
STOLICA JASKIN
WACLAW GLUTH-NOWOWIEJSKI
Dramatyczne przezycia Wladyslawa Szpilmana, pokazane w filmie Pianista, przeniosly nas do Warszawy konca tysiac dziewiecset czterdziestego czwartego roku. Zburzonej, spalonej, wyludnionej.Warto przypomniec, ze po upadku powstania na rozkaz niemieckiego okupanta wszyscy warszawiacy pod kara smierci musieli opuscic miasto. Tydzien trwal exodus setek tysiecy. Tak przywodcy Rzeszy Niemieckiej mscili sie na niepokornych mieszkancach polskiej stolicy.
- Nie wszyscy wyszli
Najpierw byla smiertelna cisza. Ale po kilku, kilkunastu dniach pod oslona nocy zaczely sie wylaniac postacie-widma. Trwaly nieruchomo niczym wilki weszace zagrozenie. I ruszaly bezszelestnie w poszukiwaniu chleba, wody, odziezy, bezpieczniejszej kryjowki. Z czasem owi robinsonowie coraz smielej penetrowali teren, coraz lepiej przystosowywali sie do okrutnej egzystencji. Bo tez zycie w tamtych warunkach wymagalo nieprawdopodobnych sil fizycznych i jeszcze wiekszego hartu ducha. Ci, ktorzy zaryzykowali, zasluzyli na pamiec i podziw.
Dla niejednego widza obraz zburzonej Warszawy z filmu Pianista moze sie wydawac zamierzonym, potegujacym groze efektem specjalnym. Ale tak wlasnie (a nawet gorzej!) wygladaly dzielnice objete powstanczymi walkami. Gory gruzu pokonywalo sie malo bezpieczna "grania". Na prozno bylo szukac dawnej zabudowy parzystej czy nieparzystej. Klebowisko drutow, cegiel, fragmentow dachow i cale tony szkla skladaly sie na te prawdziwie katastroficzna wizje. No i jeszcze pozary, i z hukiem rozpadajace sie wypalone zelbetowe szkielety. I nigdzie wody, nigdzie elektrycznosci. W nielicznych ocalalych mieszkaniach hulal wiatr, padal coraz chlodniejszy deszcz. Zblizala sie zima.
Warszawa 1945: Ulica Piwna
(fot. L. Jabrzemski)
Warszawa nazywala sie wtedy Festung Warschau. Twierdza. Jej zaloga obsadzila brzeg Wisly. Mieli bunkry wyscielane koldrami, dywanami i pierzynami "zarekwirowanymi" mieszkancom opuszczonych domow. Mieli wlasne studnie, kuchnie, swiatlo.Obok wojsk frontowych wielka aktywnoscia wykazywali sie zolnierze z oddzialow specjalnych. To oni szabrowali wszystko, co mialo jakakolwiek wartosc, ladowali do pociagow. Tysiace takich skladow przetransportowano do Niemiec. A nastepnie kwartal po kwartale, dom po domu, oblewali benzyna i podpalali. W ten sposob dopelnili zaglady miasta.
- Rzeczpospolita Gruzow
W takim wlasnie swiecie pozostala garstka "jaskiniowcow". Sami postanowili nie opuszczac miasta badz zmusila ich do tego sytuacja. Stworzyli jedyna, swego rodzaju, spolecznosc, ktora w swojej ksiazce, wydanej w latach siedemdziesiatych, nazwalem Rzeczypospolita Gruzow.
Warszawa 1945: Muranow, rejon kosciola sw. Wawrzynca
(fot. L. Jabrzemski)
Nie mogli ukrywac sie w ocalalych od pozogi mieszkaniach. Bardzo szybko zostaliby zdekonspirowani, zgladzeni. Musieli zejsc do piwnic, do kanalow. Jesli mieli choc troche czasu, w najbardziej niedostepnych miejscach przygotowywali przemyslne kryjowki, maskowali wejscia, gromadzili zapasy zywnosci i wody.Tak np. grupa Czeslawa Lubaszki wybrala komorke przy Twardej 40 - dawny sklad broni akowskiej. Ostateczny termin wyjscia z Warszawy mijal za kilka dni, mieli wiec ze trzy doby. Ulozyli w artystycznym nieladzie zachowane konstrukcje scian, deski, blache, aby "scenografia" wygladala na naturalne zwalisko. Dalej trzeba bylo przechodzic miedzy gruzowiskiem ze zrecznoscia kota. Byli przekonani, ze nikt sie nie domysli, jaki tu "apartament". A jednak po kilku tygodniach doswiadczen uznali, ze ich komorka ma istotny mankament: brak wyjscia awaryjnego. Przeniesli sie do oficyny, zrobili to drugie wyjscie. Wpadka byla wykluczona.
W piwnicy domu na rogu Twardej i Marianskiej koczowala dziewiecioosobowa grupa zydowska. Choc kryjowka wydawala sie bezpieczna, dowodca zdecydowal, ze musza wywiercic zapasowe wyjscie do kanalow. Wywiercic? Mieli zaledwie noz, kawalki blachy i... gole rece. Przez szesc tygodni skrobali na zmiane dzien i noc. Coz to za katorznicza praca! Ale oplacilo sie. Pod koniec grudnia przechodzilo nieopodal dwoch zolnierzy. Byl trzaskajacy mroz. Niemcy przystaneli i uwaznie przyjrzeli sie smudze wydostajacej sie z malego piwnicznego okienka. - Tam sa ludzie - powiedzial jeden z nich. - To para z ich oddechow. Nastepnego dnia pod kamienica zjawili sie minerzy. Potezny wybuch i tony gruzu zasypaly kryjowke. Tyle ze jej mieszkancy wycofali sie wczesniej do kanalow. Warto bylo wiercic.
- W sytuacjach pozornie bez wyjscia
Przed szczegolnie trudna proba stawali warszawiacy, dla ktorych ukrycie sie bylo jedyna szansa uratowania zycia. Oni nie mieli czasu na zadne przygotowania, bo o wszystkim decydowaly sekundy.
Taki np. Gabriel Cybulski, tramwajarz z ulicy Tyszkiewicza. Znalazl sie w kolumnie mezczyzn prowadzonych na rozstrzelanie. Po wyparciu powstancow z Woli w poczatkach sierpnia Niemcy dokonali masakry ludnosci cywilnej, mordujac okolo dwudziestu tysiecy ludzi. Cybulski wiedzial, ze nie ma szansy uciec, ale zaryzykowal - wolal to niz marsz na wlasny pogrzeb. Wyskoczyl z kolumny i wpadl do plonacego budynku przy Ogrodowej. Serie strzalow i na szczescie - pudlo. Potworny zar i dym. Wijac sie z bolu, wcisnal sie w jakis otwor. Rozzarzona posadzka palila bose stopy. Ale wytrwal. Oprawcy dali za wygrana. A Cybulski z drugim szczesciarzem pozostali w kryjowce na Woli... piec miesiecy i dziewiec dni! Sto szescdziesiat dni na krawedzi smierci. Zdumiewajaca odpornosc.
Albo historia Stefana Slusarczyka i Franciszka Glowackiego. Oni rowniez znalezli sie w sytuacji bez wyjscia. Wrzesniowy dramat Przyczolka Czerniakowskiego. Pancerne zagony miazdzyly opor powstancow. Na zdobytych terenach szalala zbrodnia. Zdobywcy mordowali ludnosc cywilna. Slusarczyk z Glowackim, uciekajac przed "tygrysami", w ostatniej chwili wskoczyli do... pieca w fabryce wyrobow pozlacanych Plewkiewicza, w poblizu Solca. I zostali tam przez cztery miesiace. Nie mogli wyjsc, bo dookola przemieszczaly sie wojska niemieckie. Kiedy wreszcie cokolwiek uspokoilo sie, opuscili metalowy dom. I zglupieli. Tuz, tuz ciagnely sie okopy z bunkrami. Zolnierze przechodzili rowami lacznikowymi. A wiec nasi bohaterowie znalezli sie na pierwszej linii frontu! Mimo to jeszcze tej samej nocy dotarli do najblizszych, opuszczonych zabudowan i zaopatrzyli sie w jadlo i wode. Przez dlugie miesiace zaden zolnierz niemiecki nie zajrzal do pieca, rowniez zaden artylerzysta radziecki z drugiego brzegu Wisly nie wzial go na cel. Chyba rzeczywiscie najciemniej pod latarnia.
Woda. Bez jedzenia - latwiej, brak wody to dramat. Poczatkowo ludzie gruzow docierali do zbiornikow wc, bojlerow, zapasow gromadzonych w wannach. Ale mijaly dni i zrodla wody wyczerpaly sie. Ludzie zalamywali sie, byli bliscy obledu. Nie baczac na niebezpieczenstwo, docierali do studni niemieckich. Czesto gineli. W grupach scisle racjonowano wode. Kubek dziennie i koniec. W wypadkach skrajnych: zadnego mycia, zadnego prania.
Jakub Wisnia 1 nie wytrzymal. Zrobil rzecz niewybaczalna. Zakradl sie pod wspolna wanne i pil, pil, bez opamietania. Surowo go ukarano. Sad wojenny z dowodca tej grupy zydowskiej skazal go na kare smierci z zawieszeniem do wyzwolenia. Wiekszosc doczekala wolnosci, nikt na szczescie nie domagal sie wykonania wyroku.
Marian Uramowski ukrywal sie samotnie na strychu niewykonczonego domu przy Szustra rog Pulawskiej. Obserwowal zwyczaje esesmanow z pobliskich koszar przy Dworkowej. Kiedy maja posilki, kiedy zmieniaja warty, kiedy wychodza po wode. Ta ostatnia czynnosc miala dla niego szczegolne znaczenie. Kilkadziesiat metrow od jego domu byla studnia, z ktorej korzystali wlasnie Niemcy. Wiedzac, kiedy tam sie zjawia, bez klopotu napelnial swoje zbiorniki. Spadl snieg i sytuacja sie skomplikowala. Zostawial slady. Przerwal wedrowki do studni, ale wymyslil cos innego. Zbieral z dachu sople i popijal soplowke.
Brak wody przyczynil sie do niejednej tragedii. Zdarzaly sie smiertelne zatrucia po wypiciu brudnej, pelnej zarazkow cieczy. Straszny dramat dotknal trzech mezczyzn z kryjowki przy Macznej nad Wisla. Z potwornego pragnienia pili wlasny mocz. Wszyscy zmarli.
Jedynym zrodlem pozywienia byly zapasy w opuszczonych przez warszawiakow domach. Rzecz w tym, ze powstanie trwalo dwa miesiace i wiekszosc zapasow spozytkowano w ciagu tych 63 dni. Dlatego problem zywnosci obok bezpieczenstwa stal sie najwazniejszy w popowstaniowej Warszawie.
Niemal kazdej nocy patrole zywnosciowe poszczegolnych grup ruszaly "na lowy". Jakze czesto wracali z pustymi rekami. A jaka radosc wywolywalo zdobycie woreczka kaszy czy ryzu, nie mowiac o konserwach miesnych czy worku ziemniakow z zapomnianego ogrodka.
- Kaganek nadziei
Z uplywem dni ludzie nocy nabierali coraz wiekszej wprawy. W chodzeniu po nie lada wertepach, w widzeniu w ciemnosci, w rozpoznawaniu szmerow i odglosow.
A w ogole warszawscy jaskiniowcy zamienili dzien z noca. Im dluzej pozostawali w kryjowkach, tym mniej mowili. Slabli fizycznie i psychicznie. Zdumiewajaca byla odpornosc "Pianisty" na samotnosc. Bo ukrywajacy sie w pojedynke latwiej wpadali w depresje, trudniej znosili tak malo laskawy los.
Marian Uramowski byl zaradny, potrafil stworzyc sobie calkiem znosne warunki, a jednak ciezar samotnosci przytloczyl go tak bardzo, ze bliski byl zalamania. Kilku tych wspanialych ludzi mowilo mi, ze z czasem nie mogli juz zniesc ciemnosci. Dlatego niektorzy ryzykowali - palili karbidowy kaganek lub swieczki. Taki plomyk to byl symbol nadziei...
W ogromnej wiekszosci panowala wsrod robinsonow zgoda, wzajemna zyczliwosc, solidarnosc wobec wspolnego losu. Zdarzaly sie piekne czyny. Oto Danuta Slazak, obecnie Galkowa, zolnierz batalionu AK Chrobry I nie ewakuuje sie ze Starego Miasta, zostaje przy rannych powstancach w szpitalu pod Krzywa Latarnia. Nie stara sie ratowac wlasnego zycia, gdy niemieccy zbrodniarze obrzucaja szpital granatami i dobijaja rannych. Ilu tylko moze, jednego po drugim, dwudziestu dwoch wyciaga i przeprowadza do kryjowki przy ul. Podwale. Jest z nimi do konca. Dwoch, ktorzy przezyli, transportuje do szpitala poza Warszawe.
Oto Jozef Dudzinski, opiekun polsko-zydowskiej grupy z Ogrodowej, nie godzi sie na pozbawienie zycia nowo narodzonego dziecka, ktore placzem moglo zdradzic kryjowke. Pewnie dlatego los usmiechnal sie do niego: przezyl okupacje, do dzis cieszy sie dobrym zdrowiem, od lat rozwija ozywiona dzialalnosc na rzecz robinsonow warszawskich.
Oto Czeslaw Lubaszka, piekarz z ulicy Twardej, spotyka patrol grupy zydowskiej. Sa skrajnie wyczerpani, grozi im smierc glodowa. Jeszcze tej samej nocy rozpala piec w pobliskiej piekarni i z calej maki, jaka mu jeszcze zostala, piecze kilkanascie bochenkow chleba, by dozywic glodujacych Zydow. Szalenstwo, brawura, ale i piekny, humanitarny czyn.
- Dzien dobry! Zyjemy!
Uderzenie zimy zdawalo sie byc wyzwaniem nie do pokonania. Juz w listopadzie mrozne noce daly sie we znaki, w grudniu snieg gruba warstwa pokryl gruzy, a zawieje wsypaly bialy puch do kryjowek. Bylo przerazliwie zimno. Tak co dzien, co noc, przez kilka tygodni. Przemozne tesknoty bozonarodzeniowe tez na pewno nie pomogly. Przelom roku byl wyjatkowo nielaskawy, nie odebral jednak nadziei. Glodni, wyziebieni, polprzytomni czuli, wiedzieli, ze koniec meki jest blisko.
Kto to uczynil dla polskich dzieci?
(Arthur Bliss Lane, I saw Poland Betrayed)
Roznie reagowali, kiedy 17 stycznia wyszli z ukrycia. Najczesciej wznosili wzrok ku niebu. Do swiatla. W podziece. I tak po prostu: "Dzien dobry! Zyjemy!". Byli i tacy, co, rozejrzawszy sie wkolo, pospieszyli do dymiacej kuchni polowej na herbate. Jak gdyby nigdy nic. A Jakub Wisnia uklakl na sniegu i dlugo calowal ziemie. Mowil mi, ze to bylo takie bardzo spontaniczne.Wladyslaw Szpilman, ktory tyle razy cudem uniknal smierci, w pierwszy dzien wolnosci o malo nie zginal od kuli rodaka. Ale szybko przyszedl czas, kiedy siadl przy klawiaturze. I mozna to obejrzec w kinie.
Pierwodruk: Plus-Minus, Rzeczpospolita, Warszawa, 14 wrzesnia 2002.
Autor, zolnierz AK, powstaniec warszawski. Ranny na Marymoncie, ukrywal sie tam od 14 wrzesnia do listopada 1944 roku. Swoje przezycia, a takze innych, ktorzy cierpieli podobna niedole, opisal w ksiazce pt. Nie umieraj do jutra. Ksiazka niewznawiana od 1976 roku.
- Przypis (Andrzej Kobos):
- Wspomnienie o Jakubie Wisni:
Stanislaw Sieradzki - "Swist" (1993):Wielu Zydow uwolnionych z "Gesiowki" wstapilo do naszych oddzialow w Zgrupowaniu "Radoslawa". Byli zbrojmistrzami, mechanikami. Swietni fachowcy, bo przeciez tylko Zydow-fachowcow Niemcy tak dlugo trzymali przy zyciu - po prostu potrzebowali ich. Byla takze specjalna kolumna kwatermistrzowska, pod dowodztwem "Fila", ktora gotowala nam zupe i kawe; byla specjalna ekipa tzw. grabarzy, ktorzy zbijali z desek trumny, w ktorych chowano naszych poleglych.
Musze tutaj wspomniec jednego z tej grupy uwolnionych Zydow, Jakuba Wisnie, z Nalewek. Z Woli przeszedl on z nami na Starowke, potem do Srodmiescia i na Czerniakow. Na Czerniakowie slyszelismy artylerie sowiecka za Wisla, ale szybko okazalo sie, ze Sowieci nie przyjda nam z pomoca. Wtedy, jak dzis pamietam, Jakub Wisnia zapytal dowodce batalionu "Zoska", kpt. "Jerzego" - co ma dalej robic?
Nie zapomne, jak "Jerzy" odpowiedzial mu:
- "Sluchaj Jakub, niedlugo nastapi kapitulacja. Z twoim wygladem nie masz zadnych szans w oczach Niemcow. Musisz przeplynac Wisle, albo ukryc sie w piwnicach, w kanalach, gdziekolwiek, az przyjda Ruscy".
I Jakub przeszedl jakos do Srodmiescia. Tam, w okolicach ul. Twardej, skumal sie z czterema innymi i w piatke przesiedzieli w jakichs piwnicach do stycznia 1945 r., zywiac sie surowymi kartoflami i marmoladami znalezionymi w tych piwnicach. Ognia nie mogli palic, bo dym by ich zdradzil. Przezyli cudem.
Kiedy ustanowiono w Polsce "Warszawski Krzyz Powstanczy", staruszek Jakub Wisnia odnalazl mnie w 1984 r. i zapytal niesmialo:
- "«Swist», czy ja mam prawo do Warszawskiego Krzyza Powstanczego?"
Odpowiedzialem mu:
- "Jak najbardziej, Jakub. Dostaniesz go, byles przeciez w Batalionie «Zoska», w kolumnie kwatermistrzowskiej."
Przystapilem do zalatwiania mu tego krzyza, ale wkrotce potem Jakub nagle zmarl. Mial bodajze 86 lat. Poszedlem na jego pogrzeb na cmentarzu zydowskim, z kolega z Batalionu "Miotla", Antonim Olszewskim-"Wilkiem". Stalem w tlumie, a kiedy zaczely sie modly rabina w jezyku hebrajskim, powiedzialem glosno do Antka:
- "Antek, nie masz pojecia, jaki to byl dzielny, bohaterski chlop w Powstaniu".
Uslyszala to stojaca obok kobieta - "Pan go znal, Jakuba?"
- "Znalem, byl ze mna w Powstaniu".
Wtedy ta kobieta podeszla do rabina i szepnela mu cos do ucha. Rabin przerwal modly i poprosil mnie abym opowiedzial kim byl Jakub. Stanalem obok rabina i tak ad hoc opowiedzialem co wiedzialem o Zydach uratowanych przez nas w Powstaniu i o Jakubie. Ostatnie zdanie, wypowiedzialem juz do nieboszczyka:
- "Jakub, nie doczekales Warszawskiego Krzyza Powstanczego, ale on jest juz dla ciebie zalatwiony".
Fragment relacji z artykulu "Wyzwolenie Gesiowki w Powstaniu Warszawskim", opr. Andrzej M. Kobos:
Niepodleglosc i Pamiec, R. II, Nr. 3(4), 1995, Warszawa.
Stanislaw Sieradzki-"Swist" (ur. 1921), sierz. pchor., KW. Zolnierz Armii Krajowej w Batalionie "Zoska". W Powstaniu Warszawskim, 1944, w Zgrupowaniu "Radoslawa". Aresztowany przez UB w styczniu 1949, byl wieziony do 1956 r. Czynny w warszawskim srodowisku b. zolnierzy Armii Krajowej.
(powrot)

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | |||||