SĄDECKI RUDYMENTARZ
WALDEMAR KONTEWICZ
Jadwidze Rogowskiej
Tolerandis Sandecensis
Ba, słuchaj jedno brasie: jadłszy, piwszy hojno
Aż do śmierci na świecie uchodziwszy strojno,
Czegoś słodko nie dopieł i w korzennej jusze
Nie dojadł, umierając, legujesz za dusze.
Zostaw też, kiedy syna nie masz, sukcesorom,
Szpitalom daj, niż księżej raczej, niż klasztorom.
Wacław Potocki z podsądeckiej wsi Łosie, 1687.* * *
KRAKELURA PIERWSZA – Luty 2003
Dunajec
Czyż dmie się w trąbę w mieście,
a lud nie zadrży?
Amos 3, 6-7.
Kiedy Czarne splotło się z Białym, wtedy powstało Życie. Przekonać się o tym można w Pentateuchu, gdzie Czarna Noc wstawała Białym Dniem, a Biały Dzień zapadał w Czarną Noc. I tak było przez Dni Siedem. Po tym dramatycznym tygodniu kreacji Ogrodu Eden, wypłynęły z niego cztery ciche rzeki: Piszon, Gichon, Chiddekel i Perat. Jednakże rozszalały się rajskie wody Potopem, gdy ulepiony z prochu ziemi człowiek zlekceważył przykazania Adonai. W górach Araratu wylądowała Arka, a rzeki spłynęły Eufratem i Tygrysem do samego morza. Kain zabił Abla.
- 1
Kiedy Czarne splata się z Białym, wtedy powstaje rzeka. Przekonać się o tym można w Nowym Targu, gdzie Czarny Dunajec wpływa do Białego Dunajca, a Biały do Czarnego. Po tych dwubarwnych dysputach, rwą zaplecione warkocze Dunajca aż do samej Wisły, niczym jeden tęgi aquawianek włosów podhalańskiej dziopy. Chociaż jeszcze w Pieninach targa się Biało Czarny splot o piargi, skały i żleby Czertezika, a strzeliste Trzy Korony chcą się upiększać dunajcową treską.
Kiedy Białe Gromy Zeusa żądlą Czarne Inferno Morskiego Diabła, wtedy powstaje Piekło. Przekonał się o tym Dunajec w Nowym Sączu w pierwszej połowie XX wieku. Tratwa z uczniami Adonai rozbijała się o skaliste brzegi rzeki i fale ryczące głośniej od wampira Draculi. Odleciała Biała Gołębica z drewnianej łódki na Czarny szczyt Sokolicy, by ratować flisaków. Minęła burza, uspokoił się Dunajec, przepadł ptak i kipiel wodna.
Ktoś jednak zauważył Białą Gołębicę jak chowała się w trzewiach Nowego Sącza. Latała tam jelitami średniowiecznych ulic, biła ratuszowym sercem wielkiego zegara, oddychała płucami śpiewnie grających organów w farze, chwytała powietrze w głęboką Kotlinę Sądecką, odcinała się od pępowiny Popradu, bawiła się dziecinną Kamienicą na jej wodospadach, ulatywała wodnym śmieciem do zapory w Rożnowie, a przede wszystkim obiecywała Adonai fruwać wysoko ponad górami Beskidu Sądeckiego. Przez trzy dni i trzy noce Biały Ptak na Czarnym Niebie kreślił matematyczną parabolę, której wierzchołek sięgał Wrót Niebieskich, a podstawa grzęzła w rowach Bełżca i Rdziostowa wypełnionych zamordowanymi synami Adonai.
Na samym szczycie geometrycznej figury Rajski Ptak tak oto szeptał swą modlitwę:
Miasto mojej pamięci
Złożone w grobowcu ciszy.
Na obnażonej do nagiej cegły Ścianie Wschodniej,
Gdzie Święta Arka chlubiąca Zwoje
Uleciała w płomieniach do Niebios,
Stoi sekston w powietrzu wołając:
Niech wystąpi naprzód ten kto oczekuje, że
Będzie wspomniany w Modlitwie Pamięci.
Ściany synagogi
Rozciągają się do nieboskłonu.
Tłumy zapełniają miejsce szczelnie.
Kilkoro staje się wieloma,
Wielu przeistacza się w powódź,
A powódź – w zwoje nazwisk
Sięgających wieczności.
Kantor zaczyna intonować:
Nie jestem w stanie wymienić was wszystkich.
Kongregacja wtóruje mu:
Wymień mnie! Wymień mnie! Wymień mnie!
Jak spod ziemi
Wyłania się biegnący chłopiec, żółtodziób
Odziany w szaty kapłanów
Świątyni Jerozolimskiej.
Uciekajcie! Uciekajcie nocne duchy!
Jutrzenka już nadchodzi.
Pierwsze promienie słońca
Właśnie dotknęły
Dachów Jerycho.
Uciekajcie i nie wracajcie!
Przepłoszone zniknęły.
Zasiedziałem się w ruinach mojej synagogi.
Duchów już nie ma,
Tylko sągi żagwiących ścian sterczą.
Wrota niebios
Ponad głowami zatrzaśnięte.
Nasze modlitwy lecą donikąd.
Modlę się tam przed świtem.
Abraham Cykiert, Synagoga w której się modlę
(tłumaczył z angielskiego Waldemar Kontewicz)
Przez trzy dni i trzy noce Czarne siły SS wpychały osiemnaście tysięcy Bladych ze strachu Chasydów do bydlęcych wagonów. Przez trzy dni i trzy noce rozstrzeliwano dzieci, starców, matki, córki, zdrowych, chorych, niedołężnych, przestraszonych, biednych i bogatych. Przez trzy dni i trzy noce Gołębica wznosiła się lotem koszącym, by donieść Adonai, że Kain zabija Abla za Ablem. W końcu miasto wyrzuciło ptaka, pozbyło się go tak samo lekko jak wszystkich Żydów, po których nie pozostała nawet pamięć. Przecież Kain zabił Abla. Koniec wieńczy dzieło. Wpadł Dunajec do Wisły i szumi inną wodą.
Białą Gołębicę znalazłem na plaży w Massachusetts niedaleko Bostonu. Dogorywała już prawie. Miała pozlepiane pióra, nie potrafiła latać. Pielęgnowałem ją razem z moją młodszą córeczką, która jest już panną dwudziestoletnią. Opowiadałem jej o Dunajcu, Pieninach, Czerteziku, Sokolicy, organach w farze i ratuszowym horologium, które mistrz Lodovico z Włoch instalował. Opowiadałem jej o ocaleniu Jonasza, ogrójcu Eden i Araracie, z którego pochodzi mój najlepszy kolega matematyk.
- 2
Kiedy odżyła nasza Gołębica, postanowiliśmy ją uwolnić. Obserwowaliśmy ją długo jak wzbijała się coraz wyżej i wyżej, tak że moja córka zwątpiła w to, czy to był zwykły ptak. Patrzyliśmy na zakreślaną parabolę, na szczycie której Biały Ptak tak oto zwrócił się do Adonai:
W wąskich uliczkach Getta
Kocie łby
Są dziecięcym światem.
Nikt już więcej
Nie pamięta obłych kamieni
Tamtej wieczności.
Gdzieś w kącie, dawno
Zniszczonego Getta,
Ukrzyżowany
Roni gorejące łzy
Na zimny bruk
I wyśpiewuje lament
Głosem Świętej Mszy:
"Uczynili mnie Honorowym Aryjczykiem.
Zamienili cierniową koronę
Na kolczasty drut.
Oddali moje odzienie
Mordercom.
Biada mi."
Tam gdzie ukrzyżowany lamentuje –
Świat, którego nie ma – jest...
[...]
Na ziemi
Drut kolczasty
Z korony ukrzyżowanego
Dzieli dwie wieczności.
Poprzez płot z drutu kolczastego
Dwaj mężczyźni rozmawiają
Bez słów.
Wewnątrz – nastolatek,
Na zewnątrz – septuagenarius,
Który wrócił do tego miejsca
By przypomnieć, że tu właśnie
Mrugnęła boska powieka.
Abraham Cykiert, Świat którego nie ma – jest
(tłumaczył z angielskiego Waldemar Kontewicz)
Kiedy moja córka zapytała mnie, dlaczego Sądecka Pieta trzyma tylko jednego syna w swoich ramionach, nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć.Kain zabił Abla.
* * *
KRAKELURA DRUGA – Marzec 2002
ZIP
Oni swoje napisy na betonowych kaskadach rzeki Kamienicy nazywali tajemniczo artefaksami. Każdy wodospad miał te swoje trzy niebieskie artefaksy – ZIP, wymalowane pewną ręką. To było ładniejsze niż czerwone litery PZPR na każdym drewnianym płocie miasteczka. Błękit uszlachetniał ZIP, do którego dostać się nie było tak prosto. Nikt nie wiedział czy to była konfraternia towarzyska, filantropijna, kontemplacyjna, młodzieżowa, czy też polityczna i ilu miała członków. Nawet Milicja w swojej nazwie i działaniu bardzo Obywatelska – z nową mową – nie potrafiła "operacyjnie znaleźć frontu by inwigilować wichrzycieli porządku publicznego".Bardzo chciałem się do nich zapisać, bo ZIP-owcy czytali inne książki, chodzili często na wagary, jeździli Doliną Śmierci na czeskich rowerach "Favoritach" z przerzutkami – to znaczy rozpędzali się w dół ulicą Zygmuntowską (tuż przy hotelu Orbis z pięcioma piętrami i pierwszą windą w miasteczku) i przecinali Nawojowską bez zatrzymywania się. Mój podziw przeszedł w dozgonną admirację, gdy dowiedziałem się, że jeden z nich łupnął w "Syrenkę" i do szpitala odwieziono... kierowcę samochodu z połamanymi nogami. Samochód do klepania odstawiono do blacharni Bocheńskiego, a "Dziadek", jeden z ZIP-owców, zrobił kilka przysiadów, wyprostował dwie szprychy w "Favoritce" i pojechał dalej.
Każdy z nich miał tatuaż na ręku i kropkę pod okiem, co oznaczało Doliniarza. Zawsze myślałem, że związane to było z ich romantycznymi wyczynami na Zygmuntowskiej.
Na mojej ulicy Gagarin latał gdzieś wysoko w kineskopowej Lampie Alladyna, która wysiadała co drugi dzień, a smutny Gomułka na portrecie szkolnym wyglądał jak oskalpowana Blada Twarz, którą Indianie zapomnieli dorżnąć. Zresztą Cyrankiewicz też był łysy, ale przynajmniej się uśmiechał. Na lekcjach polskiego w ósmej klasie myślałem o tym, że każda grupa ludzi musi mieć jakiś wspólny artefaks: kolor liter, kropkę pod okiem, warczący stabilizator do czarno białego Alladyna, albo łysą pałę. Moje marzenia zawsze były przerywane i niezmiennie oskarżano mnie o nieuctwo. A kiedy pytałem się pani jak Eratostenes obliczył, że dookoła ziemi zmieści się aż 252 000 stadionów takich jak Sandecja, to zawsze skarżyła się ojcu, że mam głowę zaprzątniętą jakimiś bzdurami. A ja myślałem o tym, ile meczy musi rozegrać nasz najlepszy zawodnik w miasteczku Żabecki – lewy łącznik ataku o brylantowej technice piłkarskiej – aby przebiec tyle stadionów.
Ulubioną rozrywką na naszym podwórku była zabawa w podchody. Podchodziło się do bloków z betonu, które buzowały zawsze jak pszczeli rój na wiosnę i na klatce schodowej wiązało się klamki przeciwnych drzwi silnym przedłużaczem od żelazka. Zostawiało się trochę luzu, dzwoniło w dwa dzwonki równocześnie (to był dopiero postęp, elektryczieskije kałakoły) i z oddali przyglądało się akcji szamotania. Tego pewnie mogli by nam pozazdrościć sami PZPR-owcy, gdyby widzieli sąsiadów w akcji. Kiedy jeden z lokatorów wychylał głowę, by zobaczyć czemu jego drzwi nie chcą się otwierać do końca, to drugi z nich właśnie zaczynał ciągnąć swoje drzwi i przywiązane drzwi sąsiada w drugą stronę, co powodowało pewne ściskanie i kwiecistość języka o jakim nie ma mowy nawet w Weselu Wyspiańskiego. Zresztą, za tę lekturę dostałem pałę, bom się uhaczył bronić Żyda, którego krakowskie birbanty "waliły po pysku". Blokowe kreatury krzyczały na siebie niczym moja babka na dziadka: Nu, paszoł won!, na co dziadek z czerwoną twarzą z wściekłości ryczał: Idi ty w kidryniam babuszki!. Kiedy skofundowany pytałem mojego ulubionego wuja, co oznaczały te wrzaski, on mówił, że są w obcym dla niego języku i też nie wie.
W mojej sądeckiej kamienicy, na której ktoś też namalował na niebiesko artefaksy ZIP, mieszkał artysta malarz Kalinowski. Mistrz palety z Neu Sandecz – tak nazywano miasteczko za ck. Austrii – wielce sobie cenił gołubowyje iskusstwo ZIP. Znał niektórych członków Loży, których szanował za poczucie honoru i humoru. Nosił długie wąsy a la Salvadore Dali i malował dla ZNTK, na temat jaki mu w PZPR dali z pewnej ostrożnej dali. Były to przeważnie hasła na 1 Maja i 22 Lipca, kiedy wszyscy w miasteczku dostawali czerwonej biegunki z niewiadomych powodów, na którą pani magister farmacji z apteki na Grodzkiej miała jedno lekarstwo: podwójne środki na zatrzymanie, tabletki od bólu głowy z krzyżykiem, bańki na plecy (czasem na gębę) i ewentualnie prawdziwa lewatywa.
Pan Zbynio miał gest i gołębie serce. Jego małżonka, malarka skandalistka, zakochała się w Łemko z Krynicy – znajomym po fachu swojego męża. Poecie pędzla nie pozostało nic innego jak wydać ukochaną żonę za mąż. Sporo z tym było chodzenia i trudu. Bo i szybka nauka białoruskiego aby podpisać uprawliennyj bumag u popa, świadkowanie na ślubie cywilnym żony, trzymanie złotej korony nad głowami nowożeńców przez trzy godziny w cerkwi, urządzenie wesela, bo nowożeńcy nigdy bogatymi nie są. A na końcu pan Zbynio zafundował prezent ślubny – przelot kukuruźnikiem z Kurowa do Nowego Sącza. Sam też siedział w kabinie, żeby się ludziom coś nie powykluwało w głowach. Widok na Małpią Wyspę na jeziorze Rożnowskim, był przedni.
Lubiłem oglądać płótna pana Zbyńka. Zwierzęta na nich mówiły ludzkim głosem, ludzie ryczeli "Sto lat" na imprezach imieninowych, niebo było zawsze czerwone, bo piekło nie istniało według oficjalnej Trybuny Ludu – gazety, której nigdy nie brakło w kiosku, zastępującej często sralnyj bumag. To była taka surrealistyczno-socrealistyczna sztuka. Widziałem też u niego obraz samolotu z nowożeńcami, który on nazywał "Kukuruźnikiem nad kukułczym gniazdem". Zawsze mnie dziwiło dlaczego na samym dole tego obrazu widniał czerwony napis PZPR? Ojciec w domu mówił, że to była symbolika, albo socjotechnika. Ale sam też nie był pewien.
Artysta malarz Kalinowski załatwił mi pracę w ZNTK na wakacje. Kiedy prowadził mnie po kładce nad torami kolejowymi, pod którą lokomotywy puszczały gęste kłęby czarnego dymu, już z daleka blaszane głośniki zawieszone wysoko na słupach ryczały skoczną pieśń. Czułem się prawie tak samo jakbym czytał opowiadania Tadeusza Borowskiego. Kiedy przekroczyłem bramę, zastałem za nią świat czarnych smarowozów ludzkich. To była Nowosądecka Apokalipsa.
Uczyłem się w szkole "za elektryka" więc zaprowadzono mnie na warsztat i przedstawiono "Dziadkowi" – temu samemu z Doliny Śmierci. Jakże mi się podobała jego niebieska kropka pod okiem i długie farbowane na blond włosy. Jeździł on wózkiem "Elką" i woził ciężkie akumulatory na złom. Miałem mu pomagać w tym, co było dla mnie dobrym wprowadzeniem do fachu. Na kupę rzucać mieliśmy na trzy, ale „Dziadek” miał problemy z wymową, także latałem w powietrzu niczym Gierman Titow w kosmosie przyłączony do akumulatora.
W kanciapie elektryków zobaczyłem też tyle zdjęć rozebranych kobiet przyklejonych do ścian, że się mi zdawało, iż coś w tym życiu przeoczyłem, albo czytałem nie te książki.
Wysłano mnie też zrazu do magazynu po "kilowaty". Wypisali fakturę i kazali iść. Poszedłem gdzie wskazano, a tam bezzębny chłop z Trzetrzewiny, który przyszedł do pracy aby odpocząć, pyta się kto mnie przysłał, więc mu powiedziałem, że Arystarch z Samos. Odpowiedział, że nie zna takiego, i że się "kilowaty" skończyły. Miał tylko dwukilowe worki. Podziękowałem i dalej chodziłem razem z ekipą do inwentaryzacji, która szukała po całym zakładzie dwóch spalinowych lokomotyw od trzech tygodni.
Przypisano mnie w końcu do ślusarni, abym chłopu z Ptaszkowej drzwi do obory wyfasował. Wziąłem się ostro do roboty i wyspawałem ramę dla oskalpowanych Bladych Twarzy zamiast futryny. Całe ZNTK zleciało się, by podziwiać mój kunszt techniczny. Śmiechom i poklepywaniom nie było końca. Pan Zbynio zabrał framugę do domu na Podhalańską, by oprawić swój lot "Kukuruźnikiem nad kukułczym gniazdem".
Pociągnąłem pewnie zbyt mocno drzwiami w roku 2002, bo się tyle wspomnień posypało. Dzisiaj już nikt w moim miasteczku nie maluje niebieskich artefaksów ZIP-u. Ani na ścianach, ani na kaskadach Kamienicy, ani na miejskiej ubikacji z babcią klozetową (tak, tak, postęp w dawnym galicyjskim cyrkule jest dziś wielki), ani nawet na Ratuszu. Loża ZIP się postarzała, ale pamiętała moją młodzieńczą fascynację, bo mnie w piękną teczkę ze stu kieszeniami na drogę do Kanady wyposażyła.
Kiedy leciałem nad Islandią i przypominałem sobie pana Zbynia, "Dziadka", "Płaskiego", "Jędrka", Dolinę Śmierci, krzyki ściskanych sąsiadów i biegunkę PZPR z lotu ptaka, nagle dał się słyszeć uporczywy, alarmujący dźwięk. Pół samolotu nerwowo oglądało się wokół, stewardesy biegały po pokładzie wystraszone. A ja wiedziałem komu mogliśmy zawdzięczać cały ten horror. Włożyłem rękę do przepastnej kieszeni teczki, z której wyciągnąłem dźwięczące nastojaszczie czasy "Sputnik". Na jednej stronie starego budzika widniał napis: Sdiełano w CCCP, a na drugiej: ZIP – czuwa!
* * *
KRAKELURA TRZECIA – Grudzień 2002
Patefon
Libiamo, Libiamo, wciąż dźwięczy w moich uszach Traviatta wśpiewana, czy raczej wtopiona, w ebonitową płytę na 77 obrotów, gdzieś na ulicy Podhalańskiej w galicyjskim Neu Sandecz piętnaście lat po Drugiej Apokalipsie. Stalowa igła patefonu przedzierała się przez gęstwinę spiralnych dźwięków, niczym mój ojciec z Kałasznikowem przez wojenne transzeje życia i śmierci. Stal karabinowej muszki wybierającej nuty z płytkich rowów terkotała: Ech taczanka Rostowianka, twoja piękność oczy rwie, Konnej Armii tyś kochanka, cztery wichry koła twe. Tak też śpiewał mój ojciec wraz z kominiarzem Hryniukiem, kiedy ten kończył bożonarodzeniową wizytę na dachu naszej kamienicy. Potężne barytony chwytały się pod boki i ciągnęły do ostateczności pieśń, która płonęła tęsknotą, pękała mrozem, pędziła odległym stepem. Oczy mistrzów zachodziły mgłą, jaką można było zobaczyć tylko w wierszach Jesienina. Stawali w dwóch przeciwległych kątach naszej sypialni i urządzali bitwę na głosy – kto wyżej, dłużej, rzewniej. Aż zawodzenie kończyło dzieło, które wspominało wszystkie poległe tenory w wojennym teatrze z librettem Mesjasza. (A gdzież on to się wtedy podziewał?)Dołączałem do moich rozgrzanych muzycznym pojedynkiem barytonów, jak też i do Enrico Caruzo na szaleńczo wirującej płycie, śpiewając po swojemu Liliano, Liliano. Przekręcałem słowa i płyty dość bezwiednie, bo wciąż jodłowałem chłopięcym sopranem. Kiedy dochodziliśmy, a właściwie dokręcaliśmy się do La donna mobile qual piuma al vento, wtedy mój ojciec cichutko, na ucho, tłumaczył mi, że "kobieta zmienną jest, niczym piórko na wietrze." Spoglądałem tedy na moją ogromną, stukilową babkę i nie mogłem pojąć o czym to prawił mój muzyczny Maestro. Tylko kominiarz Hryniuk uśmiechał się znacząco. Pewnie znał tajemnicę kwiatków i motyli na łąkach, bo przecież z sądeckiego dachu wszystko było widać lepiej.
Nasz patefon kręcił się ze zmienną szybkością. Potrafił mniej szaleć na 33 i 1/3 obrotów, wtedy to gwizdaliśmy wraz z Mozartem Marsz Turecki, do którego słowa były zbędne. A kiedy Bułat Okudżawa śpiewał na 45 taktów Dopóki ziemia kręci się, na czarnej twarzy Hryniuka kręciły się łzy, czyniąc ją białą, ku mojej rozpaczy, bo wydawało się mi wtedy, że kominiarz był jedynym Murzynem jakiego miałem w życiu poznać.
Pierwsza wojna, pal ją sześć, to już tyle lat, Druga wojna przeszła gdzieś... A ta Trzecia jak tchórz w drzwiach przekręca klucz i walizki ma spakowane już. Tak kończyli recital dwaj kresowi Caruzo. Jeszcze tylko Kiepura dołączał do nich w operetkowych swingach ebonitowego krążka dokoła wojennej osi.
Po latach, gdy wróciłem z wizytą do Nowego Sącza, postanowiłem odszukać Patefon i przeboje zamilkłe na płytach. Znalazłem małą pocztówkę dźwiękową z Isabelle Aznavoura. Puściłem w ruch wiekowe encefalogrammum, które wyskrzypiało swoją historię chyba po raz ostatni. Przeskakiwanie przez stalową igłę dźwiękowych rowków przypominało mi skoki epok o całe dziesięciolecia Presley'ów, Beatles'ów i polskich gitarowych idoli.
Zapakowałem małą pocztówkę ze zwojami Isabelle i popłynąłem z nią do Kanady. Na równie wiekowym patefonie, który przywieziony był z Edynburga do Toronto przez Szkota MacClousky w 1938 roku – co zostało wygrawerowane na miedzianej tubie – wyczarowaliśmy, razem z moim ormiańskim kolegą Harootem, westchnienia paryskiego barda do ukochanej kobiety. Zaraz po "francuskim" koncercie, Haroot oświadczył mi, że Charles Aznavour jest Ormianinem, jak on sam. Zmienił nazwisko by wyśpiewać Isabelle dla całego świata.
I jakiż to wstyd dowiedzieć się, że o półtora milionie bestialsko zamordowanych przez Turków Ormian na początku XX wieku, nikt nie chce pamiętać! Czasem dobrze jest trafić na stary Patefon. Byleby tylko nie przeskakiwał ważnych refrenów.
* * *
KRAKELURA CZWARTA – Grudzień 2002
Grudniowe opowieści
Na miasteczkowych dachach mojego cesarsko królewskiego cyrkułu Neu Sandecz, po dziś dzień widać cień Kominiarza Hryniuka – Łemko przepędzonego z nieodległej Szczawnicy, by ceperskie kominy poprzetykał w sądeckim grodzie.
- Inferno
Wielkie to isskustwo zacz było, skoro pan Truboczist, jak go zwał mój dziad z Tork, miał na sobie czarną sadzę nie mniej historyczną niż makrelowa sadź na dachu Ratusza miejskiego z Horologium Lodovico, co to na Anioł Pański o północy biło. A cała zagadka (prawie schizma) kryła się w tęsknocie zegarmistrza do słonecznej Italii. Tam był inny wymiar – starożytny.
Zaglądałem w miasteczkowe kominy, wraz z Maestro Hryniukiem, porą zimową, gdy płomienie Szeolu dopalały się w Rdziostowie, miejscu kaźni sądeckich Chasydów. I kiedy wpuszczał mój Łemko swą żelazną kulę w czeluści piekielne, by dostarczyć powietrza zatkanym duszom, dawał się słyszeć lament, wielki lament. "To Kadysz" – tak mówił pan Kominiarz.
Shlomo Zalman recytujący modlitwy nad nagrobkiem ostatniego sądeckiego Rava,
Rabina Mordechaia Zev Halberstama,
pochowanego wraz z 10 000 innych męczenników w wiosce pod Tarnowem.
(Shlomo Zalman Lehrer and Leizer Strassman: The Vanished City of Tsanz, Targum/Feldheim)
Nie pytałem się go o znaczenie usłyszanych słów, ale podświadomie wiedziałem, że to musiało być straszne, niczym stanie na stromym dachu sądeckiej kamienicy, podczas gdy wiatr nawiewał w oczy dym, sadzę, iskry i zapach buczynowych brewion trawionych czerwonym płomieniem. Wysoki komin musiał mieć cug, by mieszkańcy miasteczka mogli głęboko oddychać i ogrzewać się przy swoich kaflowych piecach.W jednym z kominów widać było rzekę Styks. Tak mi mówił i pokazywał pan Hryniuk. Oczekiwałem błękitnej wody na samym dnie, a tu tylko sam szum dawał się słyszeć. W łódce, którą prowadził przewoźnik Charon siedział aptekarz Jarosz, którego zabili Niemcy. A serce miał on wielkie. Upominał ludzi, by się z chasydzkiego nieszczęścia nie naigrywano.
W kominach tylko pewnie Hryniuk mógł coś zobaczyć. Ile razy pytałem się go jak on to robi, to zawsze mi mówił, że to tajemnica. I, że jak się ma długi język, to można za to zapłacić srogo, ot choćby tak jak jego łemkowski Jezus w cerkwi, któremu poduszkę spod nóg juhasi wyrwali. Lub tak jak osiemnaście tysięcy Chasydów z sądeckiego getta, których wymordowano w Bełżcu albo rozstrzelano w Rdziostowie. Nic z tego wtedy nie mogłem pojąć. Wyjaśnienia ojca, że Chasydzi to zwykli Żydzi, też nie rozwiały ciemnych dymów nad moim kominem.
Stropkover Rav, Rabbi Avraham Shalom Halberstam z Nowego Sącza z uczniami.
(Shlomo Zalman Lehrer and Leizer Strassman: The Vanished City of Tsanz, Targum/Feldheim)
Zatem przysłuchiwałem się melodiom płynącym z wnętrz okopconych trzewii. Był tam lament maltretowanych kobiet, płacz pobitych dzieci, dziki wrzask pijanych ojców. I tyle rąk wyciągało się do mnie, a przecież ja nie mogłem nic uczynić. Czyż posiadłem wiedzę kominiarską, aby pomóc komukolwiek? Czyż dostałem zaczarowaną kulę przebijającą czarną sadzę nieszczęść, szczotkę skrobiącą zakrzepłą krew niewinnych, łańcuch do wyciągniętych rąk, drabinę do nieba? Nie! Nie miałem nic, prócz umiejętności chodzenia po stromym dachu mojego dzieciństwa, po którym ześlizgiwałem się wielokrotnie. Tylko ręka silnego Łemko powstrzymywała mnie za każdym razem, bym nie runął w przepaść, niczym trędowate dziecko w Sparcie pchnięte ze skały w głębiny Egejskiego morza.W jednym z kominów na Radzieckiej słyszałem murmur różańca modlącej się kobiety i zgrzyt klucza. To brat pobożnej niewiasty wkradał się do "alkowy" córki swojej siostrzenicy – sześćdziesięcioletni kawaler bez jednego żebra. Ale, ale, czy aby on nie pomylił drzwi? Otóż nie! Płakałem na kominie, gdy słyszałem rozpacz gwałconej dziewczynki. Zaglądałem głęboko w dymiącą duszę, bo tylko to potrafiłem uczynić.
Siedząc wysoko na sądeckim kominie można było zastanawiać się nad prawami grawitacji, awiacji czy też biblijnych Abrahamowych dyslokacji. Można też było podać rękę Bogu, bo dokoła gęsto było od wież: kolegiaty, kościółka kolejowego, ludowej kaplicy, a nawet synagogi, którą można było zoczyć w dzień bez mgły, ale to zdarzało się raczej rzadko. Lecz ja wspinałem się na dachy, by zaglądać do sądeckiego Hadesu poprzez pępowinę cugu. No i podążałem śladami Hryniuka, który wędrował dachami niedostępnymi kniaziowym grażdanom, jak zwał moich współplemieńców sądecki Kominiarz.
Przyszedł jednak dzień, że zostałem sam. Kominiarz Hryniuk wybrał anielskie gonta na boskich wierzejach i zaczął czyścić kominy Niebieskie. A tych w mieście nie widziałem. Tylko skrzypka na dachu mi było brak.
Nie wspominałem nic o matematyce na wirsyckach mojego miasteczka. Nie zastanawiałem się nad nią, aż do momentu kiedy pod nasz dach, opuszczony przez Maestro Kominiarza, wszedł bezzębny, zatabaczony profesor Kosiba. Opuściłem na dobre dantejskie wyżyny, by przepaść w gęstwinie liczb, hipotez, niedokończonych dowodów, chybionych rozwiązań. Obłoki papierosowego dymu rozchodziły się w moim mieszkaniu ponad równaniami, które nie zawsze dawały przejrzystą odpowiedź. Nikt nie pytał się mnie w szkole, dlaczego po pięciu tygodniach nieobecności nie umiałem już nic. Oberwałem w twarz otwartą ręką od nauczyciela, bom był wałkoń, leń i nierób. Taka była też opinia mojego ojca. W końcu sam w nią też musiałem uwierzyć. A o ciężkiej chorobie też szybko zapomniałem.
- Purgatorio
Dla moich principium scientificum przyszła odsiecz w osobie Jego Ekscelencji Bakałarza, który przed II Wojną panienki z dobrych domów nauczał dodawać i odejmować, a nawet i mnożyć. Wielka była siła jego perswazji i tytoniu. Wkręcały się one w moje nozdrza, płuca, trzewia, a nawet w mózg, bo zacząłem rozwiązywać zadania w mig. Dyskusje o Newtona trzech prawach, oniemiały mnie niczym mecze mojej trzecioligowej Sandecji z łódzkim ŁKS-em naszpikowanym reprezentantami Polski w piłce nożnej.
Kiedy zaczęliśmy Gedanke [eksperyment myślowy] z bliźniętami Einsteina w relatywistycznej Szczególnej Teorii Względności, zapragnąłem wsiąść do pociągu bez szyb, bez kół, bez zakrętów, by poczuć mistykę Universum, jak ów ekscentryczny mędrzec i mój nie mniej oryginalny profesor i odjechać daleko poza dachy dzieciństwa. Długo wyjaśniano mi, że akurat jest odwrotnie niż w einsteinowskim świecie, gdzie: Rasa jest oszustwem. Wszystkie współczesne narody to konglomerat wielu etnicznych mieszanek; żadna czysta rasa nie istnieje. Podawano mi przykłady Cyganów, którzy nic nie potrafili w życiu, tylko kraść, lub Murzynów, którzy byli od czarnej roboty. I kiedy wspominano o kolorze skóry człowieka, nie mogłem pojąć tego, że przecież każdy może być jakoś wysmarowany. Ot, jak choćby Maestro Hryniuk, którego białe gałki oczu świeciły mądrze na cały świat. Kiedy poproszony zostałem o następną interpretację maksymy Einsteina dla profesora Kosiby – Każda jednostka jest produktem połączenia dwóch istot. Nie wiem, gdzie i w jakim momencie nowa istota zostaje obdarzona duszą – wtedy już wiedziałem, że inne lepiszcze łączyło w Szczawnicy, jeszcze inne w Nowym Sączu, a już zupełnie inne geny łączyły się w Braniewie, miejscu gdzie się urodziłem.
W matematycznym czyśćcu przebywałem przez pewien okres czasu. Puryfikacja mojego świata juvenalii, naiwności, entuzjazmu następowała w przyspieszonym tempie. Mógłbym powiedzieć, że równie szybko jeździły tylko czerwone autobusy – "zerówki" z dworca PKP do samego Ratusza z Horologium, które już nie biło w żadne dzwony, bo lud przejął władzę i uciszył krnąbrne, italiańskie kołokoły. Bruk z rynku i kocie łby zabetonowano na amen. Dorożki odjechały do lamusa, którego próżno szukać nawet na najlepszej mapie miasteczka. Nastała sielanka ludowa. Taka sama jak w Łącku na święto Kwitnącej Jabłoni, gdzie cała wieś z połową przyjezdnego świata, upijała się rok w rok pędzonym przy księżycu samogonem.
Jakże brakowało mi kominiarza Hryniuka kiedy warty honorowe zmieniały się przy Piecie w Alejach Wolności każdego 22 lipca. Nikt nie był w stanie mi odpowiedzieć czy sądecka matka opłakiwała po równo swoich straconych synów: Polaków i Żydów. Tylko Kominiarz wszystko widział z dachu naszego miasteczka, choć nie był stąd. Płomienie świec rozjarzały też stearynowe niebo na Święto Zmarłych. Kiedy przyglądałem się w te dni sądeckiej matce, widziałem że cała płonie z tęsknoty. A przecież matka nie myli się nigdy!
Wszystkie sądeckie cymelia przebijała konfietowa oficynka Dudzikowej, na rogu Grodzkiej i Królowej Jadwigi. Chodziło się tam na każdej przerwie szkolnej, zaraz po tym gdy mosiężny dzwonek woźnego Józefa oznajmiał, że czas na wyprawę do słodkiego raju.
- Paradiso
Przepadały w anyżowym zapachu wszystkie problemy Kominiarza Hryniuka, Bakałarza Kosiby i wszystkich tych, którzy zaprzątali sobie głowę abyśmy nie zdziczeli, wrzeszcząc na nas ile sił w gardłach, lejąc liniałem po łapach, czy otwartą ręką po twarzy. Nawet kapkowanie "zośką" – kawałkiem ołowiu z wełnianym pomponem – nie było w stanie zatrzymać naszego pędu do sądeckiego fructum panopticum.
W zimie poprzedzała wejście do Dudzikowej Wielka Ślizgawka na Kocich Plantach. Tekturowe tornistry jednakże długo nie mogły wytrzymać szalonej sanny. Rozwiązane i nierozwiązane zadania w zeszytach zlewały się w jeden wielki kleks, który koledzy nazywali "żydem". (Kiedy spytałem się ich dlaczego tak mówią, zaczęli za mną też wołać Żyd. A ja przecież kleksa nie przypominałem). Zelówki butów iskrzyły i topniały w oczach, ubrania nasiąkały śniegiem i wodą szybciej niż piasek deszczem na pustyni. Uśmiechy nie znikały z żadnej buzi, nawet tej zmarzniętej na kość.
Mollowy dźwięk dzwonka nad drzwiami rozpędzał gnuśną, aczkolwiek gęstą od słodkich kadzideł, atmosferę sklepu prawie kolonialnego. Otwarte worki, w połowie zapełnione orzechami laskowymi, jeden worek z włoskimi klejnotami, które w pazłotka się na choinkę ubierało, stały spokojnie pobudzając naszą skołataną wyobraźnię. Ze szklanej gabloty, na której stały wysokie Napoleonki w fioletowej gali, dobywał się karmelkowy zawrót głowy z budyniowych kremówek. Wystarczył jeden automatyczny ruch ręką tęgiej sklepowej, która raz po raz błyskała rzędem złotych zębów, by odjechały szklane drzwiczki a na paterowej pacce pojawiła się płaska, złotawa, krucha kremówka za dwa złote. Rozmiary pani Dudzikowej nie pasowały do wąskich półek, małej lady i świecącej mosiężnymi szalkami wagi. Cacko to (Made in England) błyszczało niczym oczy Hryniuka, maksymy Einsteina i błyskawiczny szach-mat Bakałarza Kosiby, który ogrywał mnie w szachy, bo inaczej nie wypadało.
Na szalki spływały kolorowe landrynki, jak bukiet wiosennych kaczeńców zrywanych przy Żeglarce. Zielona mięta pachniała najbardziej, przebijała nawet anyż, blok i chałwę na wagę. Marmurkowa treść sezamowych wypieków dodawała także wypieków na twarzy. Kukułki u Dudzikowej kukały sonatę sweet-moll, a chłopcy z Podhalańskiej twierdzili, że alkohol był w każdym jajeczku, po to by nas znów tam przyciągnąć. Wybuchła ornitologiczna afera i nie wolno nam było tam chodzić po cukierki. A prawdziwe "Kukułki" zawsze robione były z odrobiną rumu, dlatego pewnie tak smakowały.
Białe prążki na wpadających do mosiężnych miseczek brązowych pigułkach z podrzuconych gniazd, kluły się na wadze i pękały w ustach. Ześlizgujące się odważniki, cisza kiedy dzióbki wagi mijały się z sobą raz po raz i aluminiowa chochelka, w której kryły się następne cukierki, nadawały temu momentowi wielkiej wagi dużej powagi. Jakimżeż szczęściem było, kiedy na złotą szalkę zlatywały jeszcze dwie dodatkowe "Kukułki". Z landrynkami było podobnie. I było to pewnie Misterium Dei, że zawsze pani Dudzikowa dodawała dwie landrynki lub trzy irysy.
Świat lizaków, strucli, grylażowych raczków, zwykłych i maślanych bułek nieodłącznie towarzyszył mi w drodze do szkoły. Potrafiłem się spóźniać bo nos wlepiałem w wystawę, na której leżały gumy do żucia – balonówki, amerykańskie z Donaldem i oranżada od Budacza w kahlach z porcelanowym korkiem i drucianym zapięciem. Ktoś powiedział, że napój pochodził z bajki Tysiąca i jednej nocy. Ja czytałem wówczas bajki Sienkiewicza, Mickiewicza, Dumas’a, więc do dzisiaj nie wiem czy tak rzeczywiście było.
Na kremówki zapraszał nas często nasz malarz Kalinowski. Razem z jego byłą żoną i jej nowym mężem, Łemko z Krynicy. Imponowały mi jego piękne wąsy. Marzyłem o tym, że jak będę starszy to też takie zapuszczę. A przy Dudzikowej był cyrulik, u którego kręcił, tapirował, podstrzygał swój artystyczny image malarz z mojego miasteczka. I cóż mądrego mogłem powiedzieć mojemu ojcu, który gonił mnie do fryzjera raz w miesiącu, kiedy na świecie chłopcom zaczynały rosnąć coraz dłuższe włosy a la The Beatles. Na patefonowej płycie na 33 i 1/3 obrotów wygrywałem Twist and shout tak głośno, że słychać mnie było w odległych Pieninach na Czerteziku, który zapewne dziwował się tym szalonym dźwiękom na elektrycznych basetlach.
Cała sielanka z wąsami i Dudzikową prysła niczym krucha bombka na świątecznej choince, którą nasz Filemon trzepnął łapką, bo mu się tak spodobała. Następstwem czego był pożar, gdyż świece zaczęły podpalać drzewko. Szczęściem w tę wigilijną noc nawiedzał nas Maestro Hryniuk z corocznymi życzeniami. Jednak co Kominiarz to Kominiarz, bo pożar ugaszono na czas.
Na wigilijnym stole czekało na zmęczonego piechura jedno dodatkowe nakrycie.
* * *
KRAKELURA PIĄTA – Styczeń 2003
Sądecki cudak
Zupę można jadać z wielu talerzy. Sądecki Cudak – Stasiu Haliniak, miał na to swój bardzo oryginalny sposób. Wchodził do miejscowej restauracji, co to cesarza Franciszka Józefa jeszcze pamiętała, i wkładał palce do pierwszego lepszego talerza, pytając zarazem o jakość jarskiego dania. Zaskoczony gość w barze, jak niepyszny wynosił się z reprezentacyjnej jadłodajni, a Stasiu kończył ucztę. W moim talerzu sądecki artysta też maczał palce, tyle że mój ojciec kupował mu zawsze dodatkową miskę strawy, którą on siorbał szybciej niż bezdomny kundel.
- 1
Nikt w miasteczku nie wiedział skąd przybył ten człowiek i jak się nazywał. Nikt też nie wiedział, gdzie mieszkał. Przypominał on wielce Epifaniusza Drowniaka z Krynicy, którego Nikiforem ludzie później nazwali. Łemko Drowniak miał genialny zmysł kolorystyczny, podczas gdy Stasiu był gawędziarzem. A opowiadał rzeczy niebywałe. Wystarczyło tylko poczekać aż dokończy talerz zalewajki.
Zawsze swoją opowieść zaczynał w Rdziostowie. Wiosce, która kucnęła tuż obok Nowego Sącza na tyle cicho, że można tu było wymordować całe osiemnaście tysięcy Żydów z miasteczka. Cichutko na palcach zbliżał się do brzozowego zagajnika, oglądając się setki razy za siebie, tak jakby go ktoś śledził. Stąpałem lękliwie za moim Mistrzem, a serce mi biło jak parowy młot w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w 1964 roku. Siadaliśmy na leśnej ściółce, którą on zwał sucholeszczą, i przysłuchiwaliśmy się nieznanym odgłosom. Stasiu mówił, że to była Sichertheit Dienst (policja porządkowa), która przyganiała tutaj kolejnych sądeckich Chasydów, by ich rozstrzeliwać i spychać do rowu z wapnem.
Kiedyś przy talerzu ogórkowej – mojej ulubionej – Staś opowiadał jak to w dalekim Singapurze i w Hong Kongu dotrzymywano największych tajemnic. Był to zupełnie niezwykły sposób, miałem się o tym przekonać po kilku talerzach czerwonego barszczu, ziemniaczanej i pomidorowej – tej zaś nie znosiłem i czekałem z niecierpliwością na brudny paluch cichego świadka sądeckiego misterium.
W brzozowym zagajniku robiło się coraz ciemniej i straszniej. Odgłos ratuszowego horologium odbijał się między konarami stalowym dźwiękiem, tak jakby ktoś repetował mauzery. Słońce nicowało się na swoją zachodnią stronę, a tętent koni zdawał się poruszać całą ziemią. Widziałem jak Staś stał przy drzewie i coś tam manipulował. Kawałki mchu latały w powietrzu. Mój przewodnik przykładał ucho do pnia brzozy i nasłuchiwał. To właśnie była tajemnica Dalekiego Wschodu. Można jej było tknąć tylko o zachodzie słońca i tylko w obecności Kloszarda. Zbyt wiele dybuków czaiło się zaroślach, a każdy z nich był srogi i miał wyłupiaste oczy.
Kiedyś w pień drzewa wkładał swoją tajemnicę Stasiu Haliniak. Szeptał w niego skargi: o tym jak Niemcy przywiązali do końskiego ogona niedorozwiniętego Joszke Torema i ciągali go po całym rynku, nawet wtedy, gdy garbaty Chasyd już dawno wyzionął ducha. Skarżył też, że SS zimnym marcowym porankiem wypędziło wszystkich męskich potomków Starozakonnych na sam środek Rynku i kazało im modlić się na głos. Ujeżdżali Żydzi siebie nawzajem na rozkaz ubawionych Niemców i ku wielkiej radości miasteczkowej tłuszczy. Każdy mógł sobie upatrzyć dostojnego Chasyda i zażądać od niego kapoty. Niemcy pilnowali, aby się Żydzi przypadkiem nie próbowali wykręcać od tego obowiązku. Kilka żywicznych słoi wstecz w brzozowym pniu przed Holokaustem, można było odkryć tajemnicę aptekarza Jarosza, który swych mieszczan nawoływał do rozsądku. Nikt go jednak nie chciał słuchać, bo i po co. Czyż podczas wojny, zabawić się nie było wolno?
![]()
![]()
Żydzi zmuszeni to śpiewania i tańczenia na Rynku w Nowym Sączu.
(Shlomo Zalman Lehrer and Leizer Strassman: The Vanished City of Tsanz, Targum/Feldheim)
Jeden z rocznych słoi brzozowego pnia zesechł na wiór, gdy przyjął tajemnicę uczniaka z jesziwy. Niemcy zalali młodzieńca wrzącą żelatyną, polewając go warstwa za warstwą, niczym centryczne narośla brzeziny oblewające jądro pnia wiosna za wiosną.W rdziostowskim lesie gałęzie rozdzierały powietrze, a mocarny halny grzmiał co roku z wiosną bolesną tajemnicę Jeruszalaim. Tylko Kloszard wiedział o niej, tylko on ją przechowywał, tylko on ją skrzętnie ukrywał przed oczami złośliwych.
Siedzieliśmy cicho pod konarami zestarzałych drzew czekając na wyjście z pnia losów wszystkich pomordowanych. Myślałem, że tajemnica egzotycznego Wschodu ożywi Joszke, którego chciałem poznać. Patrzyłem na Stasia, którego garb wydał się mi być jakiś znajomy. Oczy Biedaka uciekały daleko od moich i wskazywały na pień drzewa. Zatkałem tajemniczą dziuplę wiechciem mojej przysięgi i odszedłem daleko od zagajnika, tak daleko, że musiałem przepłynąć Atlantyk.
Spacerowałem z córką po torontońskim parku Elora Gorge, tuż przy wielkim młynie, którego koło wodne spoczęło w sadzawce na emeryturze. Silny styczniowy mróz poganiał nas, więc wpadliśmy do restauracji w Młynie. Moja córka zapytała mnie, dlaczego zaglądałem w każdą dziuplę Elorskiego drzewa. Powiedziałem jej, że to moja wielka tajemnica z Dalekiego Wschodu. Ale zanim zacząłem opowieść o Stasiu Haliniaku, opowiedziałem jej o lesie kanadyjskiego barda uczulonego na drzewną poetykę:
- 2
Alfred Purdy
PieńTo są moje dzieci
a tamte to moje wnuki
one mają zielone włosy
i są jak konar z mojego konara
kiedy przychodzi deszcz piją z nieba
jestem ich ojcem i dziadem
jestem ich przeszłością
ich pamięć jest moim tysiącem lat
wiosennego zakwitania i oczekiwania na nich
Czterysta cieniutkich słoi wstecz
liczonych w moim ciele
rozpętał się ogromny pożar
dotknął mnie i świeciłem jak pochodnia
błękitnym ogniem z nieba
które było tak blisko
a ja syczałem i mdlałem
zanim przyszedł deszcz
Trzysta pięćdziesiąt słoi wstecz
nie było żadnych opadów deszczu
poprzez wiele wegetacyjnych lat
w końcu kiedy spadły
słyszałem jak cały las rozmawiał
Tak bardzo dawno temu
że trudno zapamiętać
zwierzęta z długimi szyjami zjadały mnie
natomiast inne z długimi szczękami pożerały je
wszyscy zjadali wszystkich
i zastanawiałem się czy życie to tylko zjadanie
Później przyleciały ptaki
ale jakieś takie dziwne pterodaktyle
z ogromnymi włochatymi skrzydłami
bijącymi i łamiącymi moje gałęzie
one także zmieniły się w drobniutkie niebieskie
pomarańczowe zielone i złote
małe słoneczka śpiące w mojej koronie
Pamiętam to jak sen
kiedy wszyscy śniliśmy
tak jakbym był starą powtarzaną historią
raz mi powiedzianą a ja mam ją dalej przekazywać
A teraz moje malutkie zielone drzewa
mądrze rosną w równych rzędach
część ich kocha cień inna część słońce
jeszcze inne są powykręcane
ale wyprostują się trzeba dać im trochę czasu
jedno z nich rośnie dużo wolniej
a ja mam słabość do niego
Tamte małe są zupełnie inne
ich zielone włosy błyszczą
podnoszą swoje ciała wysoko w świetle
pochylają się w deszczu i poruszają unisono
do zagubionego – zapamiętanego miejsca
z którego przyszliśmy jak pytanie
jak pytanie i odpowiedź
których nie pamięta teraz nikt
nikt nie może pamiętać...
(tłumaczył z angielskiego Waldemar Kontewicz)
Odgarnąłem śnieg z kilku drzew, wyrzuciłem z dziupli mech i odkorkowałem słowa, które zamknięte były jak wiosenny sok w klonowym pniu. Wybuchnął on niecierpliwą fontanną zakrzepłą od półwiecza do samych korzeni. Mój Kloszard z Grodzkiej i Jagiellońskiej przekazał mi klucz do tajemnicy, a właściwie sęk, który trzeba było przełamać. Usunąłem go delikatnie, by moja dwudziestoletnia córka mogła w końcu zobaczyć, że miasto jej ojca – Nowy Sącz – przez wieki modliło się nie tylko u Św. Małgorzaty, ale również w bożnicy.Piegowata kelnerka zaciągająca szkockim akcentem, zapytała nas czy podać trochę jantarowej żywicy. Poprosiliśmy o naleśniki z kanadyjskim syropem z klonu, które koniecznie trzeba jeść palcami, polewać cieniutko sokiem z drzewa, warstwa, za warstwą i połykać, tak by móc delektować się smakiem tego kanadyjskiego złota.
Dosiadł się do nas tutejszy Kloszard, któremu zaproponowaliśmy podwójny talerz soczewicy i naleśników. Zapewnił nas, że ma wielką tajemnicę do przekazania. Ale najpierw musiał sobie podjeść. Nietrudno było zauważyć, że był garbaty. Poprosiliśmy Cathy z Edynburga o piwo z Québec, które moc miało wielką. Popijając ciemny porter milczeliśmy sobie, aż w końcu najedzony gość raczył się odezwać po dwukrotnym beknięciu, co nie zraziło tutejszych gości. Swoją opowieść zaczął od tego, że Ormianie w Turcji zostawili tajemnicę kamieniom na drogach. Każdy granit, każdy piaskowiec, piryt czy marmur widział jak ciężkie maczety, nahajki, sękate kije tureckie spadały na głowy starców, matek i dzieci. Otomańskie Kamienie spijały ormiańską krew tak długo, że do dziś są czerwone niczym Wyspa Księcia Edwarda w Kanadzie, gdzie nawet warkocze Ani mają rudy kolor. Teraz trzeba tajemnicę szkarłatnych skamielin jakoś odkryć. Należy się schylić i zapytać, czyje to kości wystają spod granitów i piaskowców. To nie jest takie trudne.
Moja córka przypatrywała się z zaciekawieniem mimice starca. Widać było że myślała intensywnie. I kiedy garbaty Kloszard odszedł, zapytała się mnie o tajemnicę Joszke. Moja długa opowieść o chasydzkim kalece spowodowała to, że moja córka wybiegła za Elorskim Biedakiem na mróz, by mu coś przekazać. Jednakże nikogo nie było już na dworze. Wiał silny wiatr, tak że zatykało piersi. A mnie się wydawało, że słyszę tętent koni na kocich łbach przed Młynem w Elora Gorge i przed sądeckim Ratuszem.
* * *
KRAKELURA SZÓSTA – Wrzesień 2001
Scholares Sandecensis
Syceniem piwa w XVIII wieku w Nowym Sączu zajmowali się "Panowie Szynkarze". Pędzono również vinum crematum, czyli po cepersku bimber. Podczas spisu magistrackiego w 1714 roku doliczono się kilkudziesięciu propinatorów – zarówno Żydów jak i Chrześcijan, kilku półwarków piwa (jeden półwark to dziewięć beczek), jak też dwunastu wierteli zboża przedniego. Nakazywano piwowarom warzyć tylko przednie piwo, którego garniec kosztował pięć groszy bez dwóch szelągów. Pewnie bez tych dwóch, które zaczął prywatnie bić zdesperowany kowal Kasper usunięty z cechu za pijaństwo.Frachtem dóbr wszelakich zajmowali się flisacy z Nowej Sandeczy. Ładowali piwo, wino, miód na płytwy, frukty, sery i mięsiwo na plety, a drzewo na glenie. Dunajcem spływali do Wisły, później do Gdańska, pruskiej Hanzy z czasem nawet aż do St. Lawrence – świętej rzeki (a jakże!), o którą opiera się prowincja Québec.
Gdy jedna z tratw trochę zhalsowała na południe okazało się, że zatrzymała się dopiero w Nowej Anglii, gdzie piątego marca 1770 roku zginął Crispus Attucs w walce z angielskim najeźdźcą o niepodległość Ameryki. Kiedy w Bostonie stałem na cmentarzu nad grobowcem Crispusa, nikt nie był mi w stanie powiedzieć kim był ten amerykański patriota. Część ludzi twierdziła, że Murzynem, inni natomiast upierali się, że Indianinem ze szczepu Algonquin.
Tak jak Les Benedictes Miones z Saint Benoît du Lac nad szeroką rzeką St. Lawrence w Québec śpiewali gregoriańskie Alleluia, Veni Sancte Spiritus, tak też i sądeccy żacy w kolegiacie nad kapryśnym Dunajcem od przeszło trzech wieków uczyli się gregoriańskich interwałów Gloria in excelsis Deo.
W grodzkiej księdze rachunkowej z XVII wieku wyczytać można wydatki rajców miejskich na ówczesnego bakałarza: sto cegieł, małdrat kamieni, tysiąc pięćset gontów wartości 30 zł i 12 gr. Co można traktować jako początki murowanej Alma Mater Sandecensis i jej Scholares.
Biskup Radziwiłł w swoich polustracyjnych nakazach edukacyjnych zalecał rajcom takie oto dictum: "Należy komory dla żaków budować, bo nie godzi się by mieszkali oni w gospodach i kościelnego moresu nie przestrzegali." Ksiądz kardynał dokładnie wiedział o tym, jak uczniowie podczas śródpostu do nowosądeckiej gospody wkroczyli ze śpiewem, do którego zachęcał ich mieszczanin Wyrzykowski.
Piękna i długa jest też lista lektur zalecanych żakom przez Eminencję biskupa: Listy św. Pawła, wiersze moralne Katona, Sokratesa, dzieła Cycerona, Ezopa, Seneki, Owidiusza Epistolae ex Ponto, Wergiliego Bukoliki i Georgiki. Do nauki łacińskiej gramatyki nakazano używać podręcznika Korneliusza z Utrechtu.
Po trzystu latach zmienił się i kardynał i budynek szkolny przy kolegiacie i sam bakałarz, nie mówiąc już o lekturach. Cycero z Owidiuszem poszli na emeryturę, a zastąpili ich Mickiewicz i polska literacka spółka. Powstało w Nowym Sączu dwadzieścia jeden szkół elementarnych dwa gimnazja i sieć szkół technicznych, do których specjalnego nabożeństwa nie wykazywałem nigdy, dlatego pewnie jedną z nich ukończyłem.
Moim pierwszym bakałarzem i rektorem zarazem był starszy człowiek, który żył pewnie przez pomyłkę, bo wyglądał jak odkopana mumia egipska, którą szalony archeolog zgubił gdzieś po drodze idąc na drugie śniadanie. Matematyki uczył mnie śliniący papierosy niczym lizaki na patyku, bezzębny pan, którego przezywaliśmy "Pietiagoras" z racji jego śpiewnego akcentu lwowskiego. Zaindyczał się on szybko i walił ręką po naszych głowach jak kowal młotem po czerwonych podkowach. Wyzywał nas też dość oryginalnie: "Małpy kolorowe". Nikt też nie potrafił rozwiązać jego standartowego pytania z dwoma pociągami nadjeżdżającym z naprzeciwka. Kiedy wyrwało mi się, że pociągi się walną, jego ciężka piącha wylądowała na mojej głowie, nokautując mnie natychmiast. Później musiałem przepraszać Pietiagorasa przed całą klasą i moim zaambarasowanym ojcem.
Chodząc codziennie do szkoły nieodmiennie mijałem Bar Grodzki, który już z samego rana wypełniony był klientelą próbującą wyrobów wywodzących się od XVIII-wiecznych piwowarów sądeckich. Umiejętność warzelniczą mistrzów od piwa mogłem dokładnie ocenić, gdy wracałem ze szkoły do domu. W barze często siedział, czasem leżał Pietiagoras, który to papierosy ślinił jak lizaki od Dudzikowej po 50 groszy. W niedzielę znów klęczał całą sumę w kolegiacie św. Małgorzaty. W tamtym czasie nie bardzo mogłem sobie poradzić, z tłumaczeniem zjawisk społeczno-obyczajowych otaczającego mnie sądeckiego świata. Widziałem rzeczy w przedziwny sposób sobie zaprzeczające, negujące nawzajem, żenujące w wielu wypadkach. A nawet dramatyczne, tak jak dwa pędzące naprzeciw siebie pociągi Pietiagorasa.
Panorama Rynku w Nowym Sącza
(fot. Romuald Bernacki)
Zabrałem się z sądeckimi flisakami tratwą, na której nie było już fruktów, serów, piwa na drugi koniec świata – do Ameryki. Byłem w Bostonie Benjamina Franklina, Adamsa, Bellowa, słuchałem jak fale Atlantyku opłukują Nową Anglię, która osiedliła się na piarżystym wybrzeżu Massachusetts. Stanąłem przed szkolną tablicą w Toronto, gdzie uczę kanadyjskich żaków prawideł matematycznych. Tłumaczę ile beczek wchodzi na półwark, opisuję sądecką kolegiatę św. Małgorzaty, puszczam chorały gregoriańskie Benedyktyńskich Mnichów z Saint Benoît du Lac zarejestrowane na CD, porównuję Wergiliusza z Szekspirem i Conradem, wyjaśniam jak bito fałszywe monety w grodzie Neo Sandec, zadaję pytanie o nadjeżdżających pociągach, na co otrzymuję nieodmiennie tę samą odpowiedź, że się rozwalą, odpowiadam na pytania związane z "małpą kolorową" i waleniu po łbach, wyjaśniam jak smakował lizak za 50 groszy od Dudzikowej, pomarańcza na Boże Narodzenie, czekolada pod choinką i miliony innych drobnych spraw. Wszystko przy nieodmiennych salwach śmiechu, tuż po porannej modlitwie w Philip Pocock Catholic Secondary School, kanadyjskiej katolickiej szkole średniej, która nosi imię pewnego torontońskiego arcybiskupa.* * *
KRAKELURA SIÓDMA – Styczeń 2003
Podhalańska
Moja ulica długo spała w historii miasteczka, by w końcu wyjechać z zakurzonych inkunabułów i przywitać mnie pod koniec lat pięćdziesiątych na swoim bruku. Ktoś postawił na niej przystanek, na którym stanęła gierojska kamiona wypełniona kresowiakami z Trok, Wilna i Lwowa.Dlaczego Podhalańska – bo tak się zrazu nazywała – a nie na przykład Stalina lub Lenina? Chyba tylko dlatego, że prowadziła na południe i pamiętała cyrkuł Neu Sandecz cesarza Franciszka Józefa. A znając doskonale topografię swojego miasteczka, łatwo skręcała w Zygmuntowską, później w Węgierską, a stamtąd to już wiadomo gdzie: Budapeszt, Wiedeń, Neapol, Grecja i Wenecja.
Podhalańska miała niebieskie jak wartki Dunajec okna, w których wystawałem często by zobaczyć siedemnastowiecznych kramarzy, cyrulików, błoniarzy, miodowników, nożowników (co to ostrzyli noże dla gospodyń!), piwowarów, trębaczy i przekupki. Wychylałem się z okien, by dojrzeć pierwszego sądeckiego okulistę Abrahama, szkockiego kupca Andrewa i włoskiego mistrza ratuszowego horologium – Lodovico. Miała też moja ulica, jak i każda na niej kamienica, swoje bramy i wierzeje, co mieszczan broniły przed zbójcami, Tatarami i morowym powietrzem. Stukała wypełnionymi zbożem chłopskimi wozami na kocich łbach, a nocami sypała iskrami spod stalowych kół furmanki arendarza Icze. Uparł się brodaty patriarcha, że cheder i synagoga powinny być w mieście. Jeździł zatem nocami do starosty Lubomirskiego, by przywilej budowy uzyskać. I nie trzeba nikomu tłumaczyć radości sądeckich Chasydów, gdy dowiedzieli się, że biskup krakowski Kajetan Sołtyk wyraził zgodę na budowę z zastrzeżeniem, aby Żydzi wieczyście, co kwartał, składali do kościoła farnego kamień topionego łoju na światło przed Najświętszym Sakramentem.
Nie starczyło wierzei ni bram na "Osiłka", który wtargnął brutalnie na Podhalańską. Jego imię brzmiało groźnie i szyderczo – Unterstrurmfuhrer Heinrich Haman. Wiedzieli Chasydzi, czego można było się po nim spodziewać. Nie wiedzieli jednak, że prawie wszyscy z nich będą kroczyć Podhalańską do Rdziostowa albo Bełżca, by tam zaskoczyć samego Boga swym nagłym zbiorowym przyjściem. Z osiemnastu tysięcy ostało się tylko kilku: Jakub Müller, Izak Goldfinger, Zalman..., i kto jeszcze? Pewnie tylko niewinnie zabity Joszua wie.
Jakub Müller i Izak Goldfinger,
którzy ocaleli z Holocaustu w Nowym Sączu.
(fot. Jerzy Leśniak)
Moja ulica była nad wyraz zdolną uczennicą. Znała język polski biegle, jidysz używała bez problemu, porozumiewała się po niemiecku, a po białorusku zaciągała jak echo w stepach Karaimów. Chyba potrafiła też po aramejsku. Widziałem jak rozmnażała chleb w piekarni na winnych drożdżach; pachniało "Zakopiańskim", "Bułkowym" – moim ulubionym, pszennym i żytnim. Z Dunajca łowiła całe ławice sandacza i szczupaka,. Uzdrawiała trędowatych w swoim szpitalu, tylko chorych na serce jakoś zawsze gubiła. Chodziła po głębokiej wodzie podczas oberwania chmury bez umoczenia krawężnika. Na końcu ktoś ją jednak brutalnie ukrzyżował gwałcąc córkę siostrzenicy, maltretując matkę...Jeździła moja ulica "Warszawą". Nie miastem, tylko automobilem zapalanym na korbę i pojonym wodą do chłodnicy. Nawet kocie łby pokryto czarną zawiesiną, by "warszawa" mogła jeździć na wieś do cioci, na któreś tam urodziny.
Wyprowadziła się w końcu Podhalańska na Kipling Avenue w Toronto, Ontario. Najęła amerykańskiego jeepa i przepłynęła Trans-Atlantyk. Zabrała ze sobą Miłoszową Eurydykę, schowała skrzętnie Dziady Mickiewicza, przemyciła Dos lidt fun golden land (Piosenkę o złotej krainie) Gebirtiga oraz Nikifora akwarelowe ck kolejowe stacyjki. Przeprowadziła się z Chopinem i Kilarem, Zimermanem i Herbertem, na zawsze.
Teraz na mojej ulicy słychać tylko jeden język: automobilowy. Bo cała Wieża Babel pochowała się w swoich nowoczesnych warszawach. Na szerokich, kanadyjskich arteriach każdy samochód krztusi się inaczej. Po polsku, angielsku, czesku, słowacku, niemiecku, francusku, arabsku po tamilsku i katalońsku... A czy po podhalańsku? Nie wiadomo, w telewizji tego nie widać. Widziałem na Kipling wielu Chasydów, czyżby Podhalańska zmartwychwstała w jidysz?
Moja córka – studentka medycyny – prosi mnie, in English oczywiście, abym podrzucił ją na moją młodzieńczą ulicę. Zatem szybko, szybko, czas skończyć tę opowieść i zdążyć przed zmianą świateł...
PS. Czy tak samo widział z Przestrzeni swoją ulicę w Tel Avivie astronauta Ilan Ramon? Przy świetle księżyca – wymarzoną, wyśnioną, wytęsknioną...
Ziemia z Księżyca.
Rysował czternastoletni Petr Ginz (1928-1944) w Ghetcie w Terezinie,
zamordowany w Auschwitz w roku 1944.
Waldemar Kontewicz
Teksty Waldemara Kontewicza zamieszczone w Zwojach:
- Waldemar Kontewicz: Sadecki Rudymentarz, Zwoje 1/34, 2003
- Waldemar Kontewicz: Pod podłogą / Under the floor, Zwoje 5/33, 2002
- Waldemar Kontewicz: Warmiński Karbonariusz, Zwoje 4/32, 2002
- Waldemar Kontewicz: Żydzi na Północnym Mazowszu, Zwoje 3/31, 2002
- Waldemar Kontewicz: The Jews of Northern Masovia, (in English) Zwoje 3/31, 2002
- Waldemar Kontewicz: Cadyk z Nowego Sącza, Zwoje 2/30, 2002
- Waldemar Kontewicz: Szwedzi na Kurpiach, Zwoje 2/30, 2002
- Waldemar Kontewicz: Chasydzi nad Narwią, Zwoje 3/28, 2001
- Waldemar Kontewicz: Gorzkie żale sąsiadów, Zwoje 2/27, 2001
- Waldemar Kontewicz: Realizm 3 - mazowiecki, Zwoje 2/27, 2001
- Waldemar Kontewicz: Przasnyskie Yizkory, Zwoje 1/26, 2001
- Waldemar Kontewicz: Wiekowi XX na pożegnanie, Zwoje 1/26, 2001
![]()
Copyright © 1997-2003 Zwoje