JAKIMI SŁOWAMI OKREŚLIĆ WYBACZENIE ?

Egzystencjalne i pisarskie rozterki...





HALINA BIRENBAUM



Chciałoby się oderwać od codziennych zmagań, dzienników, groźnych prognoz politycznych i rozmaitych oczekiwań – wrócić do siebie, mówić ze sobą czyli pisać pamiętnik, jak kiedyś, bez żadnych roszczeń i ambicji. Dawno nie robiłam tego, a przecież tak wiele się ciągle dzieje wokół mnie. Zapisuję raczej w krótkich opowiadaniach czy wierszach, a najwięcej w listach do ludzi w różnych krajach.

Poprzez swe publikacje, poznałam wielu nowych ludzi, natomiast niektóre dawne kontakty urwały się. Nastąpiły zmiany w wzajemnych zainteresowaniach, pojmowaniu, w ocenach wielu zjawisk i w sytuacjach życiowych. Straciłam cierpliwość do wielu rzeczy, które mnie kiedyś pasjonowały – nieraz nie chce mi się nawet podnieść słuchawki lub odebrać telefonu... Już jakby mi tylko pozostało załatwić najpilniejsze sprawy, utrwalić najważniejsze, nie tracąc czasu na nic innego.

Bywa też i lenistwo lub raczej sprzeciw wobec pisania, gdy mnie pytają: czy jeszcze lub znów coś piszę, o czym teraz? I dręczy mnie wstyd, gdy mam się przyznać, że miesiącami, oprócz odpowiedzi na listy – niczego nie pisałam.

Prawda, że zapisuję wszystko w sobie i w pewnym momencie przelewam na papier, ale nie łatwo to komuś wytłumaczyć. Najtrudniej, gdy mój bagaż doznań powiększa się i opanowuje mnie lęk, że już go nie podźwignę. Zniechęcają też trudności publikacji, choć to niesłuszne, bo na każdą rzecz przychodzi kiedyś czas, a to co naprawdę wartościowe utoruje sobie w końcu drogę na światło dzienne. Potrzebna jest cierpliwość, wytrwałość. Nie bardzo mogłabym się nimi pochwalić...

Pisanie wymaga przede wszystkim oderwania, samotności, ostrego wczucia się i wglądu w siebie. Może dlatego tak często uciekam od długopisu czy komputera pod jakimkolwiek pretekstem: to mi za zimno, to zbyt gorąco; smutno mi albo radość rozpiera, przytłacza mnogość wątków, pełnia – i jednocześnie paraliżuje lęk, że nie podołam tej masie.

Zraża samotność, brak zainteresowania i tak samo właściwie życzliwa obecność czy drążące pytanie: "a co teraz piszesz? o czym?..." - gdy sama jeszcze nie wiem, bo dopiero przebijam się przez mgły rozmaitych doznań, spostrzeżeń, myśli, próbuję odtworzyć ich atmosferę, którą czuję w sobie; rozproszone wątki obrazów, wzburzające wnioski, nie przekształcone w składną, jednolitą całość realnego nazwania. Często tak trudno się przemóc, by to wydobywać z siebie. Lepiej uciec od siebie!

Potem jednak żal straconego czasu, zagubionych myśli, z czego się rozgrzeszam, że przecież swoje zrobiłam już... Napisałam, przekazałam co powinnam. Można odpocząć wreszcie bez poczucia "długów" i dać sobie spokój. Wiele wszak udało mi się zrealizować. Zawsze jednak nie wszystko, i nie tak, jak pragnęłam. Dalej nie przestaję oczekiwać różnych spełnień i chciałoby się przyśpieszyć pęd czasu, co właściwie oznacza skracanie życia, mnożenie się zmarszczek, siwych włosów i ubytek sił czy nieraz też wiary w sens dalszych wysiłków.

Jednak milczenie, to rodzaj śmierci, gdy tyle się ze mną i wokół mnie dzieje. Muszę opowiedzieć o przeszłym, zmierzać się z codzienną rzeczywistością. Kiedy nie opisuję tego, wydaje mi się, że już nie umiem, że nie umiałam nigdy, a dotychczasowe przekazy, to wcale nie byłam ja...

Zabierałam się do pisania pewnych trudnych konkretów, a wpadłam w refleksje nad sobą, nad swymi pisarskimi rozterkami... Nie potrafię narzucać sobie planowania, dyscypliny. Zawsze miałam i mam z tym trudności. Intuicje i emocje są najczęściej moim przewodnikiem. Stały się właściwie w wieku trzynastu lat, gdy wyrwana z domu, od rodziny i wszystkiego co ludzkie znalazłam się za drutami obozów Zagłady.

Miałam odpowiedzieć na stawiane mi od lat pytanie, a pierwsze zdanie zamierzonej odpowiedzi zmieniło się mimo woli w krótki wiersz:

Dlaczego chciałam Wtedy żyć?

pytają mnie wiele razy
w Izraelu
dlaczego mimo okropności Zagłady
pragnęłam jeszcze żyć
jak to wyjaśnić?
urodziłam się, ujrzałam niebo i słońce
i tak bardzo pragnęłam ich znów i znów!...

Dopiero po własnych klęskach zrozumieli u nas w Izraelu, że wobec przemocy i terroru nawet najsilniejsi mogą okazać się bezradni zupełnie i przestali wyrzucać nam, uratowanym z Holocaustu: "dlaczego nie broniliście się, dlaczego daliście się prowadzić na śmierć?"... O prawdzie zdarzeń w całej swej nagości nie chcieli długo słyszeć.

Niemcy pytają często, jaki sens miało żyć w tak okropnych warunkach, i w co jeszcze można było wówczas w ogóle wierzyć? Albo, "jak my" (oni, Niemcy) "staliśmy się tacy?"... Mówią mi, że trudno im wyobrazić sobie, iż taka rzeczywistość naprawdę istniała, uwierzyć w to, a słuchając mnie, nie mogą też nie uwierzyć – i jest im z tym jeszcze straszniej.

Od młodzieży polskiej słyszałam mniej więcej to samo. W pewnym zbiorowym liście po spotkaniu ze mną napisali mi, że okropności II Wojny Światowej są dla nich, młodych, niewyobrażalne: "To, co pani nam opowiedziała było tak okrutnie prawdziwe, że aż nierealne...". Wielu dziwi się, że potrafię mówić otwarcie o tym wszystkim, wracać do wspomnień z obozów śmierci, przyjeżdżać do miejsc, w których tyle wycierpiałam. "I skąd te siły wciąż?".

Tłumaczę im i sobie, że to nie moja siła a ogrom przeżyć dziewczynki, którą byłam Wtedy, walczącej o każdą chwilę życia zabronioną mi nawet w piekle obozów, bo byłam Żydówką i dzieckiem. Człowiek staje się chyba silny na miarę swych cierpień i obowiązków, dorasta i dojrzewa do nastających sytuacji. Dziś pojawia się u mnie owa siła, gdy opowiadam, lub piszę. Nie mam jej na codzień, czasem wprost wydaje mi się, że to nie ja jestem – nie ja byłam Wtedy.

Wierzyłam, jak inni moi towarzysze losu, że Niemcy przegrają wojnę, a po klęsce ich wszechwładnej potęgi mordu w całej Europie świat będzie wspaniały – i pragnęłam dożyć tego. Z tą wymarzoną wizją normalnego życia znosiłam wszelkie ciosy i męki. Tam wówczas narastało poczucie mojego człowieczeństwa oraz sensu istnienia. Nie miałam już niczego więcej, prócz tej wizji, którą się karmiłam.

Ci, którzy mnie słuchają dziś próbują swoimi pytaniami uwolnić się od tego koszmarnego gąszczu. Wielu utrzymuje, że tej rzeczywistości nie da się wyrazić ani zrozumieć. Ja nigdy nie godzę się z takim orzeczeniem. Każdy człowiek potrafi wyobrazić sobie strach przed odebraniem życia, ból utraty bliskich, głód. Świadomość ta leży u podstaw uczuć ludzkich, w instynktach samozachowawczych wszelkich stworzeń.

Ale raczej wolałoby się nie wiedzieć, nie pamiętać. Chciałoby się zapomnieć już nawet tę nazwę Auschwitz - wyraz największych zbrodni przeciw ludzkości i największych cierpień.

Chcieć wtedy żyć było swoistym rodzajem sprzeciwu mordercom, którzy postanowili zgładzić nas wszystkich, by świat nie dowiedział się nawet o ich zbrodniach. Świadomość tego dręczyła nieraz bardziej od świadomości nieuniknionej śmierci w tym piekle.

Życie jest silniejsze niż ból, rozpacz, cierpienie. Sami nie wiemy jak wiele jesteśmy w stanie wycierpieć, aby je zachować, jak wielkie są zapasy sił oraz pomysłów do walki o nie, o przetrwanie. Nie żyje się pod warunkiem, że ma być tak i tak, a jak nie, to dziękuję! Przychodzimy na świat nie z własnej woli czy decyzji – ale istniejemy na dobro czy zło. Z nadzieją, że zło minie.

I zwykły strach przed tą odwieczną zagadką, jaką jest śmierć. Nigdy więcej nic, to najstraszniejsze na świecie i wszystko, co żyje broni się przed tym świadomie lub instynktownie. Ale i to udaje się przezwyciężyć nie rzadko w potrzebie ratowania czy niesienia ulgi w cierpieniu innego człowieka. Inaczej świat już by nie istniał.

Świat dziś też nie jest taki, o jakim marzyło się wówczas, jakim sobie wyobrażaliśmy, że będzie po owej wojnie. Zło mnoży się - każde powstaje i wybucha w kontekście innych, sprzyjających okoliczności i przyczyn. I dalej musimy żyć, mając w sobie tamto – i to dzisiejsze. Niemcy tak samo. Dzieci i wnuki sprawców zbrodni i niezliczonych tragedii II Wojny Światowej mają te dzieje tak samo w swym życiu, mimo że urodzili się później i nie zawinili osobiście. Nie mogą pytać z wysoko podniesionymi głowami: "co my mamy z tym wspólnego?"

Ostatnio, w związku z członkowstwem w Unii Europejskiej, w Niemczech oraz krajach przez nich okupowanych podczas wojny starają się prowadzić nauczanie historii i Holocaustu z pozycji ofiar obustronnych, a nie, jak dotąd, z pozycji morderców i ofiar. Mówi się, że Niemcy też zostali wygnani ze swych ziem, domów, byli prześladowani, ginęli w obozach dla jeńców wojennych.

Jest w tym prawda, ale przestępstwa dokonane dawniej czy dziś gdziekolwiek na świecie przez innych, nie rehabilitują i nie zwalniają od odpowiedzialności za Czasy Pieców. Osłanianie się nimi ma na celu wyprzeć z świadomości ludzkiej pamięć oraz znaczenie z niczym nieporównywalnego ogromu Holocaustu.

Nie ma i nie może być znaku równania między milionami ofiar niemieckiego nazizmu, którzy rozpalili to piekło na ziemi – a ofiarami rezultatów tych zbrodni, od których ucierpiał pod koniec ich własny niemiecki naród.. Oni wszak z takim szaleńczym entuzjazmem masowo ich wybrali i sprowadzili do władzy, by rasa aryjska i nowy porządek niemiecki podbiły i zawładnęły całym światem. Wszystko ma swą cenę. Wojna przynosi z sobą i pozostawia na długo największe niesprawiedliwości i tragedie – słowo sprawiedliwość staje się wobec tego najgorszego zła pustym dźwiękiem.

Mówię im to wprost bez żadnej wrogości, dzieląc się po ludzku moimi ówczesnymi i obecnymi doświadczeniami. Niektórzy pytają czy nienawidzę Niemców, a jeśli nie, jak to jest możliwe po tylu takich cierpieniach?! Nieraz dyskretnie pytają mnie czy mogę im wybaczyć? I szukam odpowiedzi na to najtrudniejsze pytanie w głowie, w sercu.

Przyjeżdżam do nich. Poznajemy się na nowo, dajemy sobie wzajemnie w tych spotkaniach wzruszenia, łzy. Wspólne rozpamiętywania największego zła, ale i dobra ludzkiego. I jest ta przeszłość, koszmarne fakty, których oni nie zgłębiali, woleli nie poznać. I ten ból zwierzony teraz, budzący zrozumienie, przyjaźń. Nie ma przy tym i nie będzie zapomnienia, u mnie w każdym razie, i może u tych, którzy mnie słyszeli – więc jakimi słowami określić wybaczenie?

Wielu uratowanych z Shoah uważa, że nie trzeba mieć z nimi kontaktów, jeździć do Niemiec. Ja uważam, że hodowanie w sobie nienawiści prowadzi jedynie do utrwalania zła i zatruwania samych siebie. Dlaczego pozbawiać się szans na porozumienie, na przyjaźń między ludźmi, gdziekolwiek by to nie było? Wszędzie są tacy, którzy jej pragną i są jej godni.

Jednak muszę się przyznać, że krzywdzący czyn dziś od kogoś w Niemczech boli mnie bardziej niż od innych. Bo natychmiast zjawiają się asocjacje, wraca obraz przebytych koszmarów, dźwięk morderczych rozkazów w tym języku, tak świeżych ciągle w pamięci! Przecież im opowiadam o tym wszystkim, a ci, co mnie zapraszają, chcą o tym wiedzieć, a tym bardziej od naocznego świadka, a takich już niedługo nie będzie można usłyszeć. Czas zrobi swoje...

Poznałam w Niemczech wielu światłych, szlachetnych ludzi, mam wśród nich serdecznych, wiernych przyjaciół. Wiem, że tamta haniebna przeszłość nie przestaje wyciskać piętna na ich teraźniejszości dręczącym poczuciem wstydu, winy. Również bezczelne zaprzeczanie Holocaustu jest tego wyrazem. Różnie ludzie reagują, różnie tłumaczą sobie fakty, zwłaszcza te trudne, z którymi nie mogą sobie poradzić.

W pewnej szkole w Berlinie, do której uczęszcza młodzież z rodzin tureckich, a nauczycielami są na ogół Niemcy, jeden z uczniów zwrocił się do nich pod koniec mojego opowiadania: „A co wy na to?”...Wstrząśnięci nauczyciele milczeli. Ja znalazłam za nich odpowiedź, bo nie zemsta jest moim celem, a zrozumienie i odpowiedzialność za pamięć.

W innej uczelni berlińskiej studentka - ojciec z Malezji, matka Niemka - objęła mnie mocno i zapłakała z głową wtuloną w moje ramię. Obserwował to dyrektor szkoły, stojąc pokornie na uboczu. Należał niegdyś do Hitler Jugend. Teraz stara się uświadomić swych uczniów o grozie takich ideologii.

Przywiózł mnie swoim autem i potem odwiózł do domu przyjaciół, którzy mnie goszczą zazwyczaj u siebie, odkąd poznaliśmy się i zaprzyjaźnili, gdy po pięćdziesięciu latach przyjechałam do Berlina w związku z pokazem izraelskiego filmu, w którym uczestniczę: Z powodu tej wojny. Moi berlińscy przyjaciele należą do organizacji pokojowej Friedendienst i biorą udział w imprezach służących utwierdzaniu pokoju na świecie. Młodsi ode mnie o kilka lat, z trudną przeszłością wygnania z okolic Elbląga po zakończeniu wojny w 1945 roku.

Dyrektor rozmawiał ze mną rozsądnie i grzecznie. Czułam, że stara się ukryć pod tymi grzecznymi słowami wstrząs bezpośredniego spotkania ze mną, z moją oświęcimską przeszłością. Nie starałam się tego zmieniać, swoje już zrobiłam w szkole i on też wysłuchał mnie uważnie razem z uczniami.

Zostawiłam tam żywy obraz tego, co we mnie zostało Wtedy wyryte. Teraz jestem wolna, mam prawo rozjeżdżać się po byłej stolicy Hitlera, mieć w Niemczech przyjaciół, opowiadać w uczelniach, kościołach i różnych innych instytucjach o mojej i ich Przeszłości Komór Gazowych....

Nie jest chyba niemoralne, że moja nadzieja umiera zawsze ostatnia.

9 lutego 2003





Halina Birenbaum, zamieszkała w Izraelu, jest pisarką, poetką, tłumaczką. W roku 2001 otrzymała tytuł Człowieka Pojednania przyznawany przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów osobom spoza Polski szczególnie zasłużonym dla dialogu polsko-żydowskiego.

Halina Birenbaum urodziła się w Warszawie. Jako dziecko przeżyła Getto Warszawskie, podczas powstania w Ghetcie w roku 1943 ukrywała się w bunkrze na Miłej. W obozie na Majdanku spędziła noc w komorze gazowej, rano okazało się, że Niemcom zabrakło gazu. Później była więźniarką Auschwitz-Birkenau, Ravensbrück i Neustadt-Glöve.

Mówi:

"Do 'raju', Niemcy dopuszczali Żydów w wieku mniej więcej od 17 do 25 lat. Mam na myśli pozostawienie przy życiu w obozach zagłady: Majdanek, Auschwitz; tam każdy transport Żydów przechodził selekcję i dzieci oraz starszych czy ułomnych wysyłano natychmiast do gazu. Matka nauczyła mnie w czasie akcji wysyłki Żydów na Umschlagplatz i do obozów śmierci (przeważnie do Treblinki), że muszę wszędzie podawać się za 17-letnią - a miałam 13 tylko... Zdarzyły mi się różne cuda i od 10. do 15. roku życia przeżyłam wszystko, począwszy od bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 aż do 3 maja 1945."

Halina przeżyła, ale zginęli wszyscy jej bliscy - ojciec, matka, brat, bratowa; ocalał tylko jeden brat, Marek. Po wojnie, w 1947 roku wyjechała do Izraela z kibucem zorganizowanym jeszcze w Warszawie, ale i tam nie opuścił jej koszmar wojny.

Mówi

"Pierwszą swą podróż do Polski odbyłam po czterdziestu latach i nazwałam ją 'Wyprawa w Przeszłość - Polska 1986'. Podróż ta zaowocowała wieloma posunięciami w moim życiu. I nie tylko w moim, bo nasz starszy syn Yakov Gilad, wraz z kompozytorem i śpiewakiem Yehudą Polikerem, stworzył wówczas jedną ze swych najlepszych płyt Popiół i kurz. Napisał piękną piosenkę:
Dokąd ty jedziesz
tam nikt nie czeka
wieczność to tylko
popiół i kurz
. . .

Tekst syna Popiół i kurz odnosi się do moich słów po powrocie z tej Wyprawy w Przeszłość. Ja tam oderwałam się od wszystkiego co jest tutaj w domu i znowu włączyłam się w to i w tych, z którymi byłam Wtedy. To było tak, jakbym dotknęła wieczności w tym moim spotkaniu życia w umarłych; w dzieciństwie wśród swoich, które odżyło we mnie z niesamowitą potęgą - i w śmierci, którą umierałam wielokrotnie razem z moimi bliskimi i tysiącami nam podobnych. Powstał również film dokumentalny z nami wraz z tymi piosenkami Biglal Hamilhama Hahi - Because of that war.
Wspominając czas Zagłady Halina podkreśla, że Wtedy pojęła siłę dobra, zrozumiała, jaki może być człowiek, a jaki nie powinien być. Nie czuje nienawiści, ale odpowiedzialność pamięci, ból po tych, których straciła. Wspomnienia o Zagładzie spisała w książce Nadzieja umiera ostatnia (1967; wydania uzupełnione o Wyprawę w Przeszłość: 1988, 2001), tłumaczonej na języki: hebrajski, angielski, niemiecki, francuski, japoński, trzykrotnie wznawianej w Polsce. Po polsku ukazał się także wybór z jej pamiętników Każdy odzyskany dzień, Wołanie o pamięć i Powrót do ziemi praojców (1991), opisujący budowanie nowego życia w Izraelu. Wydała również trzy tomiki wierszy: Nawet gdy się śmieję (1990), Nie o kwiatach (1993), Jak można w słowach (1995).

O swoich przeżyciach Halina Birenbaum opowiada na spotkaniach z młodzieżą izraelską, niemiecką i polską, budując mosty między chrześcijanami i żydami. Z Polską czuje się mocno związana, pisze i koresponduje po polsku i hebrajsku, po polsku rozmawia z mężem i przyjaciółmi.

(Andrzej Kobos)





Teksty Haliny Birenbaum zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje