Kroniki Dlugosza

W   PODZIEMIACH   HARVARDU





LESZEK   DLUGOSZ



Po koncercie w Bostonie otrzymuje "oferte" zupelnie nieoczekiwana. Pojawia sie Jozef Z. (jak sie okazuje Krakus, w dodatku po UJotowskiej romanistyce) i proponuje – "gdyby mnie to interesowalo", zwiedzenie Biblioteki Harwardzkiej. W szczegolnosci zbioru Polonikow. Oczywiscie, ja na to jak na lato. Tym bardziej, iz obilo mi sie, ze "maja tam, maja..."

Przypomnijmy. - Najstarszy sposrod amerykanskich uczelni (1636) Uniwersytet imienia Johna Harvarda, znajduje sie w Bostonie, Massachussets, ale, formalnie, nalezy go szukac, w przyleglym, niezaleznym administracyjnie miescie, Cambridge.

O ile Boston jest zapewne najbardziej europejskim miastem USA, to wspomniana dzielnica Cambridge - bo w zupelnosci to z Bostonem zrosniete - jest niemal swojska (w pojeciu przybysza z Europy) pol-willowa, pol-malomiasteczkowa miejscowoscia. Pelna zieleni i starozytnosci, tamtejszego rodzaju. Calkowicie podporzadkowana "duchowi i materii" slynnej uczelni.

W samym centrum owej struktury – niczym sala tronowa na dworze, kroluje glowny gmach biblioteki. Budowla potezna, w quasigreckim stylu z patetycznymi schodami, wyniosla kolumnada. Jest przy okazji pomnikiem wzniesionym przez rodzine dla utrwalenia pamieci niejakiego Widenera Harrego Elkinsa, absolwenta tejze Uczelni. Dzis pewnie jeszcze rzeklo by sie – 27-letniego, jak najswietniej zapowiadajacego sie mlodzienca. Milosnika ksiag, kolekcjonera. Utopionego wraz z innymi ofiarami katastrofy Titanica.

Czytelnia glowna, to okazalosc w uroczysto-oczywistym stylu. Takie wnetrza spotyka sie. Imponujace, lecz nie ono jest celem wyprawy. W bocznym, niewielkim pawilonie najpierw przechodzimy przez "izbe" Johna Keatsa), potem winda opuszczamy sie w podziemia jednej z najwiekszych w swiecie bibliotek. Docieramy do magazynow wiedzy i pamieci.

Trzeba by pewnie piora Marcela Prousta (albo i wyobrazni scenograficzno-teatralnej Krystiana Lupy?) aby pokusic sie o oddanie nastroju tych podziemnych terytoriow.

Sami niczym cienie, co pewien czas napotykamy bladzace w przycmionym swietle sylwetki. Na kolejnych, coraz to glebszych poziomach - w halach, w labiryntach pelnych ksiag (czytaj: wiedzy, imaginacji, pragnien, zapisywanych przez Rodzaj Ludzki) - kiedy na odglos krokow automatycznie rozswietlaja sie pozadane rewiry, dostrzegamy - jakby w zblizeniach, jakby przez tutejszego Rembrandta wydobywane z mrokow - obrazy pasji, zwatpienia, blogosci. - Twarze argonautow, penetrujacych owe biblioteczne glebiny.

Cisza. Choc gdyby ode mnie nalezalo, wkomponowalbym w te calosc muzyke. I koniecznie niechby to byl - instrumentalny fragment z Orfeusza i Eurydyki Glücka (Taniec szczesliwych cieni na Polach Elizejskich). Dlaczego? - Bom to po prostu wtedy tam slyszal.

Czegoz nie mialem w reku? – O obrotach... Kopernika (dwa egzemplarze) Kodeks Laskiego, najrozmaitsze inkunabuly, starodruki, biblie iluminowane do zapatrzenia sie, wszelakie szacownosci, ot pierwsze wydanie Kochanowskiego (przypominam sobie), kolekcje rekopisow krolow polskich. Zdumiony pytam, skad? W latach 1950. zakupiono na Wegrzech.

Rekopisy: Kosciuszki, Chopina, Mickiewicza (listy do Wolkonskiej). Wyliczanke te serwuje tu zupelnie wyrywkowo. Niespenetrowane jeszcze calkowicie archiwum Lechonia (z rysunkami!), potezne zbiory Jozefa Wittlina. A przeciez te Polonica, to ledwie czasteczka ogolnego dzialu slowianskiego. Na przyklad obok, oddzielne pomieszczenie zajmuje (na ruskoj zonie) archiwum Trockiego. Zlowieszczo, nawet teraz, prezentuje sie magazyn czarnych pudel. (Przy nich to znaleziono zmarlego na zawal serca, sekretarza Trockiego. - Onze, arystokratycznego pochodzenia, osobisty ochroniarz przy okazji - do konca zycia nie mogl wybaczyc sobie, iz nie zdolal Mistrza oslonic, ocalic podczas zamachu. Samotny, w bardzo juz podeszlym wieku, niczym stary wierny sluga, do konca pilnujac obowiazku, zywota tak dokonal)

A prasa? - pytam mojego Przewodnika. Prosze, pada odpowiedz, sprzed paru dni co prawda, ale prosze, co by pana interesowalo? – Tu Nowiny Rzeszowskie, tu wlasnie Rzeczpospolita lezy. I jakby uprzedzajac moje fantazje, sam proponuje: - tak naturalnie mozemy zaraz sprawdzic. Na ekranie komputera ukazuje sie liczba moich ksiazeczek, a nawet liczba wypozyczen. Lekkie zawirowanie...

Mozna by te wycieczke snuc jeszcze dalej, wynurzmy sie jednak na powierzchnie. W drodze powrotnej doznaje najwiekszych chyba wzruszen. - Nabyte od spadkobiercow w roku 1950 pamiatki, rzeczy osobiste, oraz - istota kolekcji - zbior rekopisow (wiersze i listy) pozwolily odtworzyc tu jakas wersje pokoju, w ktorym Emily Dickinson, jak wiadomo, spedzila zycie. – The Emily Dickinson Room. Jest wiec slynny kuferek, w ktorym po smierci poetki, odnaleziono odkladane w tajemnicy przed najblizszymi i calym swiatem kartki. Kartki, na ktorych zapisywane wiersze, jak okreslil Stanislaw Baranczak (najslynniejszy pewnie z naszych harwardczykow) odmienily poezje amerykanska. – Czy tylko? - dorzucilbym. Obrazy, rysunki. Jest slynny portret rodzenstwa, meble, bibeloty, ksiazki, robotki. Ot, filizanki , czajniczek ... Tak... Pod nieobecnosc Mieszkanki weszlismy do tego (tamtego?) pokoju...

Cichutko probuje cos zagrac na pianinie Emily Dickinson. Trzymam w reku najslynniejsza chyba "karteczke". – Wiersz, ktorego akurat lektura zawsze budzila we mnie mieszanine zachwytu i niemal trwogi ... The Missing All – Prevented Me:

Skoro nie moglam miec Wszystkiego –
Nie dbalam o brak mniejszych Rzeczy.
Jesli nie zaszlo nic wiekszego
Niz Rozpad Slonca – Ostateczny
Kataklizm Globu – nic nie bylo
Tak wielkie – abym – na wiesc o tym –
Podniosla z Ciekawosci Czolo
Sponad Roboty.
(Przeklad Stanislaw Baranczak)




Wiersze i proza Leszka Dlugosza zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2002 Zwoje