Poniższy tekst traktuje o książce Andrzeja Szczeklika Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki,  Wydawnictwo Znak, Kraków 2002, 2003.   Jest konglomeratem recenzji, fragmentów z książki – jakby antologii sformułowań autora, najbardziej dla mnie uderzających – i moich refleksji – na marginesie myśli autora.

Zdania w podwójnym cudzysłowiu "   " i równocześnie napisane inną czcionką są bezpośrednimi cytatami z książki. Wewnątrz tych cytatów, cytaty Autora zaznaczone są pojedynczym cudzysłowem '   '.

Andrzej Kobos





LEKARZ WOBEC ANANKE





ANDRZEJ M. KOBOS






Obwoluta książki   Katharsis,
projektował Olgierd Chmielewski.
(Wydawnictwo Znak, Kraków 2002, 2003)



Ostatnio przeczytałem książkę... To nie jest zapożyczenie tytułu pewnej rubryki w Tygodniku Powszechnym, ani stwierdzenie czegoś nadzwyczajnego. Książki zdarza mi się czytać i to nie rzadko. A jednak właśnie przeczytałem książkę niezwykłą: Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki, Andrzeja Szczeklika.

Autor jest rzeczywiście uzdrowicielem: znakomitym lekarzem – więcej o tym w jego notce biograficznej pod tekstem. Dla tej książki i dla nas tutaj równie ważne jest to, że jest on wielkim erudytą, myślicielem. Żyje pełnią życia intelektualnego i artystycznego. Jest człowiekiem w ów specyficzny sposób żyjącym dla innych ludzi, tych w potrzebie choroby, cierpieniu i w obliczu śmierci, ale zarazem i tych szukających naukowych i intelektualnych wyzwań i doznań.

To wszystko widać w tej książce, na zaledwie 150 stronach tekstu. Zawierają one ogromny ładunek informacji, oraz owego food for thoughts – pożywienia dla myśli, materiału który narzuca potrzebę przemyśleń. Wyobrażam sobie jednak, że u niektórych, szczególnie lekarzy, mogą okazać się to przemyślenia z uniesionymi brwiami, krytyczne. To dlatego, iż z książki Andrzeja Szczeklika wyłania się wizerunek lekarza dosyć różniący się (na korzyść!) od obrazu lekarzy zwykle spotykanych.

Dla formalnej kompletności dodać należy, że książka została pięknie wydana, z niespotykaną pieczołowitością edytorską. Każdy rozdział rozpoczyna się od wklejonej reprodukcji jakiegoś obrazu. Trzystronicowy wstęp napisał Czesław Miłosz. Po tekście, na 21 stronach podane są źródła cytatów przytoczonych przez Autora.


Od początku książki staje się oczywiste, że Andrzej Szczeklik – Platończyk – wzorem Platona i Arystotelesa szuka jedności, harmonii w świecie, a raczej wszechświecie.

W Katharsis wszystko o czym pisze Autor jest logicznie, naukowo i emocjonalnie złączone z jego spojrzeniem, sięgającym od Starożytności do Genomu roku 2001. Szczeklik pisze o medycynie, odnosi się przy tym do sztuki (muzyki, malarstwa, literatury), kultury antycznej, historii, fizyki, psychologii, historii nauki. Pisze o udrękach człowieka, często z własnego lekarskiego doświadczenia. Pisze o tym wszystkim, chciałoby się znów z angielska powiedzieć scholarly, sposobem skolarza, erudyty, szukającego interrelacji pomiędzy tym wszystkim (rzekłbym w czterowymiarowej przestrzeni), cytującego innych, którzy takie związki dostrzegli byli i trafnie ujęli. Te powiązania unaoczniają już same tytuły rozdziałów, a pierwsze zdanie każdego nieomal rozdziału, zwykle nawiązujące do Starożytności, albo człowieczego odczucia, jasno wskazuje o czym będzie mowa i to w szerokiej interpretacji. W sumie, Katharsis jest Andrzeja Szczeklika kulturowym (w najszerszym sensie) i człowieczym spojrzeniem na medycynę, opisanym pięknym literacko językiem.

Niezwykła jest zdolność Autora do objęcia, krótko przecież, aż tylu zagadnień, do płynnego, jakby matematycznie ciągłego przejścia od jednego aspektu bytu do drugiego, nie tylko bytu człowieka. Matematycznie ciągłego, tj. o wspólnej pochodnej...

Stwierdzenia i rozmyślenia Autora są tak głębokie i istotne, iż warto wypunktować treść wszystkich rozdziałów, obficie posługując się cytatami z nich, nawet jeśli niektóre są z kolei cytatami ze źródeł wyliczonych na końcu książki.








Andrzej Płoski:   "Wstążki" (Katharsis)
collage, 2003.


Pierwszy rozdział książki, Wstążki, ustawia już całą jej treść i metodykę w jakiej została napisana. Jak przystało na uczonego autora prac naukowych, jest to pewien abstrakt punktujący wszystko o czym napisał on w swej książce.

Zaczyna się tak:   "Konieczność ma imię Ananke".   Wstęgi wszystko zespalającej sieci Konieczności. Nić życia. Przeznaczenie, powinowactwo – oba pojęcia zawarte w znaczeniu terminu Ananke.

"... sieć Konieczności zaciska się nieuchronnie i bezwzględnie wokół człowieka, gdy świat rozpryskuje się, pierzcha na boki.... W błysku odsłania się pokrewieństwo i sieć zaczyna świecić wszystkimi gwiazdami Drogi Mlecznej. Medycyna to odnajdywanie tego pokrewieństwa."

W Katharsis w to wpleciony jest w sposób ciągły Platon, fizyka kwantowa, medycyna, udręki człowieka, rola lekarza, jego trudne acz jak istotne docieranie do psychicznego wnętrza chorego człowieka. I jakby credo lekarskie Andrzeja Szczeklika, które, zda się, konsekwetnie stawia on na równi z całym aparatem techniczno-biochemicznym współczesnej medycyny.

"W trudnych sytuacjach lekarz sięgnie po najtajniejsze arcana swej sztuki, by nawiązać nić porozumienia, odkryć więzy łączące dwóch ludzi. Nagrodą – w chwilach szczególnych – niechby mu był trzepot wstążek na wietrze."







Andrzej Płoski:   "Konstelacje" (Katharsis)
collage, 2003.


Pierwsze zdanie drugiego rozdziału pt. Konstelacje znowu określa to, o czym mowa nie tylko w tym rozdziale.   "Medycyna i sztuka wywodzą się z jednego pnia. Obie biorą początek w magii – systemie opartym na wszechmocy słowa".   Autor przypomina, że do XVII-XVIII wieku filozofowie i lekarze sądzili, iż istniała analogia pomiędzy rytmami człowieka a rytmami kosmosu. Choroba była zaburzeniem współbrzmienia, harmonii człowieka z kosmosem.

W metaforycznym sensie Autor nadal ciągnie tę analogię. Lekarz obraca się w świecie sygnałów wysyłanych przez organizm chorego. Ta konstelacja objawów, jeśli zidentyfikowana, składa się na rozpoznanie choroby.   "Konstelacja objawów jest jak konstelacja gwiazd, wskazująca żeglarzowi drogę do portu. Określa położenie na mapie."

Choroba jest   "spowiedzią ciała." Przesilenie jest oczyszczeniem, katharsis. Stąd i tytuł książki. Andrzej Szczeklik wie o bezradności lekarza nie potrafiącego zrozumieć tej spowiedzi ciała. Bywają i   "Wielcy Lekarze, poruszający się w świecie choroby równie swobodnie, jak człowiek o słuchu absolutnym w przestrzeni tonalnej – dla innych niedostępnej. ... Spotyka się ich najwyżej kilku w długim życiu zawodowym.". A zaraz potem, bezszwowo, Szczeklik opowiada pewną anegdotę i przechodzi do starożytnej Grecji – do niejednoznacznej, zagadkowej wyroczni delfickiej, i dalej do przejmującego wiersza Emily Dickinson, by przypomnieć dylemat, czy człowiek chory powinien   "usłyszeć od lekarza nagle całą okrutną prawdę?".   Opisuje jak Hipokrates w rysach chorego człowieka szukał zwiastunów losu.

Pisze dalej:

"Nauka twierdzi, iż los nie w gwiazdach lecz w genach jest zapisany... Rozstrzygający będzie ich zbiór, układ, konstelacja, Tak, jak konstelacja gwiazd nad horyzontem zwiastować miała los przychodzącego na świat. ... Ponieważ konstelacje genetyczne są proweniencji niebieskiej, więc może poznanie ich odtworzy utraconą więź z niebem, wskaże drogę powrotu, przywróci zagubioną harmonię."
I to jest Andrzej Szczeklik – myśliciel, człowiek wyrywający ludzi śmierci w zawale serca. Czy, w jakimś wymiarze, także dla przywracania owej harmonii?








Andrzej Płoski:   "Eliksir życia" (Katharsis)
collage, 2003.


Następny rozdział, fundamentalny z tytułu Eliksir życia, zaczyna się fundamentalnie.   "Miłość i ogień znaczą narodziny medycyny".  Choć chodzi tu tylko o zdradzoną miłość Apolla do Koronis i wyciągnięcie przez Apolla Asklepiosa z łona niewiernej kochanki, gdy zwłoki jej palono już na pogrzebowym stosie. W greckiej mitologii, Asklepios stał się patronem czy bogiem medycyny, potem zresztą obróconym przez piorun Zeusa w popiół za przywracanie martwych do życia, za to, iż   "przekroczył ludzki krąg istnienia."




Asklepios, bóg uzdrawiania i medycyny.
Rzymska rzeźba z Cypru.


Temu przywracaniu, zachowaniu życia i młodości miały służyć zabiegi egipskie – Ph-ar-maki (ten który chroni), cudowny kamień filozoficzny poszukiwany przez tysiąclecia oraz alchemia, która swe apogeum osiągnęła w XVI-XVII wieku, tak bardzo fascynująca i pochłaniająca Sir Isaaka Newtona. Ars Magna alchemików miała wytworzyć eliksir życia. Alchemiczne terapie miały choremu pozwolić narodzić się na nowo,   "uleczyć się z zużycia przez czas".   "Alchemia była nauką świętą, podczas gdy chemia ukonstytuowała się kiedy substancje zostały pozbawione świętości".




Laboratorium alchemika.
Sztych XVII-wieczny.



Starość.

Andrzej Szczeklik rzuca pytanie:     "Czy można kogoś wyjąć z Czasu, schować w sobie, uchronić przed zmianą?"   Jakże pięknie to formułuje: "wyjąć z Czasu"!  I opowiada o starszej, niewidomej pacjentce, która zachowała w sobie jego obraz sprzed 25 lat, kiedy jeszcze widziała. Czas nie potrafił tego obrazu w niej odmienić.

Nieomal każdy z nas, również tych nieociemniałych, w późniejszych latach życia zachowuje w sobie obraz kogoś z młodości. Tyle, że często, jako widzący, natykamy się na zawsze nas zaskakującą rzeczywistość przy jakimś spotkaniu albo oglądając dawne fotografie. Doświadczyłem tego wielokrotnie. Mój Przyjaciel Leszek Długosz napisał: "Wczoraj wieczorem robiliśmy przegląd starych fotografii. Dwadzieścia pięć razy wykrzyknęliśmy – Boże!"

Andrzej Szczeklik szerzej mówi o nagłej śmierci w wyniku zatrzymania serca.   "Przez zaskoczenie i szybkość budzi zdumienie i lęk wśród tych, którzy pozostają. Uświadamia im własną bezradność wobec ślepego i niezrozumiałego losu."   Fachowo wyjaśnia reanimację, mówi o rozmowach z chorymi, którzy przebyli śmierć kliniczną.   "Nie potrafią powiedzieć co się z nimi działo i co czuli 'po tamtej stronie'. Ich wrażenia, jeśli je w ogóle mieli, pierzchają na najintensywniejszych nawet podobieństwo snów – w chwili obudzenia".   W rozdziale Exitus Autor wróci do tych paranormalnych wrażeń.

Opisuje telomer, prawdopodobny gen długowieczności. Opisawszy esencję stanu współczesnej medycyny:

"Powiększyliśmy granice naszego istnienia. Poszerzyliśmy krąg. Śmierć oddaliliśmy o dziesięciolecia. Jeśli przyjdzie wcześniej, niespodziewanie, nie wahamy się wyrywać jej ofiary, przywracać życie...",
ten lekarz kończy rozdział jak współczesny humanista, ale i tak jak ów sprzed wieków:
"Spójrzmy na esencjalną sytuację medycyny, która odsłania istotę tego zawodu. Jest nią spotkanie dwóch ludzi. Chorego z lekarzem. Na wołanie chorego o pomoc lekarz odpowiada, zwykle nie głosem, lecz uśmiechem, gestem, mówiąc: 'Stanę obok ciebie. Nie opuszczę cię. Razem spojrzymy w twarz śmiertelnemu niebezpieczeństwu.' Wołanie chorego staje się lekarza powołaniem. Wówczas w to spotkanie dwóch ludzi wchodzi mit. Lekarz i chory zaczynają śnić ten sam, pradawny sen. Razem ruszają na poszukiwanie eliksiru życia."







Andrzej Płoski:   "Wężowy splot" (Katharsis)
collage, 2003.


Rozdział Wężowy splot powraca do medycyny w starożytnej Grecji, tej mitologicznej i praktycznej. Tamten rytuał lekarski opisany jest dosyć dokładnie. Świątynie Asklepiosa, prowadzone przez kapłanów-lekarzy zamieszkiwały węże, a lekarze nazywani byli asklepiadami, co przetrwało do naszych czasów w żartobliwej nazwie "eskulap". W ciszy i mroku świątyni chorzy mieli się oczyścić z winy i pojednać z bóstwem. Chory, wykąpany i poszczący, zapadał w wróżebny sen. Nocą pojawiał się kapłan-lekarz, przebrany za Asklepiosa, w towarzystwie sług i węża. Szli od chorego do chorego. (Rytuał takiej "wizyty lekarskiej" albo "obchodu" przetrwał w szpitalach do dzisiaj. Tyle, że lekarz chodzi co najwyżej w białym chałacie.) W pomyślnym scenariuszu, rankiem, po nocnej wizycie, chory budził się uwolniony od choroby (katharsis) i opowiadał swoje sny kapłanom.

Przedstawiona jest antyczna i biblijna symbolika węża oraz węża (lub dwóch węży) złączonego z laską. Wąż symbolizował dwie przeciwstawne siły: zabijania i leczenia. Zrzucając co roku skórę, symbolizował też odrodzenie.   "Wąż czarował człowieka. I człowiek przeniósł go w swój świat czarów czyniąc zeń symbol pierwotnych sił kosmicznych, ... mocy uzdrowicielskich, ... podstępu i inteligencji. ... Dopiero Księgi Genesis ustanowiły przepaść między wężem a człowiekiem."

Nie bez powodu pisze Andrzej Szczeklik o wężowym splocie. W dziewiętnastym wieku, chemik August Kekulé, rozwiązał problem struktury chemicznej benzenu – sześciokątnego pierścienia CH, w sumie C6H6 – ponoć olśniony widokiem płomienistego "węża" zjadającego swój ogon, dostrzeżonym w wijących się płomieniach ogniska pod Gandawą. Rzecz była niebagatelna, gdyż to rozwiązanie problemu benzenu zapoczątkowało całą chemię organiczną. Jad węża z Brazylii doprowadził w latach 1970. do zsyntetyzowania nowej klasy leków hipotensyjnych. Jad australijskiej kobry naprowadził na wykrycie w roku 1979 leukotrienów, krótkożyciowej substancji pojawiającej się w płucach podczas ataku astmatycznego. Kilka lat temu wprowadzono leki hamujące leukotriony.

W mitach, prastare węże są podporą świata. Symetryczne łuski splecionych wężów zlewają się w jedność. Punkt ostatni staje się zarazem punktem początkowym, pierwszym. To narzucająca się analogia do cofania się Kronosa w czasie, analogia końca i początku czasu.

Kwas dezoksyrybonukleinowy DNA obecny w jądrze każdej naszej komórki,   "ma kształt podwójnej wężowej spirali i zamyka tajemnicę odradzania się życia".

Nawiasem mówiąc (o tym nie ma w książce), łuski wężowej skóry są przykładem takich symetrii, które bada nowoczesna matematyka, pewne algebry w szczególności, dla rozszerzenia fundamentów matematycznego opisu świata. Czy i jak zwiąże się to z fizyczną "teorią wszystkiego", tj. wspólną dla mikro- i makroświata (o której także napomyka Szczeklik), być może pokaże niezbyt odległa przyszłość.








Andrzej Płoski:   "Między sztuką a nauką" (Katharsis)
collage, 2003.


Rozdział Między sztuką a nauką, zilustrowany anatomicznym rysunkiem Leonardo da Vinci, sytuuje medycynę pomiędzy tymi-ż dwiema. Rozpoczyna się od anatomii.   "Jeśli choroba jest 'spowiedzią ciała', to w głąb tego ciała usiłowali wedrzeć się lekarze, by znaleźć choroby przyczynę."   Autor szkicuje wczesny rozwój anatomii od czasów antycznych poprzez czasy Renesansu (Andreas Vesalius) do czasów współczesnych, dyskutując przy tym kilka słynnych obrazów, dwie różne Lekcje anatomii Rembrandta w szczególności.   "Wpuścić snop światła w ciemności na zawsze zamknięte powłokami ciała. Otworzyć! Zobaczyć!"




Rembrandt van Rijn:   Lekcja anatomii Dr. Deyman'a   (fragment), 1656.
olej na płótnie, Rijksmusem, Amsterdam.


Zobaczyć Profesor Szczeklik próbował także sam, i to coś groźniejszego niż narządy podczas sekcji. W roku 1976, po próbach na kotach, wstrzyknął Profesorowi Ryszardowi Gryglewskiemu i sobie, jako pierwszym ludziom na świecie, syntetyczną prostacyklinę – hormon rozszerzający tętnice. Dawka okazała się niewłaściwa, skutek był nieomal fatalny. Dzisiaj, prostacyklina, wprowadzona do medycyny przez Andrzeja Szczeklika, jest cennym lekiem w nadciśnieniu płucnym i chorobie Bürgera.




Andrzej Płoski:   "Andreas Vesalius" (Katharsis)
collage, 2003.


Andrzej Szczeklik rozważa czy medycyna, przy jej (i dziedzin pokrewnych) oszałamiających postępach, stała się nauką. Większość fizyków, zresztą niektórzy z nich będący przyjaciółmi Autora, uważa, że medycyna nauką nie jest. Ale, oczywiście, jest to kwestia definicji terminu "nauka".


* * *


Pozwolę sobie zrobić tutaj wyłom w relacjonowaniu myśli Andrzeja Szczeklika. Do jego myśli dołączę poniżej (bezszwowo!) moje myśli fizyka, będące pewnym rozwinięciem tego, co on napisał.

Medycyna nie jest fizyką w sensie ilościowego opisu rzeczywistości, z którą ma do czynienia, nie ma też tej zdolności przewidywania co fizyka, bo i zjawiska w jej domenie nie są powtarzalne czy reprodukowalne w sensie powtarzalności zjawisk fizycznych. Nie są, gdyż wchodzą w grę najrozmaitsze konstrukcje genetyczne, obiekty zjawisk różnią się, a przede wszystkim nie istnieje matematyczny opis procesów życiowych zachodzących w człowieku. W ogromnej większości przypadków, nie ma możliwości zredukowania tych ostatnich do zjawisk elementarnych i opisania jako takich w prosty matematycznie sposób. Trzeba jednak pamiętać, że i w fizyce, jej moc ilościowego opisu pewnych zjawisk jest iluzoryczna. Dla wielu problemów mamy tylko opis jakościowy, zgodność w ramach rzędu wielkości staje się już osiągnięciem. Powód najczęściej jest ten sam, co i naszkicowany tuż poniżej dla medycyny: nieznajomość wzajemnego wpływu różnych (niekiedy nieznanych) zjawisk, ich sprzężeń.

Życie jest nieliniowe, jest wynikiem współistnienia i wzajemnych silnych oddziaływań mnóstwa zjawisk. Nie mamy ich teorii, problem jest w zasadzie wielociałowy (gdzie "wielo" znaczy dużą liczbę), nie znamy fizyczno-matematycznego zapisu sprzężeń miedzy wielką liczbą składowych układu, nawet jeżeli współczesna medycyna w ogromnym stopniu jakościowo je rozumie i potrafi w nie ingerować farmakologicznie albo inaczej, dla często bardzo skutecznego ich korygowania. Gdyby taki opis stanowić miały, czego należy oczekiwać, nieliniowe równania różniczkowe, to ich ogromny układ musiałby być silnie sprzężony. I tutaj prawdopodobnie znowu utknęlibyśmy na długo, szukając metod numerycznych, algorytmów i komputerowych sposobów rozwiązania takiego gigantycznego układu równań.

Ale, zawsze jest jakieś ale, tym razem na szczęście. Najpierw o równaniach. Rozwijająca się w ostatnich dekadach chemia kwantowa umożliwiła skonstruowanie równań z oddziaływaniami na poziomie molekularnym lub nawet atomowym, które opisują struktury chemiczne. Doprowadziło to do matematyczno-komputerowego modelowania skomplikowanych substancji chemicznych, przede wszystkim leków (modelowania, a nie ogólnej teorii!). Od lat 1970. wielkie kompanie farmaceutyczne stały się jednymi z głównych użytkowników superkomputerów (poczynając od superkomputera Cray-1), oferujących coraz to większą moc obliczeniową. Modelowane struktury chemiczne można modyfikować, zmieniać, ulepszać i wizualizować w kolorach dla lepszego ich zrozumienia. Matematyczno-komputerowe modelowanie urosło do rangi trzeciej metodyki badań naukowych, obok teoretycznej i eksperymentalnej.

W ostatnich latach zaczyna się matematycznie modelować absorpcję leków w organizmie, mówi się o modelach wątroby, jelit, itd. (Jednym z takich ośrodków jest centrum kanadyjskiej matematycznej sieci MITACS pod nazwą Mathematical Modelling in Pharmaceutical Development, działające na University of Alberta w Edmonton i prowadzone przez Jacka Tuszyńskiego.)

I tutaj dochodzimy do biomatematyki i biofizyki. Dziedziny to nowe. Jednym z ich twórców był Stanisław Ulam na University of Colorado w Boulder, CO, pod koniec życia, w późnych latach 1970. i wczesnych 1980. Biofizyka i biomatematyka rozwijają się bardzo żywiołowo. Mówi się, że tak jak wiek XX był wiekiem fizyki (jądrowej, cząstek i ciała stałego przede wszystkim), to wiek XXI będzie wiekiem bio: biologii molekularnej, biofizyki i biochemii, a siłą rzeczy przez to i medycyny. Odczytanie w roku 2001 genomu – kompletnego genetycznego zapisu człowieka – stanowi niebywałą zapowiedź tego co w nauce nadchodzi.


* * *


Zakończę te rozważania miłym mi duchem cytatem z tego rozdziału książki Katharsis.
"Przed kliniką przy ul. Skawińskiej w Krakowie, która przez ostatnie lata życia Piotra Skrzyneckiego była mu drugim domem (ochrzcił ją mianem 'Hotel snów'), stanęła rzeźba poświęcona jego pamięci. Przedstawia akrobatów – kobietę i mężczyznę – balansujących wbrew sile ciężkości. Nawiązuje do czarodziejskiej sztuki Wielkiego Maga z Piwnicy pod Baranami, a także do sztuki lekarskiej, będącej balansowaniem na granicy życia i śmierci. Rodowód mają wspólny – magię. O tym rodowodzie medycyny warto pamiętać dziś, gdy przekształca się ona w naukę."





Andrzej Płoski:   "Rytm serca" (Katharsis)
collage, 2003.


Zdaniem   "Rytmami nasycony jest świat, który nas otacza."   rozpoczyna się rozdział Rytm serca.   "U ludów pierwotnych kojarzy się rytm z początkiem życia. ... A może ten rytm, wybijany przez bębny, dotarł z głębin wszechświata? ... Puls krwi od pulsarów wszechświata?"
"Nie tylko świat przenika nas rytmami. Rytmy są także w nas. W organizmach naszych przebiega rytmicznie tak wiele zjawisk – od oczywistych, jak sen i czuwanie, aż po najbardziej ukryte, jak wydzielanie hormonów do krwi – że dla wytłumaczenia ich przedziwnej regularności i synchronizacji zaczęto się posługiwać obrazowym pojęciem zegara biologicznego. ... Wydaje się, iż mechanizm zegara stanowi cykl powtarzających się reakcji: transkrypcji genów i syntezy białek. ... W mechanizmie zegarowo-genetycznym zbiegają się i współbrzmią rytmy świata zewnętrznego i wewnętrznego."
Najbardziej odczuwalnym, nigdy nam nieodłącznym, od wczesnego życia płodowego do śmierci, rytmem jest bicie naszego serca i wywołany nim puls naszej krwi. Serce zawsze było   "znakiem rozpoznawczym życia – zarówno biologicznego, jak i uczuciowego."

Z właściwą sobie finezją, Szczeklik-erudyta przechodzi od serca na wadze sądu Ozyrysa w wczesnoegipskich wierzeniach do medycznego opisu rytmu serca podanego przez Szczeklika-kardiologa. A zaraz potem odzywa się Szczeklik-zamiłowany pianista i przechodzi do muzyki Chopina i właściwego jej tempa rubato, skąd z powrotem do bicia serca.   "Są serca, w których rubato, ten 'subtelny niepokój rytmiczny', zapisuje się wyraźnie, jak w dojrzałej sztuce Chopina, są inne, w których – jak w twórczości wczesnej, młodzieńczej, jest niewidoczny."   Te pierwsze serca, dotknięte są groźną chorobą.

Autor, korzystając z asocjacji muzycznych, opisuje niektóre z 82 (!) rytmów serca (wyliczonych w fachowej literaturze roku 2000). Przywołuje górską nimfę Echo, by wprowadzić echokardiografię serca, oraz czarujące analogie z Platona i Castiglione do zamarzających w zimnym powietrzu słów, aby opisać "zamrażanie" serca na stole operacyjnym.

Opowiada anegdotyczny choć prawdziwy przypadek ze swej praktyki lekarskiej, kiedy w latach 1960. we Wrocławiu zamarznięty człowiek odmrożony po kilku godzinach i uratowany przez niego, zwymyślał go, bo zaginęła mu przy tym paczka papierosów "extra mocne"! To przypomina mi niedawną historię innej pacjentki Profesora Szczeklika, osoby szeroko w Krakowie znanej: tuż po tym gdy Profesor Szczeklik wyprowadził ją był z zawału serca, zapytała go stojącego nad jej głową: "Andrzeju, a gdzie ja tu będę mogła zapalić?" To opowiadała mi Zosia, a Andrzej Szczeklik w swej książce opisuje moc słowa, gdy zawodzą leki: niewytłumaczalne wyczyszczenie się groźnego rytmu serca Jerzego Turowicza, po nocnej rozmowie telefonicznej ze szpitalnego łóżka z Ojcem Świętym.

Naszkicowawszy historię odkrycia krążenia krwi, Autor powraca do analogii krążenia krwi z muzyką i ruchem planet, do muzyki sfer niebieskich Pitagorasa. Kończy rozdział tak:

"Mój ulubiony Oxford Companion to the Music definiuje rytm jako oblicze muzyki, zwrócone w stronę czasu. Jak odnieść to do rytmu serca?

Do miliardów naszych komórek dociera fala krwi i, jak fala morska, co liże piasek na brzegu, ociera się o nie – i odpływa, by powrócić po odmierzonej chwili. Nasze wielkie narządy wewnętrzne i komórki, które je tworzą, są bez końca kołysane falami przypływu i odpływu. One czują, słyszą szum i rytm krwi, która 'spina dalekie brzegi nicią porozumienia' i mówi im o przepływie czasu."








Andrzej Płoski:   "Oczyszczająca moc" (Katharsis)
collage, 2003.


Rozdział Oczyszczająca moc przynosi rozważania Szczeklika o wyzdrowieniu chorego. Rozpoczyna się od historycznej perspektywy. Petrarca uważał, że chorzy pozostawieni swojemu losowi mają większą szansę wyzdrowienia, niż ci oddający się w leczenie lekarzom. Podobno dopiero około roku 1910 przeciętny chory zgłaszający się do przypadkowo wybranego lekarza miał szansę większą niż 50%, by ten dopomógł w jego wyzdrowieniu. To taka i teraz otrzeźwiająca perspektywa.

Czy wyzdrowienia są udziałem lekarzy? Hipokrates tłumaczył je uzdrowicielską siłą natury.

"W przedhipokratejskiej Grecji pralekarzy nazywano 'oczyścicielami' (kathartai), wymieniając ich jednym tchem z magami. ... Pojęcie katharsis wywodzi się zazwyczaj od Pitagorasa, choć pojawiło się u początków sztuki greckiej w chorei, będącej zespoleniem tańca z muzyką, pieśnią i poezją. ... Mówiąc mową ówczesną, choreja służyła do 'oczyszczenia dusz.' ... Dopiero Arystoteles uczynił z katharsis tajemniczą zagadkę, którą pozostała do dzisiaj. ... Otworzył w ten sposób pole do nieprzebranych interpretacji, które narastały przez tysiąclecia. Chodziło o to, czy on miał na myśli oczyszczenie uczuć, czy ich wyładowanie... Udoskonalenie i uwznioślenie uczuć, czy też wyzbycie się nadmiaru uczuć niepokojących i destrukcyjnych, by zdobyć spokój wewnętrzny? Długo skłaniano się do pierwszej interpretacji, dziś raczej przeważa druga."
Andrzej Szczeklik wie bardzo dużo nie tylko o medycynie i Starożytności, ale także o naukach ścisłych. Porównuje więc lapidarność wypowiedzi Arystotelesa ze sformułowaniem i dowodem tzw. wielkiego twierdzenia Fermata w matematyce (XVII w.). Fermat nie pozostawił po sobie dowodu tego twierdzenia, lecz tylko notatkę: "margines, na którym pisze, jest zbyt wąski, by dowód tu przedstawić". Wielkie twierdzenie Fermata niepodważalnie udowodnił Andrew Wiles dopiero w roku 1995, "zaprzęgając całą potęgę matematyki."

I znów do Antyku.  

"Muzyka uzdrawiała przez duchowe oczyszczenie... Olśniewające odkrycie Pitagorasa, iż współbrzmienie muzyczne czyli interwały, znajduje odbicie w prostych stosunkach liczbowych, dało początek teorii piękna opartej na ładzie i proporcji. Siłę zaś emocjonalną melodii, jej oddziaływanie na duszę ujęli Grecy w nauce o 'etosie muzyki'."
I dalej:
"Podstawą uporządkowania komórek rzęskowych w błonie ślimaka [w ludzkim uchu]   są ciągi tonów harmonicznych, stanowiących składową każdego dźwięku. Kompozytor Leonard Bernstein nazwał tony harmoniczne 'z góry wyznaczonym wszechświatem' i 'wspólnym źródłem całej muzyki'. Byłżeby ten wszechświat także w nas wbudowany?"
Wykopane piszczałki neandertalczyków pozwalają na wykonanie gam   "o dźwiękach czystych, choć zatrważających"...

Muzyka ulecza.

Tzw. Wariacje Goldbergowskie, Johann Sebastian Bach napisał, by ukoić bezsenność hrabiego Keyserlingha w Dreznie, a grał je hrabiemu po nocach na klawesynie uczeń Bacha, Johann Gottlieb Goldberg.

Nieodparcie przychodzi mi na myśl mój Przyjaciel, Marek Jabłoński, wielki pianista koncertowy, Polak i Kanadyjczyk zarazem. W 1996 roku, niedługo przed rozpoznaniem u niego nieuleczalnego raka, powiedział do mnie: "najważniejsza jest muzyka, piękno, pasja". I muzyka dała Markowi po operacji kręgosłupa jeszcze dwa lata głębokiego życia. W szpitalu grywał na pianinie, później, gdy podniósł się, jeszcze koncertował. Ostatni, wspaniały chopinowski koncert w Vancouver w kwietniu 1999 ukończył już z trudem. 8 maja 1999 Marek zmarł w hospicjum w Edmonton.








Andrzej Płoski:   "Cierpienie" (Katharsis)
collage, 2003.


Rozdział Cierpienie jest być może najbliżej dotyczącym człowieka, chorego. Mnie również z różnych powodów jest najbliższym.

Choć na początku Andrzej Szczeklik optymistycznie stwierdza, że   "chorobę, cierpienie wypieramy z naszej świadomości", to zaraz po tym następują bardzo dramatyczne i bardzo prawdziwe zdania:

"Dopiero wchodząc na korytarze i do sal szpitalnych doświadczamy w dramatyczny sposób słabości i ułomności naszej ludzkiej. Tu ujawnia się z przemożną siłą tajemnica fizycznego bólu, o której Jan Paweł II powiedział, iż 'zadaje umysłowi ludzkiemu jedno z najbardziej przejmujących pytań'. Tu czekać na nas może bezmiar ludzkiego cierpienia i samotności. Ale to miejsce jest także miejscem nadziei."

"W oczach świata ból i cierpienie są czymś strasznym, bezowocnym, destruktywnym."

Tak rzeczywiście jest. Cierpienie, szczególnie niewinnych, dzieci, stanowi wyzwanie dla tych systemów religijnych, które rzutują na ludzi obraz Boga rozumiejącego, litościwego, kochającego. Niewątpliwą, być może jedną z dwóch głównych (obok obietnicy życia wiecznego w szczęście zapewniającej obecności Boga) sił przyciągających chrześcijaństwa jest pojęcie Boga cierpiącego, solidarnie, tak jak my, ja – po człowieczemu, pojęcie tej wspólnoty w ludzkim cierpieniu. Pamiętam, przegadałem o tym sporo przez telefon z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim. W tym właśnie Herling widział chrześcijaństwo jako wiarę "żywą", w przeciwieństwie do "martwego" judaizmu, z którego się wywodził.

Wracajmy do książki. Człowiek od niepamiętnych czasów próbował uśmierzać ból. Zwykle wyciągami z roślin lub z kory drzew, np. wierzby. Mało kto kojarzy nazwę kwasu salicylowego z łacińską nazwą wierzby, Salix. Najpopularniejszy lek na świecie, aspiryna, wprowadzona przez firmę Bayer w roku 1899, jako aktywny składnik (przeciwbólowy, przeciwgorączkowy, a nawet, jak się okazuje, przeciwkrzepliwy, a stąd przeciwzawałowy) zawiera syntetyczną pochodną kwasu salicylowego. Zaś oszałamiające i przeciwbólowe działanie opium znali już 5000 lat temu Sumerowie.

  "Ból wszakże nie zagnieżdża się tylko w ciele. Obsesyjne krążenie myśli po kole może być nie mniejszą torturą niż łamanie kołem. Wirowanie rozpalonego umysłu wobec jednego środka, obłąkana karuzela..."
I tu Autor znowu przywodzi grecką mitologię. Afrodyta wymyśliła maszynę – wirujące koło z rozpiętym nań ptakiem – dla opętania Medei, by ta pomogła Jazonowi w zdobyciu Złotego Runa.

"Są zdarzenia, które druzgocą najpotężniejsze serca."   Andrzej Szczeklik ilustruje to wierszem Emily Dickinson. Dalej, pyta i natychmiast odpowiada:

"Gdzie szukać w cierpieniu pomocy? Serdeczna obecność bliskich, słowa otuchy, pociecha stanowią 'duchowe lekarstwo' przywracające chęć do życia i do walki o nie. ... Metaforyzacja cierpienia czyni ból łatwiejszym do zniesienia ... trzeba bólowi nadać sens."

"Szpital nocą. Ciszę przerywa długi krzyk bólu. Sceny jakże do niedawna częste. Te głosy dziś cichną. Cierpienie traci głos. Wachlarz środków przeciwbólowych otworzył się szeroko. Podobnie jak i sposoby ich ciągłego podawania. ... Cierpienie jednak, choć cichsze. bezgłośne, nie odeszło przecież na dobre. Są chwile gdy przekracza miarę. – Ręka cofa się przed klamką, gdy za drzwiami leży chory, któremu trudno coś jeszcze ofiarować. A przecież wtedy zostaje jedno: obecność. Obecność powodowana zwykłą solidarnością. Obecność, ostateczna powinność lekarska."

W tym kontekście Andrzej Szczeklik rozmyśla o samobójstwie człowieka.
"Samobójstwo wstrząsa. Porusza najgłębsze pokłady naszej duszy o wiele silniej niż śmierć naturalna. I budzi głuche, przemożne pytania: Czy nie było sposobu, by mu zapobiec? Czy ja nie mogłem coś zrobić, by zachować to życie? Jest w tej reakcji i współczucie i przerażenie na widok zniweczenia instynktu samozachowawczego. Wyraża ona też naszą niemożność zrozumienia i akceptacji cierpienia. Bo samobójstwo rodzi się z cierpienia – duchowego i fizycznego."
Wyraża Szczeklik swój moralny i lekarski sprzeciw wobec eutanazji, przykładania lekarskiej ręki do samobójstwa. Kończy bardzo szczerze:
"Na koniec jedna uwaga osobista... Gdybyś ty wiedział, miły Czytelniku, ile razy ja się w swoim wyrokowaniu lekarskim myliłem! Ile razy – bywało – w ciągu roku! Gdyby śmierć miała zależeć od mojego osądu lekarskiego (wspartego – zapewne zgodnie – przez grupę pokrewnych specjalistów), ileż mniej ludzi chodziłoby dziś po ziemi."







Andrzej Płoski:   "Exitus" (Katharsis)
collage, 2003.


Śmierć chorego. W szpitalnej terminologii lekarskiej Exitus. Taki też tytuł nosi następny rozdział.

Zejście. Możliwości i powinność lekarza w tym momencie się kończą, poza (w niektórych przypadkach) próbami reanimacji, niekiedy zakończonymi przywróceniem do życia.

Wspomniana już tutaj Zosia, która jednak nie była w stanie śmierci klinicznej, tylko w zawale serca, po powrocie do świadomości usłyszała od Andrzeja Szczeklika: "no to, Zosiu, mamy cię z powrotem."

W książce Autor pyta:

"Czy to wtedy, w tej ostatniej chwili, nawiedza nas osobliwa jasność widzenia? Jakieś dopowiedzenie tajemnicy w momencie olśnienia? Czy odsłania się – zakryte dotąd – oblicze świata?"
Ciągnie opowieść z pogranicza "Drugiego Brzegu":
"Jeśli reanimację podjęto w porę, a przyczyna zatrzymania serca nie była nieodwracalna, to można przywrócić życie. Gdzie przez ten czas byli reanimowani? Co widzieli? Te pytania rozpalają wyobraźnię tak dalece, iż niektórzy w odpowiedzi na nie widzą szansę rozwikłania dualizmu ciała i duszy... Sęk w tym, iż nikt nie wie, czy wrażenia podawane przez chorych zachodziły rzeczywiście w czasie ustania pracy mózgu, czy też wtedy, gdy stopniowo wracała świadomość.

Trzeba powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze wrażenia takie należą do rzadkości. Nie podał mi ich ani jeden z blisko stu chorych, z którymi rozmawiałem wkrótce po reanimacji. W dużym zestawieniu z dziesięciu szpitali holenderskich, obejmującym trzystu pięćdziesięciu chorych, tylko 15% raportowało jakieś odczucia. Zamykały się one w stwierdzeniach: 'zdawałem sobie sprawę ze śmierci', 'poruszałem się w tunelu', 'komunikowałem się ze światłem', 'obserwowałem krajobraz niebieski', 'spotkałem znajomych zmarłych', 'życie moje przesunęło mi się przed oczami'. Po drugie, odsetek mających coś do przekazania w pierwszych tygodniach po reanimacji jest bliski zeru, lecz rośnie z upływem czasu."

Andrzej Szczeklik wspomina także, że w literaturze pięknej występują   "dziwne stany istnienia, zawieszenie między życiem a śmiercią."   Na przykład u Allana Edgara Poe i w Pamiętnikach zza grobu Chateaubriand'a, a przede wszystkim platoński Er, który, jako "Her Armeńczyk", otwiera Króla-Ducha Słowackiego. Dalej, Autor wspomina stany letargowe.

Obecnie śmierć została ściśle określona jako "śmierć mózgu." Takie rozpoznanie śmierci ma fundamentalne znaczenie dla pobierania narządów, przede wszystkim serca, do operacji transplantacji. Szczeklik podaje coś, co brzmi jak ciekawostka:

"Christian Barnard nie był jedynym wirtuozem przygotowanym do transplantacji. Ale innych, w tym amerykańskich chirurgów, u których uczył się Barnard, powstrzymywał lęk przed pobraniem serca od kogoś, kto nie wiadomo, czy jeszcze był żywy, czy już martwy. Jak to rozstrzygnąć? Granice śmierci nie były wówczas jasno wytyczone. O śmierci mózgu, która jest dziś składową rozpoznania zgonu, nikt jeszcze nie mówił. Bernard był najbardziej zdecydowany, najodważniejszy i gotów ponieść konsekwencje swojego działania. Jego 'zuchwały krok' otworzył nową epokę."
Andrzej Szczeklik zastanawia się czy nadchodzą śmierć można przewidzieć. Mówi o oznakach zbliżającej się śmierci, które podał jeszcze Hipokrates, a po nim uzupełnili je inni. Opowiada słynną historię śmierci Talleyranda, który zdołał tak zsynchronizować podpisanie i wysłanie przedśmiertnego listu z dwuznacznym wyznaniem win i skruchy oraz deklaracją powrotu "na łono Kościoła", że znalazł się on na biurku papieża Grzegorza XVI już po śmierci Talleyranda. Gdyby żył on o kilka dni dłużej, musiałby podpisać o wiele bardziej surowy akt skruchy.

Autor podaje przykłady ludzi (Antoni Kępiński, Józef Tischer), którzy zdając sobie sprawę ze zbliżającej się śmierci, stworzyli swoje najlepsze dzieła.

"Zdaje się wówczas rodzić w wielu z nas potrzeba ostatecznego zrozumienia siebie, dotarcia do prawdy o sobie, odszukania przesłania."
Zapewne nieomal każdy z nas może podać na to przykłady. Piszący te słowa (amk) przemyślał to wielokrotnie. Do listy tych "ostatecznych" potrzeb Andrzeja Szczeklika dodałbym potrzebę pozostawienia po sobie czegoś trwałego, czegoś więcej niż przedłużenie biologiczne.

Autor opowiada także o Bachu, który, pracując nad Sztuką fugi, zmarł w kilka dni po wprowadzeniu do ostatniej fugi polifonicznego  "tematu czterech nut, odpowiadających czterem literom jego nazwiska: b-a-c-h."   Kończy rozdział pytaniami:

"Czy zdążył [Bach]  je zobaczyć? Usłyszeć? Czy, jak Asklepios, zginął wówczas, gdy próbował przekroczyć ludzki krąg istnienia?"

Rozdział o śmierci kończy w sposób naturalny te rozważania Andrzeja Szczeklika, których podmiotem jest, nazwijmy to, jednostkowy człowiek.








Andrzej Płoski:   "Chimera" (Katharsis)
collage, 2003.


Następny rozdział Chimera dotyczy zbiorowisk ludzi. Mowa jest w nim o immunologii, o szczepieniach i epidemiach i o historii tychże. Książka została napisana już w okresie zagrożenia wąglikiem (anthraxem) w Stanach Zjednoczonych, rozsyłanym listownie przez terrorystów, i (dotąd trwających) obaw przed zmasowanym atakiem bakteriologicznym.

Jakże prawdziwie Andrzej Szczeklik pisze:

"Gdzieś głęboko uśpiona, drzemie w nas pamięć pandemii. Czarna śmierć [dżuma], trąd, ospa, gruźlica, hiszpanka znaczyły historię człowieka."
Pisze o gruźlicy, która   "zawładnęła Europą na blisko dwieście lat."   Myślę, że być może przez to, iż gruźlica pochłonęła wielu wielkich i tak wcześnie, tkwi w zbiorowej pamięci jak ludobójstwo. Chopin, Słowacki, Liebert, Kafka, tylu, tylu innych. Wytworzył się niegdyś wręcz styl życia gruźlików. Gruźlica ostawiła piękne skądinąd ślady w literaturze. W latach 1950.-1960. zanikła.
"Przyjmuje się powszechnie, iż epidemię gruźlicy opanowała streptomycyna.... Ale epidemia cofać zaczęła się o wiele wcześniej, co najmniej jakieś trzydzieści lat przed odkryciem streptomycyny. Powodów doszukiwano się w lepszym odżywianiu, poprawie czystości miast, izolowaniu chorych w sanatoriach.... Dokładne modelowania matematyczne przeczą tej argumentacji. Powód, do dziś ukryty, musiał być inny. Duch epidemii, którego imię wymawiano zawsze ściszonym głosem, widząc rzucany przez nadchodzące wydarzenia cień, zaczął wycofywać się sam."

* * *


W historii, wielkie epidemie w większości rodziły się w głębi Azji, lub w jej południowo-wschodniej części.

Od dawna zastanawiam się dlaczego właśnie tam? Klimat? Dieta? Ptaki? Nie sądzę, żeby higiena, tj. jej brak, bo brakuje jej nie tylko w tamtym obszarze świata.

Zbigniew Herbert tak zakończył swój szkic Tulipanów gorzki smak:

"Jeśli tulipomania była rodzajem psychicznej epidemii – a tak ośmielamy się sądzić – istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że któregoś dnia, w tej czy innej postaci nawiedzi nas znowu.

W jakimś porcie Dalekiego Wschodu wchodzi właśnie na pokład."

Jakże rychło sprawdziło się niewesołe proroctwo Herberta. SARS właśnie zszedł z pokładu samolotów z Dalekiego Wschodu i to głównie w mojej przybranej ojczyźnie – Kanadzie. Na szczęście, co podkreśla Profesor Szczeklik (bez kontekstu SARS, którego w 2002 roku jeszcze nie było), jesteśmy teraz o wiele lepiej przygotowani na przyjęcie pandemii. Wysiłki te, wierzmy, doprowadzą do rychłego wytworzenia szczepionki.


* * *


Andrzej Szczeklik opisuje pandemię hiszpanki, grypy po pierwszej wojnie światowej, która pochłonęła dwadzieścia milionów ludzkich istnień – więcej niż Wielka Wojna. Nawet na Alasce. I można rzec, dobrze, że również i tam, bo w 2001 roku z odkopanych w lodzie zwłok inuickiej kobiety, "rozgryziono" wirus hiszpanki. Okazał się hybrydą, chimerą. Krzyżówką wirusa grypy świńskiej z wirusem grypy ludzkiej, i dlatego był niewykrywalny dla układu immunologicznego człowieka.

Nie trzeba dodawać, że przy tej okazji Autor opisuje również mitologiczną Chimerą, jedną z potwornych potomków potworów Tyfona i Echidny. Tyfon podniósł bunt przeciwko Zeusowi i nieomal pokonał jego oraz bogów z Olimpu. Homer opisał Chimerę jako "lwa z przodu, węża z tyłu, a kozę w pośrodku". Chimerę zabił w końcu Bellorofont na Pegazie. Pisze Szczeklik o Chimerze, że   "zmaterializowała się po tysiącach lat, tysiące kilometrów od Grecji."

Jaką chimerą okaże się wirus SARS? W momencie gdy to piszę, już wiadomo, że w przeciwieństwie do innych wirusów, przeżywa 24 godziny na powierzchni normalnych przedmiotów. Może to budzić tylko strach.








Andrzej Płoski:   "Po genomie" (Katharsis)
collage, 2003.


"Mechanizm dziedziczenia zachwyca. I zdumiewa powszechnością. Sekwencje DNA mówią jak poskładać z najmniejszych cegiełek każdy żywy twór na naszej planecie".
W rozdziale Po genomie, Autor snuje przypuszczenia oparte na wiedzy i doświadczeniu, rzekłbym educated guess, co do rozwoju medycyny w przyszłości, po niedawnym osiągnięciu niewątpliwie milowego kamienia w genetyce, tj. odczytania pełnego zapisu DNA człowieka.

Zdumiewa zupełnie eksponencjalna szybkość postępu w odczytaniu zapisu DNA. W roku 1995 dokonano tego dla bakterii H. Influenza. W roku 2000 dla muszki owocowej Drosophila melanogaster. W roku 2001 dla człowieka.

Dyskretne różnice w układzie trzech miliardów symbolicznych liter kodu genetycznego człowieka (polimorfizm) mogą tłumaczyć podatność człowieka na jakąś chorobę, albo określać jego reakcję na jakiś lek. To zaczyna być przedmiotem badań i jest nadzieją na niebywałe przełomy w medycynie. "Medycyny po Genomie":

"Zaglądniemy w geny, zobaczymy przestawioną literkę i powiemy ten chory zareaguje najlepiej na taki a taki lek. Leczenie będzie wówczas przykrawane na miarę pacjenta."
Podobne nadzieje Autor pokłada w diagnostyce chorób opartej na analizie genów. Takie analizy, rzecz prosta, będą wymagać nowych technik algorytmicznych i komputerowych, prowadzących do zrozumienia ogromnej liczby danych. Innym, nieodzownym celem jest poznanie wszystkich białek człowieka, ich oddziaływania oraz białek związanych z chorobami, a w końcu wynalezienie leków działających poprzez te odkryte białka. Mamy w sobie od 200 000 do 2 000 000 białek, w dodatku zmieniających się. Jasne więc, że takie badania są i będą żmudne i bardzo kosztowne. Miejmy jednak nadzieję w owej eksponencjalnej naturze postępu w biologii molekularnej.

Nazwa tej dziedziny wiedzy jest Proteomika, pochodzi od mitycznego Proteusa, co Autor wykorzystuje do ulubionego, czarującego odskoku w świat greckiej mitologii.

I, rzecz prosta, klonowanie. Idea klonowania jest dawna, z roku 1938 i pochodzi od Hansa Spemanna. Pierwszym klonem była owca Dolly w Szkocji w roku 1997. Mówi się wiele o klonowaniu ludzi. Andrzej Szczeklik wskazuje, że klonowanie ludzi   "może zagrozić naszej identyczności, dziedziczność przestanie być loterią"   i   "narażone jest na niewyobrażalną możliwość powikłań a także budzi podstawowe wątpliwości etyczne."   Wiąże on natomiast nadzieje z tzw. klonowaniem teraupetycznym, w którym   "sklonowane komórki jajowe hoduje się przez kilka dni, aż osiągną liczbę około stu komórek potomnych spośród których izoluje się tak zwane zarodkowe komórki macierzyste (embryonic stem cells). Mówimy, iż są one totipotencjalne, to znaczy po odpowiedniej stymulacji przekształcają się w dowolny typ komórek, które następnie wszczepiamy choremu."

Autor dyskutuje również ewolucję.

"Wiele genów człowieka jest zdumiewająco podobnych do genów innych organizmów wielokomórkowych. Zadziwia zachowanie całych identycznych segmentów genomu u ludzi i myszy, choć gatunki te dzieli co najmniej 200 milionów lat ewolucji. Badania porównawcze genomów człowieka i innych organizmów żywych winny odsłonić mechanizmy ewolucji."
Andrzej Szczeklik, uczony, członek m. in. Papieskiej Akademii Nauk, przypomina zdanie papieża Jana Pawła II wyrażone w liście do tej Akademii: "Naukowa teoria ewolucji nie jest sprzeczna z żadną prawdą wiary chrześcijańskiej". Dostrzega jednak możliwe rozdarcie między Bogiem a człowiekiem. Kończy ten rozdział słowami:
"Czy to rozdarcie jest nieuniknionym następstwem samoczynnej i przypadkowej ewolucji? Czy przemienia ona czas w pasmo rozwijające się znikąd donikąd? A może przypadek nie jest wolny od przyczyn. I wówczas to, co widzi fizyk na poziomie kwantowym, a biolog na poziomie ewolucji, to wtargnięcie przypadku, jest w rzeczywistości wtargnięciem innej przyczynowości, dla nas niezrozumiałej, a jednak konsekwentnej. Badanie historii genomu, dotarcie do jego najgłębszych pokładów, może przybliży kiedyś te tajemnice."







Andrzej Płoski:   "Przemiany i powroty" (Katharsis)
collage, 2003.


Ostatni rozdział książki nosi tytuł Przemiany i powroty. Rozpoczyna się zdaniami:   „Choroby przychodzą i odchodzą. Zmienia się ich leczenie."

Zmiany w sposobach leczenia Andrzej Szczeklik ilustruje na przykładzie operacji w chorobie wieńcowej, od wyłączania serca spod kontroli układu nerwowego do rozwiniętych w ostatnich dekadach operacji by-pass i balonikowania tętnic wieńcowych.

Niestety jednak równocześnie, zaawansowane techniki leczenia i leki doprowadziły w rozwiniętych krajach do galopującego wzrostu kosztów opieki zdrowotnej. Koszty wprowadzenia nowych leków i ich klinicznych prób stają się astronomiczne. Z moich informacji "z branży" wynika, że wprowadzenie nowego leku do normalnego obiegu kosztuje do 500 milionów dolarów.

Autor wraca do humanistycznych rozważań o medycynie.

Wychodząc z opowieści o Filipie z Akarnanii, lekarzu Aleksandra Wielkiego i jego lekarstwie dla chorego króla, Autor mówi o dwóch zasadniczych wątkach medycyny.   "Pierwszy to nieustępliwość w zmaganiu z chorobą. ... Drugi to wiara w lekarza."   Prowadzi to do dylematów lekarza.

"Lekarz stara się o zaufanie, a gdy je zdobędzie, potrafi dziwić się jego mocy, mówiąc do siebie: 'Gdybyś ty znał, chory człowieku, ogrom mojej niewiedzy, mojej niemocy, gdybyś ty wiedział, jak mało ja wiem'."
Jest czymś pocieszającym usłyszeć takie słowa od znakomitego lekarza.

Następnie, Andrzej Szczeklik zastanawia się nad próbami człowieka zrozumienia kim jest.

"Jest naszym udziałem zdolność odróżniania siebie od reszty świata. Czynność tę spełnia układ immunologiczny."   Lecz   "Czym jest «ja«? Nie pytajmy o to immunologii." Immunologia mówi tylko   "jak rozpoznajemy «ja»". «Ja» jest świadomością.   "Roger Penrose sądzi, iż efekty kwantowe, niezbędne dla zaistnienia świadomości, zachodzą w mikroskopowych strukturach neuronów mózgu, tak zwanych mikrotubulach. Francis Crick, odkrywca podwójnej spirali DNA, plasuje świadomość w sieci łączącej korę (neocortex) z podwzgórzem (hypothalamos). ... Biologia i nauki ścisłe nie powiedziały na temat świadomości nic ponad to, co odkryła filozofia i literatura."
(Nawiasem mówiąc, microtubules od kilku lat stały się obiektem intensywnych badań nie tylko biologicznych, lecz i biofizycznych. Mówi się już o przyszłych generacjach komputerów opartych na microtubules.)


Książka Andrzeja Szczeklika nosi tytuł Katharsis i kończy się katharsis.
  "[Platon i Arystoteles] szukali uporczywie jedności w świecie, będąc przekonanymi, że na przekór pozorom, rzeczy przenika wspólny rys, który je łączy, jak spadająca z nieba sieć Ananke. I w mitach, które snuli, dostrzegali w jednej postaci, w jednym zdarzeniu inne w nich zawarte.

Wierzyli mocno w magię sztuki, która – wzorem sztuki lekarskiej – przynosi katharsis, ponieważ 'sztuka jest zaklinaniem istnienia, żeby przetrwało'.

W chorobie przebiegającej ostro dochodzi do przesilenia. Wśród burzliwych objawów wyładowują się elementy wadliwe, następuje oczyszczenie ciała. Towarzyszy temu wstrząs uczuciowy. Rodzi się przeczucie, iż choroba mija, a następnie pewność, iż nie wróci. Jawi się 'nagle świat w innym oświetleniu'. Rzeczy czekają, by je dotknąć, wziąć do ręki, świat po to istnieje, byśmy go sobą wypełnili. Jak w olśnieniu 'zamiast wielu ról, rozmaitych celów, odsłania się sens życia. Kiedy się słucha chorych, którzy przez to przeszli, katharsis  nabiera oczywistości. Opadają z niej wszystkie wątpliwości, w jakie myśl nasza stroiła ją przez wieki. Bije z niej pewność, staje się jasna i wyrazista, jak w tej krótkiej chwili, gdy odsłania widok na vita nuovatym, którzy wychodząc z choroby, jej doświadczają."


* * *


Próbowałem tu stworzyć możliwie szeroki wizerunek książki Katharsis Andrzeja Szczeklika. Książki, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie, zafascynowała mnie, stała mi się bliska. Czytałem ją i myślałem. Z jej fragmentami w pewnym sensie identyfikuję się. Napisałem Profesorowi Szczeklikowi, że jego Katharsis jest jedną z tych nielicznych książek, które zabrałbym na bezludną wyspę. I to bynajmniej nie jest tylko zgrabną figurą retoryczną.


Andrzej Kobos
Lund, Szwecja, maj 2003





Moją fascynacją książką Katharsis Andrzeja Szczeklika łatwo "zaraziłem" mojego Przyjaciela Andrzeja Płoskiego, polskiego artystę-malarza i grafika z Lund. Było to zarażenie twórcze – jako katharsis w krótkim czasie powstał cykl jego collages do Katharsis Andrzeja Szczeklika.   (amk)

Andrzej Szczeklik, autor książki Katharsis, i Andrzej Kobos, autor tego szkicu o Katharsis, serdecznie dziękują Andrzejowi Płoskiemu, za entuzjastyczne wykonanie kilkunastu niezwykłych ilustracji do tej książki.





Nota biograficzna o autorze Katharsis:


Andrzej Szczeklik   (ur. 1938) ukończył studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Krakowie w roku 1961, a następnie kontynuował naukę na uniwersytetach w USA i w Szwecji. Habilitował się w roku 1969 we Wrocławiu. Jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Od stycznia 1972 roku objął kierownictwo kliniki AM w Krakowie. W latach 1990-1993 rektor Akademii Medycznej w Krakowie, doprowadził do powrotu wydziałów medycznych do Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po czym w latach 1993-1996 pełnił funkcję prorektora ds. Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jego zainteresowania badawcze skupiają się wokół chorób serca i płuc. W 1975 roku przedstawił teorię rozwoju częstej postaci astmy, tzw. aspirynowej, która została udowodniona w następnych latach i powszechnie przyjęta. W 1976 roku po raz pierwszy na świecie wstrzyknął prostacyklinę Profesorowi Ryszardowi Gryglewskiemu i sobie, opisał jej działanie na ustrój ludzki i wprowadził do leczenia chorób tętnic. Dziś prostacyklina i jej analogi są szeroko stosowane w leczeniu nadciśnienia płucnego i choroby Bürgera. W roku 1997 uzyskał pierwszą nagrodę czasopisma The Lancet za odkrycie podłoża genetycznego astmy oskrzelowej. W 1995 The Royal College of Physicians w Londynie przyznało mu członkostwo honorowe za odkrycie zaburzeń krzepnięcia krwi w chorobach serca. W tym samym roku uzyskał główną nagrodę Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. W roku 1998 został wybrany – wraz z śp. ks. Józefem Tischnerem – Krakowianinem Roku. W 2001 roku wyróżniony został pierwszą nagrodą im. Roberta A. Cooka Amerykańskiej Akademii Alergii i Immunologii.

W roku 1991 roku wygrał duży międzynarodowy konkurs na badania naukowe, ogłoszony przez Komisję Nauk Wspólnoty Europejskiej, a za uzyskane środki wsparte następnie przez Rząd Flandrii i Rząd Polski wyremontował od podstaw budynek szpitalny przy ul. Skawińskiej w Krakowie, zajmowany obecnie przez II Katedrę Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, którą kieruje, oraz zbudował nowe, pięciopiętrowe skrzydło kliniczne, nowe laboratoria badawcze i zaplecze dydaktyczne, stwarzając tak jeden z najnowocześniejszych ośrodków interny i genetyki medycznej w Europie.

Profesor Andrzej Szczeklik jest autorem około 600 prac, w większości publikowanych w czasopismach międzynarodowych, a także kilku monografii i podręczników publikowanych m.in. w USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Jest członkiem Papieskiej Akademii Nauk, Polskiej Akademii Umiejętności, Polskiej Akademii Nauk oraz innych towarzystw naukowych – międzynarodowych i krajowych.

Pasjonuje się muzyką, poezją i górami. Przyjaciel i opiekun artystów i pisarzy, znany jest ze swoich improwizowanych występów przy fortepianie w Piwnicy pod Baranami. Jako lekarz i jedna z najbarwniejszych postaci Krakowa ulubiony jest przez pacjentów, współpracowników i krakowską bohemę.









Teksty o książce Katharsis i fragmenty z niej zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje