Tekst jest fragmentami dwóch listów. Publikuję te fragmenty za zgodą obojga autorów, jako pewną całość. Pierwotnie, list Zenona Lisa do mnie był po polsku, zaś list Evy Floersheim do niego po angielsku. Na moją prośbę, Zenon Lis napisał angielska wersję swojego listu i przetłumaczył na polski list Evy Floersheim. W obecnym wydaniu Zwojów zamieszczam dwie wersje, polską i angielską.

Andrzej Kobos






DRZEWO POŻERAJĄCE ŻYDOWSKIE NAGROBKI





ZENON LIS

EVA FLOERSHEIM



Zenon Lis :

[...]   A z tym Tikkun to dawna sprawa.

Lubaczów to mała mieścina w południowo-wschodniej Polsce, dawniej w województwie przemyskim, a dzisiaj podkarpackim. Do tamtejszego liceum, niegdyś mojej szkoły, przylega żydowski cmentarz. Tak wiele razy spoglądałem nań z okien na trzecim piętrze. Był tam, na cmentarzu, nagrobek, powoli pożerany przez drzewo. Było to niesamowite tak latami patrzeć na powolne wchłanianie kamienia z kilkoma hebrajskimi literami przez zielone lub szare (w zależności od pory roku) drzewo. Te kilka liter było najprawdopodobniej wszystkim, co po tamtym człowieku pozostało w trwającym ciągle życiu i w Lubaczowie. I nawet to okazało się temu życiu zbyt dużo. Tak myślałem wtedy.

Ale można też spojrzeć na to inaczej. Od jakiegoś czasu nieustannie przemyśliwam tamtą, dawno temu zaczętą moją myśl o znikającym w drzewie żydowskim nagrobku, tkając ją w jakąś sensowną całość. Wszystko, co przynależne temu światu musi rozpaść się w proch. To aksjomat procesu życia, Pan powie. Tak, to jest rzecz wiadoma, ustalona raz na zawsze.

Dla mnie wynika z niej to, iż wszystko pozostawić musimy z tej strony bramy i wejść do Ogrodu, nie znając ani Ogrodnika, ani nie wiedząc, jak urządzony jest Jego ogród. I że ważne jest to "teraz", to co powstaje z naszych myśli i z naszych działań.

Być może nie powinniśmy rozpaczać, że zamykają się za nami bramy czasu, że rozpadają się nasze małe i duże cywilizacje, kiedy to, co pozostaje za nami kruszy się w drobny popiół, w puste miejsce… w nic - już tutaj, na Ziemi?

Ja oczywiście nie mam tutaj na myśli, aby przestać opiekować się tym, co pozostaje po naszych bliskich i dalekich przodkach; piszę tu raczej o naszej mentalnej postawie wobec czasu i o nas samych w tym czasie.

Bo co pozostaje po nas, kiedy mijają millenia? Co stało się z tymi wszystkimi ludźmi, których już nie ma, co zostało z dawno temu pokruszonych cywilizacji i obecności?

Czasami pytam siebie, całkiem już poważnie, chociaż pytanie to trochę szalone: Czy byli ci wszyscy którzy tutaj żyli? Czy byliście? Czy moja babka, moi sąsiedzi byli obok mnie? Czy to wszystko się stało, działo między nami? Czy ja może tylko śnię mój sen, śniąc ludzi, których kiedyś znałem i z którymi kiedyś rozmawiałem? I czy ja także jestem snem w śnie innych? I kim jest Ten, który śni nas wszystkich?

Tak, te moje myśli musiały rozpocząć się tam, przy oknie nad żydowskim cmentarzem, wówczas, wiele już lat temu. Może ja tam musiałem być? Może coś musiało stać się we mnie? Może musiałem patrzeć na ów znikający żydowski nagrobek, nasiąkać pytaniami, które nieustannie krystalizują się we mnie w nowe pytania, po to być może, by któregoś dnia wszystkie te pytania odpadły ze mnie jak z butów odpada zaschnięte błoto...?

Siddhartha, w noweli Hermana Hesse, uczył się swej mądrości z rzeki. Może ja zacząłem uczyć się mojej wtedy, tam na trzecim piętrze?

To, co się dzieje z nami i w nas jest tak często niewytłumaczalne innym a i sobie samemu również. Może nie należy wszystkich doświadczeń tak od razu sobie tłumaczyć w jakiś jeden, ustalony sens? Może trzeba czekać i słuchać i szukać i wierzyć, że w chaosie doświadczeń doświadcza się sensu istnienia? I może ja powinienem w taki właśnie sposób czekać i "słuchać" tego, co mówi do mnie ów żydowski nagrobek wchłaniany przez drzewo?

* * *

W tamtym czasie, jak również zaraz po skończeniu szkoły, jeździłem trochę po Polsce odwiedzając żydowskie cmentarze w Warszawie, Krakowie, Leżajsku, Oleszycach. O Jedwabnem nie wiedziałem nic. Niewiele wiedziałem o polskich Żydach. Muszę przyznać się tutaj do mojej niewiedzy. O obecności Żydów pomiędzy nami nie uczono nas ani dobrze ani źle. Książkę Byrona L. Sherwin'a Sparks amid the ashes [1] przeczytałem wiele, wiele lat później.

W Nowym Jorku czytałem przez jakiś czas pismo Tikkun. Podobała mi się idea nieustannego naprawiania, wysiłku, wkładania cząstki swojego dobra w sumę dobra już istniejącego. "Polacy i Żydzi", myślałem sobie wówczas.

Czasami uśmiecham się do siebie samego myśląc (tę wciąż przecież trwająca myśl), że może ów żydowski znikający nagrobek na lubaczowskim cmentarzu, to jakiś niezwykły prezent dla mnie na lata, które nieustannie przychodzą. I chciałbym też wierzyć, że gdzieś tam, w obszarze wirujących cząstek i kwantów energii, Anioł Żydów i Anioł Polaków poklepują się po ramieniu i uśmiechają teraz do mnie, gdy piszę ten list. Może wiedzą oni coś, czego ja nie wiem?

Czasami wszystko wydaje się tak przedziwnie dziwne. Literatura nie jest już książką tylko, lecz doświadczeniem innych, najrealniejszym życiem, które było, staje się i będzie się stawać moim życiem. I przychodzi taka chwila, kiedy zaczynam się bać, bać tej bliskości doświadczeń. Bo coś się dzieje, ale co się dzieje - ja wciąż nie wiem. Doświadczenie sensu życia - piękne doświadczenie, zarazem jest bliskie jakiemuś groźnemu doświadczeniu.

* * *

Życie to sen, a sen to życie, czyż nie? Ewę "spotkałem" w Internecie. Napisałem do niej, do Izraela, opowiadając o tamtym żydowskim nagrobku w Lubaczowie. Ewa odpisała na mój list... serią zdjęć tego samego drzewa i nagrobka (teraz wiem, że było to kilka nagrobków), które ja obserwowałem jakieś dwadzieścia lat temu. Z jej listu wiem teraz, że przynajmniej jedna z tamtych kamiennych płyt jest nagrobkiem kobiety. Kobiety "młodej w latach"...


Z szacunkiem,

Zenon






Eva Floersheim :

Na żydowskim cmentarzu w Lubaczowie, w południowo-wschodniej Polsce, zachowało się jeszcze około 1600 płyt nagrobnych. Za główna bramą, na cmentarzu, tuż na prawo, stoi wielkie drzewo [lipa]. Wielkie drzewo o wielkośnym pniu.




Cmentarz żydowski w Lubaczowie:   Brama wejściowa widziana od strony cmentarza.
(fot.:   Eva Floersheim, 2002)


Na zdjęciu zrobionym przed około dziesięciu laty przez muzeum w Lubaczowie, widać jak drzewo to obejmuje trzy kamienie nagrobne; po jednym z obu stron i trzeci z tyłu.




Cmentarz żydowski w Lubaczowie:   Drzewo pożerające nagrobki, 1991
(fot.:   Tadeusz Budziński, folder "Lubaczów", 1991)




Cmentarz żydowski w Lubaczowie:   Drzewo pożerające nagrobki, 2002
(fot.:   Eva Floersheim, 2002)


Co najmniej dwa z tych nagrobków znajdują się na grobach kobiet. Nagrobek po lewej stronie jest z roku 1913/1914. Na nagrobku po prawej wyryte jest "młoda wiekiem", "matka ośmiorga dzieci".

Dzisiaj, w roku 2002 (5762), nagrobki te zostały już prawie wchłonięte przez drzewo. Nagrobek w środku, tyłem do drzewa, widoczny jest już tylko jako małe 'okienko', i prawdopodobnie za kilka lat zostanie w całości połknięty przez drzewo.




Cmentarz żydowski w Lubaczowie:   Nagrobek w środku pnia drzewa.
(fot.:   Eva Floersheim, 2002)


Dwa nagrobki po obu bokach drzewa będą widoczne jeszcze przez dłuższy czas.




Cmentarz żydowski w Lubaczowie:   Nagrobek po lewej stronie pnia drzewa.
(fot.:   Eva Floersheim, 2002)




Cmentarz żydowski w Lubaczowie:   Nagrobek po prawej stronie pnia drzewa.
Wyryty napis zawiera słowa:   "młoda wiekiem" i "matka ośmiorga dzieci".
(fot.:   Eva Floersheim, 2002)


Można by powiedzieć: "Cóż, należy drzewo ściąć i uwolnić nagrobne płyty". Gdyby nagrobki te należały do mojej rodziny, być może stałoby to przedmiotem familijnej dyskusji, chociaż czuję, że i wtedy powiedziałabym - nie, nie ścinać.

Gdyż to zjadające żydowskie nagrobki drzewo jest dla mnie jeszcze jednym symbolem tego, że po tym, jak społeczności żydowskie w Lubaczowie i w tak wielu innych miejscach zostały tak okrutnie zgładzone w Holocauście, my teraz musimy pospiesznie dokumentować to, co jeszcze pozostało z dawnego życia Żydów, zanim czas i natura nie zmażą nawet i tych resztek.


Eva Floersheim,
Izrael

Fotografowała Eva Floersheim, kwiecień-maj 2002
Photo Copyright © Eva Floersheim, 2002




  1. polskie wydanie: Byron L. Sherwin, Duchowe dziedzictwo Żydów polskich. Oficyna Wydawnicza "Vocatio", Warszawa 1995.
Dziękuję Panom Bogdanowi Lisze i Januszowi Mazurowi z Lubaczowa za pomoc w ustaleniu autorstwa zdjęcia z 1991 roku.   (AMK)




Teksty Evy Floersheim opublikowane w Zwojach (The Scrolls) :





Copyright © 1997-2007 Zwoje