Rozdział z książki Andrzeja Szczeklika   pt.   Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki,   Wydawnictwo Znak, Kraków 2002, 2003.
Przedruk w Zwojach za zgodą Autora.






CIERPIENIE





ANDRZEJ   SZCZEKLIK






Roger van der Weyden:   Zdjęcie z krzyża (fragment), ok. 1435.
Museo del Prado, Madrid.



Trudno o bardziej olśniewające otwarcie. W pierwszych tygodniach zaczynającego się tysiąclecia odczytano i ogłoszono kompletny zapis genetyczny człowieka. Nukleotyd za nukleotydem, trzy miliardy liter. Medycyna stała się molekularna i weszła w nową fazę: post-genomic medicine. Jakby nie martwiąc się zbytnio faktem, iż znakomita większość genomu pozostaje dla nas niezrozumiała, już ogłasza następne pole ekspansji. Jest nią proteomika, zmierzająca do poznania wszystkich niuansów budowy i funkcji białek. Zadanie, którego stopień komplikacji przewyższa wielokrotnie odczytanie genomu człowieka. Szerzy się przekonanie, że prawdziwie oszałamiające dokonania są przed nami. Pozostaje kwestia korekty spaczonych zapisów genetycznych, co przecież nastąpić musi. To jeden z optymistycznych scenariuszy medycyny niedalekiej przyszłości. Chorobę, cierpienie wypieramy z naszej świadomości.



Dopiero wchodząc na korytarze i do sal szpitalnych, doświadczamy w dramatyczny sposób słabości i ułomności naszej ludzkiej natury. Tu ujawnia się z przemożną siłą tajemnica fizycznego bólu, o której Jan Paweł II powiedział, iż "zadaje umysłowi ludzkiemu jedno z najbardziej przejmujących pytań". Tu czekać na nas może bezmiar ludzkiego cierpienia i samotności. Ale to miejsce jest także miejscem nadziei. Nadziei samych chorych, odczuwających wolę życia, nadziei ich krewnych i przyjaciół, podzielających ich ufność w nadejście poprawy zapowiadającej powrót do zdrowia. W odzyskaniu tej nadziei mają, oczywiście, swój udział lekarze, pielęgniarki i cały personel szpitalny. Dążą oni do przywrócenia naruszonych, a nieraz wręcz zerwanych przez chorobę więzi z resztą zdrowego świata. I jeśli w tym dążeniu potrafią zespolić umiejętności i talent, wytrwałość i życzliwość – to są na najlepszej drodze, by zbudować wspólnotę ludzi chorych i tych, którzy przychodzą, by ulżyć im w cierpieniach, wyzwolić z choroby do zdrowia. Klinika lub oddział szpitalny może oznaczać taką wspólnotę.



W oczach świata ból i cierpienie są czymś strasznym, bezowocnym i destruktywnym. Szczególnie, gdy muszą cierpieć dzieci, gdy niewinni ulegają wypadkom, doznają kalectwa czy śmiertelnej choroby. "Czy to kara? Kto zgrzeszył? – pytali Żydzi Chrystusa. – Czy sam niewidomy? Czy jego rodzice?" "Ani on, ani jego rodzice, on choruje, aby się dokonała Chwała Boża". A więc to próba zsyłana na nas przez Boga? Doskonaląca próba cierpienia? Pozwalająca ujawnić siłę ducha, gdy ciało słabnie? Ta idea została dziś zakwestionowana. Kult sukcesu nakazuje być wiecznie młodym i zdrowym. Świat kultury masowej nie akceptuje bólu ani cierpienia. Brzydzi się nimi. Po wylansowaniu bezstresowej edukacji przystąpiono do pełnego "egzorcyzmowania bólu ze świata".



Nie jest to koncept nowy, choć nigdy dotąd nie był na taką skalę pomyślany. Od niepamiętnych czasów czarownicy, szamani – przodkowie lekarzy – próbowali uśmierzyć ból. Znali i stosowali wyciągi z roślin, z których po tysiącleciach rozwinęły się dwie najważniejsze grupy leków przeciwbólowych: salicylany i opioidy.



Nie było leków, które wierniej towarzyszyłyby człowiekowi w jego historii niż salicylany, antenaci aspiryny. Papirus Ebersa, prawie cztery tysiące lat temu, zalecał okładać krzyże i brzuch wyciągiem z liści mirtu dla przepędzenia bólów reumatycznych. Hipokrates stosował napary z topoli w chorobach oczu, a sok z kory wierzbowej przeciw gorączce i bólom porodowym. Rośliny te i drzewa obfitują w związki wywodzące się z kwasu salicylowego, który od nich bierze nazwę (Salix – wierzba). Przez tysiąclecia pomagały uśmierzać ból, zbijać gorączkę, gasić zapalenie. Ich właściwości lecznicze znane były Chińczykom, Indianom, Hotentotom z południowej Afryki. Anglicy szczycą się, że pierwsze "badanie kliniczne" przeprowadził w połowie XVIII wieku wiejski proboszcz z hrabstwa Oxford, pastor Edward Stone. Skosztowawszy przypadkiem kory wierzby, zdziwił się jej gorzkim smakiem, który przypomniał mu wyciąg z kory drzewa chininowego, stosowanego w leczeniu malarii. Pastor Stone był wyznawcą doktryny sygnatur. Wierzył, iż w miejscu, gdzie szerzy się choroba, musi też znajdować się lek, który ją wyleczy. A ponieważ "wierzba uwielbia wilgotne, grząskie tereny, gdzie i reumatyzm się usadawia", więc zebrał funt kory wierzbowej, suszył ją przez trzy miesiące w piecu piekarskim i zaaplikował pięćdziesięciu cierpiącym. Wyniki potwierdziły słuszność wyznawanej przez niego teorii. Były doskonałe, o czym pastor Stone doniósł w specjalnym liście Towarzystwu Królewskiemu. Cały następny wiek trwały prace nad oczyszczaniem salicylanów z produktów roślinnych i nad ich syntezą chemiczną. W 1899 roku laboratoria firmy Bayer wprowadziły na rynek prostą, syntetyczną pochodną kwasu salicylowego – aspirynę. Stała się ona najpopularniejszym lekiem na świecie, do czego przyczyniły się jeszcze odkryte i udokumentowane w ostatnich dziesięcioleciach jej właściwości przeciwkrzepliwe, zapobiegające zawałowi serca. Fenomenalne powodzenie aspiryny było bodźcem do produkcji wielu leków o podobnym mechanizmie działania.

Oszałamiające i przeciwbólowe działanie opium, uzyskiwanego z soku makówki, znali już Sumerowie, ale do terapii wprowadzili go w III wieku przed Chrystusem empirycy greccy. Non interesse quod morbum jaciat, sed quid tollat: "Nieważne, co chorobę wywołuje, ważne, co ją leczy" – wtórował pragmatycznym empirykom z początkiem ery chrześcijańskiej Celsus. W tych słowach można usłyszeć zapowiedź medycyny paliatywnej, która rozwinęła się współcześnie, mając opioidy za główny oręż.



Niemożność zapanowania nad bólem, obok infekcji okołooperacyjnych, stanowiła główną przeszkodę rozwoju chirurgii. Z końcem XVIII wieku zsyntetyzowano podtlenek azotu, czyli gaz rozweselający. Zyskał on nawet popularność w londyńskich kręgach "wesołków", jak nazywano ludzi poszukujących środków odurzających, ale o stosowaniu go w chirurgii nie chciano słyszeć. Szerzył się wówczas mesmeryzm. Tkwiły w nim elementy sugestii, hipnozy. Podstawą systemu była wiara w siły kosmiczne, zwane magnetyzmem zwierzęcym. Ich wzbudzanie w organizmie chorego miało odtwarzać łączność z wszechświatem, łagodzić ból, usuwać choroby. Franciszek Antoni Mesmer pisał tak: "Płyn przenikający cały wszechświat, falujący na podobieństwo przypływu i odpływu morza, łączy ze sobą wszystkie ciała niebieskie, które tym sposobem wywierają wpływ na wszystkie części istot żyjących i mogą wzmacniać lub osłabiać właściwości materii i ciał organicznych, na przykład ciężkość, spójność, elektryczność itp. Płyn ów (...) leczy bezpośrednio wszystkie choroby (...); jest źródłem skuteczności leków, przesileń krytycznych i każdego leczenia". Magnetyczne oddziaływanie wszechświata i ludzi na siebie miało wielu zwolenników w dobie romantyzmu i wpływało znacząco na chirurgię. Przełom nastąpił w latach czterdziestych XIX wieku i pierwszy raz przyszedł z Nowego Świata.

Znieczulenie ogólne zawdzięczamy dwóm dentystom amerykańskim. Horacy Wells wypróbował podtlenek azotu najpierw na sobie, poddając się ekstrakcji zęba, a następnie na kilku swoich pacjentach. Zdecydował się następnie na publiczną demonstrację przed studentami medycyny na sali wykładowej w Bostonie. Gdy uśpiony pacjent krzyknął, Wells został przez swoje audytorium wyśmiany i wygwizdany. Załamał się, lecz jego niepowodzenie zachęciło innego dentystę do podjęcia prób z eterem. W kilkanaście miesięcy później w Bostonie wykonano przed publiką medyczną pierwszy bezbolesny zabieg chirurgiczny. Sensacyjna wiadomość obiegła szybko cały świat. W następnych latach eter zaczęto zastępować chloroformem. Głosy przeciwników narkozy umilkły bezpowrotnie, gdy lekarz nadworny uśpił królową Wiktorię do porodu, a rozwiązanie przebiegło pomyślnie.

Wystarczy spojrzeć na stare sztychy przedstawiające operacje bez znieczulenia, choćby odpiłowywanie nogi, by uzmysłowić sobie, czym było wprowadzenie narkozy. Ból wszakże nie zagnieżdża się tylko w ciele. Obsesyjne krążenie myśli po kole może być nie mniejszą torturą niż łamanie kołem. Wirowanie rozpalonego umysłu wokół jednego środka, obłąkana karuzela, której zatrzymać nie potrafimy, choć z każdym obrotem jest nam gorzej. Czy to przedrostek "ob" wprowadza naszą myśl w ruch po okręgu? Obsesja, obrót, obrębić, obwarzanek... Pierwszą sztuczną maszynę opętania wymyśliła Afrodyta, by pomóc Jazonowi w zyskaniu przychylności czarodziejki Medei, bez której nie mógł zdobyć Złotego Runa. Wzięła krętogłowa – ptaka, którego głowę skręcają nagłe skurcze – i rozpięła na stałe na czterech szprychach małego koła. Okrężny ruch koła stał się odtąd nieprzerwany, zgodnie z odruchowymi skrętami szyi ptaka. Powstała maszynka, która wymuszała na myślach ruch kolisty, obsesyjny, wyrywała je z inercji, kazała im krążyć bez końca – po okręgu. I odtąd umysł Medei był napędzany marzeniami o Jazonie; posłużyła się całą swą magią, by ocalić cudzoziemca, za cenę zniszczenia własnej rodziny. Nikt bardziej niż Afrodyta nie był predestynowany, by wymyślić maszynę opętania, gdyż "opętanie erotyczne mieści się w głębi każdego rodzaju opętania".

Są zdarzenia, które "druzgoczą najpotężniejsze serca". Wprowadzają w osłupienie, rodząc ból, który czas tylko przekształcić potrafi w odrętwienie.


Wielki ból zastępuje rutyna cierpienia –
jak trawa Grób, tak Nerwy porasta konwenans –
Zdrętwiałe Serce nie wie – czy to w nim te wieki
Naprawdę tkwiły? kiedy – Wczoraj? czy przed Wiekiem?

Stopy drepczą bezwiednie po Chodniku wąskim
Zdrewniałego Powietrza, Ziemi, Obowiązku –
I niezauważalnie
Twardnieje cierpienie
W Kwarc pogodzenia – w uciszenia Krzemień –

Emily Dickinson   (tłum. Stanisław Barańczak)


Czasem wstrząs psychiczny jest o takim nasileniu, że wprowadza w głęboki letarg. Tej śmierci pozornej, której nie umiano odróżnić od prawdziwej, obawiano się szczególnie w wiekach XVIII i XIX. Słyszy się jednak od cierpiących na ból fantomowy, na przykład po amputacji nogi, iż woleliby śmierć niż cierpienie, na które trudno medycynie znaleźć remedium. Ból-widmo, fantom, wciąż władający tą przestrzenią, gdzie była część utracona bezpowrotnie.



Gdybyśmy to umieli być tak odporni na ból jak Epiktet! Jeszcze jako niewolnik miał znosić okrucieństwa swojego pana bez słowa skargi. Traktował własne ciało jako swojego rodzaju ubiór. Upodabniał się do Sokratesa, który głosił, iż filozof winien zobojętnieć na fizyczne dolegliwości i na społeczny poklask. Gdzie szukać w cierpieniu pomocy? Serdeczna obecność bliskich, słowa otuchy, pociecha stanowią "duchowe lekarstwo", przywracające chęć do życia i do walki o nie. "Pocieszyć człowieka znaczy: w jego własnych oczach jego cierpienie podnieść do najwyższej godności". Metaforyzacja cierpienia czyni ból łatwiejszym do zniesienia. Tak dzieje się, kiedy mówimy sobie, że cierpimy za kogoś lub za coś. To czasem bardzo pomaga. "Że jeśli ja teraz cierpię, to – jak w naczyniach połączonych – tego cierpienia komuś ubywa". Warto przypomnieć choremu, że zawsze jesteśmy czymś więcej niż to jedno znaczenie, jakie chce nam nadać otaczający świat, świat uproszczonych generalizacji i redukcji, świat topornych podziałów. Krótko mówiąc, trzeba nadać bólowi sens. Tylko tak można go znieść, nie zostać skazanym na jałowe tortury.



Sprzeciw wobec cierpienia, niezgoda na jego istnienie są źródłem odwiecznych zakwestionowań Boga. Cierpienie bowiem trudno zrozumieć, pozostaje niewytłumaczalne nawet dla tych, którzy wierzą. Zwłaszcza że wiara nie wymazuje cierpienia. Posłuchajmy, co mówi o nim ten, który zawsze starał się być z cierpiącymi, który przemyślał je do końca – na długo, zanim ono kłaść się na niego poczęło przemożnym ciężarem. Jan Paweł II potwierdza jego obecność, pisząc: "Ludzkość – przechodzi przez Kalwarię cierpienia". I w następujących słowach powiada: "Czy Bóg mógł niejako usprawiedliwiać samego siebie wobec dziejów człowieka, tak głęboko naładowanych cierpieniem – inaczej aniżeli stawiając w centrum tych dziejów Krzyż Chrystusa? (...) Ukrzyżowany Chrystus jest jakimś dowodem solidarności Boga z cierpiącym człowiekiem. Bóg staje po stronie człowieka – w sposób radykalny". Słyszymy także piękne słowa o "Niebieskim Lekarzu", do którego zwracamy się, gdyż "posiada moc uzdrawiania naszych licznych i rozmaitych, a zawsze rzeczywistych i domagających się natychmiastowej pomocy słabości, od chorób ciała do schorzeń moralnych, którymi są grzechy".



Szpital nocą. Ciszę przeszywa długi krzyk bólu. Sceny jakże do niedawna częste. Te głosy dziś cichną. Cierpienie traci głos. Wachlarz środków przeciwbólowych otworzył się szeroko. Podobnie jak i sposoby ich ciągłego podawania. Przerywamy szlaki bólu a la longue, wymazujemy go ze świadomości. Cierpienie jednak, choć cichsze, bezgłośne, nie odeszło przecież na dobre. Są chwile, gdy przekracza miarę. Wtedy sieje spustoszenie. Zabija w chorym uczucie bliskości, sympatii. Więź rwie się. Brak odzewu. Jest tak, jakby cierpiący zamknął się gdzieś w innym świecie. Ciężar spadający na lekarza i pielęgniarki rośnie gwałtownie. Słowa stają się niewystarczające, nieadekwatne. Ręka cofa się przed klamką, gdy za drzwiami leży chory, któremu trudno coś jeszcze ofiarować. A przecież i wtedy zostaje jedno: obecność. Obecność powodowana zwykłą solidarnością. Obecność, ostateczna powinność lekarska.



Bezmiar cierpień można przerwać, odbierając życie. Dyskusja na temat eutanazji rozlewa się szeroką falą. Głos medycyny nie powinien być jedynym uprawnionym do rozstrzygnięcia tej debaty. Zajęcie stanowiska jest jednak obowiązkiem środowiska lekarskiego.

Poczucie beznadziei, podzielane przez chorego i lekarza, gdy cierpienie nie cichnie, mimo pełnego leczenia paliatywnego, nie usprawiedliwia eutanazji. Narusza ona esencjalną sytuację medycyny: relacji pacjenta z lekarzem. W sposób nieunikniony musi wprowadzić w społeczeństwie nieufność i lęk wobec lekarza i pielęgniarki. Pozornie dobrowolna zgoda pacjenta na eutanazję może być wynikiem jego depresji lub – co gorsza – następstwem nacisków rodziny działającej z różnych egoistycznych pobudek. Do obowiązków wreszcie społeczeństwa, a zwłaszcza środowiska lekarskiego, należy ochrona najsłabszych jej członków – osób chorych, starszych, niepełnosprawnych, ubogich, należących do mniejszości etnicznych i innych. W odległej perspektywie osoby takie mogą zostać odrzucone przez społeczeństwo, a nawet same uznać się za bezproduktywne i stanowiące ciężar dla innych – i na tej podstawie być uznane za kandydatów do eutanazji.

W eutanazji lekarz bezpośrednio wykonuje czyn odbierający życie, na przykład wstrzykuje truciznę. Subtelniejszą formą, o rosnącej liczbie zwolenników, jest samobójstwo z pomocą lekarza, gdy zapewnia się pomoc choremu w odebraniu sobie życia, na przykład przez przedawkowanie narkotyku, który miał tylko uśmierzyć ból. Mowa zatem o wspomaganym samobójstwie, będącym tylko jedną ze współczesnych odmian samobójstwa.

Samobójstwo wstrząsa. Porusza najgłębsze pokłady naszej duszy o wiele silniej niż śmierć naturalna. I budzi głuche, przemożne pytania: Czy nie było sposobu, by mu zapobiec? Czy ja nie mogłem coś zrobić, by zachować to życie? Jest w tej reakcji i współczucie, i solidarność wobec człowieczego losu, i przerażenie na widok zniweczenia instynktu samozachowawczego. Wyraża ona też naszą niemożność zrozumienia i akceptacji cierpienia. Bo samobójstwo rodzi się z cierpienia – duchowego i fizycznego. Werter nie mógł już dalej żyć, doprowadzony do ostateczności przez klęskę miłości. Z chwilą gdy nieszczęście wyczerpie dany nam zasób sił żywotnych, gdy przekroczona zostanie właściwa danej jednostce miara cierpienia – mówi Goethe ustami Wertera – samobójstwo staje się aktem naturalnym. I nie znajduje ratunku u lekarza Makbet, wołając rozpaczliwie o pomoc dla swojej żony – morderczyni:

Zatem
Wylecz ją z tego! Umiesz chyba przecież
Pomóc choremu umysłowi, z gleby
Pamięci wyrwać z korzeniami boleść,
Z mózgu wymazać zapis trwóg i udręk,
Niosącym słodkie zapomnienie lekiem
Oczyścić serce z tego, co mu ciąży?

William Shakespeare, Makbeth, V.3.   (tłum. Stanisław Barańczak)

Niełatwo sprostać temu zadaniu. Lekarz jest na co dzień świadkiem bólu i cierpienia, które – w oczach świata – są czymś strasznym, bezowocnym i destruktywnym. Staje przed "rzeczywistością o tysiącu twarzach", przed "zagadką, której w sposób zadowalający, czysto po ludzku, rozwiązać nie potrafimy". Widzi, jak w cierpieniach fizycznych odradza się idea samobójstwa, towarzysząca nam od zarania historii, dyskutowana przez Greków, aprobowana w sytuacjach skrajnych przez Marka Aureliusza i Senekę, płomiennie potępiana i równocześnie broniona w Nowej Heloizie przez Jana Jakuba Rousseau – aż po współczesnych myślicieli, spośród których Emil Cioran uznaje, iż "tym, co czyni życie znośnym, jest myśl, że można z niego wyjść".

Ale czy lekarz ma przykładać do samobójstwa rękę? Czy jest to kwestia etyki, moralności czy prawa? Poglądy ścierają się od skrajnych, w których lekarz jest "opłaconym wspólnikiem w zadawaniu śmierci", aż po przeciwstawne, które widzą go "ostatnim depozytariuszem godności człowieczeństwa". Zapatrywania te nabierają szczególnej aktualności, gdy w delikatną materię etyki wkracza prawo i – jak to miało miejsce niedawno w Holandii – sankcjonuje eutanazję i samobójstwo z pomocą lekarza. Holandia pozostaje przykładem odosobnionym. Towarzystwa lekarskie, podobnie jak regulacje prawne w innych krajach, odrzuciły to stanowisko. Wątpiącym u nas, zagubionym, poddanym szerzącej się fali relatywizmu powiedzmy jasno: nie wolno – prawo polskie zabrania, a kodeks karny karze lekarza pomagającego w samobójstwie.

Na koniec jedna uwaga osobista. Zwolennik eutanazji i wspieranego samobójstwa opiera swój pogląd na przekonaniu o niepodważalności rozpoznania postawionego przez lekarza. Gdybyś ty wiedział, miły Czytelniku, ile razy ja się w swoim wyrokowaniu lekarskim myliłem! Ile razy – bywało – w ciągu roku! Gdyby śmierć miała zależeć od mojego osądu lekarskiego (wspartego – zapewne zgodnie – przez grupę pokrewnych specjalistów), ileż mniej ludzi chodziłoby dziś po ziemi!





Teksty o książce Katharsis zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje