Z braniewskiego dniewnika


WARMIŃSKI   KARBONARIUSZ





WALDEMAR   KONTEWICZ



Każdy przyjazd do przykrytego umbrą pruskiej dachówki miasteczka, którego cynobrowe trzewia domostw chowały się w szczątkach Puszczy Galindzkiej, jawił mi się jako barwny fotoplastikon produkcji hanzeatycko–prusko–warmińskiej dozwolony dla mnie od lat pięćdziesiątych XX stulecia. To właśnie tu – tysiąc lat temu – do Truso, Bransbergue, Lecbarg, Terra Passalucensis, przybył święty Wojciech z Pragi by chrystianizować dzikich Pomezanów, Pogezanów, Warmów, Bartów, Natangów i Sambów. Późniejszy patron Polski tak stanowczo nawracał tubylców z pogańskiej ścieżki, że nawet wzory ich kwasów dezoksyrybonukleinowych DNA przepadły na zawsze w gęstwinie pomorenowej Puszczy, wraz z wytłuczonymi turami i niedźwiedziami.




Ulica Gdańska w Braniewie.
(Pocztówka z lat 30. XX wieku.)


Warmińskie miasteczko umiało zapadać w głęboki, zimowy sen. Z palącego się w glazurowych piecach węgla, bukowego łomu i ściółki sucholeszczej ulatywał w niebo obłok dymu nasączony słodkim zapachem zajęczego combru nacieranego saletrą, chrzanem, czosnkiem i pieprzem tłuczonym w miedzianym moździerzu z gotycką inskrypcją: Ermland – Annum 1683. Przy okazji odkadzała się dusza celtyckiego druida na najwyższym konarze dębu stojącego na samym środku Placu Pompierów, przylegającego do leniwie płynącej Pasłęki. Ostała się nawet w miasteczku jedna strażacka motopompa z olęderskich Żuław na artyleryjskim jaszczyku, do której podpinano karą łoszad’. Wodę do ocynkowanego baniaka czerpano z pobliskiej rzeki.




Pasłęka w Braniewie.
(Pocztówka z lat 30. XX wieku.)


Stefanek był jednym z miasteczkowych Pompierów. Co rok, podczas kościelnych świąt Wendelina, Nepomucena i Floriana paradował w żółtym hełmie z mosiężnej blachy, czarnym mundurku z niebieskimi wyłogami pruskiego Feldfebla, sowieckich bufiastych bryczesach starsziny i przedwojennych polskich oficerkach z długimi cholewkami. Na codzień woził węgiel zarówno do gimnazjum, które nazwę odziedziczyło po kardynale Hozjuszu jak i do klasztoru Regina Coeli. Jeździł swoją węglową rolwagą po ulicy Langgasse, Marketstraße, Poststraße. Przyjeżdżał też na ulicę Zwycięzców (niestety, nie wiem jaka straße), gdzie go poznałem.

Pół tony węgla i kilka nasączonych ropą podkładów kolejowych było sierpniowym ładunkiem, który Karbonariusz Stefanek przywiózł na podwórko mojej babci zroszone perseidowym deszczem w roku 1964. Łopata, którą wywijał wozak, była większa niż sombrero meksykańskiego hombre z hacjendy Tamaulipas. Wysmugane drzewce rękojeści, z małą frakcją u samej nasady, lśniło w rześkim powietrzu niczym słońce w wiecznej kałuży pośrodku urwańskiej ulicy na kocich łbach. Rżnięte dźwięczącą piłą podkłady kolejowe dudniły osobowym do Fromborka, towarowym do ruskiego Mamonowa, lśniły północnym księżycem i parowały orientalną naftą. Trzymałem się rozwiedzionego brzeszczotu stalowych zębów, pomagając Stefankowi wykrawać kolejne tajemnice kolejowego panoptikum. Z góry obserwowały nas siostry Naruniec z wileńskich Trok, które miały całą hodowlę rudych kotów. Stare siestrice odbierały letnią i wiosenną defiladę zieleni, zawsze oparte na czerwonych jak zachód słońca pierzynach. Wygrzewające się z nimi pręgowane rude koty prężyły się niczym rozżarzone sprężyny w ogniu.

Stefanek dla miejscowych grażdanów przybyłych z Kresów zachowywał się dziwacznie. Ludzie gadali, że mu się w głowie poplątało. W rozładunku pomagał mu miastowy cudak Bobek Bałbies, na którego z furią szczekał ciemny i wypasiony Dolar. Ja też się obawiałem demonicznej kuli zła, która warczała na cały świat leżąc w cieniu Stefanowej rolwagi. Natomiast kudłaty kundel Rubel miał spokojne usposobienie. Dawał się głaskać, jadł nawet chleb moczony w wodzie i posypany cukrem, był wiecznie umorusany i pilnował pociągowego perszerona by nie wchodził w szkodę. Mój warmiński idol głaskał Dolara i podsuwał mu bliny ze skwarkami, kołduny z mięsem nasyconym majerankiem albo ociekające tłuszczem udo wileńskiego kałakutasa czyli indyka, a na Rubla gwizdał, siarczyście przeklinał i obdzielał kuksańcami.

Wszyscy ludzie w mieście znali Karbonariusza z białoruskich Wasiliszek, jego sobaki – Rubla i Dolara oraz gorodowego cudaka Bobka mocniejszego od belgijskiego perszerona. Stefanek lubił czytać na koźle – i to był chyba powód, że uważano go za dziwaka. Miał sporo czerstwych gazet i książek (zawsze myślałem, że zielonych jak spleśniały chleb, lub zgliwiałych jak ser Tylżycki), z których czerpał swą wiedzę. Potrafił mówić godzinami o biskupie Flemingu z Lubeki, który założył miasteczko w XIII wieku; o 46 chorągwi braniewskiej, co to w boju przeciw Jagielle w 1410 stanęła; o granicy z Prusami wzdłuż Pasłęki, którą zmuszono do zmiany brodu bardziej na zachód; o tym jak kardynał Hozjusz niewiernych protestantów przegonił z miasta po powrocie z Soboru Trydenckiego w 1564 roku; o dziękczynnym Te Deum w 1635 roku, gdy z miasta Szwedów przepędzono po 9 latach okupacji – samych strat naliczono w Braniewie na 166 548 złotych; o księdze Liber antiquitatis, którą pisał notariusz braniewski na Dworze Artusa; o jarmarku w niedzielę Invocavite, kiedy dozwalano wjeżdżać w mury miasta wędrownym kupcom, trubadurom, linoskoczkom, treserom zwierząt i połykaczom ognia za opłatą 2 groszy od magika i 3 groszy od wozu – handlować można było tylko na ulicy Długiej w obrębie Ratusza; o tym jak zabraniano tygodniowych targów w soboty i handlowania pokątnego lub obwoźnego z Żydami lub Szkotami – karą za handel było osadzenie w wieży albo pręgierz przy Ratuszu.

Najbardziej jednak zachwycił mnie opowiadaniem o "Polowaniu na Czarownice" w XVII wieku. Leżałem właśnie w szpitalu, po tym jak zachłysnąłem się wrzącą wodą z kotła w babcinej bani. Sparzyłem gardło na czerwony kolor kotów Naruńcowej, kiedy próbowałem wypełnić za pomocą gumowego szlaucha ocynkowaną balię wrzącą wodą do kąpieli. Stefanek odwiedził mnie w szpitalu i opowiedział tę oto historię:


Starą Mariannę z ziemianki nad Pasłęką przyłapano na szmaksach czyli szamańskich zaklęciach. Wyrabiała ona lekarstwa z łopuchów, wrzosowego miodu, jantaru dominikańskiego, srakadzioru i śniętych płasonów z rzeki. Sosnowa drzazga służyła jej do puszczania posoki z żył, a żółwi pancerz wygrzewany w ogniu do rozpędzania ischiasa. Duże piersi, jedno oko i wielka grucha pośladków Jędzy były powodem niejednej klechdy w miasteczku. Na jej słomianym kapeluszu mieściły się wszystkie motyle z warmińskich łąk, złotogłowy kielich lilii asfodel z pobliskiego cmentarza, białe grążele z żabiej sadzawki, bobrowe żeremia z Puszczy Galindzkiej, zagubieni w Prusiech Arianie plus trzy niebieskie Anioły Bóg raczy wiedzieć skąd. Kiedy na miasto spadł pomór cholery, jedynym wytłumaczeniem tego nieszczęścia były nieczyste siły Czarownicy. Po ciężkich torturach w kazamatach Magistratu, gdzie Marianna przyznała się do winy, powieszono ją o piątej po południu przed Ratuszem. Całe miasteczko wyległo by patrzeć z trwogą jak przyczyna ich nieszczęść dynda na wietrze niczym indycze korale. Cisza rozlegała się wokół i nawet ci, którym uratowała życie bali się spojrzeć w jej stronę. Oczy Wiedźmy wychodziły z orbit, rzężenie wyskakiwało z jej obnażonych piersi, a skrwawione jak burak serce biło mocniej niż chrześcijańskie dzwony na Świętej Trójcy i katedrze Carolina rediviva. W nocy niebo rozrywały grzmoty piekielne Mefistofelesa, a purpurowe szmermele i małanki Zeusa trzaskały sucho w kościelną wieżę – Grace à Dieu miejscowy proboszcz odwiedzał w tę noc biskupa, gdy siarka błyskawicy rozłupała jego metalowe łóżko na pół. Tak Bóg karał niewierną. Rankiem zlecieli się mieszczanie by zobaczyć jak się wypełnia sprawiedliwość. Ku ich wielkiej trwodze, Marianna odcięta ze sznura podniosła się i wyruszyła w kierunku swojej jaskini tuż obok Rybnego Targu i Piwowarów, gdzie pędzono vinum crematum. Później rozmawiała tylko z wiatrakami, wariatami, alchemikiem Lilienzweigiem i chyba z Bogiem. Nikt nie śmiał się do niej już zbliżyć. Marianna stała się lokalną Czarownicą, która po dziś dzień chodzi po kątach zburzonego podczas II Wojny miasta razem z dwunastoma innymi wiedźmami powieszonymi za konszachty z Diabłem. Wielu mieszkańców ją widziało jak pokazywała się w oknie z rudym kotem, albo straszyła w miasteczkowym lupanarze. Ponoć co roku w rocznicę Czarnej Pętli Magistrackiej, na piekielnym sabacie czarownic w braniewskiej wieży ciśnień, burgrabia wiedzie pierwszą parę z burmistrzem kompanem i biskupem, nastawiacz zegara rusza w tany z pierwszym sługą miejskim, goniec konny ze służącym przy sądzie wetowym, gajowy z wagowym, stróż nocny z łaziebnym, a kat miejski wywija fokstroty z trzynastoma Wybrankami.

Po kilku dniach spędzonych w szpitalu, znów siedziałem wysoko na furze Stefanka. Chudemu i przezroczystemu jak jedwab wozakowi trafiła się fucha rozładunku dwóch wagonów po pięćdziesiąt ton każdy na miejscowym wagzale. Machał swą łopatą rytmicznie, a czerwony fosfór nawozu spadał z wagonu na wóz niczym wody jeziora Eire do jeziora Ontario poprzez wodospad Niagara. Efemeryczne solarium podgrzewało emeraldowy Ermland i parowało na spoconych plecach wozaka; wielkie żyły pęczniały na jego trzydziestoletnich skroniach, a ręce przypominały dębowe konary. Dolar leżał pod wozem, Rubel pilnował perszerona, Bobek Bałbies pracował głośniej niż dwupłatowy kukuruźnik, a znudzony świat wstawał i zasypiał na zmianę. Po dwóch dniach rzeka śmierdzącego nawozu dopłynęła do PGR-u nad Zalewem Wiślanym sterowana Stefanową szuflą.

Kiedy zajrzałem następnego roku do kalendarzowego archiwum, Stefanek już nie żył. Jego spracowane serce pękło na pół. Zagadnięty kloszard w dworcowej austerii powiedział mi, że w pogrzebowym kondukcie szedł tylko ksiądz proboszcz, za nim Bobek, jakaś Łachudra z naręczem nenufarów i nieznajomy Moczymorda z traktierni "Stylowa". Za procesją kuśtykał na trzech łapach kudłaty Rubel, którego odganiano kamieniami przy kościele. Dolara przygarnęła uczciwa rodzina sapożnika z Lwowa. Belgijskiego perszerona Cyganie popędzili na Węgry. A to, gdzie się podziała rolwaga, tego nie wie nikt w miasteczku, nawet sędziwy katabas z koloratką pod szyją pamiętający sowieckie tanki, pepeszę Kałasznikowa i kwacz do czyszczenia karabinowych luf.

Abrewiatura życia i śmierci – Warmiński Karbonariusz.

Toronto, maj 2002.





Teksty Waldemara Kontewicza zamieszczone w Zwojach:



Copyright © 1997-2007 Zwoje