Jako swego rodzaju antologię wybrałem z Dziennika Pisanego Nocą Gustawa Herlinga-Grudzińskiego zapisy lub fragmenty zapisów odnoszące się do twórczości Franza Kafki. Przez dziesiątki lat Gustaw Herling-Grudziński z dużą oryginalnością interpretował utwory Kafki i "kafkologię".

Nie zamieściłem w tym wyborze fragmentów eseju Gustawa Herlinga-Grudzińskiego pt. Sąd Ostateczny. Camus i Kafka, z roku 1957, którym autor rozpoczął swoje rozważania nad Kafką. Pominąłem także jego szkice Kafka w Rosji (1965) i Kafka wraca do Pragi (1966). Być może wrócę do tych esejów w przyszłości.

Tytuł poniższego zbioru zapisów pochodzi ode mnie. W kwadratowych nawiasach [ ] zamieściłem moje wyjaśnienia.   (AMK)


* * *


"Czytał pan gdzieś pewnie, że wyrok skazujący człowieka zapada często w przypadkowym słowie wypowiedzianym przez przypadkową osobę w jakimś przypadkowym czasie".

Franz Kafka, Proces


"Pobiec ku oknu i przez roztrzaskane drewno i szkło ruchem jeszcze słabym po wytężeniu wszystkich sił przestąpić framugę."

Franz Kafka, Dziennik, 24 grudnia 1911






NIEZNISZCZALNE JĄDRO

Zapisy o Kafce





GUSTAW HERLING-GRUDZIŃSKI





Franz Kafka


13 grudnia 1971

[...]
Kafka twierdził, że człowiek nie jest w stanie żyć bez ufności w coś niezniszczalnego w sobie samym: bywa jednak na ogół nieświadomy owego niezniszczalnego "jądra", i jedną z form tej nieświadomości jest wiara w Boga.
[...]


1 grudnia 1972

Ewenementem wydawniczym są tu od jakiegoś czasu Listy do Felicji Bauer Kafki, widzę, że także w Polsce przygotowuje je do druku Irena Krońska. Nie wydaje mi się, by w tym tomisku, historii daremnego narzeczeństwa, odsłonił się czytelnikom "Kafka nieznany". Lektura jest monotonna i męcząca właśnie dlatego, że w epistolarnym rozwodnieniu i zmąceniu natykamy się wciąż na motywy Kafkowskich powieści, opowiadań, dziennika. Autonomicznym dziełem miały się dopiero po latach okazać listy do Mileny Jeseńskiej.

Pięcioletnia tortura narzeczeństwa z Felicją Bauer (zerwanego w pewnej chwili i później wznowionego) zdążyła już obrosnąć w kontrowersje interpretacyjne. Dla psychoanalityków podtekstem listów jest impotencja Kafki, ale topornością w odczytywaniu tekstów i podtekstów przewyższają psychoanalityków tylko sędziowie śledczy. Z przeciwnej strony słyszy się rozumniejszą uwagę, że Kafka był ofiarą i poetą podwójnej obsesji: tęsknoty do "normalnego" życia i lęku przed wszelkimi formami uzależnienia, władzy człowieka nad człowiekiem. W jednym z listów mówi o sobie jako o "mieszkańcu piwnicy", Felicja na próżno usiłowała wywabić go z niej na światło dzienne. Na dobrą sprawę nie warto przedzierać się przez ten ogromny tom, skoro wszystko, co przynosi, zawarte jest w kilku linijkach Bajeczki Kafki.

"Niestety - rzekła mysz - świat kurczy się z dnia na dzień. Na początku był tak wielki, że aż się bałam, pędziłam przed siebie bez przerwy, i ucieszyłam się, gdy z lewej i z prawej zobaczyłam ściany, ale długie ściany zwęziły się tak nagle, że jestem już oto w ostatnim pokoju, gdzie w rogu stoi pułapka, do której muszę teraz wbiec". "Radzę ci zmienić kierunek biegu - powiedział do myszy kot i połknął ją".

W samowiedzy Kafki było coś z geniuszu gnomicznego.




Felicja Bauer i Franz Kafka, 1917



15 kwietnia 1973

Apolog Kafki Przed Prawem. Stoi przed Prawem odźwierny, przychodzi do niego człowiek i prosi o wpuszczenie. Odźwierny odpowiada, że nie może go chwilowo wpuścić. A później? Później się zobaczy, chwilowo nie można. Petent decyduje się czekać. Czeka miesiąc, rok, dwa, trzy, usiłuje to przebłagać odźwiernego, to przekupić go podarkami, na próżno. Lata płyną, wpatruje się nieustannie w odźwiernego, przeklina swój los. Starzeje się, bolą go oczy, nie wie, czy świat ogarnęły ciemności, czy po prostu nie dopisuje mu wzrok. Widzi jednak za bramą Prawa jarzące się ciągle światło. O krok od śmierci i prawie głuchy, daje znak odźwiernemu, by się zbliżył, nie jest już w stanie podnieść się o własnych siłach. Ułożył sobie dawno ważne pytanie, chce je koniecznie zadać. "Jesteś nienasycony" – zrzędzi odźwierny, ale podchodzi, przykłada ucho do jego ust i słyszy szept: " Wszyscy starają się dotrzeć do Prawa, więc jak to jest, że przez tyle lat ja jeden tylko błagałem o wpuszczenie?" Odźwierny ryczy w odpowiedzi: "Nikt inny nie mógł być tutaj wpuszczony, bramę zrobiono wyłącznie dla ciebie. Zamknę ją, ledwie umrzesz".

Uwspółcześnienie przypowieści Kafki. Stoi przed Prawem odźwierny, czeka miesiąc, rok, dwa, trzy, nikt nie przychodzi. Lata płyną, wpatruje się nieustannie w drogę, złorzeczy losowi. Starzeje się, bolą go oczy, nie wie, czy świat ogarnęły ciemności, czy po prostu nie dopisuje mu wzrok. Również za bramą Prawa przygasa wolno światło. Pewnego dnia, bliski śmierci i prawie głuchy, czuje, że ktoś kładzie mu dłoń na ramieniu. "Żyjesz jeszcze?" - rozlega się w ciemnościach głos. "Żyję i czekam, żeby cię wpuścić do Prawa, tę bramę zrobiono wyłącznie dla ciebie". Przybysz nachyla się nad nim, wytęża głos: "Jesteś nienasycony. Ta brama nie służy już do niczego, zrobiono ją niegdyś, byś miał przy czym stróżować. Zamknę ją, ledwie umrzesz, klucz oddam twojemu następcy". Odźwierny dziwi się: "Jeżeli nikt teraz nie stara się dotrzeć do Prawa, po co ma tu czekać mój następca?" Przybysz macha tylko ręką i chichocze cicho, tak cicho, że umierający odźwierny nie słyszy na swoje szczęście jego chichotu.


27 marca 1974

Dokładnie dziesięć lat trwała ważność wizy pobytowej Kafki w Pradze. Zaczęło się od wyzwania Ernsta Fischera pod adresem towarzyszy czeskich: "Dacie, u diabła, Kafce wizę wjazdową?" Problem debatowano na zamku w Liblicach pod Pragą 27 i 28 maja 1963 roku, w dobranym gronie luminarzy marksizmu europejskiego z obu stron żelaznej kurtyny. Był to zaiste Proces na Zamku. Jedni perorowali za, inni przeciw, w zasadzie warunkową decyzję pozytywną załatwił już wcześniej Goldstücker na Głównym Zamku Hradczańskim, praktycznie rzecz biorąc spór toczył się o jej motywację. Ostrożnym marksistom z Podzamcza Kremlowskiego nie było do Liblic śpieszno, na odległość tylko zasugerowali kolegom oparcie motywacji na "przeczuciu faszyzmu" w twórczości Kafki: numer bez pudła, dawno wypróbowany, tak niegdyś wizę do ZSSR dostał twórca Biesów. Sugestię przyjęto kwaśno, co może i lisie tam, zanadto słoniowate tutaj. Należało rozstrzygnąć śmiało nie byle jaki dylemat: kafkowska "alienacja" jest wyłączną cechą kapitalizmu, czy zdołała również wtargnąć, jak zaraza, do twierdzy socjalizmu? Złoty, chciałoby się powiedzieć: koegzystencjalny, środek podsunął Garaudy: kafkowską "alienację" zapiszmy raczej na konto współczesnego społeczeństwa przemysłowego niż jakiegokolwiek określonego systemu politycznego. Na tej podstawie wydano banicie wizę wjazdową i pobytową. Anulowano ją w maju zeszłego roku [1973] artykułem w tygodniku partyjnym Tribuna pod bezapelacyjnym tytułem "Z Kafką przeciw socjalizmowi". Właściwie (wynika z artykułu) zbrodnia Kafki jest cięższa: za absurdalne uważał wszelkie systemy społeczne, ale ostatecznie nie ma powodu kłopotać się w Pradze, jak sobie z nim poradzą rządy poza zasięgiem władania socjalizmu. Niechby jego duch potępiony i wyklęty przez ludzi szybował w przestworzach, gdzie w najgorszym razie natknie się na kosmonautów sowieckich i amerykańskich, budujących zgodnie "wspólną platformę-laboratorium przyszłości".

E. była trzy lata temu w Pradze, w hotelu poprosiła dyżurującego przewodnika, sympatycznego staruszka poliglotę, o turę nadprogramową: postanowiła odwiedzić grób Kafki na cmentarzu żydowskim. Zawiózł ją niechętnie, oglądał się lękliwie i wciąż przynaglał, gdy stała przed kamienną płytą. "Boi się pan?" "Ech, pół biedy jeszcze z doktorem Kafką, są tacy, co im się zachciewa na grób Palacha". Palacha już nie ma, w przeddzień Zaduszek ubiegłego roku ekshumowano nocą urnę z jego prochami i zakopano gdzie indziej, jako śmiertelne resztki Marii Jedlickovej. Kiedy dowiemy się, że ze starości zapadła się pod ziemię i zarosła chwastami płyta grobowa Kafki?




Macewa na grobie Franza Kafki i jego rodziców, Hermanna i Julii,
na Nowym Cmentarzu Żydowskim w Pradze-Strasnice.
(Stan ok. roku 1982.)



22 maja 1976

Prometeusz Kafki.

"Są cztery legendy dotyczące Prometeusza.

Według pierwszej, został przykuty do skały na Kaukazie za to, że zdradził sekrety bogów ludziom; bogowie zesłali orły każąc im żywić się jego wątrobą, która odnawiała się nieustannie.

Według drugiej, Prometeusz jątrzony bólem, jaki zadawały mu szarpiące dzioby, wciskał się coraz głębiej i głębiej w skałę, aż wtopił się w nią zupełnie.

Według trzeciej, zapomniano o jego zdradzie w ciągu tysięcy lat, zapomnieli o niej bogowie, zapomniały o niej orły, sam o niej zapomniał.

Według czwartej, wszystkim uprzykrzyła się cała ta bezsensowna sprawa. Uprzykrzyła się bogom, uprzykrzyła się orłom, uprzykrzyła się zasklepionej z wolna ranie.

Pozostała niewytłumaczalna masa skalna. Legenda usiłowała wytłumaczyć niewytłumaczalne. Ponieważ wyrosła z podkładu prawdy, sama musiała się w końcu obrócić w coś niewytłumaczalnego".

Według piątej (nie znanej Kafce) legendy, Prometeusz był prowokatorem. W porozumieniu z bogami zdradził ludziom sekrety fałszywe, po czym zainscenizowano komedię kary - przykucia go do skały na Kaukazie i wydziobywania mu przez orły odrastającej stale wątroby - dla odwrócenia uwagi ludzi od poszukiwania sekretów prawdziwych. Gdyby mieli kiedykolwiek uzmysłowić sobie z nieodpartą jasnością, że ich oszukano, że prometejski sen o potędze wykradzionej bogom był prowokacją, będzie już za późno. Nie będą mogli przydusić Prometeusza do skały, by zdradził wreszcie prawdę, gdyż scenariusz komedii przewidywał jego wtopienie się w skałę po odegraniu wyznaczonej mu roli: podstępnej wobec ludzi, służebnej wobec bogów. Nie jest wykluczone, że ludzki świat będzie wtedy wyglądał tak, iż bogowie pożałują swej prowokacji. Ale i dla nich będzie już za późno.


11 lutego 1977

[...]
I przychodzą na myśl ostatnie słowa Procesu: "Gdzie był sędzia, którego nigdy nie widział? Gdzie był najwyższy trybunał, do którego nigdy nie dotarł? Dokoła gardła K. zacisnęły się dłonie jednego z ludzi, gdy drugi wbił mu nóż w serce i po dwakroć go przekręcił".
[...]



Vandor Sulvany, plakat Proces, 1968



28 lipca 1977

Utarło się mówić w związku z dziełem Kafki o prefiguracji Państwa-Lewiatana, o człowieku, który nie działa, lecz jest działany przez anonimowe i wszechmocne siły. Słusznie. Ale ja, ilekroć myślę o Kafce, powtarzam sobie w duchu jego list do Oskara Pollaka z roku 1903: "Jesteśmy opuszczeni jak zabłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? Już dlatego my ludzie powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący jak przed wejściem do piekła".

Pisząc ten list, Kafka miał dwadzieścia lat. Całkowita wzajemna nieprzejrzystość ludzi; całkowite zamknięcie jednych przed drugimi, przy równoczesnej pewności, że każdy z nas zamyka w sobie własne piekło; niezdolność języka do wyrażenia czy choćby zakomunikowania indywidualnych bólów. Żadna z postaci występujących w przypowieściach i metaforach Kafki nie ma twarzy, żadna nie próbuje nawet odsłonić swego wnętrza. W jego utworach panuje szczególna atmosfera obrządków, których prawdziwy sens jest niezupełnie uchwytny dla samego autora. Kafka uważał swoje pisarstwo za "środek zbawienia" i "formę modlitwy". Od kogo lub czego spodziewał się zbawienia? Do kogo lub czego się modlił? Jego list każe pamiętać, że nie spodziewał się zbawienia od nikogo i niczego. A modlił się do impulsu modlitwy, jakby to ona była praźródłem języka ludzkiego.


Gruzy   (Maj 1981)

[...] (IX)
W Księdze Hioba zawsze robiła na mnie najgłębsze wrażenie jego skarga w rozdziale siedemnastym, zaczynająca się od słów: "Duch mój złamany, dni moje wypaliły się, cmentarz jedynie dla mnie". I z zakończeniem, które różnie bywa interpretowane: "Noc w dzień chcą przemienić, mówią: światło w ciemności jest blisko, zaiste, czekać muszę na Otchłań, mój dom, w ciemności usłać sobie łoże. Do zgnilizny wołać: «Ojcem moim jesteś», do robactwa: «Matko i siostro moja». Gdzież więc moja nadzieja, moją nadzieję kto będzie oglądał? Zstępuje ona do bram Otchłani i razem z nią legnę w prochu".

Legnę z nią w prochu, czyli i ona w proch się obróci? Czy raczej leżeć będzie obok mnie wiernie, nie opuszczać mnie, gdy oczekuję końca, jak nie opuszczała mnie potajemnie, gdy miotałem się rozpaczając, gdy złorzeczyłem Najwyższemu, gdy krzyczałem, że Go nie ma? Boskie jest w nas tylko to: siła Nadziei, którą wyraża nawet - a może tym gwałtowniej - siła rozpaczy. Pisząc o niezniszczalnym twardym jądrze w człowieku, Kafka miał na myśli Nadzieję, choć brakowało mu odwagi, by nazwać ją po imieniu. "Nie można żyć bez nadziei", wołał Dostojewski; i to jest nasza boska wieczność.
[...]


22 lutego 1982

Kiedyś wyrwało się Felicji Bauer, narzeczonej Kafki: "Chciałabym być przy tobie, kiedy piszesz". Odpowiedział długim listem. "Pisać znaczy otwierać się aż do nadmiaru... Dlatego gdy się pisze, nie można być nigdy dostatecznie samotnym, nie można mieć nigdy wokół siebie dość milczenia, noc jest jeszcze za mało nocą". Marzyła mu się najdalej położona komórka w rozległej piwnicy. Pisałby tam przy świetle lampy naftowej, posiłki stawiano by mu u progu drzwi wejściowych do piwnicy, chodziłby po nie o oznaczonych godzinach. Byłyby to jego jedyne spacery pod sklepieniem ciemnego korytarza podziemnego. "Jakież bym tam pisał rzeczy, z jakich wydobywałbym je głębi!"

Wolno ten list z roku 1913 uważać za manifest literatury "piwnicznej". Było to coś zupełnie innego niż "wieża z kości słoniowej", dom "samotnika z Croisset", czy obity korkiem pokój Prousta; coś spokrewnionego raczej z podpoljem Dostojewskiego. Przesycona obrazem świata widzialnego "w całej okazałości", coraz bardziej wobec niego nieufna, literatura zatęskniła do jego niewidzialnych źródeł i korzeni. Dziś świat widzialny zasługuje nierzadko na przydomek "kafkowskiego", toteż wyznawcy, naśladowcy i admiratorzy Kafki snują nowe marzenia o głębszych, wciąż głębszych piwnicach. Ale tam, gdzie pragnęliby dotrzeć, nie ma już żadnych w ogóle korzeni, jest tylko ciemność: bez granic i bez jądra. A Kafka był pisarzem religijnym, szukał rozpaczliwie w swoich piwnicach ukrytego przed ludzkim wzrokiem źródła światła.


27 kwietnia 1983

[...]
Według Kundery jest błędem uważać powieści i opowiadania Kafki za parabole religijne, nie ma bowiem podstaw do dopatrywania się alegoryczności tam, gdzie w grę wchodzą konkretne sytuacje życia ludzkiego. Mimo że błędna, interpretacja religijna jest przecież znamienna: władza zachowująca się jak bóstwo rodzi automatycznie własną teologię, budzi w stosunku do siebie uczucia religijne, skłania do opisu świata językiem teologicznym. "Kafka - powiada Kundera - nie pisał alegorii religijnych, lecz pojęcie «kafkowski» (zarówno w rzeczywistości jak w fikcji) jest nieodłączne od własnego aspektu teologicznego (a raczej pseudoteologicznego)". Autor Żartu radzi zawęzić wizje Kafki do społecznego i ludzkiego konkretu swoistego przeczucia totalitaryzmu.

Jestem takiemu zawężeniu przeciwny. Obojętne, czy powieści i opowiadania Kafki nazwiemy parabolami religijnymi, nazwa ma tu mniejsze znaczenie niż szczególna atmosfera otaczająca Kafkowski zmysł rzeczywistości, często i ze słusznym naciskiem podkreślany. Atmosfera obecności sił wyższych, którym człowiek oplątywany przez rzeczywistość chciałby choć raz zajrzeć w oczy, ponosząc wciąż klęskę, a mimo to nie dając do końca za wygraną. "Nasze prawa nie są powszechnie znane; niezmiernie to bolesna rzecz być rządzonym przez prawa, których się nie zna". W tym zdaniu z Problemu naszych praw tkwi cała istota Kafki, można je zastosować i do Procesu, i do Zamku. Istnieją zatem "gdzieś" "jakieś", przez "kogoś" stanowione prawa, tropione przez nas z daremnym, lecz nieustającym uporem. Kto śmie głosić, że je odkrył hic et nunc i bierze się do ich kodyfikowania, skazany jest na życie w świecie jednowymiarowym, więcej - wystawia się na pokusę przeobrażenia go w świat "skodyfikowanej" przemocy i "skodyfikowanego" gwałtu. To prawda, że w Kafkowskich wizjach nie ma miejsca na nagrodę za uparte poszukiwanie, ale jego ważność i nieuchronność są u Wiecznego Wędrowca jakby jedynym światłem w nieprzeniknionych ciemnościach. Kafka zakłócił zeszłowieczny sen człowieka o własnej samowystarczalności.

Więc był pisarzem religijnym? Trzeba w jego wypadku słowa Pascala: "Nie szukałbyś mnie, gdybyś mnie nie był już znalazł", sparafrazować w ten sposób: "Szukam cię, nigdy nie przestanę cię szukać, bez żadnej nadziei znalezienia".


29 kwietnia 1984

Chasydzka wioska, w sobotę wieczorem zbiera się w karczmie gromadka jej mieszkańców. Popijają herbatę, rozmawiają. Sami swoi, z wyjątkiem obdartego przybłędy, który siedzi skulony w ciemnym kącie i nie odzywa się ani słowem. Ktoś proponuje, żeby kolejno każdy z obecnych powiedział, jakie byłoby jego największe życzenie, gdyby mogło zostać spełnione. Jeden mówi o pieniądzach, drugi o mężu dla starzejącej się córki na wydaniu, trzeci o nowiutkich deskach z warsztatu stolarskiego, etc. Zamyka się kółko samych swoich, pozostaje nieznajomy nędzarz w kącie. Jakie byłoby jego największe życzenie? Wzbrania się długo, wreszcie ulega. "Chciałbym być królem, władcą potężnego kraju. Chciałbym, aby nocą wtargnął do mojego królestwa nieprzyjaciel, by moje wojska nie stawiały oporu, abym przebudzony nagle i zdjęty strachem musiał z mojego pałacu uciekać w samej tylko koszuli, abym uchodząc przed pogonią, pędził bez tchu przez góry, lasy i doliny, ani chwili nie odpoczywając, i abym w końcu zdrów i cały dobrnął do waszej karczmy, do kąta, w którym właśnie siedzę. Oto czego bym sobie najbardziej życzył". Wszyscy wybałuszają na niego ze zdumieniem oczy: "No i co by ci przyniosło to twoje największe życzenie?" Pada natychmiastowa odpowiedź: "Koszulę".

Walter Benjamin twierdzi, że ta anegdota jest doskonałym wprowadzeniem w świat Kafki; ma rację. Nie próbuje swojego twierdzenia uzasadnić; ma również rację. Im więcej myślę o Kafce, tym sceptyczniej odnoszę się do wszelkich interpretacji jego dzieła (w tym moich własnych). Zawsze przechodzą po omacku obok nieuchwytnej i ledwie wyczuwalnej istoty rzeczy, jak w nieskończonej grze w chowanego. Wyobraźnia Kafki żywiła się sokami zagadkowych przypowieści, a przypowieść można co najwyżej rozjaśnić trochę światłem innej przypowieści, nigdy zinterpretować. Ze szkicu Benjamina o Kafce, subtelnego i skomplikowanego, na zapamiętanie zasługuje jedynie przypowieść o nędzarzu-królu i jego koszuli.

Rysunki Franza Kafki


25 czerwca 1984

[...]
"Spalić Kafkę?" Na wystawie [Le Siecle de Kafka w "Centre Georges Pompidou" w Paryżu] pytanie dotyczy testamentu Kafki, z prośbą skierowaną do Maxa Broda o spalenie wszystkich manuskryptów. To samo pytanie Faut-il bruler Kafka? - o czym wystawa nie wspomina – sformułował nazajutrz po wojnie w formie ankiety francuski tygodnik komunistyczny Action, otrzymując w odpowiedzi zgodny ryk swoich czytelników: "Spalić, spalić!" (pisał o tym zabawnie Jerzy Stempowski [*]). W roku 1962, podczas międzynarodowego Procesu marksistowskiego na czeskim Zamku w Liblicach, skazujący Wyrok częściowo uchylono. Kafka jest odtąd w świecie komunistycznym Pisarzem Pod Specjalnym Nadzorem. Trudno o ciekawszy temat wystawy kafkowskiej w setną rocznicę urodzin Kafki i śmierci Marksa. Kto się boi Kafki? Kto i dlaczego? "Transkulturalnym" organizatorom wystawy paryskiej zabrakło odwagi albo po prostu wyobraźni, by takie pytanie otwarcie postawić.


(*)   W 1946 spędziłem parę tygodni w paryskim szpitalu epidemicznym. W pawilonie moim leżeli głównie studenci mniej lub więcej komunizujący. którym koledzy przysyłali stosy aprobowanych przez partię periodyków literackich. Dzięki uprzejmości towarzyszy niedoli, mogłem się z tymi wydawnictwami bliżej zapoznać. Daleko im było do akademickiego tonu Litieraturnoj Gaziety. Większość ich miała w sobie coś naiwnie prostackiego. na poziomie felietonu literackiego w biuletynie berdyczowskiego ispołkomu. Najzabawniejszej lektury dostarczył mi tygodnik L'Action, którego redaktorem był Pierre Hervé, w dziesięć lat później wydalony z partii za zbyt daleko idącą krytykę stalinizmu. Tygodnik jego ogłaszał wówczas wyniki ankiety przeprowadzonej wśród czytelników na temat: czy należy spalić dzieła Kafki? Ale dlaczego je palić? Redakcja motywowała to mniej więcej w ten sposób, że ponury pesymizm Kafki, będący produktem moralnego rozkładu burżuazji. rzuca cień na świetlane perspektywy, jakie roztoczył przed ludzkością geniusz Stalina. Na pytanie postawione w ten sposób ze wszystkich departamentów odezwały się ryki barbarzyńców: "Palić. Palić!". Dopiero na samym końcu jakiś złośliwiec oświadczył. że uważa ankietę za bezprzedmiotową. bo dzieła Kafki spalili już hitlerowcy: pozostało jedynie wydanie zuryskie, wątpić zaś można, aby udało się namówić Szwajcarów do spalenia go. Na tym ankietę zakończono.

(Paweł Hostowiec [Jerzy Stempowski], "Klimat życia i klimat literatury";
w tomie Eseje dla Kassandry, Instytut Literacki, Paryż 1961, str. 56-57.)



14 stycznia 1985

"Pisarstwo jest formą modlitwy". Do tej refleksji Kafki odwołuje się Auden, by wytłumaczyć jego decyzję zniszczenia całego swojego dorobku pisarskiego. "Kto naprawdę kieruje swoje modlitwy do Boga, nie życzy sobie, aby były podsłuchiwane przez innych"

Interpretacja efektowna, lecz naciągnięta, natomiast pozostaje w mocy mądrość refleksji Kafki. Każde autentyczne pisarstwo przybiera w końcu postać modlitwy, jestem o tym przekonany. Modlitwy pojętej bardzo szeroko, powiedzmy: równoznacznej z zadawaniem pytań Stwórcy.

Autentyczny pisarz jednak - wierzący lub nie, na klęczkach i z pochyloną kornie głową lub wyprostowany i z błyskiem wyzwania w oczach - nie powinien mieć świadomości, że w jego głosie modlitwa płynie niby podziemny strumień, raz dosłyszalny wyraźnie, raz przytłumiony czy zupełnie głuchy. Kiedy taką świadomość posiada, modlitwa staje się formą literatury, przeważnie kiepskiej literatury.

W tych dniach, chcąc sobie powetować odłożoną z różnych powodów wycieczkę do Asyżu, przeczytałem książkę Juliena Greena o świętym Franciszku. To właśnie jest modlitwa w formie literatury. Szczera zapewne modlitwa, miejscami nawet żarliwa, ale jak rozmieniająca wielkiego i dramatycznego Poverello na szelest papieru!


14 października 1986

- "Tak to Prometeusz budzi się ze snu o potędze jak Kafkowski Gregor Samsa". To zdanie zamyka pierwszy tom Głównych nurtów marksizmu Kołakowskiego. Jest bardzo efektowne. I trochę zanadto na wyrost.

Gregor Samsa budzi się któregoś dnia rano, przemieniony w ogromnego karalucha, nie z prometejskiego "snu o potędze", lecz (jak oznajmia pierwsze zdanie Metamorfozy Kafki) z "niespokojnych snów" komiwojażera. Łatwo odgadnąć jakich: o dokuczliwej, żmudnej i źle płatnej pracy, o surowości pryncypała firmy, o kłopotach pieniężnych rodziny, o zaciągniętych długach. I (co zauważył Camus) główną rzeczą, która go przeraża w przemianie w karalucha, jest myśl o gniewie pryncypała na widok jego nieobecności w biurze firmy.




Karaluch,   Symmyrmica chamberlini.


Idzie mi o to, że w mistrzowskim opowiadaniu Kafki nie ma śladów tzw. "metafory ludzkiego losu", która mogłaby Kołakowskiemu podsunąć przytoczone zdanie. Robak rzeczywisty budzi się z "niespokojnych snów" o swoim utajonym przedtem robactwie człowieczym. W parę minut po przebudzeniu, i uprzytomnieniu sobie, że jest ogromnym karaluchem, wydaje się raczej zafrasowany niż zdziwiony nagłą metamorfozą. Nie pyta: "Jakże to możliwe, kim jestem naprawdę, kto i czemu pozbawił mnie ludzkiej postaci?" Dręczą go pytania: "Co ja teraz pocznę, jak wywiążę się z obowiązku utrzymania rodziców i siostry?" Dobrze uchwycił to Günther Anders, najinteligentniejszy chyba "kafkolog": " W lekturze opowiadania straszny jest nie fakt, że Samsa budzi się jako karaluch; straszny jest fakt, że on sam nie widzi w tym nic zdumiewającego. Straszna jest więc powszedniość groteski".

Wielokrotnie czytałem Metamorfozę, za każdym razem usiłując wykryć sekret tej "powszedniości" przemiany. Szok trwa krótko, po kilku stronicach opowiadanie zaczyna płynąć łożyskiem wiarygodnej, rzeczowej, skrupulatnej relacji, i płynie tak aż do końca, do chwili, w której rodzina Gregora z westchnieniem ulgi przyjmuje śmierć syna i brata w skorupie karalucha. Jak mogło się Kafce coś podobnego udać? Myślę, że przez trzymanie cały czas groteski w ryzach absolutnej naturalności. Nie jestem nawet pewien, czy wolno tu w ogóle mówić o grotesce. Kafka świadomie i konsekwentnie zabija w Metamorfozie wszelką metaforyczność, oczyszcza opowiadanie z jakichkolwiek cech przypowieści. Tak się po prostu zdarzyło. Któregoś dnia Gregor Samsa obudził się przemieniony w robaka, jak któregoś dnia obudzono i aresztowano winnego bez winy Józefa K. w Procesie.

Gdy pisarz tak radykalnie i bezwzględnie ogołaca sytuację człowieka w świecie, co mu pozostaje? Wkraczamy tu w spekulacje o religijności Kafki, chwiejne i mgliste. Istnieje, być może, religijność przez redukcję do nicości; religijność jako forma skrytej, lecz żywej wciąż tęsknoty do czegoś poza nicością lub ponad nią. Bez ustanku, wytrwale, z nieustraszonym uporem patrząc w pustkę, musisz w końcu zobaczyć jakiś trwały punkt: pamiętam taką refleksję Kafki, ale nie mam jej pod ręką w dosłownym brzmieniu.


23 października 1987

Pietro Citati, jego portrety wielkich pisarzy. Po Tołstoju wydany ostatnio Kafka. Citati jest wrażliwym i bardzo oczytanym krytykiem literackim, ale ma według mnie dwie okropne wady. Jest ukrytym i niewyżytym poetą. Lubi "opowiadać" (bo nie streszczać nawet) w poetycko-kwiecistym wielosłowiu swoje ulubione książki. Można ostatecznie, wzruszając ramionami, czytać "opowiadane" przez krytyka-portrecistę powieści i nowele Tołstoja: są one dostatecznie "tradycyjne" w swojej strukturze narracyjnej, aby znieść jako tako dziwaczny zabieg "re-narracji". W wypadku Kafki dziwaczność staje się bzikiem. Nie dlatego tylko, że struktura narracyjna utworów Kafki jest mniej "tradycyjna". Dlatego, że "opowiadane" przez kogoś innego tracą swą enigmatyczną naturę; rozchwiewają się, blakną, zamazują, jak podziemne malowidła w zetknięciu ze światłem i z powietrzem w jednym z filmów Felliniego.

Paradoksalnie widzę teraz jaśniej, po lekturze książki Citatiego, czym była twórczość Kafki w sensie czysto artystycznym. Zgadzam się naturalnie z Citatim, sam byłem zawsze tego zdania, że Kafkę trzeba uważać za pisarza religijnego, który we wszystkich swoich powieściach, dłuższych i krótszych nowelach, przypowieściach i aforyzmach, wznosił budowlę teologiczną, usiłował niestrudzenie przeniknąć teodyceę boskiej wszechmocy (z przypisywanymi jej atrybutami) i ludzkiej niemocy (z jej niezliczonymi przejawami). Nie, "wznosił" nie jest właściwym określeniem, wprost przeciwnie: wkopywał coraz głębiej w ziemię coś, co dla odróżnienia od Wieży Babel nazwał raz Studnią Babel. Citati rozumie to dobrze, nie traci nigdy z oczu istoty Kafkowskiego przedsięwzięcia, słusznie ignoruje rozmaite i dość rozpowszechnione bałamuctwa o Kafce "proroku przyszłości", "wizjonerze biurokracji", "antycypatorze nadchodzącej formy procesów sądowych w ustrojach totalitarnych". Bez konfrontacji Bóg-człowiek, boskość-ludzkość, Kafka mnie jest ogóle Kafką. Ale ten Wielki Kret rył się w "doskonałym" boskim Dziele Stworzenia i w "absurdalnym" ludzkim Padole Łez w sposób nie spotykany dotąd w literaturze.

Przy pozorach "normalności", a nawet pewnej konwencjonalności, proza Kafki ma cechy narracyjnego rytuału. Od epizodu do epizodu, od opisu do opisu, od dialogu do dialogu, rośnie wrażenie uczestniczenia w upartym i rozpaczliwym poszukiwaniu Boga, którego imię nie zostaje nigdy głośno wymówione. Ten rytuał okazuje się nadaremny, ale jest nieuchronny i będzie się powtarzał zawsze, dopóki żyje człowiek rzucony w świat, jak w apologu Przed Prawem. Sekret geniuszu Kafki tkwi w przełożeniu na język prozy, tajemniczą modulacją głosu zbliżoną o włos do zwykłego głosu, lecz od początku do końca niezależną od niego i samoistną, obrzędowego charakteru losu ludzkiego między niedosiężnym niebem i jałową ziemią. Droga wchłania krok po kroku Cel, nie uznając żadnych przystanków poza definitywną klęską śmierci. Oczekiwanie i wytrwałość przybierają postać jedynej dostępnej nam nieśmiertelności. "W teorii (słowa Kafki) istnieje możliwość ziemska doskonałego szczęścia: wierzyć w to, co jest zdecydowanie boskie, i nie dążyć do jego osiągnięcia". Na pytanie Broda, czy "poza światem, który znamy, egzystuje jakaś nadzieja", odpowiedział: "Ogromna, bezgraniczna nadzieja, ale nie dla nas". Pisał do Mileny: "Nikt nie śpiewa tak czysto jak ci, którzy znajdują się w najgłębszym piekle; to, co bierzemy za śpiew aniołów, jest ich śpiewem".

"Opowiadać" zrytualizowane utwory Kafki! Stawiać kropki nad i, zatykać komentarzem świadome szpary milczenia, rozjaśniać umyślne zaciemnienia, dociskać zawieszenie głosu! Szalony zamiar, który Kafkę pod piórem Citatiego zamienia nie w szkielet nawet, lecz wyodrębnione i oczyszczone preparaty anatomiczne w słoikach.

W eseju o religii Jeśli Boga nie ma... Kołakowski zalicza Kafkę do szerokiej kategorii "konsekwentnych ateistów", włączając go do podgrupy tych, którzy "z bolesnym uczuciem tragicznego rozdarcia" widzą "nieprzekraczalną przepaść oddzielającą nasza pogoń za sensem od świata takiego jaki jest i pozostać musi". Dla mnie, każdą poważną rozmowę o Kafce należy rozpoczynać od słów: "Bóg jest, a jednak..." Albo, z naciskiem na Kafkowską samoudrękę "noża obracanego w sercu": "Im bardziej Boga nie ma, tym bardziej jest".

["Dziś rano, po raz pierwszy od długiego czasu, znowu radość wyobrażania sobie noża obracanego w moim sercu." – Franz Kafka, Dziennik, 2 listopada 1911.]


Neapol, 27 grudnia 1990

Włoski "kafkista" Gaspare Giudice przygotował księgę snów swego ukochanego pisarza: Franz Kajka. Sogni. Przeczytałem ją z mieszanymi uczuciami. Rzecz w tym, co dla Kafki było prawdziwym snem. Miewał naturalnie sny zwykle, takie jak wszyscy, powiązane wstecznie lub antycypacyjnie (niekiedy nawet proroczo) z rzeczywistością, i zapisywał je skrupulatnie w dzienniku albo opisywał w listach do przyjaciół. Te właśnie sny, często błahe lub banalne, zebrał Giudice. Ale nie one odgrywały główną rolę w twórczości Kafki, były pianą spychaną ku brzegom rzeczywistości przez zagadkowy nurt snu śnionego na jawie. "Śpię, że tak powiem, obok siebie, gdy muszę się szamotać ze snami". "Nie będę pewnie spał, pozostaje mi śnić". "Nie mogę spać. Tylko sny, bez spania". Takie sny - według Kafki - nie mieszają się z rzeczywistością, zachowują swoją "nieskazitelną niepowtarzalność". Nie można ich przekazać, gdyż są nieuchwytne, a przecież "dlatego, z tego dokładnie powodu, domagają się przekazania". Walter Benjamin pisał, że wyobraźnia (wysnuta ze snów) Kafki przekraczała historię, poprzedzała jakby kulturę i społeczeństwo. Dla Mileny Jesenskiej, kobiety uroczej i mądrej, Kafka był człowiekiem organicznie pozbawionym wszelkiego schronienia, nie miał się gdzie skryć, robił wrażenie nagiego wśród ubranych. Dodałbym do uwagi Mileny, że jego wrażliwość znamionowała nie człowieka o cienkiej skórze, lecz człowieka odartego ze skóry.




Milena Jesenska-Pollack (1896-1944).
Przyjaciółka i miłość Kafki w latach 1920-1923. Pierwsza tłumaczka utworów Kafki na obcy język - czeski.
Zginęła w hitlerowskim obozie koncentracyjnym w Ravensbrück.


Niewielki więc ma sens wyławianie z dziennika i korespondencji rzeczywistych snów Kafki; sny, z którymi "szamotał się" w bezsenności, przenikały do jego powieści i opowiadań. Zdumiewająca, wspaniała poezja utworów Kafki, wobec której wiersze poetów są sentymentalnymi podrygami, zbudowana jest z materii snów na pograniczu bytu i znaków czy sygnałów, dochodzących z niezbadanego obszaru niebytu.




Andrzej Płoski,   Franz Kafka, 1990.



3 marca 1991

[...]
Zafrapowała mnie szczególnie [w dzienniku religioznawcy Mircea Eliade] rozmowa Eliade z o. Teilhardem de Chardin. Eliade zapytał Teilharda, co dla niego oznacza nieśmiertelność duszy. Odpowiedź: wszystko, co może być przekazane i   z a k o m u n i k o w a n e   (miłość, kultura, polityka itd.), "nie przechodzi w zaświaty", lecz znika wraz ze śmiercią jednostki. Pozostaje jednak "nieredukowalne jądro", niemożliwe do przekazania. Nie można go wyrazić, zakomunikować innym. I właśnie to tajemnicze, nie poddające się żadnej redukcji jądro "przechodzi na drugą stronę", trwa, nawet gdy ciało umiera.

Takim niezniszczalnym, nieśmiertelnym "twardym jądrem" istoty ludzkiej zajmował się Kafka w całej swojej twórczości. Wiedział, że nie może go zakomunikować innym. Krążył wokół niego bezustannie, pamiętając, że jest nienazywalne. Nie ośmielał się go zresztą nazwać, skoro nie wzywa się nadaremnie świętego imienia.
[...]


Neapol, 7 czerwca 1992

Opowiadania Kafki dzieli się na wydane za jego życia u wydane pośmiertnie. W tomie pierwszym dominują Wyrok, Metamorfoza, W kolonii karnej. W tomie drugim Budowa muru chińskiego, Dochodzenia psa, Jama. Zaproszony przez Feltrinelliego do napisania przedmowy do tomu opowiadań pośmiertnych, zajrzałem do eseju, który zapoczątkował moją eksplorację twórczości Kafki.

Powstał w roku 1957, zatytułowany był Sąd Ostateczny z podtytułem Camus i Kafka. Bezpośredni impuls stanowił świeżo wówczas wydany, "kafkowski" trochę Upadek Camusa, ale więcej uwagi poświęciłem szkicowi Camusa Nadzieja i absurd w twórczości Kafki. O ile Upadek zestarzał się bardzo w ciągu minionych lat, nie dorównuje Obcemu i Dżumie oraz niektórym nowelom i dramatom Camusa, to szkic o Kafce zachował po dziś dzień zalety przenikliwości i odkrywczości, góruje wciąż zdecydowanie nad ogromną literaturą "kafkologiczną".

I wciąż jest użytecznym kluczem do "dwóch światów" Kafki. "U Kafki - pisał Camus - te dwa światy to z jednej strony świat codziennego życia, a z drugiej świat nadprzyrodzonego niepokoju". W doli człowieczej towarzyszą sobie wzajemnie absurdalność i wzniosłość. "By dać pojęcie o tej absurdalności, trzeba tchnąć w nią życie w serii równoległych kontrastów. Kafka więc wyraża tragedię codziennością, a absurd logiką". Zamek nazwał Camus "powieścią, w której nic się nie kończy i wszystko zaczyna od nowa, powieścią opisującą przygody duszy w poszukiwaniu łaski". Kierkegaard twierdził, że człowiek musi zabić ziemską nadzieję, bo jedynie wtedy może być zbawiony przez prawdziwą nadzieję. W Zamku więc wkraczamy w nowy wymiar słusznie przez Maxa Broda podkreślonej "niewspółmierności ziemskich i religijnych celów". W Refleksjach o grzechu, bólu, nadziei i prawdziwej drodze, pisanych po Procesie, a na parę lat przed Zamkiem, Kafka zapewniał, że "istnieje cel, lecz nie ma drogi"; w Zamku odkrył, że sama droga jest celem i już przez to choćby musi jednak prowadzić do jakiegoś celu. Ale najważniejsza w Refleksjach jest inna uwaga, o której trzeba zawsze pamiętać, zwłaszcza, czytając ostatnie opowiadania Kafki, Dochodzenia psa i Jamę: człowiek nie może żyć bez uporczywej ufności w coś niezniszczalnego w sobie samym, bywa wszakże przez całe życie nieświadomy owej niezniszczalnej rzeczy i jedną z form tej ustawicznej nieświadomości jest wiara w Boga.

Jeszcze jedna lektura, tym razem przypadkowa, poprzedziła moją pracę nad wstępem do pośmiertnych opowiadań Kafki. Chodzi o Zapiski iz podpolja, wznowione ostatnio przez Puls jako Notatki z podziemia. Kafka znał z pewnością książkę Dostojewskiego, którą uważa się słusznie za opowieść inaugurującą nowy rozdział w twórczości pisarza rosyjskiego i za punkt zwrotny w całej nowoczesnej prozie. Dostojewski pierwszy posłużył się pojęciem " winnego bez winy", obecnym nieustannie pod piórem Kafki. Pierwszy także przeciwstawił człowiekowi "normalnemu" człowieka "o zaostrzonej świadomości", skazując go na ciągłe poszukiwanie, w histerycznym niekiedy napięciu, czegoś od siebie większego i nieprzeniknionego. Kafka szamotał się między światem codziennego życia i światem nadprzyrodzonego niepokoju. U Dostojewskiego "mistyk z podziemia" (jak sam siebie ironicznie nazywał, "gustując w cierpieniu") doprowadzony został w udręce samotności do "uważania człowieka o zaostrzonej świadomości za mysz, a nie za człowieka". Warto o tym pamiętać, gdy się śledzi podziemny żywot kreta w Jamie Kafki. Wyobrażam sobie, z jakim przejęciem Kafka czytał Notatki z podziemia, jak bliski mu był pisarz krążący bez wytchnienia (w Notatkach w sposób celowo karykaturalny) wokół problemu religijności świadomej.

*

W Budowie muru chińskiego uderza fragment, do którego Kafka przywiązywał widocznie szczególną wagę, skoro w tym samym roku 1917 wyłączył go bez zmian jako niewielki tekst samodzielny pod nazwą Posłanie Imperatora. W Budowie muru chińskiego mowa o "legendzie", w tekście samodzielnym wystarcza zwrot "tak opowiadają". Opowiadają mianowicie, że na łożu śmierci Imperator (synonim bóstwa) wezwał do siebie gońca i wyszeptał mu na ucho posłanie do ciebie, "nędznego poddanego, drobnego cienia, który od blasku imperialnego słońca schronił się w dalekim zakątku cesarstwa", właśnie do ciebie "skierował swoje ostatnie słowa". Tak wysoko zaś stawiał swoje posłanie, że kazał je gońcowi słowo w słowo powtórzyć, aby dopiero po wysłuchaniu skinąć potakująco głową i dać gońcowi znak, że może ruszyć w drogę. Goniec bardzo długo wędrował w labiryncie pałacu, z trudem pokonując rozliczne przeszkody. Po tysiącleciach miał wreszcie wyrwać się z pałacu i stanąć pod murami miasta imperialnego, zwanego "pępkiem świata". Lecz do miasta imperialnego wpuszczano jedynie posłów z wieściami od umarłych. (A czy umarł już Imperator? zdaje się pytać legenda). Ty zaś, "nędzny poddany i drobny cień", siedzisz obok okna i czekasz, co wieczór śnisz o przybyciu gońca, niosącego posłanie Imperatora, skierowane wyłącznie do ciebie.

Chińska legenda Kafki wiąże się naturalnie bardzo ściśle z jego apologiem Przed Prawem (1914). Stoi przed Prawem odźwierny, przychodzi do niego człowiek i prosi o wpuszczenie. Odźwierny nie może go chwilowo wpuścić. A później? Później się zobaczy, chwilowo nie można. Lata płyną, człowiek czeka, przeklina swój los. O krok od śmierci pyta odźwiernego, jak to jest: przecież wszyscy starają się dotrzeć do Prawa, a tymczasem przez tyle lat tylko on jeden błagał o wpuszczenie. Odźwierny odpowiada: nikt inny nie mógł być tutaj wpuszczony, bramę zrobiono wyłącznie dla ciebie: zamknę ją natychmiast po twojej śmierci.

Zarówno w chińskiej legendzie, jak w apologu istotne są słowa "wyłącznie dla ciebie". Proza Kafki ma cechy narracyjnego rytuału. Od epizodu do epizodu, od opisu do opisu, od dialogu do dialogu, rośnie wrażenie uczestniczenia w upartym i rozpaczliwym poszukiwaniu Boga, którego imię nie zostaje nigdy głośno wymówione. Ten rytuał okazuje się nadaremny, ale jest nieuchronny i będzie powtarzał się zawsze, dopóki żyje człowiek rzucony w świat, jak w chińskiej legendzie Posłanie Imperatora, jak w apologu Przed Prawem. Kafka niemal dosłownie szukał zetknięcia z Bogiem "wyłącznie dla siebie", jego religijność (z braku lepszego określenia) była skrajnie indywidualistyczna, chciałoby się powiedzieć: prywatna do granic strzeżonej gorliwie intymności. Zaliczać tego pisarza na wskroś metafizycznego, chwilami wręcz mistycznego, do kategorii "konsekwentnych ateistów" (jak to zrobił Kołakowski) jest niewybaczalnym nonsensem.

Dlaczego mieszkaniec podziemia "uważa człowieka o zaostrzonej świadomości za mysz, a nie za człowieka"? Złośliwy, masochistyczny grymas nienawistnika, prześmiewcy "szklanych pałaców"? Nie, nie sądzę. Albo nie tylko to. Redukcja człowieka do myszy u Dostojewskiego - jak redukcja człowieka do karalucha, psa i kreta u Kafki - jest metaforyczną figurą, wskazującą samotność człowieka we wszechświecie i jego niemoc wobec nie nazwanych po imieniu sił wyższych. Jeśli posiada świadomość swego "twardego, niezniszczalnego jądra", szuka czegoś władającego jego losem, nie dbając o imię owej siły , ba - uciekając przed pokusą jej nazwania. Jeśli jest nieświadomy owego "twardego jądra", lecz ufa mu w nieświadomości, znajduje trwałe oparcie w wierze w Boga.

Metamorfoza Kafki na pozór doprowadza do absurdalnej skrajności samotność człowieka w najbliższym otoczeniu (także rodzinnym), w rzeczywistości jest hipostazą wyłączenia ze świata; wyłączenia tak radykalnego, że w ogromnym karaluchu zanikają stopniowo wszelkie dawne cechy człowieczeństwa. Znamienny (i na ogół przeoczany) jest jego wysiłek, czy raczej jego nieudana próba, wypełznięcia z nory między meblami po ścianie do góry, na sufit: spada na grzbiet i nie może powrócić do swej normalnej pozycji. Kafka, zapewne, chciał w ten sposób pokazać wyrok ostateczny. W tym strasznym opowiadaniu nie ma żadnej nadziei. Jakież okrucieństwo tkwi w spacerze rodziny Samsa po wymieceniu martwego karalucha! Istniał kiedyś Gregor, żywiciel rodziny? Nie, nie istniał nigdy. Metamorfoza to czysty, ciemny, szczelnie zamknięty absurd bez żadnego, najmniejszego choćby, prześwitu.

Wspomniałem na początku, że w opowiadaniach pośmiertnych Kafki dominują trzy: Budowa muru chińskiego, Dochodzenia psa i Jama. Rok przed śmiercią (1923) napisał Dochodzenia psa, w roku śmierci (1924) Jamę. Wolno zatem widzieć w nich coś w rodzaju ostatniego słowa "winnego bez winy". I zetknięcie, spotkanie z Bogiem (wciąż bez wzywania Jego imienia) tak wyraźne, jak w żadnym z dotychczasowych utworów. W Jamie kret zarywa się w ziemi, uciekając przed światem (i tęskniąc do niego), aby odkryć naraz, że jego szczelne odgrodzenie nie odseparowało go od wrogów; słyszy, jak nadchodzą, przekopując się podziemnymi kanałami do jego jamy. Może powinien był zbudować jamę w jamie, ukryć się jeszcze głębiej, pogrążyć się w niedosięgalnych dla nikogo ciemnościach. O czym marzy? "O słuchaniu w ekstazie czegoś, brakującego mu całkowicie: szelestu milczenia w jego podziemnej twierdzy". Nie mam wątpliwości, że w owym "szeleście milczenia " Kafka, filozoficzny i teologiczny Kret, snuł rojenia o swoim Jedynym Wybawcy. Jak pewien jestem, że pies, opanowany metafizyczną gorączką swoich dochodzeń, staje pewnego dnia przed Wielkim Psem, który wydobywa z siebie boski śpiew przeznaczony   w y ł ą c z n i e   dla niego. Tak Kafka, do końca nie mając śmiałości nazwania po imieniu Sacrum, opisał ujrzane na mgnienie oka Objawienie.




Dora Dymant (Diamant)


Chciałbym wierzyć, że umierając po jakiemuś wreszcie szczęśliwy (po raz pierwszy kochał naprawdę kobietę, Dorę Dymant; była to miłość, a nie tylko fascynacja, jak w wypadku Mileny Jesenskiej), gdy poprosił lekarza, żeby nie odchodził, i usłyszawszy w odpowiedzi: "nie odchodzę", wypowiedział swoje ostatnie słowa: "ale ja odchodzę", chciałbym wierzyć, że w tej chwili odejścia usłyszał boski śpiew skierowany wyłącznie do niego, po czym ogarnął go na zawsze już tak upragniony "szelest milczenia".




Franz Kafka.
Portret w nekrologu Kafki pióra Otto Pick'a w Prager Presse, 19 czerwca 1924.



16 lutego 1994

Wyszedł tu u Feltrinelliego tom pośmiertnych opowiadań Kafki z moją przedmową. Z tego tytułu brałem dziś telefonicznie udział w rozmowie radiowej o tomie, który był dla mnie rewelacją, dla mnie, wytrawnego niby "kafkisty". Rzecz w tym, że list zapraszający do napisania przedmowy zawierał listę opowiadań pośmiertnych, oczywiście dobrze mi znanych. Nie wiedziałem natomiast - i to jest właśnie rewelacja wydanego tomu - że pośmiertne opowiadania Kafki wyłuskano z jego zeszytów, które germanistka wenecka przełożyła i filologicznie opracowała na podstawie świeżych zbiorowych edycji niemieckich.

A więc Kafka prowadził, prócz właściwego dziennika, dziennikową "filię" w postaci zeszytów, w których uprawiał albo swoistą grę, albo w naturalny i odruchowy sposób mieszał drobne zapiski z zarysami opowiadań. "Mieszał" nie jest określeniem ścisłym. Szkice opowiadań   w y r a s t a ł y   z zapisków. To odkrycie podekscytowało mnie i (co tu ukrywać) uradowało: przecież ja coś bardzo zbliżonego robię od lat w moim dzienniku, nieświadomy, że podziwiany przeze mnie pisarz postępował tak samo.


6 kwietnia 1995

Co w zapisie z 14 listopada 1991 było tylko marzeniem - podróż do Pragi - staje się "zaklepanym" już projektem: pierwszy tydzień maja, z żoną i z dziećmi, jako goście Instytutu Polskiego. Tydzień, zaledwie tydzień, to za mało, ale więcej nie można. Dobre i to, żeby w oku w pamięci utrwalić obraz nigdy nie widzianego i tak ciągle śnionego miasta. "Cieszysz się jak chłopczyk, któremu podarowano w końcu długo obiecywany rower", powiedział B. Dokładnie tak.

Mój zapis z 14 listopada 1991 poświęcony jest książce zmarłego w młodym wieku bohemisty, rusycysty i polonisty, Angelo Maria Ripellino, Praga magica. I osobie jej autora, wielkiego erudyty, znakomitego tłumacza i poety. Pragę magiczną mógł napisać tylko erudyta i poeta, skrzyżowani w twórczej imprezie. Każdy rozdział napęczniały jest informacjami, "profesorskimi odsyłaczami i przypisami", a równocześnie wzrusza i zachwyca prozą lekką, przejrzystą, nabitą metaforami jak złotymi gwoździami. Jak on tę swoją "magiczną" Pragę kochał! Czasem opis maleńkiej uliczki, raczej zaułka, zamienia się w wiersz, zroszony łzami szczęścia, pełny wycyzelowanych po mistrzowsku szczegółów. Potrafię i ja spojrzeć tak na Pragę, choćby na krótką chwilę?

Określenie "magiczna" nie jest tylko pomysłem André Bretona. Od przełomu XVI i XVII wieku, czyli od panowania przewrażliwionego, zamkniętego w sobie, podejrzliwego, melancholijnego Rudolfa II, stała się Praga grodem czarów, chiromancji, przystanią wróżbitów i alchemików, tyglem mistyki, czarnoksięstwa, domeną posiadaczy zaklęć i formuł zmieniających substancje. Przyjeżdżali ze wszystkich stron świata (był wśród nich także polski czarownik Michał Sędziwój-Sendigovius), głównie z Anglii, znajdowali posłuch i sute nagrody na królewskim dworze, zrozumienie i cechową więź ezoteryczną wśród komilitonów rodem z Bohemii (rzecz jasna, nie bez rywalizacyjnych podstępów).

Ripellino cytuje dwóch poetów współczesnych, Nezvala i noblistę Seiferta. Pierwszy:

"Na złotej uliczce hradczańskiej
czas stoi w miejscu
jeśli chcesz żyć pięćset lat
rzuć wszystko i poświęć się alchemii".
Drugi:
"Alchemicy, zagotujcie wasze trucizny
wymruczcie ciemną formułę
wypiszcie znaki tajemnego alfabetu,
aby uzyskać i ukorzyć diabelską służbę".

Osobną dziedzinę, za murami getta praskiego, stanowiła magia czarodziejska uczonych rabinów. Rabin Löw stworzył Golema, którego po wiekach wskrzesił w powieści praski pisarz, Gustaw Meyrink. Golem, jak zobaczymy, żyje w różnych postaciach po dzień dzisiejszy.

Przychodzi mi do głowy, że atmosfera współczesnej literatury, wykarmionej sokami Bohemii, wiele zawdzięcza Pradze "magicznej". No, choćby Kafka. Czy tajemnicze zaklęcie nie wisi nad Procesem, Zamkiem, wieloma opowiadaniami? Czy Metamorfoza mogłaby powstać poza "magiczną" Pragą? Kafka zdawał sobie widocznie z tego sprawę, był niewolnikiem praskiej magii, lecz niewolnikiem pragnącym wyzwolenia. Myślał przecież o podpaleniu Pragi, "szponiastej mateczki, która nie popuszcza".
[...]


Krótka podróż do Pragi, 30 kwietnia – 7 maja 1995

[...]
Złota Uliczka - dawna siedziba alchemików, chiromantów i czarowników - bajkowa trochę w grze malowanych domków, zawiera od razu u wejścia informację na tabliczce, że pracowała tu kilka miesięcy siostra Kafki; i że jej brat lubił ją odwiedzać. (Zaczyna się więc praska kafkomania na użytek turystów, sztucznie rozdęta, jeśli się wie o samotności pisarza w rodzinnym mieście, o obojętnym stosunku Czechów do autora piszącego - o zgrozo! - po niemiecku). Ale "bajkowość" Złotej Uliczki muszę zapamiętać.   [...]



Złota Uliczka, Praga.
Z prawej, domek wynajmowany przez najmłodszą siostrę Kafki, Ottlę.
(fot.   Andrzej Kobos, 1972)


Złota Uliczka, Praga.
Domek, w którym w zimie 1916-1917 u siostry Ottli
zatrzymywał się i pisał Franz Kafka.
(fot.   Andrzej Kobos, 1972)

Ale we mnie zachodzi dość dziwny proces. Z jednej strony, schodząc w głąb Pragi, staję często przed Kafką mniej abstrakcyjnym, bardziej realnym, któregoś z następnych dni wydreptałem nawet szlak, którym przez most Karola w stronę Strahova dwaj oprawcy w cylindrach prowadzili na egzekucję Józefa K. z Procesu; z drugiej strony, nie wiem, jakim cudem pomysły Kafki wydały mi się nagle rodem z materii bajkowej (lubił zresztą czytać bajki). Ten niezwykły melanż realistyczno-bajkowy jest zapewne jednym z sekretów jego sztuki; raz zapalającą się, raz gasnącą iskrą, która na okamgnienie oświetla inny wymiar.
[...]


Krótka podróż do Berlina, 4-10 października 1995

[...]
W przedostatnim dniu Basil Kerski zawiózł nas na Grunewaldstrasse 13 w dzielnicy Steglitz. Niski domek, gdzie na pierwszym piętrze czy półpiętrze spędził ostatnie miesiące życia (przed przewiezieniem do sanatorium w Kierling) Kafka. Od listopada 1923 do lutego 1924 krótki przedśmiertny okres szczęścia z Dorą Dymant. Chadzał z nią do pobliskiego parku, często bawił się z dziećmi. Historyjkę o tym, jak skomponował bajeczkę dla dziewczynki zrozpaczonej zgubieniem lalki, Dora opowiedziała wielokrotnie. Nawiasem mówiąc, dowiedzieliśmy się od niej niewiele o schyłku życia Kafki. Wątpię zresztą, czy rozumiała jego pisarstwo. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, chciała go przed śmiercią skąpać w mądrości talmudycznej.

Tabliczka na fasadzie domku, wbudowana przez jakieś wiedeńskie ministerstwo, nazywa Kafkę "pisarzem austriackim". Dlaczego? Pewnie dlatego, że urodził się i wychował w cesarstwie "miłościwie nam panującego" Franciszka Józefa. Zdaje się, że nigdy nie był w Wiedniu.
[...]


12 kwietnia 1996

Po tak długim obcowaniu z Kafką, po tylu lekturach jego książek i tylu refleksjach w szkicach o nim i w zapisach dziennika, nie mogłem nigdy zrozumieć i wyjaśnić sobie jednej rzeczy. Dowiedziałem się o niej ze zdumieniem od Broda. Wierny giermek pisarza ujawnił, że podczas ulubionych recytacji fragmentów w gronie najbliższych przyjaciół Kafka wybuchał często śmiechem; i to tak zaraźliwym, że przyłączali się do niego inni, nie bardzo wiedząc, dlaczego. Najdramatyczniejsze sceny z Procesu i Zamku, historia życia i śmierci Gregora Samsy w Metamorfozie z akompaniamentem śmiechu! Od biedy mogła do śmiechu pobudzać Ameryka, ale cała reszta? Pogodziłem się już z myślą, że pozostanie tajemnicą rodowód śmiechu filozoficznego Kafki. Gdy tymczasem...

W tych dniach dostałem z Gliwic, od Jana Mazurkiewicza, wydany świeżo w Polsce tom Maurice Blanchota Wokół Kafki. Tom jak tom, do francuskich literaturoznawców najlepiej pasuje okrzyk Gombrowicza: "Im mądrzej, tym głupiej!" Mądrość Blanchota zawiła jest i zaplątana, trzeba się nad nią napracować jak nad upuszczonym przez nieuwagę i zwichrzonym kłębkiem wełny. Aż tu naraz... Przyznaję się, jako "kafkista", do ciężkiego grzechu: nie przywiązuję wielkiej wagi do Dzienników Kafki, przeglądam je czasem na wyrywki i bez zainteresowania, podejrzewając, że sam autor nie wyznaczył im zbyt ważnej roli w swoim pisarstwie. Krótko mówiąc, przegapiłem zapis w Dziennikach, przytoczony przez Blanchota:

"W drodze powrotnej do domu powiedziałem Maxowi (Brodowi), że na łożu śmierci będę bardzo zadowolony, jeśli tylko oszczędzą mnie bóle. Zapomniałem dodać, i później nie dorzuciłem tego rozmyślnie, że najlepsze utwory, jakie napisałem, korzystają z tej właśnie zdolności - móc umrzeć z zadowoleniem... Dla mnie, który wierzę, że na łożu śmierci potrafię być zadowolony, opisy śmierci są w głębi ducha zabawą, cieszę się na umieranie w umierającym, wykorzystuję zatem z wyrachowaniem uwagę czytelnika skupiającą się na śmierci, mam o wiele jaśniejszy umysł niż on, przyjmuję bowiem, że to on będzie się skarżył na łożu śmierci, moja zaś skarga jest możliwie doskonała, nie urywa się tak nagle jak skarga prawdziwa, lecz trwa piękna i czysta". [Dziennik, 13 grudnia 1914]

Co jest w tym zapisie istotne, to świadomy stopień dystans u pisarza wobec siebie i świata; niespotykany chyba w całej literaturze, nawet u maniakalnego pod tym względem Flauberta (którego Kafka z podziwem podglądał). Przy takim dystansie, przy takiej   s z c z e r e j   obojętności wyostrzającej wzrok i umysł do maksimum, każdy opis staje się "w głębi ducha zabawą". Ale zabawą szczególną, skoro uśmiech ma gamę odcieni bardzo szeroką. Jeden z tych odcieni łatwo wskazać: z uśmiechem opisuje Kafka pierwszy spacer rodziny Samsa po wymieceniu z pokoju martwego Gregora przemienionego w karalucha. Czy jest to uśmiech okrutny, czy Kafka czytając głośno ten opis przyjaciołom, wybuchł śmiechem szyderczym i gorzkim? Nie sądzę. Jego siła i jego absolutna wyjątkowość w literaturze polegały na tym, że tak naprawdę widział świat, życie i ludzi, a nie tylko stroił tak swoje pióro (wypadek Flauberta). S p o j r z e n i e   Kafki - czyste, niczym nie zakłócone i nie zamącone, jest kamieniem węgielnym jego pisarstwa. Kto wie, że "na łożu śmierci będzie bardzo zadowolony", ten ma prawo śmiać się z rzeczy budzących lęk czy grozę w innych.




Franz Kafka czytający swoje utwory, 1917
Rys. Friedrich Feigl (1881-1965)



10 września 1998

Każdy admirator Kafki na pytanie o jego arcydzieła odpowie bez namysłu: dwa, Proces i Zamek.



Roman Cieślewicz, plakat Proces, 1967


Franciszek Starowieyski, plakat Zamek, 1968

Zgadzam się z tym, a jednak ciśnie mi się na usta trzecie arcydzieło - Metamorfoza. I to nie na przyprzążkę, często wydaje mi się, że w tym sześćdziesięciostronicowym opowiadaniu Kafka najostrzej zajrzał w głąb samego siebie w "przestrzeni ograniczonej" (podziwianej przez niego u Flauberta).

W listopadzie 1912 roku Kafka pisał jedną z wersji Ameryki, ale nie był z niej zadowolony. Zarzucił ją więc i z pamięci wydobył inny, stary pomysł. Od pierwszego słowa rzecz ruszyła szybko naprzód, jakby opowiadanie od dawna już czekało cierpliwie na swego ociągającego się autora. Zaczęta 17 listopada, Metamorfoza dobiegła do końca 7 grudnia. Przemiana komiwojażera Gregora Samsy w ogromnego karalucha stroni od tematów "ogólnoludzkich " (Prawo w Procesie, poszukiwanie Łaski w Zamku), aby skupić się na jednostce. Włoski krytyk Pietro Citati, autor dobrej książki Kafka, nadał jej podtytuł Podróż do głębin duszy. Tym właśnie jest Metamorfoza; pod pokrywą znakomicie zbudowanej i rozwiniętej metafory   r e a l i s t y c z n e j   znajdujemy tekst najbardziej w twórczości Kafki autobiograficzny. W flaubertowskiej "przestrzeni ograniczonej" rozgrywa się historia rodzinna Kafki, a raczej historia jego spojrzenia na własne życie w ramach rodziny. Historia okrutna? Trudno tak, bez chwili wahania, powiedzieć. Okrucieństwu towarzyszy stale melancholijna zaduma nad egzystencją jednostki ludzkiej; komiwojażer w postaci karalucha jest prawie pogodzony ze swoją przemianą, spokojniejszy z pewnością od czytelnika opowiadania. Jak to często u Kafki bywa, zgrozą przejmuje jedyna scena pogodna. Zamieniony w karalucha komiwojażer umiera (zdycha?), zostaje wymieciony ze swego pokoju, jego rodzice i ukochana siostra nie próbują nawet powstrzymać westchnienia ulgi, po czym wszyscy troje jadą w słoneczny dzień tramwajem za miasto, czego nie robili już od wielu miesięcy. U celu majówki "coraz bardziej ożywiająca się siostra Gregora" pierwsza podnosi się uśmiechnięta z ławki i "przeciąga swoje młode ciało".

W przeciwstawieniu kupki chrzęszczących prochów, czyli tego, czym jest martwy karaluch Gregor Samsa przed zgarnięciem jego resztek do kubła ze śmieciami, rozweselonym rodzicom i siostrze prężącej radośnie swoje młode ciało, Kafka dotyka absolutnego dna samotności i rozpaczy. W samej rzeczy, w jego twórczości nie ma utworu równie "czarnego". Mówi się o "piwnicznym" charakterze pisarstwa Kafki. W Metamorfozie rzecz dzieje się w ostatniej ciemnej i ciasnej norze długiego piwnicznego labiryntu; bez ani jednego otworu, który pozwalałby odetchnąć i wzrokiem uczepić się skrawka nieba. W całej literaturze światowej nie spotkamy takiego hermetycznego i nieodwracalnego zamknięcia.

A jednak, a jednak... W Procesie i Zamku, w dzienniku i w listach czuje się nadzieję Kafki, że do końca opierać się będzie w człowieku "twarde jądro". W Metamorfozie tę rolę odgrywa, w sposób znacznie wątlejszy, muzyka. Karaluch słucha gry siostry na skrzypcach w przyległym pokoju i tęskni do "pokarmu upragnionego, lecz nieznanego". Umiera (czy zdycha) z ostatnią myślą o tym pokarmie, zmyślą, która jest jakby namiastką tego, co utracił. O nonsens ociera się twierdzenie Waltera Sokela, znawcy twórczości Kafki, że Gregor jako karaluch jest "kozłem ofiarnym", przyjmującym na siebie grzechy swoich bliskich; jeszcze krok, a okaże się swoistym Odkupicielem... Marzenie o "pokarmie upragnionym, lecz nieznanym" na krótką przedśmiertną chwilę jest jego jedynym prześwitem ludzkim w losie, jaki mu zgotowała metamorfoza. Czy to właśnie wolno odczytywać jako cień cienia Kafkowskiego "twardego jądra"?




Franz Kafka
Ostatnie znane zdjęcie, 1923-1924.


10 listopada 1999

[...]
Kafka powiedział kiedyś: "Cała moja egzystencja nastawiona jest na literaturę. Gdy się od niej oddalam, przestaję żyć. Wszystko, czym jestem i nie jestem, zależy od tego". I jeszcze: "Jestem tylko literaturą, i nie mogę, nie chcę być czymś innym". Tyle że literatura nie była dlań "piękną sztuką pisania", lecz nieustannym zmaganiem się z Bogiem (nie z takimi czy innymi religiami, które według niego "zasłaniają Boga ").


Demon naszych czasów  (1963)

[...]
"Nie jest bynajmniej konieczne - powiada w scenie katedralnej ksiądz do Józefa K. - przyjmować wszystko jako prawdę, trzeba tylko przyjmować wszystko jako konieczność". "Melancholijna konkluzja - zauważa bohater. - Kłamstwo obraca się w niej w uniwersalną zasadę".

Gdy kłamstwo staje się uniwersalną zasadą, po czym poznać prawdę? Nie ma jej, znika, a raczej zmienia sama znak i przechodzi na stronę "nosicieli tajemnic i rozkazów", Oto dlaczego, nawet po klęsce, "skrucha jest dobra dla małych dzieci", Oto dlaczego, nawet u stóp szubienicy w Jerozolimie, rozlegają się słowa: "Wkrótce, panowie, spotkamy się znowu. Taki jest los ludzi". O jakim spotkaniu mówił, skoro nie wierzył w życie pozagrobowe? Była to wyłącznie, jak sądzi Hanna Arendt, ostatnia banalna sztanca oratorska banalnego złoczyńcy [Adolfa Eichmanna], który zapomniał, że przemawia na własnym pogrzebie? Czy też Demon Naszych Czasów, przeczuwając niejasno, że reprezentuje więcej niż samego siebie i więcej niż pogrzebane pod gruzami Królestwo Ciemności, któremu wiernie do końca służył, zapowiadał swój powrót w innych? Książka o nim zawiera jedną uwagę, wskazującą, że nie wolno lekceważyć takiej groźby: "Przyczyny, które przemawiają za możliwością powtórzenia zbrodni hitlerowskich, są realne. Przerażająca zbieżność współczesnej eksplozji populacyjnej z odkryciem środków technicznych, które, poprzez automatyzację, ujawniają «zbędność» szerokich odłamów ludności, nawet w kategoriach pracy, i które, poprzez energię jądrową, umożliwiają uporanie się z tym podwójnym niebezpieczeństwem za pomocą instrumentów sprowadzających hitlerowskie urządzenia gazowe do wymiarów niezdarnych zabawek w rękach złych dzieci, powinna wystarczyć, by nas przyprawić o drżenie. [...]

Okrzyk Kafki "Nasze prawa nie są powszechnie znane; niezmiernie to bolesna rzecz być rządzonym przez prawa, których się nie zna", jest tyleż metafizyczną formułą losu ludzkiego, co mimowolną glossą na marginesie doli żydowskiej. Endlösung zastała Żydów w stanie obywatelskiego kompleksu niższości, z poczuciem, że za murami mogą częściej liczyć na niechęć niż na zaplecze. W sytuacji zatem niezbyt podatnej dla biernego oporu i nieposłuszeństwa. Zbrodnię zorganizował i wykonał Demon Naszych Czasów. Toksyny sprzyjające zbrodni zatruwały powietrze europejskie na długo przed jego najazdem.
[...]




Źródła:



Teksty Franza Kafki i o nim zamieszczone w Zwojach:



Teksty Gustawa Herlinga-Grudzińskiego lub z nim związane:




Copyright © 1997-2007 Zwoje