w twarz
– nie uciekam.
Jak zwierz tropiony z nory w norę,
czekam... a Ty nic...
Głodno mi chłodno i tęskno,
droga wciąż dziksza, daleka,
pusto – wokoło, martwo.
Nie płaczę... – czekam...
Na wiatr więc wyrzucone
błagania posty lament
i sto tysięcy modlitw
i pół miliona "Amen"...
Co Ty mi dajesz dziś
za wszystkie me uczynki?
Ten blok... Tę blaszkę... plac...
Te bony... czy Treblinki?
Czy jeszcze czekasz bym
pojutrze, jak Testament,
pod pruski idąc gaz,
powiedział jeszcze "Amen"?
No mów coś, proszę mów –
rachunek wyjm z ukrycia.
Otwarte księgi – patrz! –
Wspólniku mego życia...
Ten miły starszy pan,
z którym przy stole piłem,
ołówek wziął do ręki i rzekł...
I tu się przebudziłem.
Czy to był zwykły sen?
Czy też mnie zmorzył trunek? –
Lecz do dziś nie wiem jak
skończył się obrachunek.
- Tylko nieco różna wersja czterech pierwszych zwrotek tego wiersza (scalonych w jedną) zamieszczona jest w "Nocie edytorskiej" w tomiku Co czytałem umarłym, pod red. Ireny Maciejewskiej – HB. (powrót)
Sprzed "potopu".
Władysław Szlengel z przyjaciółkami, Warszawa, ok. 1937
Władysław Szlengel z przyjaciółkami, Warszawa, ok. 1937.
Druga wersja tego samego zdjęcia.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||