
JAN TWARDOWSKI
Spieszmy sie
Annie Kamienskiej
Spieszmy sie kochac ludzi tak szybko odchodza
zostana po nich buty i telefon gluchy
tylko to co niewazne jak krowa sie wlecze
najwazniejsze tak predkie ze nagle sie staje
potem cisza normalna wiec calkiem nieznosna
jak czystosc urodzona najprosciej z rozpaczy
kiedy myslimy o kims zostajac bez niego
Nie badz pewny ze czas masz bo pewnosc niepewna
zabiera nam wrazliwosc tak jak kazde szczescie
przychodzi jednoczesnie jak patos i humor
jak dwie namietnosci wciaz slabsze od jednej
tak szybko stad odchodza jak drozd milkna w lipcu
jak dzwiek troche niezgrabny lub jak suchy uklon
zeby wiedziec naprawde zamykaja oczy
chociaz wiekszym ryzykiem rodzic sie niz umrzec
kochamy wciaz za malo i stale za pozno
Nie pisz o tym zbyt czesto lecz pisz raz na zawsze
a bedziesz tak jak delfin lagodny i mocny
Spieszmy sie kochac ludzi tak szybko odchodza
i ci co nie odchodza nie zawsze powroca
i nigdy nie wiadomo mowiac o milosci
czy pierwsza jest ostatnia czy ostatnia pierwsza
Kaligrafia: Z. W. Wolkowski
Niewidoma dziewczynka
Matko - mowila niewidoma dziewczynka
tulac sie do Jej obrazu –
poznam Cie swiatelkami palcow
Korona Twoja zimna – slizgam sie po niej jak po gladkiej szybie
sa kolory tak ciezkie ze odstaja od przedmiotu
to co zlote chodzi swoimi drogami i zyje osobno
Slucham szelestu Twoich wlosow
ide chropowatym brzegiem Twojej sukni
odkrywam gorace zrodla rak
pomarszczona ponczoszke Twej skory
szorstkie szczeliny twarzy
zwir zmarszczek
tkliwosc obnazenia
ciepla ciemnosc
sprawdzam szrame jak blizne po milosci
zatrzymuje tu oddech w palcach
ucze sie bolu na pamiec
zdrapuje to co przywarlo ze swiata jak smierc niegrzeczna
wydobywam puszystosc rzes odwracam lze
zbieram nosem zapach nieba
odgaduje wreszcie malego Jezusa z potluczonym
spuchnietym kolanem na Twym reku
Tyle tu wszedzie spokoju pomiedzy slowem a miloscia
kiedy dotykam
obraz stuka jak krew
klejnoty niepotrzebnie jecza
robaczek piszczy w trzewiku
sypie sie szmerem czas
pachna korzonki farb
milknie ucho Opatrznosci
Palce moje umieja sie takze usmiechac
mietoszac Twoj staroswiecki szal
ciagnac rekaw jak uglaskanego smoka
Odslaniam z wlosow kryjowke sluchu –
zartuje ze czuwajac mruzysz lewe oko
stopy masz bose – od spodu pomarszczone jak podbial
przeciez nie chodzisz w szpilkach po niebie
mysle ze Ty takze nie widzisz
oddalas wzrok w Wielki Piatek
stalo sie wtedy tak cicho
jakbys prostowala na zegarku ostatnia sekunde
i juz nie pasuja do nas zadne powazne okulary
oparlas sie na swietym Janie jak na bialej kwitnacej lasce
piszesz dalszy ciag Magnificat alfabetem Braille'a
ktorego nie znaja teologowie bo za bardzo widza
tak Cie sumiennie zasuwaja na noc w jasnogorskie blachy pancerne
To nic
wystarczy kochac sluchac i obejmowac
Jan Twardowski, znow najpiekniejszy w Polsce jest lipiec nad woda
Wydawnictwo Unia, Katowice, 1996.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | |||||