
W roku 2002 Nagrode Nike – najbardziej prestizowa nagrode literacka w Polsce - otrzymala Joanna Olczak-Ronikier za ksiazke p.t. W ogrodzie pamieci (Wydawnictwo Znak, Krakow 2002). Jest to zbior opowiesci z historii jej rodziny od roku 1804 do 2000. Nie jest to ani kronika rodzinna, ani powiesc-rzeka. Jest to opowiesc-rzeka o rodzinie w Horwitzow-Mortkowiczow-Olczakow, opowiesc o ludziach wciagnietych, nie tylko biernie, w wir burzliwej historii pierwszej polowy XX stulecia.Autorka, na podstawie ocalalych rodzinnych papierow i opowiadan, na 344 stronach (a nie w opaslych tomach!), stworzyla fascynujaca opowiesc-rzeke, sage rodu z historia w tle, przywolujaca z ogrodu pamieci szereg niezwyklych wydarzen, problemow ludzkich, nieszczesc ludzkich, szereg zaslug dla kultury polskiej. Przywolala z ogrodu pamieci wielu ludzi znanych, jak rowniez nieznanych w szerszym kregu ludzi dobrych. Pisze o sprawach dobrych i zlych. Traktuje o problemach asymilacji czy polonizacji Zydow, ich tozsamosci, antysemityzmie, o drodze Zydow w poczatkach stulecia i w okresie miedzywojennym do komunizmu i ich znacznym w nim udziale. Opowiada o doswiadczonym w tej rozleglej rodzinie stalinowskim terrorze w Zwiazku Sowieckim. O drogach przezycia Zaglady, ukrywaniu Zydow przez Polakow i o Polakach-szantazystach. Opowiada to wszystko z wielka szczeroscia, nie stroniac od spraw osobistych ani drazliwych. Jak napisala, "odtwarza obraz przeszlosci, aure tamtych lat." Odtwarza go pieknym stylem i jezykiem ("Czas dalej stal w miejscu. Mial slodycz i gestosc miodu."). Znakomita ksiazka.
Joanna, z ktora znamy sie od 35 lat, odkad zjawilem sie w krakowskiej "Piwnicy pod Baranami", z checia pozwolila mi zamieszczac fragmenty swojej ksiazki w Zwojach. Czynie to z ogromna radoscia i wdziecznoscia dla Niej.
Joanna, mowiac o ksiazkach swojego dziecinstwa, napisala:
"Gdzies w Niebie stoi oszklona szafka, w ktorej czekaja na mnie te wszystkie dawno temu czytane, zagubione ksiazki..."To rownie trafnie odnosi sie do innych ludzi i innych ksiazek.Na poczatek, z Jej "Ogrodu pamieci", przytaczam fragmenty o dzialalnosci wydawniczo-ksiegarskiej Jej dziadkow, Jakuba i Janiny Mortkowiczow w Warszawie. Tytul "Artysta ksiazki" pochodzi ode mnie. W przyszlych Zwojach wroce do innych watkow ksiazki.
Andrzej Kobos
Z ogrodu pamieci
ARTYSTA KSIAZKI
JOANNA OLCZAK-RONIKIER
[...]
Uwielbiane, sliczne, madre dziecko, wzajemna milosc, zarobki skromne, ale wystarczajace, te same zainteresowania intelektualne i artystyczne - wydawaloby sie, ze niczego nie brakuje mlodej parze do szczescia. Ale Jakuba najwyrazniej nudzila praca bankowa. Byl zbyt wielkim indywidualista. Mial nadmiar energii, za duzo marzen, za duzo inwencji i ambicji. Szukal innego pola do dzialania. Zona utwierdzala go w przekonaniu, ze powinien robic to, co go naprawde interesuje. A co go najbardziej interesowalo? Ksiazki.
Janina i Jakub Mortkowiczowie, 1901 rok
Przy ulicy Marszalkowskiej 143 miescila sie znana ksiegarnia nakladowa, sortymentowa i komisowa zalozona w roku 1876 przez Gabriela Centnerszwera. Jego jedyny syn - Mieczyslaw - nie chcial przejac ojcowskiej firmy. Wybral droge naukowa, zostal pozniej chemikiem, wykladowca na uniwersytecie w Rydze i w Warszawie. Stary pan Gabriel mial coraz mniej sil, wiec szukal wspolnikow.W roku 1903 Henryk Lindenfeld, kolega bankowy, przyniosl wiadomosc, ze sa do kupienia udzialy w ksiegarni Centnerszwera za sume pietnastu tysiecy rubli, i zaproponowal Mortkowiczowi, by je do spolki nabyli. Jakub od razu zapalil sie do projektu. Janina takze powitala entuzjastycznie ow pomysl. Oboje uznali, ze z jej posagu zlozonego na procent u wujow Kleinmannow zaczerpna potrzebna kwote. Jednak przezorna Julia bala sie, czy pieniadze nie zostana zmarnowane. Zasiegnela rady u brata. Bernard widocznie musial sie juz przekonac do meza siostrzenicy. Odpowiedzial filozoficznie: "Czemu nie? Ksiazki to nie jest zly interes. Glücksberg, Orgelbrand, Lewental wychodzili na swoje...". I wyplacil Jakubowi cztery tysiace rubli akonto transakcji. Dalsze trzy i pol tysiaca dal mu w nastepnym roku.
13 maja 1903 roku spisany zostal akt zawarcia spolki. I tak Jakub Mortkowicz stal sie wspolwlascicielem firmy wydawniczej, ktora pozniej miala nalezec juz tylko do niego. Wolalby zaczynac dzialalnosc samodzielnie i posag zony wystarczylby zapewne na nabycie wlasnej malej ksiegarni. Ale jako osobnik "nieblagonadiozny" nie otrzymalby koncesji na prowadzenie wydawnictwa pod swoim nazwiskiem. Tak wiec na Marszalkowskiej 143 zawisl nowy czarny szyld ze zlotym napisem po rosyjsku i po polsku: "G. Centnerszwer i S-ka". Ow szyld zostal zmieniony dopiero w roku 1915.
Jesli istotnie w gwiazdach zapisany jest plan naszego istnienia i szczescie polega na tym, by ow plan odczytac i zrealizowac, to moi dziadkowie z niezwykla intuicja i pewnoscia wywiazali sie z tego zadania. Patrzac na ich losy z odleglej perspektywy, widzi sie wyraznie, ze bardzo starannie przygotowywali sie do wspolnej drogi zyciowej. Specyfika wydawnictwa Mortkowicza wynikla z ich niezaleznych od siebie, mlodzienczych pasji. Nie wiedzac nawzajem o swoim istnieniu, chodzili tymi samymi szlakami, zwiedzali te same muzea, fascynowali sie tym samym malarstwem, przywozili do domu te same albumy z reprodukcjami. Nic wiec dziwnego, ze artystyczne wydawnictwa, ich poziom graficzny i wyrafinowane oprawy staly sie glowna ambicja fiirmy. Wspolna milosc do poezj zaowocowala znana seria wydawnicza Pod Znakiem Poetow. Zainteresowania pedagogiczne i spoleczne babki znalazly swoj wyraz w publikowaniu wartosciowych ksiazek dla dzieci i mlodziezy. Wyspecjalizowala sie tez w wyszukiwaniu i tlumaczeniu nieznanych dotad utworow dla mlodych czytelnikow. Cudowna podroz Selmy Lagerlöf, Chlopcy z Placu Broni Molnara, Nad dalekim cichym fiordem Gjems-Selmer, tomy opowiesci o doktorze Dolittle Loftinga weszly potem do kanonu klasyki dzieciecej.
Marzenia laczace mloda pare mogly potem zagubic sie w codziennosci, ktora na ogol sklania do rezygnacji z mlodzienczych idealow i zmusza do kompromisow. A oni oboje ze wzruszajaca staloscia dochowali wiary swoim przekonaniom, ze zycie powinno byc podporzadkowane wartosciom wyzszym niz materialne i sluzyc interesom ogolu. Jedynym luksusem, na jaki sobie pozwalali, byly zagraniczne podroze.
Zaraz po nabyciu udzialu w ksiegarni wyruszyli do Wiednia, Monachium i Lipska, aby rozeznac sie w sytuacji ksiegarstwa i zaopatrzyc sklep w nowe wydawnictwa. Pojechalam z nim - wspominala babka - bo stosunki nasze ulozyly sie w ten sposob, ze beze mnie nie pozwalal sobie na zadna przyjemnosc. A taka podroz byla przyjemnoscia w calym znaczeniu tego wyrazu. Spedzilismy dwa tygodnie wsrod ksiazek, reprodukcji, dziel sztuki, najwiekszych naszych zainteresowan. Dziadek notuje: Zapoznalem sie z miedzynarodowa organizacja ksiegarstwa i powzialem zamiar wykorzystania tych stosunkow dla naszych celow, nie tylko handlowych, ale i kulturalnych.
W pare dni po ich powrocie do Warszawy przed ksiegarnia na Marszalkowskiej zaczely gromadzic sie tlumy. Nie widziano dotad w tym miescie tak atrakcyjnej ksiegarskiej wystawy. W jednym oknie umieszczono ogromna kopie plaskorzezby zwanej Tronem Dioklecjana. Oryginal pochodzacy z epoki jonskiej znajdowal sie w muzeum w Rzymie i tak zachwycil mloda pare mnogoscia i uroda detali, ze zakupili gipsowy, mistrzowsko spatynowany odlew i przytaszczyli go do Warszawy. Plaskorzezba wzbudzila zachwyt warszawiakow, a jej elementy posluzyly pare lat pozniej jako wzor godla Pod Znakiem Poetow. W drugim oknie rozwieszone byly piekne reprodukcje najslynniejszych arcydziel malarstwa klasycznego przywiezione z podrozy. Wokol pietrzyly sie najnowsze wydawnictwa zagraniczne, glownie artystyczne. "Okna na swiat" - tak nazywano witryny nastepnej siedziby ksiegarni na Mazowieckiej. "Okna na swiat" otworzyly sie po raz pierwszy wtedy, na Marszalkowskiej.
Pozniej rozpoczela sie dzialalnosc edytorska. W roku 1903 ukazaly sie tylko dwie pozycje wydawnicze. Druga to Skad sie wzial twoj braciszek ze starych zbiorow Centnerszwera. Z pierwsza laczy sie pewna anegdota. By uniknac zatargow z wladzami carskimi, dziadek do wybuchu niepodleglosci nie sygnowal publikowanych przez siebie ksiazek. Tylko raz, wlasnie w roku 1903, nazwisko Mortkowicz pojawilo sie na karcie tytulowej. I ten wyjatek stal sie wielkim powodem do dumy dla mojej babki.
Zawsze miala zamilowania pedagogiczne, a niedlugo przed zamazpojsciem wzbudzil w niej zainteresowanie powstaly w Niemczech nowy kierunek: Kunsterziehunf - wychowanie przez sztuke. Napisala na ten temat zrodlowy referat, ktory wyglosila w Kole Pedagogicznym Kobiet Korony i Litwy i ktory tak sie spodobal, ze znany wydawca Michal Arct zaproponowal ogloszenie pracy drukiem. Tymczasem wyszla za maz. Jednak wydawca zadal, by figurowala na okladce jako Janina Horwitz. Nowe nazwisko, jego zdaniem, brzmialo zle i moglo odstraszyc czytelnikow. Urazona, wycofala rekopis.
Mortkowiczowa Janina: O wychowaniu estetycznym, 8o, s. 74. To jest wlasnie ta pierwsza pozycja wydana przez nowa firme. Jakos przyjelo sie to nazwisko w polskiej kulturze. Jakos nie odstraszalo czytelnikow - pisala w swych wspomnieniach z ironiczna satysfakcja.
Fragment rozdzialu Janina i Jakub
[...] * * *
Nastepne lato spedzili nad Atlantykiem, we francuskiej wiosce. Przyjechala do nich do Paryza ciocia Rozia i jej trzej francuscy synowie. Nastepnie wszyscy razem pojechali do Meranu, gdzie kurowala sie Julia. A potem do Paryza, Monachium i Wiednia. Jakub Mortkowicz podczas tej podrozy nawiazal bliskie stosunki z najwybitniejszymi wydawcami Francji, Niemiec i Wloch, zapoznal sie z organizacja narodowych i miedzynarodowych zwiazkow ksiegarzy oraz wydawcow. Mial takze wreszcie dosc czasu, by z moja babka ustalic dokladny plan dzialalnosci wydawniczej po przyjezdzie.Po przeszlo roku otrzymal pozwolenie na powrot do Warszawy. Wrocili wiec we troje. Rodzice do pracy w ksiegarni, Anulka do swojego dziecinnego pokoju, ktory trzeba bylo przemeblowac, bo przybyli nowi wspolmieszkancy: wytworna paryzanka Lili w rozowej jedwabnej sukni, szmaciana Wloszka Mimi i szescioro paryskich dzidziusiow od cioci Rozi.
[...]
Wlasnie wtedy, w pierwszym roku Wielkiej Wojny, moj dziadek, jakby na przekor chaosowi politycznemu i smierci naokolo, powolal do zycia swoj mikrokosmos ksiegarsko-wydawniczy.Mial wtedy czterdziesci lat. Byl juz dosc znanym wydawca, splacil wspolnika Henryka Lindenfelda i stal sie jedynym wlascicielem firmy "G. Centnerszwer i Spolka", a takze mial wlasna mala drukarnie, mieszczaca sie przy ulicy Mazowieckiej. W pierwszych wojennych miesiacach wszelka dzialalnosc wydawnicza zamarla. Wprowadzono surowa cenzure, co znacznie utrudnilo prace, a ludzie z powodu drozyzny przestali kupowac ksiazki. Rozsadek nakazywal, by nie powiekszac przedsiebiorstwa, czekac cierpliwie, co przyniesie przyszlosc. Ale Mortkowicz byl czlowiekiem niecierpliwym. Uznal, ze skoro nadszedl tak dlugo wyczekiwany czas zmian politycznych w swiecie, on sam musi takze, nie zwlekajac, dokonac zmian w swoim zyciu.
Najpierw, co bylo najprostsze, nastapila zmiana mieszkania. Nowa, wieksza, ladniejsza siedziba znajdowala sie na piatym pietrze w budynku polozonym na skarpie wislanej, na ulicy Okolnik 5. Z okien widac bylo Wisle, stare dachy wokol i mosty laczace Warszawe z Praga. Przeprowadzka odbyla sie w lipcu 1915 roku, tuz przed opuszczeniem Warszawy przez Rosjan, ktorzy uciekli przed nadchodzacymi wojskami niemieckimi, wysadzajac za soba w powietrze owe mosty.
Nastepny krok Mortkowicza zmierzal do polepszenia kondycji finansowej firmy. Mial mnostwo planow wydawniczych, ale brakowalo mu kapitalu. Postanowil wiec przeksztalcic swoje przedsiebiorstwo w spolke akcyjna i namowil do uczestnictwa Teodora Toeplitza, przyjaciela ze studiow w Antwerpii. Kapital zakladowy spolki, okreslony na dwiescie tysiecy rubli, podzielony zostal na dwa tysiace akcji. Kazda kosztowala sto rubli. Mortkowicz wykupil akcje za sto tysiecy rubli, Toeplitz za piecdziesiat dziewiec tysiecy, Janina Mortkowiczowa za dziesiec tysiecy. Reszta akcjonariuszy, a bylo ich razem dziewietnastu, wniosla znacznie mniejsze sumy. Akt notarialny zalozenia spolki sporzadzony zostal 2 lipca 1915 roku. Jako zalozyciel wystepowal Teodor Toeplitz - moj dziadek dalej byl zle widziany przez wladze carskie i nie mogl figurowac w rejestrach handlowych pod wlasnym nazwiskiem. Dlatego tez nowa firma otrzymala enigmatyczna nazwe: "Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie, Spolka Akcyjna".
Dzieki zwiekszonym kapitalom w lipcu 1915 roku zakupiona zostala kamieniczka na Rynku Starego Miasta w Warszawie, pod numerem 11. Dziadek przeniosl tam drukarnie i sklady. Rownoczesnie na ulicy Mazowieckiej 12 otworzyl nowa, pieknie urzadzona ksiegarnie, ktora wkrotce stala sie salonem artystycznym Warszawy.
Robienie takich inwestycji podczas wojny mogloby sie wydawac szalenstwem. Ale Mortkowicz nie na prozno ukonczyl Akademie Handlowa w Antwerpii i pare lat pracowal w banku Wawelberga. Wolal uchodzic za romantycznego marzyciela, jednak musial miec talenty finansowe, skoro w ostatniej chwili zdazyl tak dobrze pokierowac swoimi interesami i korzystnie ulokowac pieniadze, ktore Janina odziedziczyla po Julii.
Gdy weszli Niemcy, obowiazujaca waluta staly sie marki, a szalejaca inflacja spowodowala, ze z dnia na dzien tracily wartosc. Zas w roku 1917, po przewrocie bolszewickim, carska waluta, tak skrupulatnie ciulana przez moja prababke, przestala istniec.
Fragment rozdzialu Niech zyje Polska!
W roku 1918 moja przyszla matka pisala: * * *
Miec lat szesnascie i przed soba zycie,
I glowe pelna zamiarow i chcen,
Pedzic przed siebie w radosci, zachwycie
W cudny, sloneczny, szafirowy dzien.
Miec lat szesnascie, mlode mocne nogi,
Na przyszle trudy dwoje silnych rak
Przebiegac sciezki, bezdroza i drogi
I zyc swobodnie wsrod lasow i lak.
Miec lat szesnascie i twarz rozesmiana,
Z miloscia patrzec na ludzi i swiat,
Z radoscia zycia budzic sie co rano,
Ach, jak to dobrze miec szesnascie lat!
Zazdroscilam jej tego wiersza. Skonczylam szesnascie lat w apogeum stalinizmu i ani terazniejszosc, ani przyszlosc nie budzily we mnie entuzjazmu. Dopiero teraz uswiadamiam sobie, jak bardzo bylam w mlodosci zazdrosna o przeszlosc mojej matki i babki. Przedwojenna Polska wydawala mi sie Arkadia, utraconym rajem, ktorego slodyczy nigdy nie zaznalam. Blyszczala we wspomnieniach tysiacami swiatel. Zadne cienie nie przyslanialy rajskiego krajobrazu.Niepodleglosc oznaczala dla moich dziadkow przede wszystkim koniecznosc wziecia sie do pracy. Wreszcie dla terazniejszosci, nie dla przyszlosci, bez obaw, bez politycznych represji. Wiosna 1919 roku Jakub Mortkowicz dzieki specjalnym przepustkom i pozwoleniom jednym z pierwszych ekspresow wojskowo-dyplomatycznych wyjechal do Francji i Anglii, by nawiazac zerwane przez wojne kontakty zawodowe. Wzial ze soba egzemplarze swoich wydawnictw. W broszurze Ksiazka polska jako czynnik miedzynarodowy i propagandowy wspominal pozniej: Glowny dyrektor Oxford Press, slynny wydawca Henry Milford, podczas dyskusji powiedzial mi: «Pokaz mi pan, jak wydajecie ksiazki, a przekona mnie pan do waszej kultury i niepodleglego bytu». Pokazalem i przekonalem go.
Jakub Mortkowicz
Wrocil zachwycony propozycjami wspolpracy, z mnostwem pomyslow i planow. Przywiozl do Warszawy francuskie i angielskie nowosci literackie, ogromne ilosci albumow i reprodukcji artystycznych, ktorymi udekorowal okna wystawowe ksiegarni na Mazowieckiej, zwoje kolorowych plocien na oprawy ksiazek. Zona i corka z najwyzszym trudem wyprosily u niego pare metrow tych cudownosci na letnie sukienki.W chudym powojennym roku 1919, kiedy szalala inflacja i ceny zmienialy sie z godziny na godzine, ukazalo sie w wydawnictwie Mortkowicza trzydziesci jeden tytulow: wsrod nich piec tomikow Leopolda Staffa, piec tomow Stefana Zeromskiego, Jak kochac dziecko Jausza Korczaka, Luk Juliusza Kadena-Bandrowskiego, Wiosna i wino - pierwszy tomik poezji Kazimierza Wierzynskiego. Siedemnastoletnia Hania patrzyla na mlodego i pieknego poete zakochanymi oczami.
Tuz obok ksiegarni na Mazowieckiej miescila sie slynna kawiarnia "Ziemianska", gdzie przy malej czarnej spotykali sie najpopularniejsi poeci, pisarze, ludzie teatru i malarze. Tam rodzily sie najciekawsze pomysly artystyczne i najlepsze zarty, tam w atmosferze szampanskiej zabawy ustalano bezlitosnie hierarchie towarzyska; ktos, kogo nie zaakceptowali zlosliwi skamandryci: Tuwim, Slonimski, Lechon, byl skonczony w opinii Srodowiska; debiutant, ktoremu pozwolono usiasc przy ich stoliku na polpietrze, czul sie nobilitowany.
Kolezanki Hani, uczennice panstwowego Gimnazjum im. Klementyny z Tanskich Hoffmanowej, z pensjonarskim nabozenstwem przygladaly sie slawnym literatom przez kawiarniana szybe. Ona znala wszystkich osobiscie. Chciala nalezec do tego swiata nie dzieki rodzicom, ale wlasnym zaslugom. Pisala wiersze, pieknie rysowala. Czy miala zostac pisarka? Moze malarka? Nie mogla sie zdecydowac.
Po maturze rozpoczela studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, jako dodatkowy fakultet wybrala historie sztuki, a do tego zapisala sie do Szkoly Sztuk Pieknych, przemianowanej pozniej na Akademie Sztuk Pieknych. Uczyli ja znani profesorowie: Konrad Krzyzanowski, Tadeusz Pruszkowski, Stanislaw Noakowski, slynny ze swoich wykladow, podczas ktorych kreda na tablicy wyczarowywal cudowne architektoniczne rysunki. Studia uniwersyteckie traktowala serio, natomiast lata spedzone na Akademii wspominala jako czas mlodzienczej beztroski. Pelne fantazji malarskie szalenstwa, szampanskie bale, plenery w Kazimierzu nad Wisla, popularne w miescie szopki artystyczne kontrastowaly podniecajaco z solenna atmosfera kultu sztuki panujaca w domu.
Wiodla zycie godne zazdrosci. Uwielbiani i kochajacy rodzice, magiczna aura wlasnego wydawnictwa i ksiegarni, nauka, interesujace przyjaznie, zagraniczne podroze, muzea, swiatowe zycie, bale, teatr, wystawy.
Miala dwadziescia lat, kiedy 16 grudnia 1922 roku wybrala sie z rodzicami na malarski wernisaz do gmachu Towarzystwa Zachety Sztuk Pieknych na placu Malachowskiego. Stali w pierwszych rzedach publicznosci, kiedy padl strzal i otwierajacy wystawe Gabriel Narutowicz, tydzien wczesniej obrany prezydentem, zachwial sie i upadl. Trudno bylo zrozumiec, co sie wydarzylo. Ktos wolal: "Lekarza! Natychmiast lekarza!". Poetka Kazimiera Illakowiczowna, majaca pielegniarskie kwalifikacje, ulozyla umierajacego prezydenta na pluszowej, muzealnej kanapce. Wezwano pogotowie, wyproszono publicznosc z sali. Morderca - Eligiusz Niewiadomski - malarz i historyk sztuki, fanatyczny zwolennik endecji, stal w kacie z rewolwerem w reku i czekal na policje.
Narutowicz umarl w szpitalu. Niewiadomski zostal w trybie doraznym skazany na smierc. Wyrok wykonano. Przez wiele lat jego grob na powazkowskim cmentarzu zasypywany byl kwiatami i plonely na nim znicze, zapalane przez ludzi, dla ktorych stal sie bohaterem. juz wczesniej wybory prezydenckie podzielily spoleczenstwo na dwa wrogie obozy. Skrajna endecka prawica krzyczala, ze Narutowicz, mieszkajacy dlugo w Szwajcarii, nie jest "prawdziwym Polakiem", ze o jego wyborze zadecydowaly mniejszosci narodowe: Zydzi, Niemcy, Ukraincy, ze przez ten wybor ucierpi narodowy charakter panstwa polskiego. Nikt sie jednak nie spodziewal, ze w odrodzonej ojczyznie dojdzie do "krolobojstwa" - mordu na glowie panstwa. Wtedy ta zbrodnia wydawala sie niepojetym wstydem i hanba, dowodem niedojrzalosci politycznej i emocjonalnej, ktora minie z czasem. Pozniej szowinistyczny obled prawicowych ideologow, ktorzy dzielili Polakow na tych "polskiej krwi" i na "przybledow", zaczal narastac.
Nigdy nie slyszalam w domu o antysemickich przykrosciach, ktore musialy przeciez dotykac w latach miedzywojennych moja rodzine, tak samo jak dotykaly innych asymilowanych Zydow. Numerus clausus, getto lawkowe, afronty ze strony kolegow na uniwersytecie. Ataki skrajnej prawicy zawsze w tym samym, dobrze znanym tonie: Zydzi sa wszedzie. Zydzi zagrazaja jednosci narodowej. Zydzi knuja. Zydzi sie panosza. Zydzi opanowali gospodarke, literature, sztuke. Zatruwaja polskie dusze. Deprawuja narod.
Czy moja matka nigdy nie doznala zadnych przykrosci w gimnazjum? Na uczelni? Jak znosil dziadek towarzyszace mu przez cale zycie zniewagi? Co czula babka? Nigdy sie o tym nie mowilo. Moi bliscy woleli pielegnowac dobre wspomnienia, niz wracac mysla do zlych.
Po doswiadczeniach drugiej wojny swiatowej, w beznadziejnym mroku komunistycznych rzadow, lata 1918-1939 mimo swoich cieni mogly wydawac sie rajem utraconym. Osiagniecia odradzajacego sie kraju, bujnosc zycia artystycznego i literackiego, sukcesy firmy, przyjaznie z pisarzami - wszystko to wydarzylo sie tak niedawno i minelo bezpowrotnie. Moja matka w ksiazce Bunt wspomnien opisuje powojenna rozmowe z Tuwimem, prowadzona w czasach monstrualnego rozrostu biurokracji wydawniczej.
Pamietasz? Szafirowy gabinet na Mazowieckiej, za sklepem. Ani woznego, ani sekretarki, ani poczekalni. Pan Jakub pod oknem przy biurku rozmawial z Zeromskim albo ze Staffem, albo z Dabrowska, albo ze mna. A przez ten czas do pokoju wchodzili klienci i kupowali obrazki wiszace na scianach. Nic to nikomu nie przeszkadzalo. Wychodzily piekne ksiazki. Kto je wydawal? Dwie, moze trzy osoby... Ja przynosilem do pana Jakuba do ksiegarni rekopis. Taki kajecik z wierszami, pamietasz. I co? Pan Jakub bral ten kajecik pod pache i szedl z nim od razu pieszo do drukami na Stare Miasto. I nie bylo zadnego planowania ani redaktorow, ani adjustatorow, ani nic. Tylko zecer przy kaszcie bral wiersze do skladania, a po kilku dniach byly juz pierwsze korekty.
Tomik Juliana Tuwima Tresc gorejaca, wydany przez Janine Mortkowiczowa w roku 1937
Dzieje wydawnictwa opisala moja matka w ksiazce Pod znakiem kloska. Wyczerpujaco i fachowo opowiada tam o wszechstronnej dzialalnosci Mortkowicza, wspieranej wspolpraca zony. O autorach i grafikach. O procesie powstawania ksiazki. O pracownikach: drukarzach, introligatorach, sprzedawcach i woznych. O kontaktach z zagranica. O sukcesach i porazkach. A takze o niekonczacych sie klopotach finansowych.Dwudziestolecie miedzywojenne, mimo swoich osiagniec, nie bylo przyjazne ksiazce. Najpierw inflacja, potem reforma finansowa, wreszcie kryzys gospodarczy, powszechne zubozenie, wzrastajace koszty produkcji - wszystko to spowodowalo spadek sprzedazy. Tytuly prasowe wolaly: "Agonia polskiej ksiazki!". Uwazano, ze mlodziez nie czyta, bo odciagana jest od lektury przez kinematograf, sport, radio, ilustrowane tygodniki. Mortkowicz wypowiadal sie w prasie fachowej i w pismach literackich na temat znaczenia ksiazki w zyciu spoleczenstwa, obmyslal sposoby przyciagniecia czytelnika do ksiegarni. W roku 1918 zalozyl z paroma znanymi ksiegarzami spolke Polskie Towarzystwo Ksiegarni Kolejowych "Ruch", ktora zajmowala sie kolportazem pism, ksiazek i materialow pismienniczych w calym kraju, a wiec byl wspoltworca funkcjonujacej do dzis sieci kioskow "Ruchu". W roku 1929 zaproponowal kolegom ksiegarzom barwne i tlumne wyjscie na ulice: wielki kiermasz ze stoiskami na placu Teatralnym. Konkurs "Ksiazka miesiaca", "Dni dobrej ksiazki" – to wszystko jego pomysly wykorzystywane do dzis.
A przeciez caly czas balansowal na krawedzi bankructwa. Ciagle istniala obawa, ze dochody nie pokryja wydatkow, ze zabraknie pieniedzy na pensje pracownikow, honoraria dla autorow, na papier, na druk, na zycie. Nie dorobil sie majatku, wiec na nowe tytuly zaciagal kredyty w bankach. Potem je splacal z osiagnietych wplywow. Ale bywalo i tak, ze pomylil sie w swoich rachubach, ksiazka nie szla - trzeba bylo zaciagac nastepne dlugi. Mial jednak talent do interesow i dlugo dopisywalo mu szczescie. Kiedy bylo juz bardzo zle - wpadal na nowy, swietny pomysl i znowu nastepowal okres pomyslnosci. Nie chcial jednak podporzadkowywac sie prawom rynku. Wydawal tylko to, co go naprawde interesowalo.
Trudno powiedziec, jaka byla specjalnosc wydawnictwa. Poezja? W roku 1910 narodzila sie znana seria poetycka Pod Znakiem Poetow: waskie, niewielkie tomiki poetyckie w pieknej szacie graficznej, oprawione w zamsze i kolorowe plotna. Nazwa nie byla oryginalna. Tak nazywala sie oficyna drukarska Michala Grölla typografa z czasow stanislawowskich. Natomiast pomyslem Mortkowicza byla winieta widniejaca na okladkach: zlocisty rysunek w ksztalcie kola, w ktore wpisane sa dwie greckie dziewczyny, zwrocone twarzami ku dymiacej kadzielnicy; jedna gra na flecie, druga sklada ofiare bogom - motyw z rzymskiej plaskorzezby.
Godlo serii "Pod znakiem poetow"
W roku 1928, kiedy w dziesieciolecie istnienia Polski Odrodzonej ozdabiano kamienice Rynku na Starym Miescie barwnymi polichromiami, Mortkowicz zaproponowal, by sredniowiecznym obyczajem staromiejska kamieniczke nr 11 nazwac "Pod Znakiem Poetow" i ozdobic ja wyrzezbionym na fasadzie godlem. Plaskorzezbe, wzbogacona u gory tomami ksiazek, z wyrytymi nazwiskami autorow, zaprojektowal rzezbiarz Stanislaw Ostrowski.Literatura piekna? To Mortkowicz namowil Marie Dabrowska do rzucenia panstwowej posady i zaofiarowal jej comiesieczne stypendium akonto przyszlych rozliczen, dzieki czemu mogla skoncentrowac sie na pisaniu Nocy i dni.
Podpisawszy w roku 1914 umowe ze Stefanem Zeromskim na wydanie zbiorowe jego dziel, wyplacal mu regularnie okreslona sume tytulem zaliczki, umozliwiajac pisarzowi spokojna egzystencje. W latach pierwszej wojny swiatowej, kiedy nie funkcjonowala poczta, przekradal sie z Warszawy przez zielona granice do Zakopanego, gdzie mieszkal wowczas pisarz, by przekazac mu pieniadze. W roku 1915 pisal do niego Zeromski: Umowe otrzymalem i serdecznie dziekuje Panu za nia i za wszystko dobre, ktore mnie ze strony Pana tak stale i systematycznie spotyka. W zyciu tak twardym jak moje rzadko mialem tak przyjazna i zyczliwa dlon jak Panskaj totez ja serdecznie sciskam.
Ksiazki dla dzieci? Ten dzial byl domena mojej babki, ktora dbala o ich poziom literacki i graficzny. Pod haslem "Dajmy dzieciom to, co mamy najlepszego" ukazywaly sie w wydawnictwie Mortkowicza kolejne utwory Janusza Korczaka, wiersze dla dzieci Tuwima, Klechdy sezamowe i Przygody Sindbada Zeglarza Lesmiana, przeklady klasyki dzieciecej: Basnie Andersena, Przygody Piotrusia Pana Barri'ego, Pierscien i roza Thackeray'a.
Tanie ksiazki dla kazdego? Zeromski dla Calej Polski po wyjatkowo niskiej cenie. Wydania zbiorowe Norwida, Staffa, Struga. Zeszytowe Dzieje Sztuki w Polsce. Dobre Ksiazki dla Mlodziezy - tom za zlotowke. Zeszytowe Malarstwo Polskie dla Wszystkich. Moglabym wymieniac tytuly w nieskonczonosc.
Okladka Puszczy Jodlowej Stefana Zeromskiego, Wydawnictwo J. Mortkowicza, 1926
Ale najwieksza miloscia mego dziadka byly wydawnictwa artystyczne. Tu mogl sam realizowac swoje pomysly, dobierac czcionki, materialy graficzne, kolory okladek. Tak powstawaly luksusowe edycje drukowane na czerpanym papierze, bogato ilustrowane, oprawiane w skore z wytloczonymi zlotymi ornamentami i napisami. Popioly Zeromskiego, Polski drzeworyt ludowy opracowany przez Wladyslawa Skoczylasa. Teki z reprodukcjami Pankiewicza, Zaka, Kislinga, odbijane tak wiernie, ze nie roznily sie od oryginalow. Dziesiatki innych wytwornych albumow Siedleckiego, Wladyslawa Skoczylasa, Edmunda Bartlomiejczyka, ktore do dzis stanowia arcydziela sztuki wydawniczej, graficznej, introligatorskiej.
List Marszalka Jozefa Pilsudskiego do Jakoba Mortkowicza, 1928
Mortkowicz pelnil takze odpowiedzialne funkcje spoleczne. Byl aktywnym czlonkiem Zarzadu Zwiazku Ksiegarzy Polskich. Dzialal w Polskim Towarzystwie Wydawcow Ksiazek. Wyjezdzal jako polski delegat na miedzynarodowe zjazdy ksiegarskie i kongresy. Wydawal czasopismo Mysl Polska, potem Swiat Ksiazki. Sam duzo pisal.Nie wiem, jak znajdowal na to wszystko czas. I trudno mi uwierzyc, ze ten kolorowy, bujny, najbogatszy w dokonania okres jego zycia trwal zaledwie trzynascie lat.
Nie znalam dziadka. Umarl, nim sie urodzilam. Ale jego legenda towarzyszyla mi przez cale zycie. Byl przez moja babke i matke bezgranicznie uwielbiany, nigdy nie slyszalam o zadnych jego wadach. A przeciez musial miec jakies przywary i smiesznostki. Z cudzych relacji wynika, ze bywal niesprawiedliwy, latwo sie urazal, czesto dawal sie ponosic zbyt wygorowanym ambicjom. Nie znal umiaru w wydatkach. Niewykluczone, ze byl snobem. Nie zawsze odgrywal wobec pisarzy role filantropa, czesto dobrze na nich zarabial – pieniadze na funkcjonowanie firmy nie spadaly przeciez z nieba. Opisal go zlosliwie Antoni Slonimski w satyrycznej komedii Murzyn warszawski, Boleslaw Lesmian ciagle narzekal w swoich listach na skapstwo i zarozumialosc Mortkowicza.
Stosunki miedzy pisarzami a wydawcami zazwyczaj sa pelne zadraznien i wzajemnych pretensji. Kazda ze stron ma poczucie, ze jest wykorzystywana. Ale ja na szczescie nie pisze pracy naukowej i nie musze starac sie o obiektywizm. Chcialabym tylko lepiej go zrozumiec.
Wydaje sie postacia z romantycznej tragedii. Mial poczucie misji, osiagal sukcesy, a nigdy nie byt z siebie rad. Zyl w ciaglym nienasyceniu i tesknocie. Czy powodem byla choroba? Zbyt wygorowane ambicje? Kompleksy prowincjusza? Nieodwzajemniona milosc do Polski? Jak bledny rycerz zaciagnal sie w sluzbe polskiej kulturze. W zamian slyszal i czytal, ze jest tylko zydowskim handlarzem i powinien znac swoje miejsce, nie udawac artysty. To bolalo.
W okresach euforii nie przejmowal sie przykrosciami, mial tysiace planow i projektow, zarazal wszystkich swoim entuzjazmem i w poczuciu wszechmocy porywal sie na najsmielsze przedsiewziecia. A potem nastepowaly miesiace depresji i apatii. Moja babka i moja matka niechetnie o tym opowiadaly. Za to rozkwitaly, kiedy zaczynaly sobie przypominac intensywnosc, kolory i smaki, ktorymi mienilo sie zycie, kiedy byl w dobrej formie.
Uwielbial podroze: i te dalekie - do Wloch, i te bliskie - na jarmark do Bialegostoku. W zmyslowy sposob radowaly go zakupy: sery i wino, swiatki i gliniane garnki, kwiaty i kolorowe perkale - przywozil te wszystkie dobra do domu w hurtowych ilosciach. Cieszylo go niestrudzone bieganie po muzeach i leniwe walesanie sie po plazach. Na wakacjach lubil udawac malarza, bral ze soba w plener farby i sztalugi, w slomkowym canotier, w blekitnym malarskim kitlu godzinami siadywal nad morzem. Ale nigdy nie odwazyl sie dotknac plotna pedzlem umoczonym w farbie. Znal swoje ograniczenia.
Byl niespelnionym artysta. Z wielkim talentem dekorowal okna wystawowe ksiegarni przy Mazowieckiej. Wpadal w euforie, gdy widzial duza przestrzen, ktora mozna plastycznie zorganizowac. Na wystawach i Miedzynarodowych Targach Ksiazki we Florencji, Wiedniu, Lipsku, Paryzu, gdzie wystepowal jako staly przedstawiciel Polski, sam zajmowal sie forma polskich ekspozycji. Pierwszy pokaz polskiej ksiazki, na Fiera di Libro we Florencji w roku 1922, organizowal jeszcze razem z Karolem Fryczem - znanym scenografem. Odniesli wielki sukces.
W roku 1925, na nastepnej florenckiej wystawie, Polska nie miala pieniedzy na oplacenie fachowca. Pracowal wiec samodzielnie, przy pomocy sluzacego Wlocha, przydzielonego z ramienia konsulatu. Kiedy trzeba bylo wejsc na drabine, by powiesic wysoko na scianie kilimy, a pod nimi portrety trzech pisarzy: Sienkiewicza, Reymonta i Zeromskiego, sluzacy odmowil, bo bal sie, ze spadnie. Dziadek wiec, choc juz wtedy nie najmlodszy, wspial sie pod sufit, wbil gwozdzie i wlasnorecznie rozlokowal eksponaty. Ledwo zdazyl przebrac sie z roboczego kombinezonu we frak, by wziac udzial w uroczystym otwarciu wystawy. Z przybranej w kwiaty i sztandary trybuny w Palazzo Vecchio jako przedstawiciel Polski przemawial do wloskiej rodziny krolewskiej, dostojnikow panstwowych i ludzi kultury z calej Europy. Pozniej oprowadzal wloskiego krola po polskim stoisku, ktore zachwycilo prase swoja uroda.
Od tej pory powierzano mu przygotowywanie polskich stoisk na kolejnych miedzynarodowych wystawach. Wyszukiwal w kraju elementy dekoracyjne, wybieral ksiazki i reprodukcje, z wlasnej kieszeni pokrywal koszt transportu. Na miejscu komponowal wnetrze, ustawial stoly i regaly, rozwieszal obrazy, rozkladal wydawnictwa, sam zmienial wode w wazonach. Podczas wielkiej wystawy Salon International de Livre d’Art w Paryzu, w Petit Palais, biegal rankiem na targ po swieze kwiaty, dobierajac taki odcien fioletu, by pasowal do szarej polewy dzbankow.
Jakub Mortkowicz, Paryz 1931
Cieszyla go uroda swiata. Mial udana rodzine. Wiodl szczesliwe zycie. Robil to, co lubil, i osiagal to, co chcial. A w tle caly czas czaila sie rozpacz. Nie wiem, jak moja babka - programowa optymistka - dawala sobie z tym rade. Moja matka przyznawala, ze ten staly niepokoj zatruwal jej mlodosc.[...]
Wiosna 1931 roku [Hania] pojechala z rodzicami do Paryza na wielka miedzynarodowa wystawe poswiecona ksiazce ilustrowanej - Salon International de Livre d'Art. Auto, wspanialego chryslera 75, prowadzil szofer Banas w szarej liberii. Eksponaty wyslano wczesniej, pociagiem. Mortkowicz - komisarz dzialu polskiego - na dlugo przed otwarciem obmyslal forme stoiska. Wybieral najpiekniejsze ksiazki z dorobku najlepszych polskich wydawnictw, reprodukowal najciekawsze ilustracje, dobieral ramy do barwnych, planszy, gromadzil huculskie kilimy, barwna ceramike, ludowe rzezby.
Byl to czas wielkiego kryzysu gospodarczego. Na rynku ksiegarskim panowal zastoj. Upadaly firmy wydawnicze. Mortkowicz - juz wtedy powaznie zadluzony w bankach, w drukarniach, u autorow - jak zawsze nie liczyl sie z pieniedzmi. Z okazji wystawy zaprojektowal i wlasnym sumptem wydal album propagandowy: Le livre d'art en Pologne 1900-1930. Gruby, pieknie oprawiony tom stanowil przeglad polskiego edytorstwa w pierwszym trzydziestoleciu dwudziestego wieku. Barwne wkladki obrazujace osiagniecia polskich wydawcow, ilustracje ksiazkowe znanych polskich grafikow, szlachetny, bezdrzewny papier, specjalna czcionka zlozyly sie na calosc wykwintna i kosztowna. Ksiazka nie byla przeznaczona na sprzedaz. Rozdawal ja hojnie uczestnikom wystawy jako dar polskiego wydawcy dla wydawcow z calego swiata.
Pobyt byl pasmem sukcesow i przyjemnosci. Prasa francuska pisala: ...nikt z nas nie zapomni pieknego udzialu pana Mortkowicza w organizacji sekcji polskiej. Byla jedna z najbardziej atrakcyjnych na wystawie i wywarla ogromne wrazenie na wszystkich zwiedzajacych.
Rownoczesnie odbywal sie w Paryzu Miedzynarodowy Kongres Wydawcow. Moj dziadek powiedzial na uroczystosci otwarcia:
Zabieram glos w imieniu ksiegarzy i wydawcow polskich z wielkim wzruszeniem. Dwadziescia jeden lat temu postawilem na Kongresie w Amsterdamie w roku 1910 wniosek o przyznanie reprezentacji w Kongresie - Polsce, podzielonej wtedy miedzy trzy potezne monarchie. Motywowalem ten wniosek faktem, ze Polska, aczkolwiek podzielona w swym ciele przez trzy granice, pozostaje jednym narodem o jednej, jedynej kulturze i ze ksiazka polska nigdy tych granic nie uznala. Wniosek ten zostal przyjety przychylnie i miejsce w Komisji Miedzynarodowej zostalo narodowi polskiemu przyznane. Dzisiaj mam zaszczyt i - powiem - szczescie stanac przed tym zgromadzeniem po raz drugi, aby wyrazic Kongresowi w Paryzu w imieniu wydawcow i ksiegarzy Polski wolnej i zjednoczonej wyrazy uznania i wdziecznosci za te prorocza uchwale z roku 1910.
Wysoko zaszedl zydowski chlopiec z Radomia. Byl goraco oklaskiwany, honorowany, bral wraz z rodzina udzial w uroczystym dejeuner u prezydenta Francji. A ja - pisze moja matka - przysluchujac sie obradom, uczestniczac w przyjeciach, czulam sie obywatelka calego swiata, reprezentantka wielkiej kultury swojego narodu tak mocno i szczesliwie, jak nigdy przedtem ani potem.4 lipca 1931 roku odjechali do Polski. W hotelu "Cayres" na bulwarze Raspail, gdzie mieszkali, Mortkowicz zostawil swoj kufer, a w nim frak i cylinder szapoklak - stroj obowiazujacy na reprezentacyjnych wystepach i przyjeciach. Chcial wrocic do Paryza jesienia na zamkniecie wystawy. Gdy auto odjezdzalo, kierownik i portier hotelu, stojac na ulicy, wolali: A bientôt Monsieur Mortkowicz, a bientôt!
W Warszawie czekaly na niego upomnienia i ostrzezenia od bankow, w ktorych zaciagnal kredyty. Malomowny i skryty, nigdy nie przyznawal sie rodzinie, jak ciezko przezywa ciagle trudnosci finansowe. Nie umial sie ograniczac, rezygnowac z pomyslow artystycznych, oszczedzac, kalkulowac. Nie chcial zyc w poczuciu ciaglego zagrozenia.
9 sierpnia 1931 roku w mieszkaniu na Okolniku, w chwili nerwowego zalamania, strzelil do siebie z rewolweru. Przewieziony natychmiast do lecznicy przy ulicy Zgoda umarl o godzinie dwunastej. Mial piecdziesiat szesc lat. W liscie, ktory zostawil zonie i corce, napisal: Nie bylem kupcem i nie umieram jak kupiec.
Pogrzeb odbyl sie 11 sierpnia 1931 roku na zydowskim cmentarzu. Nad trumna w imieniu polskich wydawcow przemawial Stanislaw Arct, w imieniu polskich pisarzy - Jan Parandowski. Ksiazke Le livre d'art en Pologne wlozono mu do grobu.
Fragmenty rozdzialu Pod znakiem kloska
[...] * * *
Nadzwyczajnie zachowali sie wierzyciele. Ci zaprzyjaznieni, jak na przyklad Anna Zeromska, okazali dobra wole, czekajac cierpliwie na zalegle honoraria. Pospieszyli z pomoca autorzy. Maria Dabrowska miala juz od roku gotowy pierwszy tom swojej epickiej powiesci. Nie chciala go drukowac, poki nie skonczy calosci. Nie wiedziala nawet, jak nazwie dzielo. Wiadomosc o smierci Mortkowicza ogromnie nia wstrzasnela. Nie wiedzialam, w czym to pani Janinie moze dopomoc, mialam wrazenie, ze spiesze z pomoca, gdy chwycilam rekopis i pobieglam z nim do ksiegarni na Mazowieckiej. Okazalo sie, ze pomoglo. Prowizoryczny tytul Noce i dnie przyjal sie znakomicie i ow pierwszy tom, natychmiast wydany, mial ogromne powodzenie, a pisarka dosc szybko ukonczyla nastepne.Prezes Banku Powszechnego Zwiazkowego Waclaw Fajans dokonal jakichs niewiarygodnych i niezbyt dla mnie zrozumialych manipulacji finansowych, by umozliwic splate zaciagnietych w banku dlugow na szczegolnie korzystnych warunkach. Gdy okazalo sie, ze mimo najwiekszych wysilkow i wyrzeczen firmie dalej grozi bankructwo i mozna uniknac upadlosci tyl ko pod warunkiem nadzoru sadowego - nadzorca powolany przez sad, mecenas Juliusz Kloss, stal sie od razu najlepszym doradca i przyjacielem.
On i Jerzy Kuncewicz czuwali nad wlasciwym przebiegiem handlowych dzialan i dzieki nim firma powolutku zaczynala stawac na nogi. Splacalo sie naleznosci, a dzialalnosc ksiegarni i wydawnictwa nadal trwala. Trzeba bylo oczywiscie zrezygnowac z drogich edycji: obnizyc ceny wydrukowanych juz ksiazek i albumow, a rownoczesnie pojawily sie nowe tytuly. Niecale dwa i pol roku po smierci Mortkowicza oferta gwiazdkowa [1933] wymieniala wsrod wielu innych pozycji ukonczone wlasnie wydanie zbiorowe dwudziestu tomow Staffa, dwa tomy Nocy i dni Dabrowskiej, trzeci w przygotowaniu, dwa nowe tomy poezji: Biblia cyganska Tuwima i Kolysanka jodlowa Lieberta. Kryzys byl zazegnany.
[...]
Katalog wydawnictwa Mortkowicza na rok 1939 polecal nastepujace nowosci: wiersze Jana Kasprowicza, Leopolda Staffa, Kazimierza Wierzynskiego, Juliana Tuwima, Boleslawa Lesmiana, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Dziela literatury obcej: Don Kichota Cervantesa, Czerwona lilie Anatola France'a, Pastwisko na Derborence Ramuza. Z literatury polskiej - opowiadania i publicystyke Marii Dabrowskiej, Slupy ogniste Poli Gojawiczynskiej. I jeszcze Cesarstwo rzymskie Tadeusza Zielinskiego. Trzy tomy reprodukcji: Malarstwo wloskie, Rzezba wloska, Tance polskie Zofii Stryjenskiej. Dla dzieci: Upartego chlopca Janusza Korczaka, Opere doktora Dolittle i Poczte doktora Dolittle Hugh Loftinga w tlumaczeniu babki. Niezle. A przeciez wymieniam nie wszystkie tytuly.Na nastepnej stronie, po wykazie nowosci, wydrukowane zostalo faksymile listu Jozefa Pilsudskiego. Przedrukowany zostal rowniez list z listopada 1937 roku, w ktorym Komisariat Sekcji Polskiej na Swiatowej Wystawie Paryskiej zawiadamial, ze uchwala miedzynarodowego jury przyznano wydawnictwu GRAND PRIX za ksiazke artystyczna.
W sierpniu 1939 roku minelo osiem lat od smierci Mortkowicza. Babka i matka mogly byc z siebie dumne. Sprostaly zadaniu. Nie wiem, czy podzial rol byl sprawiedliwy. Babka przejela na siebie sfere duchowa przedsiewziecia: inspiracje, pomysly, rozmowy z autorami, korespondencje i reprezentacje. Nie nauczyla sie ksiegowosci. Nie zajmowala sie sprawami handlowymi. Cala czarna robota spadla na moja matke. Borykanie sie z klopotami materialnymi, negocjacje z wierzycielami, nadzorowanie pracy drukarni, odpowiedzialnosc za artystyczny poziom wydawnictw. A takze za byt firmy i rodziny.
1 sierpnia 1939 roku byla ladna sloneczna pogoda. Matka wyszla z banku, gdzie wplacila wlasnie ostatnia rate dlugu firmy, i poszla do "Ziemianskiej" na kawe. Moze nawet przedtem kupila sobie nowy kapelusz. Zasluzyla na nagrode. Wszystkie naleznosci byly splacone. W sejfie PKO lezalo trzydziesci tysiecy zlotych, przeznaczone na sezon jesienny. Po raz pierwszy od smierci ojca poczula sie wolna. Miala wtedy zaledwie 36 lat. Za soba nieudane malzenstwo. Przed soba przyszlosc, w ktorej, jak sie ludzila, bedzie mogla wreszcie pomyslec o wlasnym zyciu. Miesiac pozniej wybuchla wojna. [...]
Fragment rozdzialu Bialy bez
Joanna Olczak-Ronikier: W ogrodzie pamieci,
Wydawnictwo Znak, Krakow 2002.
Fotografie pochodza z archiwum autorki.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | |||||