16 grudnia 1922 roku zostal zamordowany w Warszawie pierwszy Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Gabriel Narutowicz
(1865-1922).

W osiemdziesieciolecie polskiego "krolobojstwa"




WSPOMNIENIA O GABRIELU NARUTOWICZU





JOZEF   PILSUDSKI





Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Gabriel Narutowicz   (grudzien 1922)
(Dziesieciolecie Polski Niepodleglej, 1929)


[...]
Pracujac, jako minister spraw zagranicznych, ponad sily, Gabriel Narutowicz poczal po pewnym czasie zapadac na zdrowiu. Serce mial chore, skleroze dosc daleko posunieta, i brak powietrza oraz ruchu, do ktorego byl sie przyzwyczail, zachwialy jego organizmem. Wzdychal za kazdym razem do polowania, specjalnie gdy przyszla jesien, najrozkoszniejsza pora dla nemrodow. Coraz czesciej po skonczeniu referatu wyrazal nadzieje, ze za kilka dni uda mu sie wyciagnac w pole, jak mowil, dla odpoczynku.

Niechybnie tez ciazyly na nim warunki jego pracy. Zaczynal czuc sie zle moralnie, zaczynala znikac jego poprzednia wesolosc i beztroska. Nie czul sie tak swobodnie, jak dawniej, miedzy ludzmi. Z szczesliwego emigranta, przybylego sluzyc Polsce, zmienial sie powoli w niespokojnego, «skwaszonego», jak dawniej o innych mowil, Polaka.

Najciezej jednak odczuwal Gabriel Narutowicz mus zajmowania sie rozstrzygnieciem pytania, kto ma byc nowym reprezentantem naszym, jako prezydent Rzeczypospolitej. Wiedzial o moim zamiarze niekandydowania na ten urzad bez wzgledu na to, jak wypadna wybory. Nieraz slyszal kategoryczna moja decyzje, wyrazana slowami, ze gdyby jakims trafem Zgromadzenie Narodowe skladalo sie z najzacietszych moich adoratorow, to i wtedy nie chcialbym sprawowac dalej urzedu, ktory dotad pelnilem. Nie zrazalo go to i raz po raz wyszukiwal argumenty, aby mnie do zmiany decyzji sklonic. Powracal do tego tysiace razy, namawiajac mnie to w ten, to w inny sposob. Im bardziej termin sie zblizal, tym byl natarczywszy, zadajac nieledwie ode mnie decyzji wedlug jego mysli. Prosilem go nieraz, aby zaniechal dyskusji nad tym przedmiotem, gdyz zaczyna ona mnie draznic i moge stracic cierpliwosc i zepsuc swoje dobre z nim dotychczasowe stosunki.

Glownym argumentem Gabriela Narutowicza, ktorym w tych dyskusjach operowal, a ktory i nastepnie dzialal na niego wiecej, niz co innego, byl wzglad na nasze stosunki ze swiatem zagranicznym. Z tego punktu widzenia nie chcial zadnych zmian, gdyz twierdzil, ze w ten wlasnie sposob najskuteczniej oddzialywujemy na opinie swiata o nas. Maja, twierdzil, zle o nas przekonanie, wyrobione smutna tradycja z czasow upadku Polski, jak rowniez bardzo dlugo i systematycznie prowadzona robota naszych zaborcow we wszystkich centrach kultury swiatowej bez wyjatku. Jestesmy, mowil, sasiadami dwoch wielkich narodow, ktore w stosunku do nas byly do niedawna jeszcze panami, a teraz przez wojne zostaly rzucone w odmet silnych tarc wewnetrznych i wzbudzaja powszechny i niepokoj co do ewolucji, przez ktora sadzono im przechodzic. Ten niepokoj, twierdzil, tyczy sie rowniez i Polski, i wszelka bardziej widoczna i jaskrawa zmiana wzbudza brak zaufania do nas i do dalszego naszego zycia. A tym czasem mamy jeszcze wiele rzeczy do uregulowania, wiele spraw do rozsadzenia i zaleznosc nasza od swiata wiazac musi nam rece nawet w naszych sprawach wewnetrznych. Z tego punktu widzenia glownie wywieral swoj nacisk na mnie, z tego powodu zadal ode mnie, jak mowil, ofiary ze swej swobody.

Gdy wreszcie spostrzegl, ze mojej decyzji nie zlamie, zaniechal namowy, i tylko od czasu do czasu, jakby z wyrzutem i z obowiazku sluzby, podsuwal mi rozne relacje, otrzymane z zewnatrz, a stwierdzajace wyluszczony powyzej poglad. Zaczal sie zreszta troche denerwowac. Musial odpowiadac na setki interpelacji, na mnostwo pytan i bal sie, ze wykraczac moze przeciwko zasadom lojalnosci czy to w stosunku do mnie, czy to w stosunku do swoich kolegow ministerialnych – moze wreszcie przestal dawac sobie rade ze swoim sumieniem.

Zapytal mnie wreszcie wrecz, czy moge jakakolwiek kandydature wymienic, ktoraby miala moje poparcie. Odmowilem stanowczo, twierdzac, ze sytuacja bedzie jasniejsza, gdy wybory sie skoncza i gdy bedziemy wiedzieli wiecej o opinii tych, ktorzy wybieraja.

Wtedy wystapil sam z nowa kandydatura. Kandydatem jego byl nasz posel paryski, Maurycy Zamoyski. Twierdzil, ze przewiduje przy nowych wyborach zaostrzenie, a nie zmniejszenie tarc wewnetrznych. Wydaje mu sie, ze najlagodniejszym przejsciem do dalszego zycia panstwowego bylby wlasnie Maurycy Zamoyski, ktory swoim lagodnym charakterem i milym obejsciem moze wybrnie z trudnej sytuacji, jaka niewatpliwie miec bedzie moj nastepca w Belwederze. Prowadzil o tej kandydaturze ze mna dlugie dyskusje, spokojnie biorac i rozwazajac wszystkie pro i contra. Zawsze przy ostatecznym wywodzie stwierdzil, ze u niego argumenty pro przewazaja nad argumentami contra.

Wreszcie wybila fatalna dla s. p. Narutowicza godzina. Wybory sie skonczyly. Zgromadzenie Narodowe mialo sie zebrac [9 grudnia 1922] i wszedzie dalo sie odczuc roznamietnienie w zwiazku z wyborem prezydenta Rzeczypospolitej. Gabriel Narutowicz przypuscil po raz ostatni rozpaczliwy szturm do mnie, blagajac wprost, abym zuzytkowal sile charakteru i wytrwalosc, gdyz po raz pierwszy w czasie wyborow, obserwujac rozbujale namietnosci w stolicy, dojrzal to, czego nie chcial spostrzec w czasach swego optymizmu. Zdziczenie obyczajow, nabyte w dlugiej niewoli, zepsucie moralne pod wplywem dlugiej wojny, nieprzebieranie w zadnych srodkach, bezwzglednosc w stosunku do czci i honoru kazdego czlowieka, brak szacunku zarowno dla siebie, jak i dla pracy - swiecily w tej dobie swoje tryumfy i bolesnie przerazaly Gabriela Narutowicza, nieobytego dotad ze specyficznymi wlasciwosciami naszego zycia politycznego.

Wiedzial, ze dotad obojetnie traktowalem wiele rzeczy, nad ktorymi ludzie rzadko przechodza do porzadku dziennego. Nieprzyzwyczajony z dotychczasowego zycia w innym swiecie do takiego traktowania ludzi i rzeczy, chcial widziec w moim postapieniu nadzwyczajna sile i moc panowania nad soba, a nie, jak ja twierdzilem, zatwardziala obojetnosc na brzydote moralna naszego swiatka wewnetrzneego.

Po mojej mowie pozegnalnej, gdziem wyjasnil motywy swojej niecheci do kandydowania, spostrzeglem go, jak odwrocony plecami do wszystkich, przy oknie, ocieral lzy z oczu. Zegnal sie ze swiatem, w ktorym dotad produkcyjnie pracowal, zegnal sie z praca, z ktorej byl zadowolony, i czul trwoge przed nieznana przyszloscia.

Przy najblizszej swej bytnosci w Belwederze oswiadczyl mi z przerazeniem, ze wie o zamiarze postawienia jego kandydatury na prezydenta w Zgromadzeniu Narodowym. Zanim jakakolwiek da odpowiedz, chcialby wiedziec o moim zdaniu co do kandydatur na urzad prezydenta. Powiedzial mi, ze pomimo dosc wielkich staran nie mogl znalezc poparcia dla kandydatury Maurycego Zamoyskiego i dlatego watpi, by mogl on byc wybranym.

Powiedzialem mu otwarcie, ze jezeli moj wplyw cos w Zgromadzeniu Narodowym bedzie znaczyl, to rzucam go na szale na rzecz (obecnego prezydenta) p. Stanislawa Wojciechowskiego. Natomiast stanowczo mu odradzam, aby sie zgodzil kandydowac i jako motyw podalem, ze zadanie, jakie czeka prezydenta, bedzie polegalo przede wszystkim. na pracy nad wewnetrznymi stosunkami w Polsce. Do tego on, Gabriel Narutowicz, jest najzupelniej nieprzygotowany ze wzgledu na slaba znajomosc stosunkow polskich, zbyt male zzycie sie z nimi, oraz ze wzgledu na zbyt latwe ocenianie stosunkow polskich na modle europejska, i stad prawdopodobienstwo bledow, szkodliwych dla kraju, a niewatpliwie bardzo bolesnych dla niego.

Gabriel Narutowicz po wysluchaniu moich argumentow powiedzial mi, ze chociaz wysunieta przeze mnie kandydatura nie wydaje mu sie mozliwa z powodu sporow miedzy stronnictwami ludowymi, to jednak bedzie pracowal nad tym, aby zostala przyjeta, i ze swoja kandydature wycofa.

Jeszcze w ostatniej chwili przed wyborem przyjechal do mnie, przerazony, stwierdzajac, ze wewnatrz tych stronnictw, ktore mogly rozstrzygnac o wyborze, wiekszosc wypowiedziala sie przeciw kandydaturze p. Wojciechowskiego, a za utrzymaniem jego kandydatury. Byl bardzo wzburzony i mowil, ze wbrew jego woli chca wlozyc na niego ciezar, ktoremu watpi, by mogl podolac. Radzil sie mnie, co poczac. Odpowiedzialem mu to samo, com mowil poprzednio. Radzilem odmowic stanowczo. Po paru godzinach doniesiono mi telefonicznie, ze Gabriel Narutowicz wybrany zostal przez Zgromadzenie Narodowe na Prezydenta Rzeczypospolitej.

Znacznie Wczesniej przed wyborem Gabriela Narutowicza doszly do mnie grozby roznego rodzaju. Wiadomosci o przygotowywaniu zamachow stanu, czy to terrorystycznych zamierzeniach w stosunku do mnie. Zarzadzilem srodki zapobiegawcze przeciwko pierwszym, nad drugimi, jak zwykle, przeszedlem do porzadku dziennego. Dochodzily tez mnie wiesci o przygotowywanych manifestacjach czy wystapieniach ulicznych, lecz przyznaje, ze nie bralem tego zbyt na serio. Do tonu pism t.zw. narodowych, pelnych jadu i oszczerstw, dawno bylem przyzwyczajony, jak rowniez do krzykow i halasow, o ktore tak latwo w Warszawie. Nie sadze dotad, aby proste zarzadzenia o charakterze wojskowym, chociazby dla oddania honorow nowoobranemu Prezydentowi, nie zapobiegly od razu obrzydliwym pod wzgledem moralno-politycznym, a nieudolnym pod wzgledem wykonania burdom ulicznym, wywolanym przez niektorych poslow na ulicach Warszawy. Watpie, aby Gabriel Narutowicz przed swoim wyborem cokolwiek o zamiarze urzadzenia burd wiedzial, watpie, aby bral je kiedykolwiek pod swe rozwazania. Poznawszy go w ostatnich miesiacach jego zycia dokladnie, jestem przekonany, iz w myslach jego przewazala europejska, ze sie tak wyraze, ocena zjawisk politycznych i spolecznych. Recze, ze przed wyborem i w dzien samego wyboru w glowie nie powstala mu mysl, aby prawnie wybranego przedstawiciela panstwa i narodu mozna bylo lzyc na ulicach lub zabijac. Specjalnie zas, zeby to mialo wychodzic z lona stronnictw tzw. prawicowych, ktore na calym swiecie zwykle mialy charakter obrony rowniez tzw. ladu i porzadku. Zmienilo sie, co prawda duzo pod tym wzgledem w sasiednich Niemczech, lecz bylo to wynikiem przegranej wojny i wszystkich moralnych skutkow kleski. Ludzil sie Gabriel Narutowicz pod tym wzgledem, jak i przedtem, gdy oponowal mojej rzekomej bezwzglednosci.

Po otrzymaniu od pana marszalka sejmu oficjalnego zawiadomienia o dokonanym wyborze, musial nastapic okres tych uciazliwych i przykrych ukladow o sposobie i terminach i objecia wladzy przez nowego Prezydenta, zmian miejsc pobytu i w ogole calego zycia osobistego. Jezeli ja osobiscie do tej rzeczy bylem najzupelniej przygotowany, to Gabriel Narutowicz nie mogl w jednej chwili dac sobie z tym rady. Ociagal sie z kazda rzecza, odkladal kazdy termin i proponowal ciagle przedluzenie okresu przejsciowego. Bylem w tej sprawie agresywny. Zadalem mozliwie szybkiego zalatwienia sprawy, gdyz pomijajac niezreczna i falszywa sytuacje, w ktorej sie znajdowalem, chcialem w jak najkrotszym terminie wprowadzic w panstwie prawny porzadek rzeczy. Gabriel Narutowicz sprzeciwial sie kazdemu memu zadaniu. Uwazal, ze musi uporzadkowac ministerstwo spraw zagranicznych tak, by je spokojnie mogl oddac swemu nastepcy; mial w kasie pieniadze, niezalatwione rachunki, a byl pod tym wzgledem bardzo skrupulatny. Wreszcie uczynil mi propozycje, by stan przejsciowy trwal nie mniej, jak miesiac. Nie zgodzilem sie kategorycznie na te propozycje i gdy teraz mysle, ze moze mu w ten sposob o miesiac skrocilem zycie, nie moge sie pozbyc wyrzutu i zalu, zem mu nie ustapil.

Przejawial w tych dniach nadmierna delikatnosc w stosunku do mnie. Szukal wciaz formuly i sposobu, ktore by mi daly jakas satysfakcje i ustalily po wyjsciu z Belwederu moja sytuacje w swiecie. Odpowiadalem zawsze, ze wyjezdzam zaraz do Wilna na odpoczynek, azeby raz po tylu przejsciach, ktore przeszedlem, miec choc przez jakis czas zebrana rodzine kolo siebie. Zreszta, co mowilem mu otwarcie, nie chcialem, by sie specjalnie moja osoba zajmowal, bo stworzylby tym dla siebie nowe przeszkody, ktore i tak pietrzyly sie bardzo groznie.

W tym ociaganiu sie od ustalenia terminu objecia wladzy nie bez wplywu byl stan zdrowia, ktory znacznie sie pogorszyl. Gabriel Narutowicz jakby ociezal, chore serce nie dawalo mu spokoju. Noce nieraz spedzal w fotelu.

Tym czasem przy moich osobistych klopotach i probach rozwazania roznych dylematow zyciowych, nie obserwowalem tak zywo, jak dawniej, tego, co dzieje sie dokola. Dlatego tez nie wydalem zadnych polecen, zwiazanych z wyjazdem nowowybranego Prezydenta do sejmu na przysiege. Wieczorem zarzadzilem eskorte, nakazujac wzmocniona ochrone powozu Prezydenta, gdyz doszly do mnie niejasne sluchy o zamierzonych demonstracjach przy jego przejezdzie. Nie staralem sie zbadac, co bylo na pewno bardzo latwe, ani rozmiaru, ani metody tej rzekomej demonstracji. Gdym sie o zajsciach na ulicach dowiedzial i sprawdzil ich szczegoly, przekonalem sie od razu, ze zapobiezenie tym burdom bylo nadzwyczaj latwe i zarzadzenia mogly byc wcale nieskomplikowane. Zajscia te, oburzajace pod wzgledem ich znaczenia politycznego, ociekajace, jak zwykle, brudem i falszem rzekomych patriotow, mialy w dodatku nieznany dotad w Polsce przysmaczek maskowania sie macherow przed odpowiedzialnoscia przy pomocy jedenasto i dwunastoletnich dzieci szkolnych.

Bylem natychmiast po zajsciach z wizyta u Gabriela Narutowicza. Siedzial w fotelu, gleboko poruszony. Nie chcial mi opowiadac szczegolow. Wskazal mi rewolwer, lezacy opodal i powiedzial:  «Uprzedzono mnie, chcialem wziac te bron ze soba, a strzelam bardzo celnie. Zostawilem rewolwer na stole. Nie chce sie bronic!»  Byla w tym gorycz gleboko zawiedzionego w swych uczuciach czlowieka. Od razu przypomnial tak czeste rozmowy ze mna na temat mojej bezwzglednosci sadow.  «Ma pan racje - mowil mi - to nie jest Europa. Ci ludzie lepiej sie czuli pod tymi, kto karki im deptal i bil po pysku».

Wyrzucil na stol kupe listow i kopert. - «Patrz pan!» - zawolal.

Spojrzalem na niektore. Byly to anonimy wszelkiego rodzaju, pelne brudu, inwektyw, plaskich dowcipow, grozb. Nie moglem sie wstrzymac od glosnego smiechu. Gabriel Narutowicz spojrzal na mnie zdziwiony. - «A telefony? - zapytalem - dzwonki, rozmyslnie poplatane, zapytania, zadawane udanym zydowskim akcentem, czy zdarzaja sie juz u pana?» - Zerwal sie z fotelu: - «Dokuczaja juz tym od dawna - zawolal - skad pan wie o tym?»

- «Alez, panie, - ja bylem w Polsce Naczelnikiem Panstwa i Naczelnym Wodzem, wiec wszy wlazily zewszad. Zwykle rzeczy! To «narodowa robota!»

Istotnie bylo tak ze mna. Dodalem ostrzezenie, ze jesli ma rodzine lub w ogole przyjaciol lub osoby, ktore kocha, to beda mialy te same wszy na ubraniu i ze nie nalezy nic sobie z tego robic, bo to najlepszy srodek.

Gabriel Narutowicz nie mogl sie z tym pogodzic. Rzucil sie, az go musialem uspakajac.

- «Po co te brudy? - wolal. - Po co te brudy?» Nie chcial potem wracac do tej sprawy i, jakgdyby spieszac do konca, ustapil mi od razu przy ustalaniu terminow, ktore przedtem tak czesto odkladal. - «Dla pana byloby najlepiej wyjechac jak najpredzej - mowil mi, jakby na usprawiedliwienie. - Wytrzymal pan cztery lata, nie sadzilem, ze to tak ciezko. Ja nie wytrzymam dluzej, jak rok».

Nastawalem na to, by zaraz przeniosl sie do Belwederu, gdzie bedzie mial znacznie wygodniej, a ja bede mogl byc spokojniejszy, gdyz z cala stanowczoscia i bezwzglednoscia nie dopuszcze, aby miejsce zamieszkania najwyzszego reprezentanta Polski moglo sie stac miejscem zajsc ulicznych, przypominajacych dom publiczny. Odmowil. Ograniczylem sie wiec do dania odpowiedniej strazy dokola jego domu.

Po objeciu ode mnie wladzy Gabriel Narutowicz wydal mi sie nieco spokojniejszy. Spedzilem z nim w Belwederze dwa mile wieczory, podczas ktorych omawial ze mna caloksztalt spraw panstwowych. Nie sadzil, by w tej zaognionej sytuacji mogl utworzyc rzad parlamentarny. Roznamietnienie wyborcze, jakiego byl swiadkiem, nie pozwalalo mu przypuszczac, aby w tych warunkach sejm byl zdatny do owocnej pracy. Sadzil, ze trzeba pewnego czasu, by namietnosci sie uspokoily i by normalniejsze zycie nastalo. Nie chcial, by wojsko, ktore w wiekszej ilosci sprowadzilem do Warszawy; pokazywalo sie na ulicach, mial bowiem nieprzezwyciezony wstret do tego, by uzywac gwaltu i przemocy. Z pewna trwoga pytal mnie, np., o to, czy mi latwo bylo zatwierdzac wyroki smierci. Nie chcial sie jednak, pomimo gorzkiej nauki, ktora otrzymal, wyzbyc lagodnego optymizmu i jakiejs naiwnej wiary w szybka moralna naprawe ludzi. pytal mnie, czym w poczatkach swego urzedowania mniej surowo sadzil o ludziach i czym juz tak z Magdeburga przyjechal bezwzgledny i nieufny. A gdym mu powiedzial, ze jadac do Warszawy z wiezienia pruskiego, bylem wewnetrznie przekonany, ze wiele z naszych wad niewoli natychmiast odpadnie i ze wraz z odrodzeniem Polski odradzac sie pocznie i dusza polska, ucieszyl sie, jak dziecko. Uchwycil sie tych slow i, sciskajac mi reke, powtarzal po kilka razy:  «I niech pan wierzy, niech pan wierzy, to byc nie moze, by ludzie byli tacy podli. Przeciez jest niemozliwe, by bezinteresownej i wydatnej pracy ludzkiej nie szanowano!».

Ostatnim aktem, wzruszajacym mnie delikatnoscia uczuc, aktem, ktorego mi trudno zapomniec, byla propozycja, bym z pomiedzy pokoi w Belwederze wybral jeden mi najmilszy. Chcial go zachowac bez zadnej zmiany, tak, by on mu o mnie i o mojej pracy w Belwederze przypominal. A gdym mu wskazal moj pokoj sypialny, w ktorym najciezsze chwile i najciezsze noce przebylem, zaproponowal mi od razu, bym zostawil tam wszystkie swoje osobiste pamiatki i rzeczy, gdyz nie pozwoli stamtad nic ruszyc dla zachowania o mnie pamieci.

Gdym go pytal o zdrowie, mowil mi, ze czuje sie lepiej, ze jednak wolalby czas pewien odpoczac i miec moznosc spokojniejszego zastanowienia sie nad soba i nad swoja najblizsza praca. Niepokoil sie glownie mysla, ze wojsko odczuc musi brak reprezentanta wojskowego w jego osobie. Mowil mi, ze nawet w Szwajcarii odczuwaja potrzebe munduru i zewnetrznych odznak, aby miec poczucie, ze wojsko ma istotnie przelozonych i dowodcow. Wracal takze do planow mysliwskich, zalujac, ze w swej nowej sytuacji bedzie w nich znacznie bardziej skrepowany. Klopotem tez dla niego bylo znalezienie swego nastepcy w ministerstwie spraw zagranicznych. Bal sie, jak mi mowil, tego, czy sie dobrze uloza jego stosunki osobiste z ministrem tego resortu, do ktorego z trudnoscia nie bedzie sie mieszal w detalach, a nie przypuszczal, by mogl dla tego rzadu znalezc czlowieka, rownie dobrze zzytego z nim, jak ja z gen. Sosnkowskim.

We wszystkich rozmowach, ktore podczas tych dwoch wieczorow z nim prowadzilem, nie odczuwalem ani chwili, by przewidywal jakies grozniejsze dla siebie nastepstwa. Co do mnie, gdym spostrzegl kolo swego mieszkania te same, co zawsze, podejrzane i ciemne figury o typie bolszewicko-narodowym, takze sie nieco uspokoilem, przypuszczajac, ze dalej jestem wylacznym celem kreciej roboty terrorystycznej.

Ostatniego wieczoru przed smiercia Gabriela Narutowicza, nie bylem u niego. Zdecydowalem nie stwarzac wrazenia, ze istnieje jakies «condominium» wladzy i ze Gabriel Narutowicz bez mojej rady nic nie decyduje i nie postanawia. Nazajutrz, gdym byl w Sztabie, w Biurze Historycznym, otrzymalem wiadomosc o zamordowaniu Prezydenta Narutowicza w gmachu Zachety Sztuk Pieknych.

*

Zgasl! Gdym poszedl do Belwederu pozegnac sie z przyjacielem, przygotowanym juz do grobu, i usiadlem w sasiednim pokoju, myslalem o przebiegu zycia s. p. Narutowicza.

Gdzies, w dworze zmudzkim, panowala popowstaniowa zaloba; cicha skarge matki zamiast wesolej piosenki miales nad kolyska, gdy ojciec chmurny trwozliwie nadsluchiwal dzwieku dzwonka w oddali, zwiastujacego przybycie jakiejs wladzy zaborczej. A potem ciche, rzewne, lecz uporczywe nauki rodzicow - zyj, cierp, kochaj i pracuj. Uczono cie pokory, pokory nieszczescia. Szeptano ci na ucho wspomnienia walk ubieglych, pokazywano zatajone gdzies zakazane obrazki. A potem?

A potem! Powedrowales w swiat daleki. Nie zaznales z nami ani walk, ani nedzy niewoli. W walce nie pozbyles sie sentymentalizmu swego dziecinstwa, w brudzie niewoli nie zbrukales duszy, w pokorze nieszczescia nie pelzales, jak gad, juz nie ludzac despotow. Zakonserwowales gdzies w szalasach szwajcarskich swe dziecinne i mlode marzenia, swe dziecinne i mlode zaufanie do ludzi, do ich dobrej woli. Przyniosles z soba nakazy matczyne: zyj, kochaj, pracuj. Zamiast nakazu «cierp», przyniosles szczescie zycia i pracy w wolnej od kajdan ojczyznie.

Zginales od kuli nie wrazej, o ktorej moze w dziecinstwie marzyles, - od kuli rodakow, do ktorych niosles swa ewangelie milosci i pracy. Czy zginales w ten sposob za to tylko, ze takim byles, czy za to, ze z brudem niewoli walczyc nie chciales, czy nie mogles?

(lipiec 1923 r.)

Pisma Zbiorowe Jozefa Pilsudskiego, tom VI, str. 50-59.
Instytut Jozefa Pilsudskiego, Warszawa 1937.





Naczelnik Panstwa Jozef Pilsudski i Prezydent Gabriel Narutowicz,   Belweder 10 grudnia 1922
("Jozef Pilsudski", PFK, Londyn 1991)






Teksty Jozefa Pilsudskiego zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2002 Zwoje