
TO SIĘ JUŻ NIE WRÓCI
JERZY OLSZEWSKI (1938–2003)
ANDRZEJ KOBOS
Piszę niekiedy o szeroko znanych ludziach, którzy odeszli. Tym razem napiszę o kimś nieznanym szerzej, kogo już nie ma, a kto był mi bardzo bliski przez całe moje życie. O moim kuzynie, Jerzym Olszewskim.Jurek był synem Marii z Elżbieciaków i Tadeusza, brata mojej matki. Urodził się 16 kwietnia 1938. Był starszy ode mnie o ponad pięć lat. Gdy miał mniej niż półtora roku wybuchła wojna.
Pod koniec sierpnia 1939, jego ojciec, jako por. rezerwy, został zmobilizowany do Wojska Polskiego. Poszedł na wojnę. Na wschodzie uniknął katyńskiego losu, przeszedł do Rumunii, a po niedługim czasie Niemcy zabrali go z Rumunii i resztę wojny spędził w obozie jenieckim (oflagu) pod Kassel w III Rzeszy. Wrócił do Polski, do rodziny, na początku roku 1946. Gdy zjawił się, ośmioletni prawie Jurek nie bardzo wiedział, jak ma się zwracać do ojca; zjawisko dość typowe dla małych dzieci powracających jeńców wojennych.
W międzyczasie było 65 miesięcy okupacji niemieckiej. Wadowice, Jurka i moje rodzinne miasteczko między Bielskiem a Krakowem, zostały wcielone do III Rzeszy Niemieckiej. Ówczesna, formalna tylko granica III Rzeszy i General Gouvermenant, tzw. Gubernii, była na rzece Skawie, na wschodnim krańcu Wadowic.
Jurek i jego matka mieszkali w małym mieszkaniu przy ul. Poprzecznej, ale Jurek wiele czasu spędzał albo u babci Olszewskiej na Nadbrzeżnej 7 (później 11), albo u moich rodziców, w ich okupacyjnym mieszkaniu w części małego domu przy ul. Zatorskiej (w którym ja urodziłem się 29 września 1943). Jurek stał się niezwykle bliski mojemu ojcu (który pod okupacją był majstrem budowlanym) i nawzajem. Był między nimi nieomal ojcowsko-synowski stosunek, który, jako niezwykle bliska sympatia, przetrwał do śmierci mojego ojca w roku 1969. Pamiętam, jak mój ojciec do śmierci wspominał różne wydarzenia z tamtego okresu związane z Jurkiem, a Jurek, również czasem pytał, "pamiętasz wujku, jak...?" W późniejszych latach, ojciec mój, witając Jurka, często mówił mu, "bo, zrobię z ciebie lampę." To było jego "historyczne" odezwanie się do Jurka, jeszcze z czasów okupacji. Była to jedyna groźba jakiej mój ojciec wtedy wobec Jurka używał, gdy ten bywał nieposłuszny. Jurek pytał, "a jak to wujku zrobisz?". Mój ojciec odpowiadał mu: "zawieszę cię u sufitu za duży palec lewej nogi" i, wskazując na dużą, kilkuramienną lampę wiszącą na suficie (która przetrwała okupację), mówił mu: "to też był kiedyś jeden niegrzeczny chłopiec". Nawet dla małego chłopca, jak Jurek, był to wtedy zrozumiały żart, acz spełniający swoje zadanie.
Nigdy nie zapomnę jak bardzo Jurek przeżył śmierć mojego ojca w roku 1969, jak blisko mnie był wtedy.
Podczas okupacji nasza babcia Aniela chowała na Nadbrzeżnej kilka królików. Jurek miał zimowe zdjęcia w okupacyjnym futerku uszytym z króliczych skórek. Innym miejscem w czasie okupacji, gdzie mały Jurek czasem bywał, była tzw. "Ochronka", schronisko dla małych dzieci, w większości sierot, prowadzone w Wadowicach przez SS Nazaretanki w ich klasztornym budynku, położonym w bliskiej odległości od ówczesnego mieszkania matki Jurka. Siostry dawały mu wtedy obiad, taki jak innym dzieciom, i uczyły go pacierza.
Nasza wspólna ciocia Józia, samotna młoda kobieta, podczas okupacji pracowała jako sprzątaczka w niemieckich biurach. To był jedyny sposób na to, by uniknęła wywózki na niewolnicze roboty do Niemiec.
26 stycznia 1945 do Wadowic weszła Armia Czerwona, od północy, właśnie ulicą Zatorską, obok domku gdzie mieszkali moi rodzice i ja, wówczas już prawie półtoraletni. Wcześniej była chwila grozy, gdy sowiecka katiusza trafiła spory dom na rogu w odległości kilkudziesięciu metrów od "naszego", zabijając tam kilkunastu ludzi chroniących się w piwnicy. W kilka godzin później, obsypany jeszcze tynkiem Jurek wybiegł z "naszego" domu do sowieckich żołnierzy. Posadzili go na czołgu i dali mu jakieś cukierki.
Wspominam to wszystko szerzej, bo jestem pewny, że tamte wczesne lata, z jednej strony z samotną matką, babką, wujkiem i dwiema ciotkami, a z drugiej strony we wszechobecnym okupacyjnym zagrożeniu, niewątpliwie wycisnęły piętno na ukształtowaniu kilkuletniego Jurka na całe jego późniejsze życie. Być może wytworzyło to było u niego jakiś niezwykły spokój, zadumę, dystans do świata, a równocześnie ogromne ciepło dla bliskich i przyjaciół. Takim był zawsze, nawet gdy kończył się na raka. Takim był mimo, iż jego żona miała dosyć różniące się usposobienie.
I tamte, bliskie mu okolice utkwiły w nim na zawsze. Ostatnie nasze spotkanie (do którego jeszcze tu wrócę) 6 lipca 2002 rozpoczęło się w Wadowicach. Jurek był już chory. I wtedy, tego późnego popołudnia, pojechaliśmy na wadowicki cmentarz na groby moich rodziców i naszych wspólnych dziadków i cioci, a potem Jurek poprosił swego brata Maćka, by przejechać obok ich okupacyjnego domu, ochronki zakonnic, i dawnego domu babci. Wspomniał ich wszystkich, w kolejności zda się topograficznej: matkę, zakonnice, babcię, obie ciocie (jedna z nich była moją matką), i mojego ojca. I tamte obiady u sióstr i tę tragiczną katiuszę, i sowiecki czołg i cukierki od rosyjskich żołnierzy.
Wczesnym rokiem 1946 ojciec Jurka wrócił z Oflagu. W kilka miesięcy później, Olszewscy przenieśli się do pobliskiego Andrychowa, gdzie Tadeusz (inżynier mechanik) zaczął pracować przy uruchomieniu i rozbudowie znanej fabryki włókienniczej. (W tymże AZPB pracował do emerytury i w Andrychowie zmarł w roku 1978.) Jurek poszedł do szkoły. 20 grudnia 1946 urodził się brat Jurka, Maciek.
* * *
Odkąd moja pamięć sięga, pamiętam Jurka bardzo blisko siebie. Nasi rodzice, w końcu najbliższa rodzina, zawsze utrzymywali bardzo bliskie związki. Olszewscy bywali u nas w Wadowicach co kilka dni, albo my jeździliśmy do Andrychowa. Wtedy, pamiętam, jechało się pół godziny (aż 12 km!) bardzo wolnym pociągiem parowym, w brudnych wagonach osobowych, a z początku niekiedy i w tzw. towarowo-osobowych, tj. bydlęcych z otwartą zasuwą, w których siedziało się na ławeczce z deski, albo na podłodze. O wiele rzadziej jeździło się jakimś, wówczas rzadkim, samochodem.Od wiosny 1945 do jesieni 1953, w Wadowicach mieszkaliśmy przy ul. Iwańskiego 24, w wynajętym, obszernym domu z dużym, zawalonym rupieciami strychem, kilkoma piwnicami i dużym ogrodem z wielkim dębem przy płocie, drzewami owocowymi, krzakami porzeczek, agrestu i malin i drewnianą altaną. Ten dom i ogród i altana to jest jakiś Raj Utracony mojego dzieciństwa.
Jurek Olszewski w ogrodzie na Iwańskiego 24 w Wadowicach, ok. 1948.
Olszewscy mieszkali w mieszkaniu w domu przy ul. Gancarskiej 65 w Andrychowie.
Maciek i Jurek Olszewscy i Andrzej Kobos w Andrychowie, ok. 1951.
Dom ten miał duże podwórze z jakąś szopą i przylegającym ładnym stawem parkowym. I "nasz" ogród i "ich" podwórze oraz ów brzeg stawu z drzewami były wspaniałymi miejscami naszych wspólnych zabaw. Jurek, starszy, narzucał bardziej dorosłe zabawy: podchody, bitwy na opadnięte jabłka, tzw. "psiory", potem jakieś obwody elektryczne na baterie, a nawet podłączane do sieci i często wywalające tzw. "stopki", czyli bezpieczniki. Ja, siłą rzeczy i ambicji, równałem mu w górę. Maciek początkowo był do tego wszystkiego za mały.Jurek, bardzo samodzielny, często sam przyjeżdżał do Wadowic, może najpierw bardziej dla wujka, cioci i babci (dziadek Olszewski nie żył od 1939 roku), niż dla mnie. Byłem jedynakiem. Od mojego wczesnego dzieciństwa, Jurek stał mi się jak starszy brat i takim pozostał na zawsze, aż rozdzieliła nas jego śmierć. I jak to bywa w takich przypadkach, przez długie młode lata był mi wzorem i ogromnym, może nawet najwyższym autorytetem. Nauczył mnie, w tamtych proporcjach, bardzo dużo, wprowadzał mnie w życie. Szybko wytłumaczył mi, że nie ma św. Mikołaja, że choinki nie przynoszą aniołki, tylko Byrski z Ponikwi, a ubiera ją mój ojciec lub matka. Razem (później i Maciek brał w tym udział), modliliśmy się żartem, żeby mojej matce nie udały się czekoladowe ciastka dla noworocznych i imieninowych (mojego ojca Mieczysława) gości 31 grudnia, bo wtedy my moglibyśmy wszystkie te wyborne ciastka zjeść. Pamiętam, przesuwaliśmy zegar o godzinę do przodu, żeby szybciej był Nowy Rok. Jurek podarował mi gablotkę na motyle i nauczył mnie łapać motyle na pobliskiej od ul. Iwańskiego Czumówce, nauczył mnie puszczać tam latawce, kierować sankami w długim zjeździe z tej Czumówki. Kiedyś, ze sznura do wieszania prania zrobiliśmy lasso – i zaraz potem złapaliśmy na to lasso Wandzię – nie wiedzieć dlaczego nazywaną przez nas Guliwerem, przygłuchą domową krawcową, która akurat przyszła u nas szyć, i... przywiązaliśmy ją sznurem do krzesła. Piszczała przy tym swoim cichym głosem, chyba z rozbawienia. Innym razem, Jurek nauczył mnie kilku chwytów ju-jitsu. Na przestrzeni wielu lat przejąłem od niego sporo powiedzeń i kilka piosenek, np.: "Gdyby Szopen żył w Bostonie, nieco później – o sto lat, grałby tam na saksofonie, nie zmarnował-by się tak."
Jurek wprowadził mnie w świat chłopięcych, przygodowych książek, w wojenne i podróżnicze książki Arkadego Fiedlera, książki Curwooda. Pamiętam tamte książki (szczególnie Bari, syn Szarej Wilczycy), pożyczałem je od niego, a potem on ode mnie. Wcześnie zaczął jeździć na nartach, pływać i grać w tenisa i robił to przez wiele lat młodości. Zazdrościłem mu, bo sam nie mogłem tego robić. Graliśmy razem w ping pong i szachy; Zwykle, Jurek mnie ogrywał.
Pamiętam, kiedyś, już nastolatek, nagle zjawił się na Iwańskiego wprost z pociągu, z rozbitymi na nartach palcami u nóg, bodajże z jakiegoś zimowego obozu w Karkonoszach. Zmachany, chory zdecydował się wysiąść z nartami w Wadowicach, po drodze do domu w Andrychowie. Pamiętam jak się u nas kurował przez kilka dni. W ostatniej naszej rozmowie, powiedział mi, że owego dnia nie miał już sił, nie mógł się oprzeć by o pół godziny wcześniej znaleźć w cieple u cioci i wujka.
Grywaliśmy w piłkę, często już z Maćkiem, na łące obok domu babci, w dość rozległym wgłębieniu, nazywanym "doliną". Obok przepływał potok Choczenka. Pamiętam jak Jurek raz zaimponował mi przekopując piłkę nad Choczenką i betonowym parkanem, do mleczarni na przeciwległym brzegu. Musieliśmy potem poprosić kogoś tam, żeby nam tę piłkę zwrócił. Brodząc w Choczence, wówczas jeszcze czystej, łapaliśmy maleńkie rybki.
Mając techniczne zainteresowania, wprowadził mnie w modelarstwo, Ze swoim kolegą Chrapkiem zrobili z listewek i pergaminu szybowiec, który, silnie puszczony w powietrze, latał przez chwilę. Innym razem, niepostrzeżenie wypiliśmy jego ojcu reklamową buteleczkę whisky Queen Mary i nalaliśmy tam herbaty. Wujek Tadek, nazywany przeze mnie "Staruszkiem" (gdyż był zupełnie siwy), później poczęstował jakiegoś gościa tą-że whisky, odwrotnością cudu w Galilejskim Kanie zamienioną w herbatę.
Jako gimnazjalista, Jurek wprowadził mnie w wyższą wówczas dla mnie matematykę i fizykę. Był uzdolniony matematycznie. Imponował mi, że prywatnie uczył się angielskiego, na kilka lat przede mną. Sytuacja stała się taka, że mój ojciec, już rzadziej groził mu zrobieniem z niego lampy, a żartobliwie zwracał się do niego "panie profesorze". Rzeczywiście, latach 1950., Jurek, już gimnazjalista, był dla mnie „profesorem”, a nawet kimś, kogo dzisiaj dzieci nazwałyby "superman". Wysportowany, w gimnazjum z zapałem grywał w tenisa i koszykówkę. Przy tej ostatniej złamał obojczyk, który źle się zrastał i w szpitalu w Wadowicach musieli mu to jakoś sztukować metalowymi klamerkami. (W czterdzieści pięć lat później uniemożliwiło to zrobienie mu rezonansowego skanu NMR).
Takich wspomnień o Jurku, od emocjonalnych, poprzez praktyczne, do uzupełniania mojej prawdziwej wiedzy, mam wiele. Myślę, iż to, że ja jestem taki jaki jestem, podstawy tego, w ogromnym stopniu zawdzięczam starszemu, mądremu, bliskiemu mi Jurkowi. Miałem wspaniałego ojca, ale Jurek wypełnił u mnie ową pustą niszę starszego brata.
Jurek studiował na Wydziale Elektrycznym Politechniki w Gliwicach. Już rzadziej przyjeżdżał do nas do Wadowic, bo i w domu bywał tylko od czasu do czasu, a i zainteresowania miał już nieco inne.
Jurek miał bardzo kochających go rodziców: może nieco zaborczą matkę i ojca, który widział w nim wszystko i był dumny z takiego syna. Miał znacznie młodszego brata. Maciek stał się niezwykle mu bliskim, oddanym, podpierającym, kojącym; do niego wypowiedział ostatnie, przytomne słowa, już urwane. Niewątpliwie, nawzajem dla siebie byli darem od losu.
* * *
I pamiętam ten jeden z decydujących momentów w moich życiu, za sprawą Jurka. Nie twierdzę, że bez niego by się to później nie zdarzyło, ale jednak. Jednak to był on, i to się liczy w rachunku mojego życia.Pewnego dnia latem 1957 przyjechał do Wadowic, z pożyczonym od kogoś aparatem fotograficznym Leica (wkrótce potem miał już swój sowiecki Zorkij-3S). Jurek był wówczas po pierwszym roku studiów, ja byłem właśnie po szkole podstawowej. I wtedy mój ojciec wyciągnął ze schowka w sekretarzyku swój stary aparat fotograficzny, Retinetta, jeszcze sprzed wojny albo poniemiecki, z niewielkim mieszkiem wyskakującym przy otwarciu, z ręcznie nastawianą migawką. Wcześniej miałem ten aparat w rękach wielokrotnie, lecz nie fotografowałem. Ojciec mój też nie fotografował. W czasach stalinowskich mogło to było sprowadzić bardzo poważne kłopoty, a wtedy, w lecie 1957, od Października 1956 nie upłynął był jeszcze rok – i tak ten aparat leżał schowany. Owego popołudnia ojciec dał mi go mówiąc, "idźcie fotografować". Jurek chyba miał dodatkowy film, wzięliśmy z sobą piłkę. Poszliśmy na łąki za domem babci Olszewskiej, w którym mieszkaliśmy od października 1953, po tym jak do domu na Iwańskiego dokwaterowano do nas jakiegoś ubowca.
Mam jeszcze kilka małych zdjęć z tej pierwszej mojej wyprawy fotograficznej. Jest na nich Jurek, przystojny 19-letni chłopak, w białej koszuli, z aparatem na szyi, w długich gabardynowych spodniach, w ciemnych okularach, w rękami w kieszeniach. Pamiętam, że miał na nogach modne białe skarpetki.
Jurek Olszewski na pierwszym wspólnym z Andrzejem fotograficznym "plenerze", Wadowice 1957.
A ja – jeszcze chłopaczek w krótkich spodniach, trochę małpujący jego pozy. ("Nie patrz prosto w obiektyw, nie uśmiechaj się za bardzo!").
Andrzej Kobos na pierwszym wspólnym z Jurkiem fotograficznym "plenerze", Wadowice 1957.
To był mój pierwszy w życiu fotograficzny film. Wkrótce potem przyszły następne, jeszcze odbijane u wadowickiego fotografa. Te pierwsze negatywy gdzieś potem przepadły. Ale już wtedy połknąłem ten nieuleczalny bakcyl: fotografia już stała się moją pasją. Jurek w domu w Andrychowie zrobił sobie ciemnię w łazience. Minął rok i mój ojciec kupił mi nowy aparat Zorkij-4, pamiętam do dziś, za 3 600 zł. Ojciec sfinansował mi urządzenie ciemni w niewielkim, niezależnym pomieszczeniu, tzw. "dziupli", która do śmierci babci w 1957 roku była jego architektoniczną pracownią z rysownicą. Miałem koreks, powiększalnik Krokus, kuwety i suszarkę zdjęć. Jurek nauczył mnie podstaw fotografii, dał mi książkę Płażewskiego o fotografowaniu, nauczył mnie wywoływać filmy i robić powiększenia, najpierw tylko pocztówkowe.
Jurek Olszewski w Wadowicach, ok. 1959.
Sam czasem przyjeżdżał z Andrychowa by w tej ciemni robić swoje zdjęcia. Pamiętam zdjęcia jego ślicznej sympatii z początków studiów, Krystyny. Niestety rozlazło się to potem, z udziałem osób trzecich. Jurek nigdy nie wyszedł poza raczej amatorską fotografię, a ja, już z innymi aparatami, zabrnąłem w fotografię artystyczną.* * *
Na studiach, Jurek miał kilku wspaniałych przyjaciół: Piotra Tabakowskiego, z którym dzielił w Gliwicach pokój na stancji; Ryśka Szafirskiego, później znakomitego taternika, alpinistę i himalaistę (jednego z trzech bohaterów słynnego teraz „raportu taterników ” w dotąd nie zakończonym procesie morderców górników z kopalni "Wujek"); Jurka Kiełtykę, bohatera pewnej pysznej historii. Otóż, gdy ksiądz na przedślubnej spowiedzi kazał mu wymienić bodajże prawdy wiary, Kiełtyka zapytał go: – "A prawo Ohma ksiądz zna?" – "Nie znam", odpowiedział ksiądz. Kiełtyka na to: – "A widzi ksiądz, każdy ma swoją specjalność!".
Andrzej Wyszyński, Bogdan Trznadel, Rysiek Szafirski i Jurek Olszewski, Gliwice, ok. 1962.
Rysiek i Piotr ciągnęli Jurka do wspinaczki górskiej, ale jakoś nie zaczął się wspinać, błagany zresztą przez matkę. Za to kupił sobie motocykl "Junak". Rysiek miał "Avo". I tak jeździli po Polsce. Jurek na swym "Junaku" wpadał do Wadowic, czasem z Teresą. Skończył studia, zaczął pracować w Instytucie Automatyki w Gliwicach. Sympatia z Teresą też nie wyszła, i też nie tylko z ich przyczyny.W 1964 roku Jurek w Gliwicach ożenił się z Hanką. Piotr Tabakowski i ja byliśmy świadkami na tym ślubie. Młodzi Olszewscy przenieśli się do Bielska-Białej, gdzie Jurek pracował w fabryce aparatury elektrycznej Apena, aż do wczesnej emerytury. W 1965 roku urodziła się (w Wadowicach) ich córka Ania, której byłem chrzestnym ojcem, a w roku 1972 syn Maciek. W 1971 roku Jurek był ojcem chrzestnym mojego syna Piotra.
Maciek Olszewski, Tadeusz Olszewski (ojciec) i Jurek Olszewski w Wadowicach, wczesne lata 1970.
W Apenie, Jurek odniósł szereg sukcesów zawodowych, ale tzw. "pieniędzy" nigdy się nie dorobił (jak i ja). Będąc w latach (19)siedemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych nie przyjął oferty pracy w Westinghouse w Pittsburghu. Obawiał się o rodzinę w Polsce, nie chciał zostawiać matki. W Bielsku oparł się poważnym naciskom i nie wpisał się do partii komunistycznej. Potem jego zdrowie zaczęło się psuć, wykryto cukrzycę. W roku 1998 przeszedł na wcześniejszą emeryturę.W latach 1960. i późniejszych, nasz kontakt, siłą rzeczy, rozluźnił się. Najpierw on studiował w Gliwicach, potem ja w Krakowie, następnie ja często i na długo wyjeżdżałem do Anglii. Mieszkaliśmy już dalej od siebie, nasze własne układy rodzinne jakoś też nie były przystające. Spotykaliśmy się dosyć rzadko, raczej z rodzinnych okazji, częściej smutnych niż radosnych. Lecz nasza więź przetrwała. W sierpniu 1981 wyjechałem z Polski, najpierw do Anglii a potem na stałe do Kanady. Pozostały nam rzadkie listy i telefony. Dopiero po dwunastu latach, w roku 1993, byłem w Polsce i odwiedziłem Jurka w Bielsku.
Andrzej Kobos, Hanka i Jurek Olszewscy w Bielsku-Białej, 1993.
Maciej Olszewski (syn Jurka ) i Jurek Olszewski w Bielsku-Białej, 1993.
W Kanadzie moje osobiste życie rozsypało się. W jakimś sensie zamknąłem się w sobie. W jesieni 2001 przeniosłem się do Szwecji. Zaraz odnowiłem bliższy kontakt z Jurkiem. Wczesnym rokiem 2002 Jurek załamał się na zdrowiu.* * *
W lipcu 2002 przyjechałem do Polski, do Krakowa przede wszystkim. I tam zaraz dowiedziałem się, jak poważny był stan zdrowia Jurka. Spotkaliśmy się, Jurek Maciek i ja, 6 lipca najpierw na chwilę w Wadowicach a potem na cały wieczór i noc u Maćka w Andrychowie.
Jurek Olszewski, 2002
Byłem bardzo zaniepokojony tym, jak źle Jurek wyglądał. Nic prawie nie jadł. Następnego dnia, w niedzielę, miał zgłosić się u lekarza w bielskim szpitalu.Tego wieczoru, tamte wszystkie lata, tamte nasze więzi powróciły natychmiast. Niemal niewiarygodne, że tak w pełni, nienaruszone z kilkadziesiąt lat późniejszej perspektywy. W trzech przegadaliśmy wieczór, a potem Maciek pościelił mnie i Jurkowi bardzo szerokie łóżko. Leżąc obok siebie, rozmawialiśmy nieomal do samego rana. Był to jakiś nasz wspólny obrachunek życia. Nasze wspomnienia od dzieciństwa, sprawy rodzinne z naszej młodości i nasze własne – późniejsze. I o tym również co on mi dał w życiu, a ja jemu. Spokojny, opanowany, jak zawsze, niezwykle ciepły i przyjazny. Powtarzał ze smutną rezygnacją – "to się już nie wróci", albo za ulubionym Szwejkiem – "to se uże ne wrati". Rozmawialiśmy o naszych dzieciach. Bardzo kochał swoją córkę Ankę, niepokoił się o syna Maćka w Londynie. Był dumny ze swych uzdolnionych nastoletnich wnucząt (dzieci Anki), Mateusza i Magdy. Był optymistą, wierzył, że podźwignie się na zdrowiu. Umówiliśmy się, że latem 2003 przyjadę na dłużej, i wtedy pójdziemy razem na pobliski Leskowiec, a może nawet pochodzimy po Tatrach.
Rankiem pożegnaliśmy się. Długo i serdecznie. We mnie przemknął ponury błysk: "Może go już nie zobaczę". Kasia Olszewska, córka Maćka, odwiozła Jurka do Bielska.
Jurek miał ciężkie lato 2002. W Piekarach Śląskich przeszedł operację wątroby. Znakomity chirurg zrobił co mógł. Umożliwił mu tym jeszcze kilka miesięcy względnie normalnego życia. Po miesiącu, Jurek podniósł się, i wrócił nieco do sił. W październiku 2002, na weselu Bartka – syna Maćka – zatańczył jeszcze z wnuczką Magdą. Imieniem Figa nazwał dla Maćków szczeniaka terriera. Rozmawiałem z nim kilkakrotnie przez telefon z Lund. Był nadal optymistyczny, albo może tylko tym swoim spokojem nie dawał nic po sobie poznać. W zimie pogorszyło mu się, przeszedł kurację, po której znów się podniósł. Był kilkakrotnie u Maćka, planował uporządkować zdjęcia i przeźrocza, zeskanować je. Mówił jednak Maćkowi, że nie ma już wiele czasu, Maciek wyczuwał jakiś jego niepokój, pośpiech. Z Londynu przyjechał syn Jurka, też Maciek.
Ja chciałem Jurka jeszcze zobaczyć. Kupiłem bilet z Malmö do Krakowa na 22 marca 2003.
W sobotę 8 marca, Jurek przyjechał na kilka godzin do Maćka do Andrychowa, sam prowadząc przez 35 km swój stary samochód. Wieczorem z synem wrócił do Bielska. Poszli do kościoła na Drogę Krzyżową. Następnego dnia, w niedzielę, syn Maciek wyjechał z powrotem do Londynu. Jurek zadzwonił do brata Maćka, prosząc go, by wieczorem przyjechał do niego na kawę. Umówili się jednak na poniedziałek. W nocy Jurka napadły nieprzerwane, silne bóle. W poniedziałek rano przewieziono go do w hospicjum w Mikuszowicach pod Bielskiem. Następnego dnia, już na środkach przeciwbólowych, powiedział Maćkowi jak jest mu dobrze. W środę pojawiły się chwilowe utraty świadomości. W czwartek wieczorem w pewnym momencie powiedział do Maćka. "Maciek, umier..., Aniu, Aniu" i stracił przytomność. Córki Ani akurat wtedy przy nim nie było. W piątek 14 marca 2003 o 8:30 rano Jurek zmarł.
Maciek zadzwonił do mnie tego samego dnia o piątej popołudniu. Przełożyłem mój bilet i zdążyłem na pogrzeb Jurka w poniedziałek 17 marca. Tyle już tylko mogłem zrobić. Po nabożeństwie, nad grobem, w momentalnej potrzebie serca, pożegnałem go kilkoma zdaniami. Leży na małym cmentarzu, prawie że w Mikuszowicach, naprzeciw zalesionego zbocza wysokiej góry.
Odpoczywaj Jurku w pokoju.Nie pójdziemy już na Leskowiec ani w Tatry. Już nie będziemy wspominać szczęśliwych w sumie lat naszej młodości. Pamiętam, jak kiedyś przed laty, w młodości, rozmawialiśmy o Ananke. Twoja wstążka Ananke zerwała się. Żegnaj mi mój Jurku. Już więcej nie porozmawiamy o Ananke. Lecz któż to naprawdę wie...
maj 2003

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||