SADECKI RUDYMENTARZ





WALDEMAR KONTEWICZ


Jadwidze Rogowskiej


Tolerandis Sandecensis

Ba, sluchaj jedno brasie: jadlszy, piwszy hojno
Az do smierci na swiecie uchodziwszy strojno,
Czegos slodko nie dopiel i w korzennej jusze
Nie dojadl, umierajac, legujesz za dusze.
Zostaw tez, kiedy syna nie masz, sukcesorom,
Szpitalom daj, niz ksiezej raczej, niz klasztorom.

Waclaw Potocki z podsadeckiej wsi Losie, 1687.

* * *



KRAKELURA PIERWSZA   –   Luty 2003


Dunajec


                                                                                                 Czyz dmie sie w trabe w miescie,
                                                                                                 a lud nie zadrzy?

                                                                                                 Amos 3, 6-7.


1
Kiedy Czarne splotlo sie z Bialym, wtedy powstalo Zycie. Przekonac sie o tym mozna w Pentateuchu, gdzie Czarna Noc wstawala Bialym Dniem, a Bialy Dzien zapadal w Czarna Noc. I tak bylo przez Dni Siedem. Po tym dramatycznym tygodniu kreacji Ogrodu Eden, wyplynely z niego cztery ciche rzeki: Piszon, Gichon, Chiddekel i Perat. Jednakze rozszalaly sie rajskie wody Potopem, gdy ulepiony z prochu ziemi czlowiek zlekcewazyl przykazania Adonai. W gorach Araratu wyladowala Arka, a rzeki splynely Eufratem i Tygrysem do samego morza. Kain zabil Abla.

Kiedy Czarne splata sie z Bialym, wtedy powstaje rzeka. Przekonac sie o tym mozna w Nowym Targu, gdzie Czarny Dunajec wplywa do Bialego Dunajca, a Bialy do Czarnego. Po tych dwubarwnych dysputach, rwa zaplecione warkocze Dunajca az do samej Wisly, niczym jeden tegi aquawianek wlosow podhalanskiej dziopy. Chociaz jeszcze w Pieninach targa sie Bialo Czarny splot o piargi, skaly i zleby Czertezika, a strzeliste Trzy Korony chca sie upiekszac dunajcowa treska.

Kiedy Biale Gromy Zeusa zadla Czarne Inferno Morskiego Diabla, wtedy powstaje Pieklo. Przekonal sie o tym Dunajec w Nowym Saczu w pierwszej polowie XX wieku. Tratwa z uczniami Adonai rozbijala sie o skaliste brzegi rzeki i fale ryczace glosniej od wampira Draculi. Odleciala Biala Golebica z drewnianej lodki na Czarny szczyt Sokolicy, by ratowac flisakow. Minela burza, uspokoil sie Dunajec, przepadl ptak i kipiel wodna.

Ktos jednak zauwazyl Biala Golebice jak chowala sie w trzewiach Nowego Sacza. Latala tam jelitami sredniowiecznych ulic, bila ratuszowym sercem wielkiego zegara, oddychala plucami spiewnie grajacych organow w farze, chwytala powietrze w gleboka Kotline Sadecka, odcinala sie od pepowiny Popradu, bawila sie dziecinna Kamienica na jej wodospadach, ulatywala wodnym smieciem do zapory w Roznowie, a przede wszystkim obiecywala Adonai fruwac wysoko ponad gorami Beskidu Sadeckiego. Przez trzy dni i trzy noce Bialy Ptak na Czarnym Niebie kreslil matematyczna parabole, ktorej wierzcholek siegal Wrot Niebieskich, a podstawa grzezla w rowach Belzca i Rdziostowa wypelnionych zamordowanymi synami Adonai.

Na samym szczycie geometrycznej figury Rajski Ptak tak oto szeptal swa modlitwe:

Miasto mojej pamieci
Zlozone w grobowcu ciszy.
Na obnazonej do nagiej cegly Scianie Wschodniej,
Gdzie Swieta Arka chlubiaca Zwoje
Uleciala w plomieniach do Niebios,
Stoi sekston w powietrzu wolajac:
Niech wystapi naprzod ten kto oczekuje, ze
Bedzie wspomniany w Modlitwie Pamieci.
Sciany synagogi
Rozciagaja sie do niebosklonu.
Tlumy zapelniaja miejsce szczelnie.
Kilkoro staje sie wieloma,
Wielu przeistacza sie w powodz,
A powodz – w zwoje nazwisk
Siegajacych wiecznosci.
Kantor zaczyna intonowac:
Nie jestem w stanie wymienic was wszystkich.
Kongregacja wtoruje mu:
Wymien mnie! Wymien mnie! Wymien mnie!
Jak spod ziemi
Wylania sie biegnacy chlopiec, zoltodziob
Odziany w szaty kaplanow
Swiatyni Jerozolimskiej.
Uciekajcie! Uciekajcie nocne duchy!
Jutrzenka juz nadchodzi.
Pierwsze promienie slonca
Wlasnie dotknely
Dachow Jerycho.
Uciekajcie i nie wracajcie!
Przeploszone zniknely.
Zasiedzialem sie w ruinach mojej synagogi.
Duchow juz nie ma,
Tylko sagi zagwiacych scian stercza.
Wrota niebios
Ponad glowami zatrzasniete.
Nasze modlitwy leca donikad.
Modle sie tam przed switem.


Abraham Cykiert, Synagoga w ktorej sie modle
(tlumaczyl z angielskiego Waldemar Kontewicz)

Przez trzy dni i trzy noce Czarne sily SS wpychaly osiemnascie tysiecy Bladych ze strachu Chasydow do bydlecych wagonow. Przez trzy dni i trzy noce rozstrzeliwano dzieci, starcow, matki, corki, zdrowych, chorych, niedoleznych, przestraszonych, biednych i bogatych. Przez trzy dni i trzy noce Golebica wznosila sie lotem koszacym, by doniesc Adonai, ze Kain zabija Abla za Ablem. W koncu miasto wyrzucilo ptaka, pozbylo sie go tak samo lekko jak wszystkich Zydow, po ktorych nie pozostala nawet pamiec. Przeciez Kain zabil Abla. Koniec wienczy dzielo. Wpadl Dunajec do Wisly i szumi inna woda.


2
Biala Golebice znalazlem na plazy w Massachusetts niedaleko Bostonu. Dogorywala juz prawie. Miala pozlepiane piora, nie potrafila latac. Pielegnowalem ja razem z moja mlodsza coreczka, ktora jest juz panna dwudziestoletnia. Opowiadalem jej o Dunajcu, Pieninach, Czerteziku, Sokolicy, organach w farze i ratuszowym horologium, ktore mistrz Lodovico z Wloch instalowal. Opowiadalem jej o ocaleniu Jonasza, ogrojcu Eden i Araracie, z ktorego pochodzi moj najlepszy kolega matematyk.

Kiedy odzyla nasza Golebica, postanowilismy ja uwolnic. Obserwowalismy ja dlugo jak wzbijala sie coraz wyzej i wyzej, tak ze moja corka zwatpila w to, czy to byl zwykly ptak. Patrzylismy na zakreslana parabole, na szczycie ktorej Bialy Ptak tak oto zwrocil sie do Adonai:

W waskich uliczkach Getta
Kocie lby
Sa dzieciecym swiatem.
Nikt juz wiecej
Nie pamieta oblych kamieni
Tamtej wiecznosci.

Gdzies w kacie, dawno
Zniszczonego Getta,
Ukrzyzowany
Roni gorejace lzy
Na zimny bruk
I wyspiewuje lament
Glosem Swietej Mszy:
"Uczynili mnie Honorowym Aryjczykiem.
Zamienili cierniowa korone
Na kolczasty drut.
Oddali moje odzienie
Mordercom.
Biada mi."

Tam gdzie ukrzyzowany lamentuje –
Swiat, ktorego nie ma – jest...


[...]

Na ziemi
Drut kolczasty
Z korony ukrzyzowanego
Dzieli dwie wiecznosci.

Poprzez plot z drutu kolczastego
Dwaj mezczyzni rozmawiaja
Bez slow.
Wewnatrz – nastolatek,
Na zewnatrz – septuagenarius,
Ktory wrocil do tego miejsca
By przypomniec, ze tu wlasnie
Mrugnela boska powieka.


Abraham Cykiert, Swiat ktorego nie ma – jest
(tlumaczyl z angielskiego Waldemar Kontewicz)

Kiedy moja corka zapytala mnie, dlaczego Sadecka Pieta trzyma tylko jednego syna w swoich ramionach, nie wiedzialem, co jej odpowiedziec.

Kain zabil Abla.

* * *



KRAKELURA DRUGA   –   Marzec 2002


ZIP



Oni swoje napisy na betonowych kaskadach rzeki Kamienicy nazywali tajemniczo artefaksami. Kazdy wodospad mial te swoje trzy niebieskie artefaksy – ZIP, wymalowane pewna reka. To bylo ladniejsze niz czerwone litery PZPR na kazdym drewnianym plocie miasteczka. Blekit uszlachetnial ZIP, do ktorego dostac sie nie bylo tak prosto. Nikt nie wiedzial czy to byla konfraternia towarzyska, filantropijna, kontemplacyjna, mlodziezowa, czy tez polityczna i ilu miala czlonkow. Nawet Milicja w swojej nazwie i dzialaniu bardzo Obywatelska – z nowa mowa – nie potrafila "operacyjnie znalezc frontu by inwigilowac wichrzycieli porzadku publicznego".

Bardzo chcialem sie do nich zapisac, bo ZIP-owcy czytali inne ksiazki, chodzili czesto na wagary, jezdzili Dolina Smierci na czeskich rowerach "Favoritach" z przerzutkami – to znaczy rozpedzali sie w dol ulica Zygmuntowska (tuz przy hotelu Orbis z piecioma pietrami i pierwsza winda w miasteczku) i przecinali Nawojowska bez zatrzymywania sie. Moj podziw przeszedl w dozgonna admiracje, gdy dowiedzialem sie, ze jeden z nich lupnal w "Syrenke" i do szpitala odwieziono... kierowce samochodu z polamanymi nogami. Samochod do klepania odstawiono do blacharni Bochenskiego, a "Dziadek", jeden z ZIP-owcow, zrobil kilka przysiadow, wyprostowal dwie szprychy w "Favoritce" i pojechal dalej.

Kazdy z nich mial tatuaz na reku i kropke pod okiem, co oznaczalo Doliniarza. Zawsze myslalem, ze zwiazane to bylo z ich romantycznymi wyczynami na Zygmuntowskiej.

Na mojej ulicy Gagarin latal gdzies wysoko w kineskopowej Lampie Alladyna, ktora wysiadala co drugi dzien, a smutny Gomulka na portrecie szkolnym wygladal jak oskalpowana Blada Twarz, ktora Indianie zapomnieli dorznac. Zreszta Cyrankiewicz tez byl lysy, ale przynajmniej sie usmiechal. Na lekcjach polskiego w osmej klasie myslalem o tym, ze kazda grupa ludzi musi miec jakis wspolny artefaks: kolor liter, kropke pod okiem, warczacy stabilizator do czarno bialego Alladyna, albo lysa pale. Moje marzenia zawsze byly przerywane i niezmiennie oskarzano mnie o nieuctwo. A kiedy pytalem sie pani jak Eratostenes obliczyl, ze dookola ziemi zmiesci sie az 252 000 stadionow takich jak Sandecja, to zawsze skarzyla sie ojcu, ze mam glowe zaprzatnieta jakimis bzdurami. A ja myslalem o tym, ile meczy musi rozegrac nasz najlepszy zawodnik w miasteczku Zabecki – lewy lacznik ataku o brylantowej technice pilkarskiej – aby przebiec tyle stadionow.

Ulubiona rozrywka na naszym podworku byla zabawa w podchody. Podchodzilo sie do blokow z betonu, ktore buzowaly zawsze jak pszczeli roj na wiosne i na klatce schodowej wiazalo sie klamki przeciwnych drzwi silnym przedluzaczem od zelazka. Zostawialo sie troche luzu, dzwonilo w dwa dzwonki rownoczesnie (to byl dopiero postep, elektryczieskije kalakoly) i z oddali przygladalo sie akcji szamotania. Tego pewnie mogli by nam pozazdroscic sami PZPR-owcy, gdyby widzieli sasiadow w akcji. Kiedy jeden z lokatorow wychylal glowe, by zobaczyc czemu jego drzwi nie chca sie otwierac do konca, to drugi z nich wlasnie zaczynal ciagnac swoje drzwi i przywiazane drzwi sasiada w druga strone, co powodowalo pewne sciskanie i kwiecistosc jezyka o jakim nie ma mowy nawet w Weselu Wyspianskiego. Zreszta, za te lekture dostalem pale, bom sie uhaczyl bronic Zyda, ktorego krakowskie birbanty "walily po pysku". Blokowe kreatury krzyczaly na siebie niczym moja babka na dziadka: Nu, paszol won!, na co dziadek z czerwona twarza z wscieklosci ryczal: Idi ty w kidryniam babuszki!. Kiedy skofundowany pytalem mojego ulubionego wuja, co oznaczaly te wrzaski, on mowil, ze sa w obcym dla niego jezyku i tez nie wie.

W mojej sadeckiej kamienicy, na ktorej ktos tez namalowal na niebiesko artefaksy ZIP, mieszkal artysta malarz Kalinowski. Mistrz palety z Neu Sandecz – tak nazywano miasteczko za ck Austrii – wielce sobie cenil golubowyje iskusstwo ZIP. Znal niektorych czlonkow Lozy, ktorych szanowal za poczucie honoru i humoru. Nosil dlugie wasy a la Salvadore Dali i malowal dla ZNTK, na temat jaki mu w PZPR dali z pewnej ostroznej dali. Byly to przewaznie hasla na 1 Maja i 22 Lipca, kiedy wszyscy w miasteczku dostawali czerwonej biegunki z niewiadomych powodow, na ktora pani magister farmacji z apteki na Grodzkiej miala jedno lekarstwo: podwojne srodki na zatrzymanie, tabletki od bolu glowy z krzyzykiem, banki na plecy (czasem na gebe) i ewentualnie prawdziwa lewatywa.

Pan Zbynio mial gest i golebie serce. Jego malzonka, malarka skandalistka, zakochala sie w Lemko z Krynicy – znajomym po fachu swojego meza. Poecie pedzla nie pozostalo nic innego jak wydac ukochana zone za maz. Sporo z tym bylo chodzenia i trudu. Bo i szybka nauka bialoruskiego aby podpisac uprawliennyj bumag u popa, swiadkowanie na slubie cywilnym zony, trzymanie zlotej korony nad glowami nowozencow przez trzy godziny w cerkwi, urzadzenie wesela, bo nowozency nigdy bogatymi nie sa. A na koncu pan Zbynio zafundowal prezent slubny – przelot kukuruznikiem z Kurowa do Nowego Sacza. Sam tez siedzial w kabinie, zeby sie ludziom cos nie powykluwalo w glowach. Widok na Malpia Wyspe na jeziorze Roznowskim, byl przedni.

Lubilem ogladac plotna pana Zbynka. Zwierzeta na nich mowily ludzkim glosem, ludzie ryczeli "Sto lat" na imprezach imieninowych, niebo bylo zawsze czerwone, bo pieklo nie istnialo wedlug oficjalnej Trybuny Ludu – gazety, ktorej nigdy nie braklo w kiosku, zastepujacej czesto sralnyj bumag. To byla taka surrealistyczno-socrealistyczna sztuka. Widzialem tez u niego obraz samolotu z nowozencami, ktory on nazywal "Kukuruznikiem nad kukulczym gniazdem". Zawsze mnie dziwilo dlaczego na samym dole tego obrazu widnial czerwony napis PZPR? Ojciec w domu mowil, ze to byla symbolika, albo socjotechnika. Ale sam tez nie byl pewien.

Artysta malarz Kalinowski zalatwil mi prace w ZNTK na wakacje. Kiedy prowadzil mnie po kladce nad torami kolejowymi, pod ktora lokomotywy puszczaly geste kleby czarnego dymu, juz z daleka blaszane glosniki zawieszone wysoko na slupach ryczaly skoczna piesn. Czulem sie prawie tak samo jakbym czytal opowiadania Tadeusza Borowskiego. Kiedy przekroczylem brame, zastalem za nia swiat czarnych smarowozow ludzkich. To byla Nowosadecka Apokalipsa.

Uczylem sie w szkole "za elektryka" wiec zaprowadzono mnie na warsztat i przedstawiono "Dziadkowi" – temu samemu z Doliny Smierci. Jakze mi sie podobala jego niebieska kropka pod okiem i dlugie farbowane na blond wlosy. Jezdzil on wozkiem "Elka" i wozil ciezkie akumulatory na zlom. Mialem mu pomagac w tym, co bylo dla mnie dobrym wprowadzeniem do fachu. Na kupe rzucac mielismy na trzy, ale „Dziadek” mial problemy z wymowa, takze latalem w powietrzu niczym Gierman Titow w kosmosie przylaczony do akumulatora.

W kanciapie elektrykow zobaczylem tez tyle zdjec rozebranych kobiet przyklejonych do scian, ze sie mi zdawalo, iz cos w tym zyciu przeoczylem, albo czytalem nie te ksiazki.

Wyslano mnie tez zrazu do magazynu po "kilowaty". Wypisali fakture i kazali isc. Poszedlem gdzie wskazano, a tam bezzebny chlop z Trzetrzewiny, ktory przyszedl do pracy aby odpoczac, pyta sie kto mnie przyslal, wiec mu powiedzialem, ze Arystarch z Samos. Odpowiedzial, ze nie zna takiego, i ze sie "kilowaty" skonczyly. Mial tylko dwukilowe worki. Podziekowalem i dalej chodzilem razem z ekipa do inwentaryzacji, ktora szukala po calym zakladzie dwoch spalinowych lokomotyw od trzech tygodni.

Przypisano mnie w koncu do slusarni, abym chlopu z Ptaszkowej drzwi do obory wyfasowal. Wzialem sie ostro do roboty i wyspawalem rame dla oskalpowanych Bladych Twarzy zamiast futryny. Cale ZNTK zlecialo sie, by podziwiac moj kunszt techniczny. Smiechom i poklepywaniom nie bylo konca. Pan Zbynio zabral framuge do domu na Podhalanska, by oprawic swoj lot "Kukuruznikiem nad kukulczym gniazdem".

Pociagnalem pewnie zbyt mocno drzwiami w roku 2002, bo sie tyle wspomnien posypalo. Dzisiaj juz nikt w moim miasteczku nie maluje niebieskich artefaksow ZIP-u. Ani na scianach, ani na kaskadach Kamienicy, ani na miejskiej ubikacji z babcia klozetowa (tak, tak, postep w dawnym galicyjskim cyrkule jest dzis wielki), ani nawet na Ratuszu. Loza ZIP sie postarzala, ale pamietala moja mlodziencza fascynacje, bo mnie w piekna teczke ze stu kieszeniami na droge do Kanady wyposazyla.

Kiedy lecialem nad Isladnia i przypominalem sobie pana Zbynia, "Dziadka", "Plaskiego", "Jedrka", Doline Smierci, krzyki sciskanych sasiadow i biegunke PZPR z lotu ptaka, nagle dal sie slyszec uporczywy, alarmujacy dzwiek. Pol samolotu nerwowo ogladalo sie wokol, stewardesy biegaly po pokladzie wystraszone. A ja wiedzialem komu moglismy zawdzieczac caly ten horror. Wlozylem reke do przepastnej kieszeni teczki, z ktorej wyciagnalem dzwieczace nastojaszczie czasy "Sputnik". Na jednej stronie starego budzika widnial napis: Sdielano w CCCP, a na drugiej: ZIP – czuwa!


* * *



KRAKELURA TRZECIA   –   Grudzien 2002


Patefon



Libiamo, Libiamo, wciaz dzwieczy w moich uszach Traviatta wspiewana, czy raczej wtopiona, w ebonitowa plyte na 77 obrotow, gdzies na ulicy Podhalanskiej w galicyjskim Neu Sandecz pietnascie lat po Drugiej Apokalipsie. Stalowa igla patefonu przedzierala sie przez gestwine spiralnych dzwiekow, niczym moj ojciec z Kalasznikowem przez wojenne transzeje zycia i smierci. Stal karabinowej muszki wybierajacej nuty z plytkich rowow terkotala: Ech taczanka Rostowianka, twoja pieknosc oczy rwie, Konnej Armii tys kochanka, cztery wichry kola twe. Tak tez spiewal moj ojciec wraz z kominiarzem Hryniukiem, kiedy ten konczyl bozonarodzeniowa wizyte na dachu naszej kamienicy. Potezne barytony chwytaly sie pod boki i ciagnely do ostatecznosci piesn, ktora plonela tesknota, pekala mrozem, pedzila odleglym stepem. Oczy mistrzow zachodzily mgla, jaka mozna bylo zobaczyc tylko w wierszach Jesienina. Stawali w dwoch przeciwleglych katach naszej sypialni i urzadzali bitwe na glosy – kto wyzej, dluzej, rzewniej. Az zawodzenie konczylo dzielo, ktore wspominalo wszystkie polegle tenory w wojennym teatrze z librettem Mesjasza. (A gdziez on to sie wtedy podziewal?)

Dolaczalem do moich rozgrzanych muzycznym pojedynkiem barytonow, jak tez i do Enrico Caruzo na szalenczo wirujacej plycie, spiewajac po swojemu Liliano, Liliano. Przekrecalem slowa i plyty dosc bezwiednie, bo wciaz jodlowalem chlopiecym sopranem. Kiedy dochodzilismy, a wlasciwie dokrecalismy sie do La donna mobile qual piuma al vento, wtedy moj ojciec cichutko, na ucho, tlumaczyl mi, ze "kobieta zmienna jest, niczym piorko na wietrze." Spogladalem tedy na moja ogromna, stukilowa babke i nie moglem pojac o czym to prawil moj muzyczny Maestro. Tylko kominiarz Hryniuk usmiechal sie znaczaco. Pewnie znal tajemnice kwiatkow i motyli na lakach, bo przeciez z sadeckiego dachu wszystko bylo widac lepiej.

Nasz patefon krecil sie ze zmienna szybkoscia. Potrafil mniej szalec na 33 i 1/3 obrotow, wtedy to gwizdalismy wraz z Mozartem Marsz Turecki, do ktorego slowa byly zbedne. A kiedy Bulat Okudzawa spiewal na 45 taktow Dopoki ziemia kreci sie, na czarnej twarzy Hryniuka krecily sie lzy, czyniac ja biala, ku mojej rozpaczy, bo wydawalo sie mi wtedy, ze kominiarz byl jedynym Murzynem jakiego mialem w zyciu poznac.

Pierwsza wojna, pal ja szesc, to juz tyle lat, Druga wojna przeszla gdzies... A ta Trzecia jak tchorz w drzwiach przekreca klucz i walizki ma spakowane juz. Tak konczyli recital dwaj kresowi Caruzo. Jeszcze tylko Kiepura dolaczal do nich w operetkowych swingach ebonitowego krazka dokola wojennej osi.

Po latach, gdy wrocilem z wizyta do Nowego Sacza, postanowilem odszukac Patefon i przeboje zamilkle na plytach. Znalazlem mala pocztowke dzwiekowa z Isabelle Aznavoura. Puscilem w ruch wiekowe encefalogrammum, ktore wyskrzypialo swoja historie chyba po raz ostatni. Przeskakiwanie przez stalowa igle dzwiekowych rowkow przypominalo mi skoki epok o cale dziesieciolecia Presley'ow, Beatles'ow i polskich gitarowych idoli.

Zapakowalem mala pocztowke ze zwojami Isabelle i poplynalem z nia do Kanady. Na rownie wiekowym patefonie, ktory przywieziony byl z Edynburga do Toronto przez Szkota MacClousky w 1938 roku – co zostalo wygrawerowane na miedzianej tubie – wyczarowalismy, razem z moim ormianskim kolega Harootem, westchnienia paryskiego barda do ukochanej kobiety. Zaraz po "francuskim" koncercie, Haroot oswiadczyl mi, ze Charles Aznavour jest Ormianinem, jak on sam. Zmienil nazwisko by wyspiewac Isabelle dla calego swiata.

I jakiz to wstyd dowiedziec sie, ze o poltora milionie bestialsko zamrodowanych przez Turkow Ormian na poczatku XX wieku, nikt nie chce pamietac! Czasem dobrze jest trafic na stary Patefon. Byleby tylko nie przeskakiwal waznych refrenow.


* * *



KRAKELURA CZWARTA   –   Grudzien 2002


Grudniowe opowiesci



Inferno
Na miasteczkowych dachach mojego cesarsko krolewskiego cyrkulu Neu Sandecz, po dzis dzien widac cien Kominiarza Hryniuka – Lemko przepedzonego z nieodleglej Szczawnicy, by ceperskie kominy poprzetykal w sadeckim grodzie.

Wielkie to isskustwo zacz bylo, skoro pan Truboczist, jak go zwal moj dziad z Tork, mial na sobie czarna sadze nie mniej historyczna niz makrelowa sadz na dachu Ratusza miejskiego z Horologium Lodovico, co to na Aniol Panski o polnocy bilo. A cala zagadka (prawie schizma) kryla sie w tesknocie zegarmistrza do slonecznej Italii. Tam byl inny wymiar – starozytny.

Zagladalem w miasteczkowe kominy, wraz z Maestro Hryniukiem, pora zimowa, gdy plomienie Szeolu dopalaly sie w Rdziostowie, miejscu kazni sadeckich Chasydow. I kiedy wpuszczal moj Lemko swa zelazna kule w czelusci piekielne, by dostarczyc powietrza zatkanym duszom, dawal sie slyszec lament, wielki lament. "To Kadysz" – tak mowil pan Kominiarz.




Shlomo Zalman recytujacy modlitwy nad nagrobkiem ostatniego sadeckiego Rava,
Rabina Mordechaia Zev Halberstama,
pochowanego wraz z 10 000 innych meczennikow w wiosce pod Tarnowem.
(Shlomo Zalman Lehrer and Leizer Strassman:   The Vanished City of Tsanz, Targum/Feldheim)


Nie pytalem sie go o znaczenie uslyszanych slow, ale podswiadomie wiedzialem, ze to musialo byc straszne, niczym stanie na stromym dachu sadeckiej kamienicy, podczas gdy wiatr nawiewal w oczy dym, sadze, iskry i zapach buczynowych brewion trawionych czerwonym plomieniem. Wysoki komin musial miec cug, by mieszkancy miasteczka mogli gleboko oddychac i ogrzewac sie przy swoich kaflowych piecach.

W jednym z kominow widac bylo rzeke Styks. Tak mi mowil i pokazywal pan Hryniuk. Oczekiwalem blekitnej wody na samym dnie, a tu tylko sam szum dawal sie slyszec. W lodce, ktora prowadzil przewoznik Charon siedzial aptekarz Jarosz, ktorego zabili Niemcy. A serce mial on wielkie. Upominal ludzi, by sie z chasydzkiego nieszczescia nie naigrywano.

W kominach tylko pewnie Hryniuk mogl cos zobaczyc. Ile razy pytalem sie go jak on to robi, to zawsze mi mowil, ze to tajemnica. I, ze jak sie ma dlugi jezyk, to mozna za to zaplacic srogo, ot chocby tak jak jego lemkowski Jezus w cerkwi, ktoremu poduszke spod nog juhasi wyrwali. Lub tak jak osiemnascie tysiecy Chasydow z sadeckiego getta, ktorych wymordowano w Belzcu albo rozstrzelano w Rdziostowie. Nic z tego wtedy nie moglem pojac. Wyjasnienia ojca, ze Chasydzi to zwykli Zydzi, tez nie rozwialy ciemnych dymow nad moim kominem.




Stropkover Rav, Rabbi Avraham Shalom Halberstam z Nowego Sacza z uczniami.
(Shlomo Zalman Lehrer and Leizer Strassman:   The Vanished City of Tsanz, Targum/Feldheim)


Zatem przysluchiwalem sie melodiom plynacym z wnetrz okopconych trzewii. Byl tam lament maltretowanych kobiet, placz pobitych dzieci, dziki wrzask pijanych ojcow. I tyle rak wyciagalo sie do mnie, a przeciez ja nie moglem nic uczynic. Czyz posiadlem wiedze kominiarska, aby pomoc komukolwiek? Czyz dostalem zaczarowana kule przebijajaca czarna sadze nieszczesc, szczotke skrobiaca zakrzepla krew niewinnych, lancuch do wyciagnietych rak, drabine do nieba? Nie! Nie mialem nic, procz umiejetnosci chodzenia po stromym dachu mojego dziecinstwa, po ktorym zeslizgiwalem sie wielokrotnie. Tylko reka silnego Lemko powstrzymywala mnie za kazdym razem, bym nie runal w przepasc, niczym tredowate dziecko w Sparcie pchniete ze skaly w glebiny Egejskiego morza.

W jednym z kominow na Radzieckiej slyszalem murmur rozanca modlacej sie kobiety i zgrzyt klucza. To brat poboznej niewiasty wkradal sie do "alkowy" corki swojej siostrzenicy – szescdziesiecioletni kawaler bez jednego zebra. Ale, ale, czy aby on nie pomylil drzwi? Otoz nie! Plakalem na kominie, gdy slyszalem rozpacz gwalconej dziewczynki. Zagladalem gleboko w dymiaca dusze, bo tylko to potrafilem uczynic.

Siedzac wysoko na sadeckim kominie mozna bylo zastanawiac sie nad prawami grawitacji, awiacji czy tez biblijnych Abrahamowych dyslokacji. Mozna tez bylo podac reke Bogu, bo dokola gesto bylo od wiez: kolegiaty, kosciolka kolejowego, ludowej kaplicy, a nawet synagogi, ktora mozna bylo zoczyc w dzien bez mgly, ale to zdarzalo sie raczej rzadko. Lecz ja wspinalem sie na dachy, by zagladac do sadeckiego Hadesu poprzez pepowine cugu. No i podazalem sladami Hryniuka, ktory wedrowal dachami niedostepnymi kniaziowym grazdanom, jak zwal moich wspolplemiencow sadecki Kominiarz.

Przyszedl jednak dzien, ze zostalem sam. Kominiarz Hryniuk wybral anielskie gonta na boskich wierzejach i zaczal czyscic kominy Niebieskie. A tych w miescie nie widzialem. Tylko skrzypka na dachu mi bylo brak.


Purgatorio
Nie wspominalem nic o matematyce na wirsyckach mojego miasteczka. Nie zastanawialem sie nad nia, az do momentu kiedy pod nasz dach, opuszczony przez Maestro Kominiarza, wszedl bezzebny, zatabaczony profesor Kosiba. Opuscilem na dobre dantejskie wyzyny, by przepasc w gestwinie liczb, hipotez, niedokonczonych dowodow, chybionych rozwiazan. Obloki papierosowego dymu rozchodzily sie w moim mieszkaniu ponad rownaniami, ktore nie zawsze dawaly przejrzysta odpowiedz. Nikt nie pytal sie mnie w szkole, dlaczego po pieciu tygodniach nieobecnosci nie umialem juz nic. Oberwalem w twarz otwarta reka od nauczyciela, bom byl walkon, len i nierob. Taka byla tez opinia mojego ojca. W koncu sam w nia tez musialem uwierzyc. A o ciezkiej chorobie tez szybko zapomnialem.

Dla moich principium scientificum przyszla odsiecz w osobie Jego Ekscelencji Bakalarza, ktory przed II Wojna panienki z dobrych domow nauczal dodawac i odejmowac, a nawet i mnozyc. Wielka byla sila jego perswazji i tytoniu. Wkrecaly sie one w moje nozdrza, pluca, trzewia, a nawet w mozg, bo zaczalem rozwiazywac zadania w mig. Dyskusje o Newtona trzech prawach, oniemialy mnie niczym mecze mojej trzecioligowej Sandecji z lodzkim LKS-em naszpikowanym reprezentantami Polski w pilce noznej.

Kiedy zaczelismy Gedanke [eksperyment myslowy] z bliznietami Einsteina w relatywistyczej Szczegolnej Teorii Wzglednosci, zapragnalem wsiasc do pociagu bez szyb, bez kol, bez zakretow, by poczuc mistyke Universum, jak ow ekscentryczny medrzec i moj nie mniej oryginalny profesor i odjechac daleko poza dachy dziecinstwa. Dlugo wyjasniano mi, ze akurat jest odwrotnie niz w einsteinowskim swiecie, gdzie: Rasa jest oszustwem. Wszystkie wspolczesne narody to konglomerat wielu etnicznych mieszanek; zadna czysta rasa nie istnieje. Podawano mi przyklady Cyganow, ktorzy nic nie potrafili w zyciu, tylko krasc, lub Murzynow, ktorzy byli od czarnej roboty. I kiedy wspominano o kolorze skory czlowieka, nie moglem pojac tego, ze przeciez kazdy moze byc jakos wysmarowany. Ot, jak chocby Maestro Hryniuk, ktorego biale galki oczu swiecily madrze na caly swiat. Kiedy poproszony zostalem o nastepna interpretacje maksymy Einsteina dla profesora Kosiby – Kazda jednostka jest produktem polaczenia dwoch istot. Nie wiem, gdzie i w jakim momencie nowa istota zostaje obdarzona dusza – wtedy juz wiedzialem, ze inne lepiszcze laczylo w Szczawnicy, jeszcze inne w Nowym Saczu, a juz zupelnie inne geny laczyly sie w Braniewie, miejscu gdzie sie urodzilem.

W matematycznym czysccu przebywalem przez pewien okres czasu. Puryfikacja mojego swiata juwenalii, naiwnosci, entuzjazmu nastepowala w przyspieszonym tempie. Moglbym powiedziec, ze rownie szybko jezdzily tylko czerwone autobusy – "zerowki" z dworca PKP do samego Ratusza z Horologium, ktore juz nie bilo w zadne dzwony, bo lud przejal wladze i uciszyl krnabrne, italianskie kolokoly. Bruk z rynku i kocie lby zabetonowano na amen. Dorozki odjechaly do lamusa, ktorego prozno szukac nawet na najlepszej mapie miasteczka. Nastala sielanka ludowa. Taka sama jak w Lacku na swieto Kwitnacej Jabloni, gdzie cala wies z polowa przyjezdnego swiata, upijala sie rok w rok pedzonym przy ksiezycu samogonem.

Jakze brakowalo mi kominiarza Hryniuka kiedy warty honorowe zmienialy sie przy Piecie w Alejach Wolnosci kazdego 22 lipca. Nikt nie byl w stanie mi odpowiedziec czy sadecka matka oplakiwala po rowno swoich straconych synow: Polakow i Zydow. Tylko Kominiarz wszystko widzial z dachu naszego miasteczka, choc nie byl stad. Plomienie swiec rozjarzaly tez stearynowe niebo na Swieto Zmarlych. Kiedy przygladalem sie w te dni sadeckiej matce, widzialem ze cala plonie z tesknoty. A przeciez matka nie myli sie nigdy!


Paradiso
Wszystkie sadeckie cymelia przebijala konfietowa oficynka Dudzikowej, na rogu Grodzkiej i Krolowej Jadwigi. Chodzilo sie tam na kazdej przerwie szkolnej, zaraz po tym gdy mosiezny dzwonek woznego Jozefa oznajmial, ze czas na wyprawe do slodkiego raju.

Przepadaly w anyzowym zapachu wszystkie problemy Kominiarza Hryniuka, Bakalarza Kosiby i wszystkich tych, ktorzy zaprzatali sobie glowe abysmy nie zdziczeli, wrzeszczac na nas ile sil w gardlach, lejac linialem po lapach, czy otwarta reka po twarzy. Nawet kapkowanie "zoska" – kawalkiem olowiu z welnianym pomponem – nie bylo w stanie zatrzymac naszego pedu do sadeckiego fructum panopticum.

W zimie poprzedzala wejscie do Dudzikowej Wielka Slizgawka na Kocich Plantach. Tekturowe tornistry jednakze dlugo nie mogly wytrzymac szalonej sanny. Rozwiazane i nierozwiazane zadania w zeszytach zlewaly sie w jeden wielki kleks, ktory koledzy nazywali "zydem". (Kiedy spytalem sie ich dlaczego tak mowia, zaczeli za mna tez wolac Zyd. A ja przeciez kleksa nie przypominalem). Zelowki butow iskrzyly i topnialy w oczach, ubrania nasiakaly sniegiem i woda szybciej niz piasek deszczem na pustyni. Usmiechy nie znikaly z zadnej buzi, nawet tej zmarznietej na kosc.

Mollowy dzwiek dzwonka nad drzwiami rozpedzal gnusna, aczkolwiek gesta od slodkich kadzidel, atmosfere sklepu prawie kolonialnego. Otwarte worki, w polowie zapelnione orzechami laskowymi, jeden worek z wloskimi klejnotami, ktore w pazlotka sie na choinke ubieralo, staly spokojnie pobudzajac nasza skolatana wyobraznie. Ze szklanej gabloty, na ktorej staly wysokie Napoleonki w fioletowej gali, dobywal sie karmelkowy zawrot glowy z budyniowych kremowek. Wystarczyl jeden automatyczny ruch reka tegiej sklepowej, ktora raz po raz blyskala rzedem zlotych zebow, by odjechaly szklane drzwiczki a na paterowej pacce pojawila sie plaska, zlotawa, krucha kremowka za dwa zlote. Rozmiary pani Dudzikowej nie pasowaly do waskich polek, malej lady i swiecacej mosieznymi szalkami wagi. Cacko to (Made in England) blyszczalo niczym oczy Hryniuka, maksymy Einsteina i blyskawiczny szach-mat Bakalarza Kosiby, ktory ogrywal mnie w szachy, bo inaczej nie wypadalo.

Na szalki splywaly kolorowe landrynki, jak bukiet wiosennych kaczencow zrywanych przy Zeglarce. Zielona mieta pachniala najbardziej, przebijala nawet anyz, blok i chalwe na wage. Marmurkowa tresc sezamowych wypiekow dodawala takze wypiekow na twarzy. Kukulki u Dudzikowej kukaly sonate sweet-moll, a chlopcy z Podhalanskiej twierdzili, ze alkohol byl w kazdym jajeczku, po to by nas znow tam przyciagnac. Wybuchla ornitologiczna afera i nie wolno nam bylo tam chodzic po cukierki. A prawdziwe "Kukulki" zawsze robione byly z odrobina rumu, dlatego pewnie tak smakowaly.

Biale prazki na wpadajacych do mosieznych miseczek brazowych pigulkach z podrzuconych gniazd, kluly sie na wadze i pekaly w ustach. Zeslizgujace sie odwazniki, cisza kiedy dziobki wagi mijaly sie z soba raz po raz i aluminiowa chochelka, w ktorej kryly sie nastepne cukierki, nadawaly temu momentowi wielkiej wagi duzej powagi. Jakimzez szczesciem bylo, kiedy na zlota szalke zlatywaly jeszcze dwie dodatkowe "Kukulki". Z landrynkami bylo podobnie. I bylo to pewnie Misterium Dei, ze zawsze pani Dudzikowa dodawala dwie landrynki lub trzy irysy.

Swiat lizakow, strucli, grylazowych raczkow, zwyklych i maslanych bulek nieodlacznie towarzyszyl mi w drodze do szkoly. Potrafilem sie spozniac bo nos wlepialem w wystawe, na ktorej lezaly gumy do zucia – balonowki, amerykanskie z Donaldem i oranzada od Budacza w kahlach z porcelanowym korkiem i drucianym zapieciem. Ktos powiedzial, ze napoj pochodzil z bajki Tysiaca i jednej nocy. Ja czytalem wowczas bajki Sienkiewicza, Mickiewicza, Dumas’a, wiec do dzisiaj nie wiem czy tak rzeczywiscie bylo.

Na kremowki zapraszal nas czesto nasz malarz Kalinowski. Razem z jego byla zona i jej nowym mezem, Lemko z Krynicy. Imponowaly mi jego piekne wasy. Marzylem o tym, ze jak bede starszy to tez takie zapuszcze. A przy Dudzikowej byl cyrulik, u ktorego krecil, tapirowal, podstrzygal swoj artystyczny image malarz z mojego miasteczka. I coz madrego moglem powiedziec mojemu ojcu, ktory gonil mnie do fryzjera raz w miesiacu, kiedy na swiecie chlopcom zaczynaly rosnac coraz dluzsze wlosy a la The Beatles. Na patefonowej plycie na 33 i 1/3 obrotow wygrywalem Twist and shout tak glosno, ze slychac mnie bylo w odleglych Pieninach na Czerteziku, ktory zapewne dziwowal sie tym szalonym dzwiekom na elektrycznych basetlach.

Cala sielanka z wasami i Dudzikowa prysla niczym krucha bombka na swiatecznej choince, ktora nasz Filemon trzepnal lapka, bo mu sie tak spodobala. Nastepstwem czego byl pozar, gdyz swiece zaczely podpalac drzewko. Szczesciem w te wigilijna noc nawiedzal nas Maestro Hryniuk z corocznymi zyczeniami. Jednak co Kominiarz to Kominiarz, bo pozar ugaszono na czas.

Na wigilijnym stole czekalo na zmeczonego piechura jedno dodatkowe nakrycie.


* * *



KRAKELURA PIATA   –   Styczen 2003


Sadecki cudak



1
Zupe mozna jadac z wielu talerzy. Sadecki Cudak – Stasiu Haliniak, mial na to swoj bardzo oryginalny sposob. Wchodzil do miejscowej restauracji, co to cesarza Franciszka Jozefa jeszcze pamietala, i wkladal palce do pierwszego lepszego talerza, pytajac zarazem o jakosc jarskiego dania. Zaskoczony gosc w barze, jak niepyszny wynosil sie z reprezentacyjnej jadlodajni, a Stasiu konczyl uczte. W moim talerzu sadecki artysta tez maczal palce, tyle ze moj ojciec kupowal mu zawsze dodatkowa miske strawy, ktora on siorbal szybciej niz bezdomny kundel.

Nikt w miasteczku nie wiedzial skad przybyl ten czlowiek i jak sie nazywal. Nikt tez nie wiedzial, gdzie mieszkal. Przypominal on wielce Epifaniusza Drowniaka z Krynicy, ktorego Nikiforem ludzie pozniej nazwali. Lemko Drowniak mial genialny zmysl kolorystyczny, podczas gdy Stasiu byl gawedziarzem. A opowiadal rzeczy niebywale. Wystarczylo tylko poczekac az dokonczy talerz zalewajki.

Zawsze swoja opowiesc zaczynal w Rdziostowie. Wiosce, ktora kucnela tuz obok Nowego Sacza na tyle cicho, ze mozna tu bylo wymordowac cale osiemnascie tysiecy Zydow z miasteczka. Cichutko na palcach zblizal sie do brzozowego zagajnika, ogladajac sie setki razy za siebie, tak jakby go ktos sledzil. Stapalem lekliwie za moim Mistrzem, a serce mi bilo jak parowy mlot w Zakladach Naprawczych Taboru Kolejowego w 1964 roku. Siadalismy na lesnej sciolce, ktora on zwal sucholeszcza, i przysluchiwalismy sie nieznanym odglosom. Stasiu mowil, ze to byla Sichertheit Dienst (policja porzadkowa), ktora przyganiala tutaj kolejnych sadeckich Chasydow, by ich rozstrzeliwac i spychac do rowu z wapnem.

Kiedys przy talerzu ogorkowej – mojej ulubionej – Stas opowiadal jak to w dalekim Singapurze i w Hong Kongu dotrzymywano najwiekszych tajemnic. Byl to zupelnie niezwykly sposob, mialem sie o tym przekonac po kilku talerzach czerwonego barszczu, ziemniaczanej i pomidorowej – tej zas nie znosilem i czekalem z niecierpliwoscia na brudny paluch cichego swiadka sadeckiego misterium.

W brzozowym zagajniku robilo sie coraz ciemniej i straszniej. Odglos ratuszowego horologium odbijal sie miedzy konarami stalowym dzwiekiem, tak jakby ktos repetowal mauzery. Slonce nicowalo sie na swoja zachodnia strone, a tetent koni zdawal sie poruszac cala ziemia. Widzialem jak Stas stal przy drzewie i cos tam manipulowal. Kawalki mchu lataly w powietrzu. Moj przewodnik przykladal ucho do pnia brzozy i nasluchiwal. To wlasnie byla tajemnica Dalekiego Wschodu. Mozna jej bylo tknac tylko o zachodzie slonca i tylko w obecnosci Kloszarda. Zbyt wiele dybukow czailo sie zaroslach, a kazdy z nich byl srogi i mial wylupiaste oczy.

Kiedys w pien drzewa wkladal swoja tajemnice Stasiu Haliniak. Szeptal w niego skargi: o tym jak Niemcy przywiazali do konskiego ogona niedorozwinietego Joszke Torema i ciagali go po calym rynku, nawet wtedy, gdy garbaty Chasyd juz dawno wyzional ducha. Skarzyl tez, ze SS zimnym marcowym porankiem wypedzilo wszystkich meskich potomkow Starozakonnych na sam srodek Rynku i kazalo im modlic sie na glos. Ujezdzali Zydzi siebie nawzajem na rozkaz ubawionych Niemcow i ku wielkiej radosci miasteczkowej tluszczy. Kazdy mogl sobie upatrzyc dostojnego Chasyda i zazadac od niego kapoty. Niemcy pilnowali, aby sie Zydzi przypadkiem nie probowali wykrecac od tego obowiazku. Kilka zywicznych sloi wstecz w brzozowym pniu przed Holokaustem, mozna bylo odkryc tajemnice aptekarza Jarosza, ktory swych mieszczan nawolywal do rozsadku. Nikt go jednak nie chcial sluchac, bo i po co. Czyz podczas wojny, zabawic sie nie bylo wolno?

Zydzi zmuszeni to spiewania i tanczenia na Rynku w Nowym Saczu.
(Shlomo Zalman Lehrer and Leizer Strassman:   The Vanished City of Tsanz, Targum/Feldheim)

Jeden z rocznych sloi brzozowego pnia zeschl na wior, gdy przyjal tajemnice uczniaka z jesziwy. Niemcy zalali mlodzienca wrzaca zelatyna, polewajac go warstwa za warstwa, niczym centryczne narosla brzeziny oblewajace jadro pnia wiosna za wiosna.

W rdziostowskim lesie galezie rozdzieraly powietrze, a mocarny halny grzmial co roku z wiosna bolesna tajemnice Jeruszalaim. Tylko Kloszard wiedzial o niej, tylko on ja przechowywal, tylko on ja skrzetnie ukrywal przed oczami zlosliwych.

Siedzielismy cicho pod konarami zestarzalych drzew czekajac na wyjscie z pnia losow wszystkich pomordowanych. Myslalem, ze tajemnica egzotycznego Wschodu ozywi Joszke, ktorego chcialem poznac. Patrzylem na Stasia, ktorego garb wydal sie mi byc jakis znajomy. Oczy Biedaka uciekaly daleko od moich i wskazywaly na pien drzewa. Zatkalem tajemnicza dziuple wiechciem mojej przysiegi i odszedlem daleko od zagajnika, tak daleko, ze musialem przeplynac Atlantyk.


2
Spacerowalem z corka po torontonskim parku Elora Gorge, tuz przy wielkim mlynie, ktorego kolo wodne spoczelo w sadzawce na emeryturze. Silny styczniowy mroz poganial nas, wiec wpadlismy do restauracji w Mlynie. Moja corka zapytala mnie, dlaczego zagladalem w kazda dziuple Elorskiego drzewa. Powiedzialem jej, ze to moja wielka tajemnica z Dalekiego Wschodu. Ale zanim zaczalem opowiesc o Stasiu Haliniaku, opowiedzialem jej o lesie kanadyjskiego barda uczulonego na drzewna poetyke:
Alfred Purdy

Pien

To sa moje dzieci
a tamte to moje wnuki
one maja zielone wlosy
i sa jak konar z mojego konara
kiedy przychodzi deszcz pija z nieba
jestem ich ojcem i dziadem
jestem ich przeszloscia
ich pamiec jest moim tysiacem lat
wiosennego zakwitania i oczekiwania na nich

Czterysta cieniutkich sloi wstecz
liczonych w moim ciele
rozpetal sie ogromny pozar
dotknal mnie i swiecilem jak pochodnia
blekitnym ogniem z nieba
ktore bylo tak blisko
a ja syczalem i mdlalem
zanim przyszedl deszcz
Trzysta piecdziesiat sloi wstecz
nie bylo zadnych opadow deszczu
poprzez wiele wegetacyjnych lat
w koncu kiedy spadly
slyszalem jak caly las rozmawial
Tak bardzo dawno temu
ze trudno zapamietac
zwierzeta z dlugimi szyjami zjadaly mnie
natomiast inne z dlugimi szczekami pozeraly je
wszyscy zjadali wszystkich
i zastanawialem sie czy zycie to tylko zjadanie
Pozniej przylecialy ptaki
ale jakies takie dziwne protodaktyle
z ogromnymi wlochatymi skrzydlami
bijacymi i lamiacymi moje galezie
one takze zmienily sie w drobniutkie niebieskie
pomaranczowe zielone i zlote
male sloneczka spiace w mojej koronie

Pamietam to jak sen
kiedy wszyscy snilismy
tak jakbym byl stara powtarzana historia
raz mi powiedziana a ja mam ja dalej przekazywac
A teraz moje malutkie zielone drzewa
madrze rosna w rownych rzedach
czesc ich kocha cien inna czesc slonce
jeszcze inne sa powykrecane
ale wyprostuja sie trzeba dac im troche czasu
jedno z nich rosnie duzo wolniej
a ja mam slabosc do niego
Tamte male sa zupelnie inne
ich zielone wlosy blyszcza
podnosza swoje ciala wysoko w swietle
pochylaja sie w deszczu i poruszaja unisono
do zagubionego – zapamietanego miejsca
z ktorego przyszlismy jak pytanie
jak pytanie i odpowiedz
ktorych nie pamieta teraz nikt
nikt nie moze pamietac...


(tlumaczyl z angielskiego Waldemar Kontewicz)


Odgarnalem snieg z kilku drzew, wyrzucilem z dziupli mech i odkorkowalem slowa, ktore zamkniete byly jak wiosenny sok w klonowym pniu. Wybuchnal on niecierpliwa fontanna zakrzepla od polwiecza do samych korzeni. Moj Kloszard z Grodzkiej i Jagiellonskiej przekazal mi klucz do tajemnicy, a wlasciwie sek, ktory trzeba bylo przelamac. Usunalem go delikatnie, by moja dwudziestoletnia corka mogla w koncu zobaczyc, ze miasto jej ojca – Nowy Sacz – przez wieki modlilo sie nie tylko u Sw. Malgorzaty, ale rowniez w boznicy.

Piegowata kelnerka zaciagajaca szkockim akcentem, zapytala nas czy podac troche jantarowej zywicy. Poprosilismy o nalesniki z kanadyjskim syropem z klonu, ktore koniecznie trzeba jesc palcami, polewac cieniutko sokiem z drzewa, warstwa, za warstwa i polykac, tak by moc delektowac sie smakiem tego kanadyjskiego zlota.

Dosiadl sie do nas tutejszy Kloszard, ktoremu zaproponowalismy podwojny talerz soczewicy i nalesnikow. Zapewnil nas, ze ma wielka tajemnice do przekazania. Ale najpierw musial sobie podjesc. Nietrudno bylo zauwazyc, ze byl garbaty. Poprosilismy Cathy z Edynburga o piwo z Quebec, ktore moc mialo wielka. Popijajac ciemny porter milczelismy sobie, az w koncu najedzony gosc raczyl sie odezwac po dwukrotnym beknieciu, co nie zrazilo tutejszych gosci. Swoja opowiesc zaczal od tego, ze Ormianie w Turcji zostawili tajemnice kamieniom na drogach. Kazdy granit, kazdy piaskowiec, piryt czy marmur widzial jak ciezkie maczety, nahajki, sekate kije tureckie spadaly na glowy starcow, matek i dzieci. Otomanskie Kamienie spijaly ormianska krew tak dlugo, ze do dzis sa czerwone niczym Wyspa Ksiecia Edwarda w Kanadzie, gdzie nawet warkocze Ani maja rudy kolor. Teraz trzeba tajemnice szkarlatnych skamielin jakos odkryc. Nalezy sie schylic i zapytac, czyje to kosci wystaja spod granitow i piaskowcow. To nie jest takie trudne.

Moja corka przypatrywala sie z zaciekawieniem mimice starca. Widac bylo ze myslala intensywnie. I kiedy garbaty Kloszard odszedl, zapytala sie mnie o tajemnice Joszke. Moja dluga opowiesc o chasydzkim kalece spowodowala to, ze moja corka wybiegla za Elorskim Biedakiem na mroz, by mu cos przekazac. Jednakze nikogo nie bylo juz na dworze. Wial silny wiatr, tak ze zatykalo piersi. A mnie sie wydawalo, ze slysze tetent koni na kocich lbach przed Mlynem w Elora Gorge i przed sadeckim Ratuszem.


* * *



KRAKELURA SZOSTA   –   Wrzesien 2001


Scholares Sandecensis



Syceniem piwa w XVIII wieku w Nowym Saczu zajmowali sie "Panowie Szynkarze". Pedzono rowniez vinum crematum, czyli po cepersku bimber. Podczas spisu magistrackiego w 1714 roku doliczono sie kilkudziesieciu propinatorow – zarowno Zydow jak i Chrzescijan, kilku polwarkow piwa (jeden polwark to dziewiec beczek), jak tez dwunastu wierteli zboza przedniego. Nakazywano piwowarom warzyc tylko przednie piwo, ktorego garniec kosztowal piec groszy bez dwoch szelagow. Pewnie bez tych dwoch, ktore zaczal prywatnie bic zdesperowany kowal Kasper usuniety z cechu za pijanstwo.

Frachtem dobr wszelakich zajmowali sie flisacy z Nowej Sandeczy. Ladowali piwo, wino, miod na plytwy, frukty, sery i miesiwo na plety, a drzewo na glenie. Dunajcem splywali do Wisly, pozniej do Gdanska, pruskiej Hanzy z czasem nawet az do St. Lawrence – swietej rzeki (a jakze!), o ktora opiera sie prowincja Quebec.

Gdy jedna z tratw troche zhalsowala na poludnie okazalo sie, ze zatrzymala sie dopiero w Nowej Anglii, gdzie piatego marca 1770 roku zginal Crispus Attucs w walce z angielskim najezdzca o niepodleglosc Ameryki. Kiedy w Bostonie stalem na cmentarzu nad grobowcem Crispusa, nikt nie byl mi w stanie powiedziec kim byl ten amerykanski patriota. Czesc ludzi twierdziala, ze Murzynem, inni natomiast upierali sie, ze Indianinem ze szczepu Algonquin.

Tak jak Les Benedictes Miones z Saint Benoît du Lac nad szeroka rzeka Ste Lawrence w Quebec spiewali gregorianskie Alleluia, Veni Sancte Spiritus, tak tez i sadeccy zacy w kolegiacie nad kaprysnym Dunajcem od przeszlo trzech wiekow uczyli sie gregorianskich interwalow Gloria in excelsis Deo.

W grodzkiej ksiedze rachunkowej z XVII wieku wyczytac mozna wydatki rajcow miejskich na owczesnego bakalarza: sto cegiel, maldrat kamieni, tysiac piecset gontow wartosci 30 zl i 12 gr. Co mozna traktowac jako poczatki murowanej Alma Mater Sandecensis i jej Scholares.

Biskup Radziwill w swoich polustracyjnych nakazach edukacyjnych zalecal rajcom takie oto dictum: "Nalezy komory dla zakow budowac, bo nie godzi sie by mieszkali oni w gospodach i koscielnego moresu nie przestrzegali." Ksiadz kardynal dokladnie wiedzial o tym, jak uczniowie podczas srodpostu do nowosadeckiej gospody wkroczyli ze spiewem, do ktorego zachecal ich mieszczanin Wyrzykowski.

Piekna i dluga jest tez lista lektur zalecanych zakom przez Eminencje biskupa: Listy sw. Pawla, wiersze moralne Katona, Sokratesa, dziela Cycerona, Ezopa, Seneki, Owidiusza Epistolae ex Ponto, Wergiliego Bukoliki i Georgiki. Do nauki lacinskiej gramatyki nakazano uzywac podrecznika Korneliusza z Utrechtu.

Po trzystu latach zmienil sie i kardynal i budynek szkolny przy kolegiacie i sam bakalarz, nie mowiac juz o lekturach. Cycero z Owidiuszem poszli na emeryture, a zastapili ich Mickiewicz i polska literacka spolka. Powstalo w Nowym Saczu dwadziescia jeden szkol elementarnych dwa gimnazja i siec szkol technicznych, do ktorych specjalnego nabozenstwa nie wykazywalem nigdy, dlatego pewnie jedna z nich ukonczylem.

Moim pierwszym bakalarzem i rektorem zarazem byl starszy czlowiek, ktory zyl pewnie przez pomylke, bo wygladal jak odkopana mumia egipska, ktora szalony archeolog zgubil gdzies po drodze idac na drugie sniadanie. Matematyki uczyl mnie sliniacy papierosy niczym lizaki na patyku, bezzebny pan, ktorego przezywalismy "Pietiagoras" z racji jego spiewnego akcentu lwowskiego. Zaindyczal sie on szybko i walil reka po naszych glowach jak kowal mlotem po czerwonych podkowach. Wyzywal nas tez dosc oryginalnie: "Malpy kolorowe". Nikt tez nie potrafil rozwiazac jego standartowego pytania z dwoma pociagami nadjezdzajacym z naprzeciwka. Kiedy wyrwalo mi sie, ze pociagi sie walna, jego ciezka piacha wyladowala na mojej glowie, nokautujac mnie natychmiast. Pozniej musialem przepraszac Pietiagorasa przed cala klasa i moim zaambarasowanym ojcem.

Chodzac codziennie do szkoly nieodmiennie mijalem Bar Grodzki, ktory juz z samego rana wypelniony byl klientela probujaca wyrobow wywodzacych sie od XVIII-wiecznych piwowarow sadeckich. Umiejetnosc warzelnicza mistrzow od piwa moglem dokladnie ocenic, gdy wracalem ze szkoly do domu. W barze czesto siedzial, czasem lezal Pietiagoras, ktory to papierosy slinil jak lizaki od Dudzikowej po 50 groszy. W niedziele znow kleczal cala sume w kolegiacie sw. Malgorzaty. W tamtym czasie nie bardzo moglem sobie poradzic, z tlumaczeniem zjawisk spoleczno-obyczajowych otaczajacego mnie sadeckiego swiata. Widzialem rzeczy w przedziwny sposob sobie zaprzeczajace, negujace nawzajem, zenujace w wielu wypadkach. A nawet dramatyczne, tak jak dwa pedzace naprzeciw siebie pociagi Pietiagorasa.




Panorama Rynku w Nowym Sacza
(fot.   Romuald Bernacki)


Zabralem sie z sadeckimi flisakami tratwa, na ktorej nie bylo juz fruktow, serow, piwa na drugi koniec swiata – do Ameryki. Bylem w Bostonie Benjamina Franklina, Adamsa, Bellowa, sluchalem jak fale Atlantyku oplukuja Nowa Anglie, ktora osiedlila sie na piarzystym wybrzezu Massachusetts. Stanalem przed szkolna tablica w Toronto, gdzie ucze kanadyjskich zakow prawidel matematycznych. Tlumacze ile beczek wchodzi na polwark, opisuje sadecka kolegiate sw. Malgorzaty, puszczam choraly gregorianskie Benedyktynskich Mnichow z Saint Benoît du Lac zarejestrowane na CD, porownuje Wergiliusza z Szekspirem i Conradem, wyjasniam jak bito falszywe monety w grodzie Neo Sandec, zadaje pytanie o nadjezdzajacych pociagach, na co otrzymuje nieodmiennie te sama odpowiedz, ze sie rozwala, odpowiadam na pytania zwiazane z "malpa kolorowa" i waleniu po lbach, wyjasniam jak smakowal lizak za 50 groszy od Dudzikowej, pomarancza na Boze Narodzenie, czekolada pod choinka i miliony innych drobnych spraw. Wszystko przy nieodmiennych salwach smiechu, tuz po porannej modlitwie w Philip Pocock Catholic Secondary School, kanadyjskiej katolickiej szkole sredniej, ktora nosi imie pewnego torontonskiego arcybiskupa.


* * *



KRAKELURA SIODMA   –   Styczen 2003


Podhalanska



Moja ulica dlugo spala w historii miasteczka, by w koncu wyjechac z zakurzonych inkunabulow i przywitac mnie pod koniec lat piecdziesiatych na swoim bruku. Ktos postawil na niej przystanek, na ktorym stanela gierojska kamiona wypelniona kresowiakami z Trok, Wilna i Lwowa.

Dlaczego Podhalanska – bo tak sie zrazu nazywala – a nie na przyklad Stalina lub Lenina? Chyba tylko dlatego, ze prowadzila na poludnie i pamietala cyrkul Neu Sandecz cesarza Franciszka Jozefa. A znajac doskonale topografie swojego miasteczka, latwo skrecala w Zygmuntowska, pozniej w Wegierska, a stamtad to juz wiadmomo gdzie: Budapeszt, Wieden, Neapol, Grecja i Wenecja.

Podhalanska miala niebieskie jak wartki Dunajec okna, w ktorych wystawalem czesto by zobaczyc siedemnastowiecznych kramarzy, cyrulikow, bloniarzy, miodownikow, nozownikow (co to ostrzyli noze dla gospodyn!), piwowarow, trebaczy i przekupki. Wychylalem sie z okien, by dojrzec pierwszego sadeckego okuliste Abrahama, szkockiego kupca Andrew i wloskiego mistrza ratuszowego horologium – Lodovico. Miala tez moja ulica, jak i kazda na niej kamienica, swoje bramy i wierzeje, co mieszczan bronily przed zbojcami, Tatarami i morowym powietrzem. Stukala wypelnionymi zbozem chlopskimi wozami na kocich lbach, a nocami sypala iskrami spod stalowych kol furmanki arendarza Icze. Uparl sie brodaty patriarcha, ze cheder i synagoga powinny byc w miescie. Jezdzil zatem nocami do starosty Lubomirskiego, by przywilej budowy uzyskac. I nie trzeba nikomu tlumaczyc radosci sadeckich Chasydow, gdy dowiedzieli sie, ze biskup krakowski Kajetan Soltyk wyrazil zgode na budowe z zastrzezeniem, aby Zydzi wieczyscie, co kwartal, skladali do kosciola farnego kamien topionego loju na swiatlo przed Najswietszym Sakramentem.

Nie starczylo wierzei ni bram na "Osilka", ktory wtargnal brutalnie na Podhalanska. Jego imie brzmialo groznie i szyderczo – Unterstrurmfuhrer Heinrich Haman. Wiedzieli Chasydzi, czego mozna bylo sie po nim spodziewac. Nie wiedzieli jednak, ze prawie wszyscy z nich beda kroczyc Podhalanska do Rdziostowa albo Belzca, by tam zaskoczyc samego Boga swym naglym zbiorowym przyjsciem. Z osiemnastu tysiecy ostalo sie tylko kilku: Jakub Müller, Izak Goldfinger, Zalman..., i kto jeszcze? Pewnie tylko niewinnie zabity Joszua wie.




Jakub Müller i Izak Goldfinger,
ktorzy ocaleli z Holocaustu w Nowym Saczu.
(fot.   Jerzy Lesniak)


Moja ulica byla nad wyraz zdolna uczennica, Zanala jezyk polski biegle, jidysz uzywala bez problemu, porozumiewala sie po niemiecku, a po bialorusku zaciagala jak echo w stepach Karaimow. Chyba potrafila tez po aramejsku. Widzialem jak rozmnazala chleb w piekarni na winnych drozdzach; pachnialo "Zakopianskim", "Bulkowym" – moim ulubionym, pszennym i zytnim. Z Dunajca lowila cale lawice sandacza i szczupaka,. Uzdrawiala tredowatych w swoim szpitalu, tylko chorych na serce jakos zawsze gubila. Chodzila po glebokiej wodzie podczas oberwania chmury bez umoczenia kraweznika. Na koncu ktos ja jednak brutalnie ukrzyzowal gwalcac corke siostrzenicy, maltretujac matke...

Jezdzila moja ulica "Warszawa". Nie miastem, tylko automobilem zapalanym na korbe i pojonym woda do chlodnicy. Nawet kocie lby pokryto czarna zawiesina, by "warszawa" mogla jezdzic na wies do cioci, na ktores tam urodziny.

Wyprowadzila sie w koncu Podhalanska na Kipling Avenue w Toronto, Ontario. Najela amerykanskego jeepa i przeplynela Trans-Atlantyk. Zabrala ze soba Miloszowa Eurydyke, schowala skrzetnie Dziady Mickiewicza, przemycila Dos lidt fun golden land (Piosenke o zlotej krainie) Gebirtiga oraz Nikifora akwarelowe ck kolejowe stacyjki. Przeprowadzila sie z Chopinem i Kilarem, Zimermanem i Herbertem, na zawsze.

Teraz na mojej ulicy slychac tylko jeden jezyk: automobilowy. Bo cala Wieza Babel pochowala sie w swoich nowoczesnych warszawach. Na szerokich, kanadyjskich arteriach kazdy samochod krztusi sie inaczej. Po polsku, angielsku, czesku, slowacku, niemiecku, francusku, arabsku po tamilsku i katalonsku... A czy po podhalansku? Nie wiadomo, w telewizji tego nie widac. Widzialem na Kipling wielu Chasydow, czyzby Podhalanska zmartwychwstala w jidysz?

Moja corka – studentka medycyny – prosi mnie, in English oczywiscie, abym podrzucil ja na moja mlodziencza ulice. Zatem szybko, szybko, czas skonczyc te opowiesc i zdazyc przed zmiana swiatel...


PS. Czy tak samo widzial z Przestrzeni swoja ulice w Tel Avivie astronauta Ilan Ramon? Przy swietle ksiezyca – wymarzona, wysniona, wyteskniona...




Ziemia z Ksiezyca.
Rysowal czternastoletni Petr Ginz (1928-1944) w Ghetcie w Terezinie,
zamordowany w Auschwitz w roku 1944.



Waldemar Kontewicz





Teksty Waldemara Kontewicza zamieszczone w Zwojach:



Copyright © 1997-2003 Zwoje