LESZEK   DŁUGOSZ







NOWE   WIERSZE   I   PIOSENKI





Leszek Długosz, 2002.
(fot. Andrzej Kobos)




Do byłej Właścicielki nut moich


Przez stare album z nutami Chopina
Tym samym wędrujemy szlakiem...
      – Naturalnie mógłbym uruchomić
Maszynkę wyobraźni –
                                       z o b a c z y ć   C i ę
W czerwcowy (niech tak będzie) wieczór
– Gdy wpływa przez otwarte okno do pokoju
Duszna woń piwonii
Mógłbym Cię ujrzeć – w smudze lampy
Jak zamyślona kładziesz na pulpicie
Album
Z okładką w secesyjne wzory
Albo na przykład...

Lecz dość fantazji
Niczego więcej prawdę rzekłszy – nie wiem
Nic nadto ściśle jak że mówiłaś po polsku
I biegle władałaś językiem Muzyki

Dziś – oczy ręce moje
Po drugiej stronie wieku
Biegną Twoim tropem
Zda mi się – widzę
Ołówek
              łuki kreśli zamaszyste...
(Przymierzam się dziś do nich)
Rozszyfrowuję stada cyferek drobnych
                                 (palcowania system)
By zręczniej galopowały akordy
By w strefie wiolinowej – smuklej wiła się
Melodia
( Więc żeby ton był jak potrzeba
– Stylowy i   b ł ę k i t n y...)

Lecz cóż... Nieznana w onejż materii
Antenatko
– Czas nam się rozstać
I znów – na stronie gdzie "Ballada g–moll"
Za każdym razem
Rozstać się wypada

– Gdzie data Twa ostatnia
11 czerwca I906
I szept Twój gdzie pod spodem
W zrudziałym atramencie żyje
Skrycie...
To Twoje – w tamtej chwili
Konwencjonalne – W imię Boże ...
Dalej?
Historia nieprzenikniona
Od wielokropka gdzie dziś stoję
Całkiem już inna i o czym innym
Snuje się ballada

Czuję jak pachnie pożółkły papier
– Przez stare album z nutami Chopina
Wędrujemy tym samym szlakiem








Ironia


Szkoda że się rozmowa w życiu
Prawdziwie nie zdarzyła
Przepraszam za zamęt w sieci telefonicznej
Zbyt pięknie było by... No, gdyby było
– Wyprawa czasem w Himalaje
Wycieczką kończy się w Beskidy Niskie

Ironio, Ty stój przy mnie blisko
Mocno trzymaj mnie za rękę
W rejony złudzeń gdy ponosi zbytnio
Bierz kurs na trzeźwość
Postronki swe napinaj wszystkie
– Ty śpiewaj śpiewaj tę piosenkę:

Bywa bywa bywa bywa
– Wyprawa piękna
Pięknie wymyślona w Himalaje
Wycieczką kończy się w Beskidy Niskie
Dzwonią tysiące telefonów
Tysięczny raz nie dzwoni ten
Na który czekasz
A gdyby tak ...
A gdyby tak zadzwonił ?
– Płoną gwiaździste nieboskłony
Serce jak paczka dynamitu
Trzask iskry się rozlega, Ironio
– Na scenę w takiej chwili wbiegaj
Ironio słyszysz, prędko prędko
– Ze szklanką zimnej wody wbiegaj...

Ty, któraś pierwsza, czujna zręczna
– Klęskę nazywasz kompromisem
Wiara z nadzieją, wiesz, gdzie skręcą
Sojusz ukryty z dala słyszysz
Miłość – co miała rwać w błękity
Jakim się skończy lądowaniem?
Ty która układ ten, cóż... przyjacielski
Sukcesem jeszcze nazwać każesz...
Ach nie bądź aż tak ironiczna
Ironio, cierpkie Twe zwycięstwa
Stój przy mnie
Mocno trzymaj mnie za rękę
Na świecie nikt jak – ty i ja
Ze sobą nie był aż tak blisko
– Strażniczko mej integralności
– Piastunko ciszy serca mego
W spalonym mym teatrze
Widzu mój ostatni
Gdy ja już nie
Ty wtedy jeszcze
Za mnie
Śpiewaj, śpiewaj, śpiewaj...

– Wyprawa piękna
Pięknie wymyślona w Himalaje
Wycieczką kończy się w Beskidy Niskie
                   – Bywa... bywa... bywa






Wyjechałem i mnie nie ma


Wyjechałem i mnie nie ma
I na Rynku i na Brackiej
To się może przedłużyć
– Może nawet na zawsze?
Ani głos mój się odzywa
Tu, wprost brzmiący
Nic nie spieszno moim krokom
Na Gołębiej i na Brackiej
– Cień się zabrał razem ze mną
Nie ma nas tu przykładnie
Wyjechałem
                   – Mała próba generalna
Większej tu nieobecności
Kiedyś do cna...

Wyjechałem, nie zalegam
– Nie zagrażam nie zabiegam
Ale gdyby tak ciekawość?
– Ktoś zatęsknił gdyby?

(Bez przesady, lecz przez chwilę
To się może zdarzyć?)
Ach zakręćcie kółkiem płyty
Tak jak dawniej – w kółko
Się odezwę
– Pobiegnijcie śladem wiersza
Może co tam zaszeleści
Ze mnie
Po mnie ?
– Dno szuflady komuś prześle
"Esemesik" ?

Wyjechałem
– Ot na razie próbka
– Po sąsiedzku z humorem traktowana
Przeróbka
Kantorowskiej tej sztuczki:
"Nigdy tu już nie wrócę"

Wyjechałem i mnie nie ma
Ach na razie na razie
Płochy żarcik – mała wprawka
Prawdziwego zniknięcia
Ale kiedyś dokładnie
Już tu więcej nie zajrzę?...
Na Gołębią na Bracką?
– W świat nie ruszę gdzieś dalej
Na Sławkowską, na Sienną
Nie skoczę?
Cień w Prowincji mój za szybą
Nie pochyli się naprawdę?...

"Kiedyś" ? – ktoś zapyta
To jest – kiedy?
               Co to znaczy?

A ja powiem :

Szanowni Państwo
– Zgodnie z duchem czasu...
Kiedyś...
              to jest dziś... istniejące inaczej






Po co ja to wszystko


Po co ja to wszystko?..
Żeby się skracał dystans
– Pomiędzy mną a tobą

Żeby się wiła zieleniła
– Piękniejsza żeby była droga

Szarak, uciekający przed pogonią
Przez chwilę dłużej
Żeby mógł wierzyć: – zdążę !

Serce, co chciało skoczyć z mostu
By wychodziło raczej na prostą
( – Raczej na prostą )
A miłość?

A miłość – ręką uporczywą
Żeby znów kładła napis
Na horyzoncie:
Jednak, pomimo...

By odłożone w kącie skrzydła, wiosło
Skrzypnęły kiedyś z myślą o mnie :
– Tego to niosło...

Co Rozdzielone, by się łączyło
Wracało w Jedno
            – W Harmonii
– Żeby ślad po mnie

Żeby ślad po mnie

– Po co ja?
To wszystko?

Po co ja to wszystko?

– Żeby się skracał dystans...
Pomiędzy mną a tobą

Żeby się wiła zieleniła
– Piękniejsza żeby była droga...








Tak tracić


Tak tracić
Tak się nauczyć tracić
– Bez poruszenia dłoni
Bez słowa co by ze skargą
Na głos pospieszyło
Ot krótkim zaciśnięciem powiek
– Niech tam
Żegnać
I to wszystko
               Światu to całe widowisko

I co ścigane
Pragnienia włóknem czułym
Wy – o bej – mo – wa – ne
Widząc jak się osuwa
Jak z miłujących objęć
               samo się wymyka
To umieć oddać
Skwitować to uśmiechem o którym
"Świat" napomknie że zbyt gorzki
A to jest tylko ten co – pojął zmianę
Wie: zamiar nie jest już na miarę
Tak umieć   w y h a m o w a ć
I bez dramatu ust kąciki ściągnąć
Wprawnie

Z dnia na dzień – z wszystkim
Po kolei
I po najpóźniejszą datę
Tak się nauczyć
Tracić beznamiętnie
Nie obojętnie – bo to znaczyło by
Nie cenić
Ale znać wartość
I cały "szał rozpaczy" umieć
Przeinaczyć
W ów – z lekka tylko ironiczny odcień:
wiedziałeś
mogłeś się spodziewać, cóż więc ?..

Tak się nauczyć – do perfekcji
Wiedzieć: że – raz to raz i żadne
Jakiekolwiek
Kiedykolwiek
J e s z c z e
I znając dobrze
Czym w końcu ta nauka
Ot tak na końcu
Tak umieć tracić
– Bez pochylenia głowy
– Z bezgłośnym co najwyżej:   t r u d n o
Nie cierpkim
Nie zwycięskim
Świadomym tylko
I to wszystko
Światu – to całe niechby było widowisko








Starzeć się...
(Studium z natury)


Umrzeć? – Każdemu wszak przygoda ta pisana
Lecz starzeć się, ach starzeć się... panowie panie
– To jeszcze inna jest "ballada"

Starzeć się –
To nawet nie ten w lustrze
Dialog cichy:

nie niemożliwe
wiec naprawdę
więc mnie też dotyczy?

Nie scenka kiedyś w szybie na ulicy
– Ów siwy? (Skądże tak zgorzkniały
Czemuż tak surowy?
)
Młodzieńcze nie tak dawny, spójrz
– Cieniom gdzieś dalekim
Rękę swą podaje
– Młodzieńcze nie tak dawny
Rozpoznajesz?

Starzeć się – niezbicie wiedzieć: tak
Przyjdą sceny okrutniejsze
I obrachunki bardziej gorzkie
Samemu przyjdzie na głos wypowiedzieć :
"Nie ja. Nie dla mnie. Już nie dzisiaj..."

I tyle jeszcze skreślać
Skreślać z listy
Wbrew sercu dumie pysze własnej
Wbrew niespokojnym jeszcze zmysłom

Starzeć się, cóż starzeć się...
– Więc zdradę odkryć dookoła?
I zanim świat umieści
W tym groteskowo ironicznym (jak!) teatrze
(Jedyna to oferta sceny, gdzie by nas jeszcze
Widzieć raczył)
Samemu wcześniej zdążyć
Zejść w kulisy

Umrzeć – ileż potrzeba wprawy
Zasługi choćby marnej?
– Więc rozpatrywać banał niechybnej tej
Oczywistości
Lecz – starzeć się?
Ach starzeć się, panowie panie
O kto by przeczuł, odgadł wcześniej
Ów   s c e n a r i u s z
Powolne to – z dnia na dzień doskonalenie
Rozpadu
Rezygnacji
Zniechęcenia
Bezradnej w końcu zgody: t r u d n o
(T r u d n o,   b o   j a k   i n a c z e j ?)

Starzeć się?
– Głuchota telefonów
– W wieczornym kręgu lampy
Scena coraz to powszedniejsza
– Wśród cieni przywołanych szepty
Ta sama aria pośród fotografii : "Pamiętasz?
– Więc pamiętasz?
Ja pragnę wciąż tak samo..."

– W opustoszałym chłodnym łóżku
– Kamfory, waleriany zapach
Bezsenność do świtania
Poduszki kłębek umęczony
I przy policzku czuły
– Wciąż jeszcze pamiętany
Dłoni tamtej dotyk...
Starzeć się?..
Co rano abdykować
I z oswojoną melancholią
Oddawać po kolei – miejsca władzę
Splendor urodę siłę i skuteczność
(O jakież jeszcze by rejestry)
Stopień po stopniu – po bułki czy po mleko
Do sklepiku ledwie schodzić
A przecież wiedzieć
Widzieć to pod powiekami: tak,
Nie na dół, w gruncie rzeczy

Do dołu w gruncie rzeczy (trzymając się poręczy)
T a k   s i ę   s c h o d z i
No sorry życie, wybacz
To było by mniej więcej tyle?
Powiedzmy – komplet wrażeń?
Nic do naprawy
Nic do odwołania
– Starzeć się ?
Więc niemal z zawstydzeniem pod mur się cofać
W cień umykać
Na widok kłusu   b a r b a r z y ń s t w a
Młodości rozpędzonej pośród
"N a s z y c h   u p r a w"
Bez ceremonii bez żenady roztrącającej
"P i ę k n e   n a s z e   z b i o r y"
Starzeć się...
Pospiesznie myśl zataić:
"Ach jeszcze być kochanym?..."
– Zużycie nie zawstydza... wiedzieć
Lecz wiedzieć – m e c z
– Jaki tu jeszcze do zagrania:
(W końcu, na końcu)
To choćby, o jeszcze tylko
            – b y ć   c h o ć   w y s ł u c h a n y m ?...
O ten przywilej (na końcu, w końcu)
– O ten przywilej tu zabiegać?..

Umrzeć –
Każdemu wszak pisana ta przygoda
Powiedzie się bez zasług
Bez wprawy to się uda
Lecz starzeć się, ach starzeć się panowie panie...
O kto by przeczuł?
Odgadł wcześniej
ów   s c e n a r i u s z ...
(Prawdziwy wątek tej   "b a l l a d y")

A wiedząc... kto by się odważył?





Leszek Długosz, 2002.
(fot. Andrzej Kobos)





Wiersze i proza Leszka Długosza zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-200
7 Zwoje