Slynny esej sprzed ponad siedemdziesieciu laty, rozbudowany przed szescdziesiecioma, ktory do dzisiaj, w XXI wieku, zachowal aktualnosc.   (AMK)





ORFEUSZ W PIEKLE XX WIEKU







JOZEF   WITTLIN



Na pomnikach i nagrobkach poetow ogladamy nieraz wykuta w brazie lub marmurze - harfe albo lire, skrzyzowana malowniczo z galazka wawrzynu, galazka palmy lub gesim piorem. Maja to byc insygnia wladzy poetow, wladzy rzeczywistej lub urojonej, tak wygladaja herby ich niedziedzicznego szlachectwa. Starodawny instrument muzyczny, ktorego dzwiek jest nam juz prawie nieznany. Przywyklismy rowniez kazdego czlowieka, ktory swe mysli wyraza mowa wiazana, nazywac spiewakiem, piesniarzem, piewca. Mowimy, ze w swych ksiazkach cos spiewa, wyspiewuje. W rzeczywistosci nigdy nie slyszelismy spiewajacego poety, co najwyzej bylismy swiadkami jak swe wiersze recytowal. Bylby to wiec tylko przesadny zachwyt, ktory kaze nam prace literacka, wykonana przewaznie w pozycji siedzacej, przy stole i z zamknietymi ustami, nazywac spiewaniem? A jednak Iliada zaczyna sie od slow: Menin aejde tea - "Gniew spiewaj, Bogini"... a Eneida od slow: Arma virumque cano, - "Bron spiewam i meza...".

Jakos trudno jest przypuszczac, ze obaj starozytni poeci chcieli swiadomie wprowadzic potomnosc w blad, nazywajac spiewem cos, co jest tylko mowa wiazana. Natomiast zaden ze znanych nam, wspolczesnych poetow nie spiewa, a jesli sie zdarzy, ze jakis kompozytor napisze muzyke do jego slow, to przewaznie slowa te schodza na drugi plan, staja sie zupelnie obojetne, zwlaszcza jezeli muzyka jest dobra. A zatem na nagrobkach i pomnikach wspolczesnych poetow zamiast harfy i liry powinno sie umieszczac male Remingtony lub Underwoody, skrzyzowane romantycznie z wiecznym piorem Watermana lub Parkera. Te narzedzia, nie uwlaczajac czci dzisiejszego poety, z wieksza scisloscia sluzyc by mogly za insygnia jego pracy. Wieczne pioro z wiekszym prawdopodobienstwem toruje dzis poecie droge do wiecznosci, niz przestarzaly zabytek instrumentalny, ktorego za zycia nigdy nie mial w reku.

Ale cos musi byc w tym, ze poezje laczymy Z muzycznymi instrumentami. Prawie kazdy rodzaj sztuki wierszowanej nosi po dzis dzien grecka, lub wloska nazwe, okreslajaca raczej dzwiekowa strone utworu, jego muzyczna postac, a nie semantyczna, czysto literacka. Oda, hymn, elegia, rapsod, psalm, canzona, sonet - to wszystko pojecia raczej dzwiekowe. Jedynie sekstyna, tercyna, oktawa i aleksandryn wyrazaja bezdzwieczna, kwantytatywna strone wiersza. Sa okresleniami metrycznymi. Domyslamy sie wiec z tego, ze poezja w dzisiejszej postaci musi byc szczatkowym organem jakiegos, nie istniejacego juz kunsztu, ktory wraz z muzyka tworzyl niegdys jedna calosc. Wspolczesna ksiazka, zapelniona wierszami, bylaby w stosunku do dawnej poezji tym, czym w muzyce sa nuty. Zonglerzy, trubadurzy i truwerzy, minestrele i minnesaengerzy byli poetami i muzykami w jednej osobie. Na dworach sredniowiecznych, przy zimowych kominkach, w klasztornych refektarzach, poezja nie byla czytana, lecz spiewana.

Dzisiaj nikt nie wymaga od poety, zeby byl tenorem lub barytonem. Nikt nie czyni mu wyrzutow, jesli czytajac swe wiersze, nie towarzyszy im brzakaniem na cytarze lub formindze. Ale w owych dalekich czasach, gdy poezja byla tak powszechna, jak kino, w owych szczesliwych, jak sie nam dzisiaj wydawac moze - czasach, kiedy poeci mogli byc analfabetami, kiedy nie bylo druku ani ksiazek, w owych legendarnych czasach krola Dawida, harfiarza, czy tez slepego Homera, nie bylo jeszcze rozbratu miedzy poezja a muzyka. Wowczas strofa wiersza byla rzeczywiscie strofa, a nie tylko - jak dzis - hamulcem dla rytmu. Wowczas wewnetrzna melodia wiersza scisle odpowiadac musiala melodii frazy, spiewanej pelna piersia. I dlatego w czasach owej harmonijnej unii - jeden byl dla poezji i muzyki bog: Apollo, ktory sam gral na formindze i przewodniczyl wielkiej akademii, zlozonej z samych kobiet: z dziewieciu Muz.

Dzisiaj poezja, odlaczona od swej prawowitej siostry, jest zjawiskiem wtornym, dziwacznym. To dostojny kaleka, ukrywajacy swe braki pod purpurowym plaszczem wyszukanych slow. Dawna poezja apollinska byla w slowach prosta, a cala jej zawilosc wyrazala sie w muzyce, w tej jedynej ludzkiej mowie, bliskiej doskonalosci, poniewaz potrafi ona oddac mniej wiecej wszystko, co sie dzieje w ludzkiej duszy. Muzyka, wszystkimi fletami i piszczalkami wygwizduje i wyszydza ludzki rozum, ulomny i bezradny w porownaniu z jej doskonalym szalenstwem i uroczym klamstwem, w ktorym wiecej jest prawdy, niz w najmadrzejszych definicjach, wybelkotanych slowami. Jezeli istnieje Bog i pozwala czlowiekowi od czasu do czasu porozmawiac z Soba, to na ten cel nie uzyczyl mu mowy, ktora sluzy do porozumienia sie ludzi z ludzmi w ziemskich sprawach, do porozumienia sie, lub czesciej do nieporozumien. Jezeli Bog niekiedy raczy sluchac tego, co pragnie powiedziec czlowiek, to dal mu na ten cel wlasnie muzyke i poezje, te niewierna schizmatyczke muzyki. I dlatego ludzie, ktorzy niezaleznie od swych ludzkich, ziemskich wartosci, niezaleznie od umyslu, od cnot, od charakteru, umieja przyblizac niebo do ziemi, lub tez ziemie podnosic o kilkaset metrow do nieba, nazywamy ludzmi z Bozej laski. Ci ludzie czesto sami nie wiedza, co mowia, kiedy mowia, co wyspiewuja, gdy spiewaja, nie wiedza skad w nich ta sila urzekania. Juz dawno i na wieki umilkly formingi, cytary, bardony, lutnie i gesle. Plyty gramofonow nie przechowaly nam ich dzwieku, bo plyt jeszcze wowczas nie bylo. Pozniej ludzie wymyslili nowe, bardziej skomplikowane i bardziej wymowne narzedzia gry, - i jeden tylko instrument zostal na swiecie z tych najdawniejszych czasow, to ten, na ktorym jeszcze Orfeusz zaklinal bostwa smierci, by mu oddaly zone. To glos ludzki, vox humana.

Nikt od czlowieka, z Bozej laski obdarzonego cudownym glosem, nie wymaga nadzwyczajnego rozumu, ktorego – moze nieslusznie - wymaga sie od poetow. Przyslowiowy u tenorow brak rozumu czesto milszy jest sluchaczom, zlozonym nawet z samych medrcow, niz wszystkie pisane madrosci. Spiewak nie winien temu, ze glosowi jego dane jest wyrazac glebie, ktorych sam nawet nie przeczuwa. Co nas obchodza slowa piesni spiewanej? Dzis przywiazujemy wage juz tylko do slow piesni czytanej oczami, do czystej poezji, tego surogatu dawnej gedzby. W piesni spiewanej natomiast obchodzi nas tylko czysta muzyka, sam alkohol duszy, wolny od przypraw rozsadku. Jakze obojetne sa nam teksty piesni, owe straszliwe "sny i lzy", to "serce w rozterce", ten "maj i raj". Nie zwazamy na niedorzecznosci libretta, gdy sluchamy oper boskiego Mozarta. Totez oklaskujac spiewaka, nie jemu jako czlowiekowi, lecz samemu Panu Bogu bijemy brawo, Bogu, ktoremu podobalo sie uczynic ze spiewaka pomost miedzy Soba a nami.

Ilez to podstepnych chwytow za serce i perfidnych, delikatnych, niedostrzegalnych dla czytelnika manewrow logicznych wykonac musi poeta zanim mu sie uda przy pomocy slow, uzywanych przecie iw codziennym zyciu, osiagnac choc w przyblizeniu to, co osiaga muzyk juz przez sam material, z ktorego czerpie. Glosu skrzypiec, fletu, klarnetu, oboju, waltorni, ani brzmienia fortepianu, nie wypozycza sie z mowy ludzkiej tak, jak to czyni poezja. Glosy te istnieja tylko dla muzyki i sa tajemnica instrumentow, tajemnica substancji, z ktorych te instrumenty zrobiono, tajemnica jelit jagniecych, z ktorych wyrabia sie struny, tajemnica wlosia, napinanego na smyczki, tajemnica przewodow, kanalow, skretow i zakretow, otworow i wydrazen w drzewie i blasze, ktorymi przeciska sie ludzki oddech. Te tajemnice wyzyskac, na niej budowac - oto zadanie kompozytora. Ale najwieksza tajemnica jest ludzki glos.

Odkad poezja i muzyka rozstaly sie i poszly wlasnymi drogami, coraz bardziej staja sie sobie obce. Poeci liryczni bez liry ukladaja swe wiersze juz nie dla ucha, lecz dla oka, sluchowe formy wiersza nie rozwijaja sie, rzadko odswieza sie je nowymi wynalazkami lub nawrotami do dawnych technik, np. do asonansow. Coraz czesciej forme liryczna wypelniaja w poezji europejskiej, a moze bardziej jeszcze w poezji amerykanskiej - tematy niespiewne, niekiedy sa to jak gdyby rytmicznie skandowane reportaze. Piesn, odstapiona calkowicie muzyce, opuszcza poezje, do ktorej wdarly sie intelekt i spekulacja, i oto Orfeusz, wygnany z poezji, rozszarpywany przez zawiedzione bachantki, zdolal sie uwolnic z ich rak i schronil sie do muzyki. Nie zapomnial jednak skad przyszedl. Niekiedy wykrada sie poza granice tonow i w tesknocie za slowem, potajemnie odwiedza poetow. Przypomina im, ze maja wspolnego z nim ojca: Apollina. Niektorzy poeci przyjmuja go zyczliwie, ale sa i tacy, ktorzy nie chca go juz znac. Opieraja sie oni widocznie na innej wersji antycznego mitu, wedlug ktorej Orfeusz wcale nie byl synem Apollina, lecz krola trackiego Bagra. Ale nawet i w tym wypadku matka mu byla muza Kaliope.

Poeci zarzucaja wygnanemu Orfeuszowi, ze nadto skwapliwie wyprawia sie z Argonautami po zlote runo. Dzisiejsza Kolchida bowiem nazywa sie Ameryka, a zlote runo, ktore tak neci Orfeusza, jest z papieru i nazywa sie: dolar. Mityczny Orfeusz spiewem swym dzikie bestie uglaskal, iz przycupnely do jego stop, i pokornie jego piesni sluchaly. Dzisiejszy Orfeusz nie ma juz tej mocy. Nie potrafi nawet poskromic dzikiej bestii, zamknietej w klatce ludzkiego serca. Niczyja piesn nie powstrzymala od wybuchu wulkanow ludzkiej nienawisci, nie zamknela armatom ich paszcz, nie unieruchomila tankow, nie przeszkodzila bombom zapalac miasta. Niczyja piesn nie rozsadzila komor gazowych, nie zmiotla z powierzchni ziemi: Dachau i Bergen-Belsen, Oswiecimia, Majdanka i Treblinki. Pieklo mitycznego Orfeusza znajdowalo sie pod ziemia. To byl Hades, gdzie mieszkali umarli. Pieklo dzisiejszych Orfeuszow - ach, nadto dobrze je znamy - to ziemia, zamieszkiwana przez zywych ludzi. Nasi Orfeusze, poeci bez lir i muzycy bez wladzy, tez niekiedy wyrywaja nam dusze z tego piekla, w ktorym zyjemy. Ale glos ich jest za watly, zeby mogl zagluszyc zabojczy loskot doczesnosci, piekielny ryk morderczych maszyn. Dawny Orfeusz piesnia swoja pokonywal jedynie dzwieki przyrody. Dzis - musi przekrzyczec, nawet w czasie pokoju, straszliwe pieklo dzwiekow sztucznych, bedacych dzielem czlowieka. Dawniej melodia, przedzierajac sie do wiecznosci, musiala pokonac grzmoty Zeusa, nawalnice Posejdona, stuk kopyt, turkot kol, ryk bydla i szczek oreza. Mozna by napisac historie ewolucji dzwiekow na swiecie. Jak bardzo sie one zmieniaja! Jest ich coraz wiecej i sa coraz glosniejsze. Najmocniejsze dzwieki starozytnosci byly sielankowe w porownaniu z niewinnymi odglosami wspolczesnego miasta. Zelazo, szklo, kamien, motor i elektrycznosc zmowily sie, zawarly miedzy soba przymierze, zeby ogluszyc czlowieka i nie dopuscic lagodniejszych dzwiekow do jego uszu. Syreny samochodow ostrzegaja nas przed smiercia pod kolami nie tak slodkim glosem, jakim niegdys syreny wodne wabily ku smierci Odysseusza. A co mowic o syrenach, ostrzegajacych przed atakiem lotniczym!

Posrod ogluszajacego ryku miast, posrod huku machin wysoko na niebie, przedziera sie Orfeusz czasu wojny i czasu pokoju - do ludzkich serc. Unika dnia, woli noc, kiedy pieklo "normalnego" zycia ucisza sie nieco, woli on sztuczne swiatlo elektrycznych zyrandoli od slonecznego blasku swego ojca, Apollina. Woli geste, przesycone sztucznymi zapachami powietrze sal koncertowych, od naturalnych zapachow ogrodow i lak. Jak nocny kwiat otwiera Orfeusz kielich swej piesni i zamyka sie z powrotem wsrod zgielku dnia. Pomaga nam przez godzine, przez dwie, pokonac strach, pokonac smierc, pokonac czas, co nieuchronnie wiedzie nas do smierci, zapdniajac czas sztuka, ktora odbywa sie w czasie. Orfeusz pozwala na krotko wylaczyc rozum tak, jak sie wylacza elektrycznosc, pozwala nam, uwiezionym w przestrzeni, odpoczac w czasie. Chetnie gasimy to watle, ach jakze watle swiatelko rozumu, ktore oswieca nasze ciemne dzienne sprawy, wylaczamy zmysl wzroku, zamykamy oczy, podwajajac tak wrazliwosc uszu.

Jest noc, jest cisza, sluchajmy Orfeusza.

1930-1942


z tomu esejow: Jozef Wittlin, Orfeusz w piekle XX wieku,
Instytut Literacki, Paryz, 1963.





Jozef Wittlin   1896-1976
Rys.   Stefan Mrozewski





Teksty Jozefa Wittlina zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2003 Zwoje