
GLODOMOR
Ein Hungerkünstler
FRANZ KAFKA
W ostatnich dziesiatkach lat zainteresowanie glodomorami bardzo oslablo. Podczas gdy dawniej urzadzanie tego rodzaju przedstawien na wlasny rachunek dobrze sie oplacalo, teraz jest to zupelnie niemozliwe. Byly inne czasy. Niegdys glodomorem zajmowalo sie cale miasto; od jednego do drugiego dnia glodu wzrastalo zaciekawienie, kazdy pragnal zobaczyc glodomora przynajmniej raz dziennie, pozniej pojawiali sie abonenci, ktorzy przez caly dzien siedzieli przed mala, okratowana klatka; pokazy odbywaly sie takze w nocy, dla wiekszego wrazenia przy swietle pochodni; w dni pogodne wynoszono klatke na dwor i wtedy pokazywano glodomora zwlaszcza dzieciom; podczas gdy dla doroslych byl on czesto jedynie rozrywka, w ktorej brali udzial, poniewaz taka byla moda, to dzieci pelne podziwu, z otwartymi ustami, dla pewnosci trzymajac sie za rece, patrzyly, jak on, blady, w czarnym trykocie, z silnie wystajacymi zebrami, gardzac nawet krzeslem, siedzial na rozrzuconej slomie, czasem uprzejmie sie klaniajac, z wymuszonym usmiechem odpowiadal na pytania, wyciagal takze ramie przez kraty, aby mozna bylo dotknac jego chudosci, lecz potem znowu calkiem zamykal sie w sobie, nie troszczyl sie o nikogo, nie dbal nawet o tak wazne dla niego uderzenie zegara, ktory byl jedynym meblem w klatce, tylko patrzyl przed siebie z zamknietymi prawie oczyma i od czasu do czasu upijal troszeczke wody z malenkiej flaszeczki, aby zwilzyc sobie wargi.
Z cyklu Glodomor
Rys. Andrzej Ploski, 1983.
Poza zmieniajacymi sie widzami byli tu takze stali dozorcy wybrani przez publicznosc, dziwnym przypadkiem zazwyczaj rzeznicy, ktorzy, zawsze trzej rownoczesnie, mieli za zadanie pilnowac glodomora dniem i noca, aby w jakis tajemniczy sposob nie przyjal on jednak pozywienia. Ale byla to tylko formalnosc wprowadzona, dla uspokojenia mas, gdyz wtajemniczeni widzieli dobrze, ze glodomor podczas glodowki nie zjadlby nawet okruszyny nigdy, w zadnych okolicznosciach, nawet pod przymusem; zabranial tego honor jego sztuki. Oczywiscie nie kazdy dozorca umial to zrozumiec, trafialy sie nieraz nocne grupy dozorcow, ktorzy odbywali straz bardzo niedbale; umyslnie siadali razem w odleglym kacie i tam pograzali sie w grze w karty z oczywistym zamiarem uzyczenia glodomorowi malego posilku, ktorego, ich zdaniem, mogl zaczerpnac z jakichs ukrytych zapasow. Nic nie sprawialo glodomorowi wiekszej przykrosci niz tacy dozorcy; doprowadzali go do rozpaczy, czynili mu glodowanie straszliwie ciezkim; nieraz wiec przezwyciezal swoje oslabienie i w czasie takiego dozorowania spiewal tak dlugo, jak tylko wytrzymywal, aby pokazac tym ludziom, jak nieslusznie go podejrzewali. Ale niewiele to pomagalo; podziwiali tylko jego zrecznosc, ze nawet w czasie spiewu potrafi jesc. O wiele milsi byli mu dozorcy, ktorzy siadali przy klatce, nie zadowalali sie metnym nocnym oswietleniem sali, lecz kierowali na niego swiatla elektrycznych lampek kieszowych, ktorych dostarczal im impresario. Razace swiatlo nie przeszkadzalo mu wcale, spac nie mogl przeciez w ogole, a troche zdrzemnac sie potrafil zawsze, przy kazdym oswietleniu i o kazdej godzinie, takze w przepelnionej, halasliwej sali. I z takimi dozorcami zawsze byl gotow przepedzic cala noc bez snu; gotow byl zartowac z nimi, opowiadac im historie ze swego wedrownego zycia, potem znowu sluchac ich opowiadan, a wszystko tylko dlatego, aby nie usneli i aby im wciaz na nowo mogl udowadniac, ze nie ma w klatce niczego do jedzenia i ze gloduje tak, jak zaden z nich by nie potrafil. Ale najszczesliwszy byl wtedy, gdy nadchodzil poranek i przynoszono im, na jego rachunek, bardzo obfite sniadanie, na ktore rzucali sie z apetytem zdrowych mezczyzn bedacych po nuzacej nocy spedzonej na warcie. Co prawda byli nawet ludzie, ktorzy w tym sniadaniu chcieli widziec nieuczciwy srodek wplywania na dozorcow, ale tego bylo juz za wiele, i gdy ich pytano, czyby tez dla samej sprawy, bez sniadania chcieli sie podjac nocnej strazy, wycofywali sie, upierajac sie jednak przy swoich podejrzeniach. Nalezaly one zreszta do podejrzen, ktorych nie mozna oddzielic od glodowania w ogole. Nikt przeciez nie byl w stanie spedzic przy glodomorze wszystkich dni i nocy bez przerwy jako straznik, nikt wiec nie mogl stwierdzic na wlasne oczy, czy naprawde glodowano bez przerwy i nienagannie, mogl to wiedziec tylko sam glodomor, a wiec tylko on mogl byc rownoczesnie zupelnie zadowalajacym swiadkiem swojego glodowania. On jednak - z innego znowu powodu - nigdy nie byl zadowolony, mozliwe, ze to wcale nie wskutek glodowania wychudl tak bardzo, iz pewni ludzie z zalem musieli trzymac sie z dala od pokazow, bo nie znosili juz jego widoku – moze wychudl tak wskutek niezadowolenia z samego siebie. Gdyz tylko on jeden wiedzial i poza nim nie wiedzial tego nawet nikt wtajemniczony, jak latwe bylo glodowanie. To byla najlatwiejsza rzecz na swiecie. I nie ukrywal tez tego, ale nie wierzono mu, w najlepszym razie uwazano go za czlowieka skromnego, ale najczesciej za szukajacego reklamy albo wprost za oszusta, ktoremu glodowanie przychodzi latwo dlatego, ze potrafil uczynic je sobie latwym, i ktory ma jeszcze czelnosc na pol do tego sie przyznac. To wszystko musial znosic i z uplywem lat przyzwyczail sie tez do tego, ale zawsze gryzlo go wewnetrznie to niezadowolenie i nigdy jeszcze, po zadnym okresie glodowania - to swiadectwo musi sie mu wystawic - nie opuscil dobrowolnie klatki. Jako najdluzszy czas glodowania ustalil impresario dni czterdziesci, i ponad to nie pozwolil mu nigdy glodowac, nawet w stolicach swiata, i slusznie. Zgodnie z doswiadczeniem mniej wiecej przez czterdziesci dni mozna bylo przez wzrastajaca stopniowo reklame podniecac coraz bardziej zainteresowanie miasta; potem jednak publicznosc zawodzila i stwierdzano istotny spadek frekwencji; istnialy oczywiscie w tym wzgledzie drobne roznice miedzy miastami i krajami, ale jako regule przyjmowalo sie, ze czterdziesci dni bylo okresem najdluzszym. Wtedy wiec, w czterdziestym dniu, otwierano drzwi uwienczonej kwiatami klatki, zachwyceni widzowie wypelniali amfiteatr, grala orkiestra wojskowa, dwaj lekarze wkraczali do klatki, aby przeprowadzic na glodomorze konieczne pomiary, przez megafon obwieszczano sali rezultaty, i w koncu podchodzily dwie mlode damy, szczesliwe, ze je wlasnie wybrano, i chcialy wyprowadzic glodomora z klatki po paru stopniach tam, gdzie na malym stoliczku przygotowano starannie dobrany posilek, jaki podaje sie choremu. I w tym momencie glodomor zawsze sie wzbranial. Wprawdzie kladl jeszcze dobrowolnie swoje kosciste ramiona w przyjaznie wyciagniete rece nachylonych ku niemu dam, ale powstac nie chcial. Dlaczego zaprzestac wlasnie teraz, po czterdziestu dniach? Wytrzymalby jeszcze dlugo, bezgranicznie dlugo, dlaczego przestac wlasnie teraz, gdy glodowalo mu sie najlepiej, choc wlasciwie nigdy dotad najlepiej mu sie jeszcze nie glodowalo? Dlaczego chciano go obrabowac ze slawy dalszego glodowania, i to nie tylko ze slawy najwiekszego glodomora wszystkich czasow, ktorym prawdopodobnie juz byl, ale takze przescigniecia samego siebie az do niepojetych szczytow, gdyz dla swych zdolnosci glodowania nie znal on zadnych granic. Dlaczego ten tlum, ktory udawal, ze go tak podziwia, okazywal mu tak malo cierpliwosci; jezeli on wytrzymywal dalsze glodowanie, dlaczego oni nie mogli wytrzymac? Byl tez zmeczony, siedzial sobie wygodnie w slomie, a teraz musial sie wyprostowac na cala wysokosc i podejsc do jedzenia, o ktorym sama mysl wywolywala mdlosci, powstrzymywane z trudem jedynie przez wzglad na damy. I patrzyl w gore, w oczy pozornie tak przyjaznych, a naprawde tak okrutnych dam i potrzasal glowa zbyt ciezka na tak slabej szyi. Lecz potem dzialo sie to, co dzialo sie zawsze. Przychodzil impresario, podnosil niemo - muzyka uniemozliwiala przemowienie - ramiona ponad glodomorem, tak jakoby zapraszal niebiosa do obejrzenia tu, na slomie swego stworzenia, tego godnego pozalowania meczennika, ktorym zreszta glodomor byl w istocie, tylko ze w calkiem innym znaczeniu; obejmowal glodomora w cienkiej talii, przy czym przez przesadna ostroznosc chcial pokazac, z jaka to krucha rzecza ma tu do czynienia, i przekazywal go - nie bez potrzasniecia nim troche, niepostrzezenie, tak ze glodomor bezwladnie tu i tam kolysal nogami i tulowiem - damom, ktore tymczasem trupio pobladly. Teraz glodomor pozwalal robic ze soba wszystko; jego glowa lezala na piersi, wygladalo, jakby stoczyla sie i zatrzymala tam w sposob nie wyjasniony; cialo bylo jakby wydrazone, nogi instynktem samozachowawczym sciskaly sie mocno w kolanach, szuraly jednak po ziemi tak, jakby nie byla to ziemia prawdziwa, prawdziwej dopiero szukaly; i caly, zreszta bardzo maly, ciezar ciala lezal na jednej z dam, ktora szukajac pomocy, zdyszana - nie tak wyobrazala sobie owa zaszczytna funkcje - z poczatku jak najdalej wyciagala szyje, aby przynajmniej twarz uchronic od zetkniecia z glodomorem, potem jednak, gdy jej sie to nie udawalo, a szczesliwsza towarzyszka nie przychodzila jej z pomoca, lecz zadowalala sie niesieniem przed soba, z drzeniem, reki glodomora, tej malej wiazki kosci - wybuchla placzem wsrod zachwyconego smiechu sali i musial ja zastapic sluzacy, ktory od dawna juz stal w pogotowiu. Potem przychodzilo jedzenie, z ktorego impresario wmuszal nieco glodomorowi w czasie jego polsnu podobnego do omdlenia, wsrod wesolej gawedy, ktora miala odwrocic uwage od stanu glodomora; potem wznoszono jeszcze toast na czesc publicznosci, ktory niby to glodomor podszeptywal panu impresario; orkiestra potwierdzala wszystko wielkim tuszem, zaczynano sie rozchodzic i nikt nie mial prawa byc niezadowolonym z tego, co widzial; nikt, tylko sam glodomor, zawsze tylko on.
Z cyklu Glodomor
Rys. Andrzej Ploski, 1983.
Tak zyl przez wiele lat, z malymi, regularnymi okresami wypoczynku, w pozornym blasku, szanowany przez swiat, mimo wszystko jednak przewaznie w ponurym nastroju, tym bardziej jeszcze ponurym, ze nikt nie umial brac go powaznie. Czymze miano go pocieszac? Czegoz mogl sobie jeszcze zyczyc? A gdy czasem znalazl sie poczciwiec, ktory uzalil sie nad nim i chial mu wytlumaczyc, ze smutek jego pochodzi prawdopodobnie z glodu, to moglo sie zdarzyc, zwlaszcza wsrod daleko posunietej glodowki, ze glodomor odpowiadal wybuchem wscieklosci i ku przerazeniu wszystkich zaczynal jak zwierze trzasc kratami klatki. Ale na takie wypadki impresario mial na podoredziu kare, ktora chetnie stosowal. Usprawiedliwial glodomora przed zebrana publicznoscia i dodawal, ze li tylko wywolana przez glod i dla ludzi sytych zasadniczo niezrozumiala pobudliwosc moze wytlumaczyc jego zachowanie; nastepnie w zwiazku z tym przechodzil do dajacego sie w podobny sposob wytlumaczyc twierdzenia artysty, ze moglby glodowac jeszcze o wiele dluzej, niz gloduje, chwalil owe szczytne daznosci, dobra wole, wielkie samozaparcie, ktore z pewnoscia zawieralo sie takze i w tym twierdzeniu; nastepnie jednak probowal dosc prosto odeprzec to twierdzenie przez pokazywanie fotografii, ktore rownoczesnie sprzedawano, a na ktorych widac bylo glodomora w czterdziestym dniu glodu, na lozku, gasnacego niemal z wycienczenia. Tego znanego dobrze glodomorowi, ale wciaz na nowo doprowadzajacego go do rozstroju przekrecania prawdy bylo mu za wiele. To, co bylo nastepstwem przedwczesnego konca glodowki, przedstawiano tu jako przyczyne! Walczyc przeciw tej glupocie, przeciwko temu swiatu glupoty, bylo niemozliwoscia. Wciaz jeszcze z dobra wiara przysluchiwal sie w klatce temu, co mowil impresario, ale za kazdym razem, gdy zjawialy sie fotografie, puszczal kraty, z westchnieniem opadal z powrotem na slome i uspokojona publicznosc znow mogla podejsc i ogladac go.
Z cyklu Glodomor
Rys. Andrzej Ploski, 1983.
Gdy swiadkowie takich scen powracali do nich mysla w pare lat pozniej, czesto nie rozumieli samych siebie. Gdy tymczasem nastapil ow wspomniany gwaltowny przelom, stalo sie to prawie nagle i moglo miec glebsze przyczyny, ale komuz zalezalo na tym, aby je odszukac; w kazdym razie pewnego dnia rozpieszczonego glodomora opuscil szukajacy rozrywek tlum, ktory zaczal chetniej podazac na inne przedstawienia. Raz jeszcze impresario pognal z nim przez pol Europy, aby stwierdzic, czy nie wzbudzi sie jeszcze tu i owdzie dawnego zainteresowania; wszystko na prozno; jakby za tajnym porozumieniem powstala wszedzie niechec przeciw pokazowym glodowkom. Naturalnie, w rzeczywistosci nie moglo to przyjsc tak nagle i teraz poniewczasie przypominano sobie niejedne, w upojeniu powodzeniem nie dosc uwzgledniane i nie dosc wowczas zwalczane zapowiedzi tego stanu. Teraz jednak za pozno bylo cos przeciw nim podejmowac. Co prawda bylo pewne, ze kiedys przyjdzie znowu czas glodowki, ale dla zyjacych nie byla to zadna pociecha. Coz mial teraz poczac glodomor? Ten, na ktorego czesc wiwatowaly tysiace, nie mogl sie pokazywac w budach na malych jarmarkach, a na to, by jac sie innego zawodu, byl glodomor nie tylko za stary, ale przede wszystkim zanadto fanatycznie oddany glodowaniu. Tak wiec rozstal sie ze swym impresario, towarzyszem bezprzykladnej kariery, i pozwolil sie zaangazowac wielkiemu cyrkowi; aby zas oszczedzic swa wrazliwosc, nie spojrzal nawet na warunki umowy.Wielki cyrk ze swa niezliczona liczba wciaz sie wyrownujacych i uzupelniajacych nawzajem ludzi, zwierzat i urzadzen moze kazdej chwili potrzebowac kazdego artysty, nawet glodomora, oczywiscie przy odpowiednio skromnych wymaganiach, a zreszta w tym szczegolnym przypadku angazowano nie tylko samego glodomora, lecz takze jego stare, slawne nazwisko, a nawet wobec szczegolnej wlasciwosci tej sztuki, nie obnizajacej swego poziomu z rosnacym wiekiem, nie mozna bylo powiedziec, ze wysluzony, nie stojacy juz u szczytu swych mozliwosci artysta chcial schronic sie na spokojne stanowisko w cyrku; przeciwnie, glodomor zapewnial, i bylo to calkiem wiarygodne, ze bedzie glodowal tak dobrze jak przedtem, twierdzil nawet, ze jezeli mu sie na to pozwoli, a to przyrzekano mu od razu, to dopiero teraz wprawi swiat w prawdziwe zdumienie. Twierdzenie to zreszta, ze wzgledu na panujace wspolczesnie nastroje, o ktorych artysta w swym zapale latwo zapominal, wywolywalo u fachowcow tylko usmiech.
Z cyklu Glodomor
Rys. Andrzej Ploski, 1983.
W istocie jednak i glodomor nie stracil poczucia rzeczywistosci i uznal za samo przez sie zrozumiale, ze nie ustawiono go z jego klatka jako numer popisowy na samym srodku manezu, tylko zapewniono mu miejsce na zewnatrz, w punkcie zreszta dosc latwo dostepnym, w poblizu stajni. Wielkie, jaskrawo wymalowane napisy otaczaly klatke i obwieszczaly, co w niej jest do zobaczenia. I gdy publicznosc w pauzach przedstawienia cisnela sie do stajni, aby obejrzec zwierzeta, nie mozna bylo prawie uniknac tego, by nie przejsc obok glodomora i nie zatrzymac sie przy nim na chwile, a nawet zatrzymywano by sie przy nim dluzej, gdyby dluzszego, spokojnego ogladania nie uniemozliwiali w tym ciasnym przejsciu cisnacy sie z tylu, ktorzy nie rozumieli tego przystanku na drodze do upragnionych stajni.
Z cyklu Glodomor
Rys. Andrzej Ploski, 1983.
To bylo takze przyczyna, dla ktorej glodomor drzal przeciez przed tymi wizytami, ktorych rownoczesnie zyczyl sobie jako celu swego zycia. Z poczatku zaledwie mogl sie doczekac pauz przedstawienia; zachwycony, pokazywal sie tloczacemu sie tlumowi, az nader wczesnie - najbardziej nawet uparte, prawie swiadome oszukiwanie siebie nie oparlo sie doswiadczeniom - przekonal sie o tym, ze najczesciej byli to, sadzac z zamiaru, coraz nowi, sami tylko prawie bez wyjatku zwiedzajacy stajnie. I ten widok byl z daleka zawsze jeszcze najpiekniejszy. Bo gdy juz do niego docierali, ogarnialy go zaraz krzyki i obelgi nieprzerwanie na nowo tworzacych sie grup, tych, ktorzy - ci stali sie wkrotce dla glodomora najprzykrzejsi - chcieli go wygodnie obejrzec nie ze zrozumieniem, lecz tylko dla kaprysu i z przekory, i tych drugich, ktorzy przede wszystkim chcieli sie dostac do stajni. Ale gdy wielki tlok minal, nadchodzili spoznieni; i ci wlasnie, ktorym nie przeszkadzano juz zatrzymywac sie, jak dlugo tylko mieli ochote, przechodzili obok niego dlugimi krokami, prawie nie patrzac w bok, byle na czas zdazyc do zwierzat. I niezbyt czesto zdarzal sie szczesliwy przypadek, ze nadchodzil ojciec rodziny ze swymi dziecmi, wskazywal palcem na glodomora, dokladnie objasnial, o co tutaj chodzi, opowiadal o dawnych latach, kiedy uczestniczyl w podobnych, ale nieporownanie swietniejszych przedstawieniach - a wtedy dzieci, co prawda zawsze jeszcze nic nie rozumialy, z powodu swego niewystarczajacego przygotowania ze szkoly i z zycia - czymze byl dla nich glod? - ale przeciez w blasku swych badawczych oczu zdradzaly cos z nowych, nadchodzacych, laskawszych czasow. A moze, tak mowil sobie czasem glodomor, wszystko by sie jednak troche poprawilo, gdyby jego stanowisko nie bylo tak bardzo blisko stajni. Dano przez to ludziom zbyt latwy wybor, nie mowiac juz o tym, ze wyziewy stajni, niepokoj zwierzat w nocy, przenoszenie surowych kawalow miesa dla zwierzat drapieznych i krzyki przy karmieniu dokuczaly mu dotkliwie i stale mu ciazyly. Ale nie odwazyl sie skladac zazalen w dyrekcji; zawsze przeciez zawdzieczal zwierzetom tlumy zwiedzajacych, miedzy ktorymi tu i tam mogl znalezc sie ktos przeznaczony dla niego; a ktoz wiedzial, gdzie by go schowano, gdyby chcial przypomniec o swojej egzystencji, a przez to samo o tym, ze ujmujac rzecz dokladnie, byl tylko przeszkoda na drodze do stajni.Co prawda mala przeszkoda, coraz mniejsza przeszkoda. Przyzwyczajono sie do tej osobliwosci, ze w dzisiejszych czasach zada sie zwrocenia uwagi na glodomora, i przyzwyczaiwszy sie, wydano na niego wyrok. Mogl sobie glodowac, jak tylko potrafil, i robil to, ale nic juz nie moglo go uratowac, przechodzono obok niego. Sprobuj wytlumaczyc komus sztuke glodu! Jezeli jej nie czuje, nie mozesz mu jej uczynic zrozumiala. Piekne napisy staly sie brudne i nieczytelne, zrywano je i nikomu nie wpadlo do glowy zastapic ich innymi; tabliczka z liczba odprawionych dni glodowki, poczatkowo starannie co dzien odnawiana, byla juz od dawna ta sama, gdyz po pierwszych tygodniach sluzbie znudzila sie juz nawet ta mala praca; tak wiec glodomor glodowal co prawda dalej, jak to sobie niegdys wymarzyl, i udawalo mu sie to bez trudu, tak wlasnie, jak niegdys przepowiedzial, ale nikt juz nie liczyl dni, nikt, nawet sam glodomor nie wiedzial juz, jak wielkie bylo jego dzielo, i ciezko mu bylo na sercu. I kiedy raz na pewien czas jakis prozniak przystanal, zartowal sobie ze starej liczby i mowil o oszustwie, to bylo to w tym sensie najglubsze klamstwo, jakie tylko obojetnosc i wrodzona zlosliwosc mogly wymyslic, albowiem to nie glodomor oszukiwal, on pracowal uczciwie, to swiat oszukal go o jego zaplate.
Ubieglo jednak znowu wiele dni i skonczylo sie nawet i to. Raz jakis dozorca spostrzegl klatke i zapytal sluzbe, dlaczego zostawiono tu bezuzytecznie klatke, tak dobrze jeszcze nadajaca sie do uzycia, choc ze zgnila sloma w srodku; nikt tego nie wiedzial, az wreszcie ktos dzieki tabliczce z liczbami przypomnial sobie o glodomorze. Przetrzasnieto zerdziami slome i znaleziono w niej glodomora.
- Wciaz jeszcze glodujesz? - zapytal dozorca - kiedyz wreszcie przestaniesz?
- Przebaczcie mi wszyscy - wyszeptal glodomor; ale tylko dozorca, ktory trzymal ucho przy kracie, zrozumial go.
- Oczywiscie - powiedzial dozorca i przylozyl palec do czola, aby w ten sposob wytlumaczyc personelowi stan glodomora. - Wybaczamy ci.
- Zawsze pragnalem, zebyscie podziwiali moja glodowke - rzekl glodomor.
- Totez ja podziwiamy - odpowiedzial dozorca uprzejmie.
- Ale nie powinniscie jej podziwiac – rzekl glodomor.
- Dobrze, wobec tego nie podziwiamy jej – rzekl dozorca - ale wlasciwie dlaczego nie powinnismy jej podziwiac?
- Poniewaz musze glodowac, nie potrafie inaczej - rzekl glodomor.
- Popatrz no - powiedzial dozorca - a dlaczego nie potrafisz inaczej?
Z cyklu Glodomor
Rys. Andrzej Ploski, 1983.
- Poniewaz - rzekl glodomor, uniosl nieco glowke i mowil wargami wydluzonymi, jak do pocalunku, wprost do ucha dozorcy, aby nic nie uronil – poniewaz nie moglem znalezc potrawy, ktora by mi smakowala. Gdybym ja znalazl, wierz mi, nie staralbym sie o wywolanie sensacji i najadlbym sie tak jak ty i inni. - To byly ostatnie slowa, ale jeszcze w zgaslych jego oczach tkwilo mocne, choc juz nie dumne przeswiadczenie, ze gloduje dalej.- Teraz jednak zrobcie porzadek – powiedzial dozorca i pogrzebano glodomora razem ze sloma. Do klatki zas wpuszczono mloda pantere. Nawet dla najtepszych umyslow byl wyraznym wytchnieniem widok tego dzikiego zwierzecia, rzucajacego sie w klatce pustej od tak dawna. Panterze niczego nie brakowalo. Smakujaca jej zywnosc przynosili bez dlugiego namyslu dozorcy, zdawalo sie, ze nie brakuje jej nawet wolnosci. To szlachetne cialo, wyposazone we wszystko, co potrzebne, tak obficie, ze niemal pekala skora, zdawalo sie obnosic i wolnosc wraz z soba; zdawala sie ona tkwic gdzies w zebach; i radosc zycia buchala z jej paszczy takim zarem, ze ogladajacym nielatwo bylo to wytrzymac. Ale przezwyciezali sie, tloczyli sie wokol klatki i wcale nie chcieli sie od niej ruszyc.
Z niemieckiego przelozyl Juliusz Kydrynski
Z cyklu Glodomor
Rys. Andrzej Ploski, 1983.
Andrzej Ploski (ur. 1949) jest znanym polskim artysta malarzem, grafikiem i ilustratorem ksiazek. Wyksztalcony w krakowskiej Akademii Sztuk Pieknych, od roku 1975 mieszka w Lund, w Szwecji.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | |||||