PODROZ   W   OTCHLAN   CZASU





ANDRZEJ   KOBOS



W lipcu roku 2002 bylem w Polsce. Po raz pierwszy od osmiu lat.

Osiem lat to dlugi okres czasu w zyciu czlowieka. To dlugo dla pamieci i percepcji ludzkiej, szczegolnie w pozniejszym wieku. W tej podrozy do Polski doswiadczylem tego na sobie bardzo wyraznie. O tym i o moich wrazeniach chce tutaj napisac. Zdaje sobie sprawe z tego, ze mieszkajac w Krakowie u przyjaciol tuz przy Rynku i obracajac sie w specyficznym kregu, nie zetknalem sie blizej z zyciem przecietnego Polaka roku 2002. Mimo tego, te niechronologiczne zapiski o moich osobistych przezyciach i spostrzezeniach byc moze sklonia kogos z Czytelnikow do skonfrontowania ich z jakimis swoimi doswiadczeniami.

Najpierw o logistyce mojej podrozy. Do przyjazdu do Polski aktywnie zachecil mnie moj niezawodny przyjaciel Rafal Dymarz z Edmonton, ktory w tym okresie rowniez byl w Polsce, u swojej matki na Slasku i w Krakowie u swego przyjaciela Adama Czapli, naszego wspolnego kolegi ze studiow. Przyjechalem do Polski ze Szwecji autobusem Oslo-Krakow. Po drodze przez morze – promem do Swinoujscia – i dalej autobusem do Krakowa. Taki (dwukrotny) przejazd w pogodny dzien, choc uciazliwy, umozliwil mi spojrzenie na duza polac kraju, tym bardziej, ze w polnocno-zachodniej Polsce nigdy wczesniej nie bylem. Spedzilem dwa intensywne tygodnie w Krakowie, poza jednodniowymi wyjazdami do Warszawy, Wadowic i Andrychowa. W Krakowie korzystalem ze wspanialej goscinnosci Basi i Leszka Dlugoszow.

Juz przez okno autobusu dostrzeglem, ze Polska dzisiaj to zupelnie inny kraj, nie tylko w porownaniu z Polska Ludowa, z ktorej wyjechalem w roku 1981, ale i z ta z roku 1994, gdy bylem tam poprzednio. To nie jest truizm, albo tylko to, iz Polska jest teraz prawdziwie wolnym i demokratycznym panstwem. Polska jest krajem czystym, zadbanym i uprzejmym. A to juz swiadczy o zmianie mentalnosci ludzi; jakiz kontrast z dawna Polska! W miasteczkach w zachodniej Polsce widac jeszcze odrapane fasady domow, na Slasku ciagle nosza one osad z zanieczyszczonego powietrza, ale nie jest to uderzajacym zaniedbaniem. Ludzie sa pogodni, kolorowo ubrani, znowu wielki kontrast z umordowanymi twarzami i szaroscia na ulicach w czasach PRL! Czyste toalety jeszcze lepiej swiadcza o tym, ze jest to juz inny kraj.

Gdyby tylko... Wlasnie, gdyby tylko nie potoczny jezyk polski. Slowo "kurwa", do niedawna uzywane przewaznie jako wulgarne przeklenstwo, stalo sie przerywnikiem w ustach duzej wiekszosci Polakow. Uzywaja czesto tego slowa ludzie niewyksztalceni, wyksztalceni, mlodzi, starzy, mezczyzni, kobiety i dzieci. Wtracane co kilka slow, w najlepszym razie co kilka zdan, sluzy mowie polskiej we wszystkich odcieniach znaczen: przeklenstwa i pochwaly, zaprzeczenia, akceptacji, wrogosci, zniechecenia, dobrotliwosci, etc., etc. Cala symfonia intonacji. Toz to w sumie temat do co najmniej habilitacyjnej pracy jezykoznawcy. Nie slyszalem tego slowa chyba tylko u ludzi, ktorych bez wahania nazywam intelektualistami.


* * *


Od pierwszej chwili w Krakowie poczulem sie u siebie w domu. Ani przez moment nie mialem poczucia, ze jestem turysta, co, jak pamietam, poczatkowo odczuwalem w roku 1993, kiedy po 12 latach nieobecnosci znowu znalazlem sie w Krakowie. A teraz od zaraz, od okamgnienia, to miasto nie bylo dla mnie jakas Florencja, ale cudownym MOIM miastem, z ktorego wyjechalem 3 sierpnia 1981, choc zda sie zupelnie niedawno, mimo ze tak bardzo rozni sie dzisiejszy Krakow od tamtego sprzed ponad 20 lat!

Juz wjazd do Krakowa od strony Katowic byl dla mnie zaskoczniem. Nowe wille w Bronowicach. Instytutu Fizyki Jadrowej prawie nie dostrzeglem zza drzew, wsrod handlowych budynkow. Obok bramy IFJ, na miejscu dawnej stolarni, stoi duzy szklany budynek, bodajze przedstawicielstwo Fiata. Z drugiej strony ronda Radzikowskiego, gdzie byly szczere pola, olbrzymi sklep IKEA (chyba wiekszy niz w Edmonton, choc tez granatowy w kolorze) i mnostwo innych komercyjnych budynkow. Za to dworzec autobusowy w Krakowie jest ten sam, zatloczony ponad wszelka miare, obskurny jak dawniej, ale caly ten kompleks ma niedlugo zostac zburzony i zabudowany na nowo. Natychmiast po przyjezdzie, przed tym dworcem, nastepuje scena quasi-surrealistyczna. Zapada juz zmrok, z Leszkiem Dlugoszem czekamy chwile na zamowiona taksowke, gdy podchodzi do nas mezczyzna i slysze: "Andrzej Kobos, jesli sie nie myle?..." – Zdzislaw Mistygacz, kolega ze studiow. Nie widzielismy sie chyba 25 lat. Mily wstep do mojego pobytu w Krakowie, pierwszy blysk bardzo juz dawnych czasow.

W chwile potem pierwsza wieczorna rozmowa z Basia, Leszkiem i Michalem Dlugoszami. Po tak dlugim oddaleniu, natychmiastowa obecnosc przyjacielskiej, ogromnej serdecznosci. Siegam po tomik skapa jasnosc Joanny Pollakowny, lezacy na stole. Dowiaduje sie, ze Joanna Pollakowna zmarla dwa dni wczesniej, 28 czerwca. Rozmawiamy o jej znakomitej poezji, o znacznym niedocenieniu jej zaistnienia w poezji polskiej. Nastepnego dnia w ksiegarni znajduje ostatni egzemplarz wczesniejszego tomiku Pollakowny, Malomownosc. Leszek wpada w zachwyt poety nad poezja znakomitej poetki, ja w zachwyt bardziej przyziemnego czlowieka.

1 lipca pierwsza z licznych rozmow z Krystyna Zachwatowicz-Wajdowa. Krysia, rownie serdeczna jak przed trzydziestu kilku laty, zaprasza mnie do Centrum Kultury Japonskiej Manggha w Krakowie, rozmawiamy o pewnych wspolnych planach i o "szwedzkiej" wystawie w Zamku Krolewskim w Warszawie. Wychodze do Rynku, czuje sie u siebie, mimo nowej dla mnie atmosfery Rynku. Spotkanie z Rafalem Dymarzem w barze kawowym Rio, tam gdzie chodzilismy za studenckich czasow, gdzie radowalismy sie uroda tamtych dziewczyn. Teraz to smetny bar, nieurodziwy niczym i nikim, zadymiony. Lata temu dym papierosowy nas nie draznil, teraz drazni. Nasze spotkanie jest najserdeczniejsze z serdecznych; nie widzialem Rafala od wyjazdu z Kanady 7 pazdziernika 2001. Dluga rozmowa o wszystkim. Przypominam mu, jak przed kilku laty powiedzial mi, kto znajduje sie w dziewiatym kregu piekla Dantego – ci, co porzuli przyjaciol. Rafal z pewnoscia wsrod nich nie bedzie. Spotykam sie z nim jeszcze kilkakrotnie, na koniec przynosi mi dwa tomy Norwida – piekny prezent od Adama Czapli.

Pierwsza runda po ksiegarniach w Rynku. Sa nadal w tym samym miejscach, dwie lub trzy ubyly, dwie przybyly, Hetmanska w szczegolnosci, ze wspanialym gotyckim sklepieniem. Na Brackiej ksiegarnia ksiazek przecenionych acz bardzo interesujacych; na jej scianach znakomite polskie plakaty. Tanio kupuje nieocenzurowana Rzeczpospolita Obojga Narodow Pawla Jasienicy.

Rynek wydawniczy w Polsce jest ogromny, wibruje roznorodnoscia tematyki. Pamietam moje wrazenie w roku 1973 w wielkiej ksiegarni Blackwell’s w Oxfordzie: niemal na kazdy temat, o jakim mozna bylo pomyslec, istniala ksiazka po angielsku. Takie same wrazenie mam teraz w Krakowie, tyle ze tym razem sa to ksiazki po polsku. Ksiegarnie sa pelne ludzi, nie tylko przegladajacych ksiazki, ale kupujacych je, co przy wysokich cenach ksiazek dobrze swiadczy o polskich czytelnikach i ich intelektualnych zainteresowaniach. Antykwariaty takze pelne ksiazek, niegdys prawie nie spotykanych. Ksiazki sa dostepne wszedzie – przypominaja mi sie czasy, gdy wartosciowsze tematycznie ksiazki kupowalo sie spod lady, po znajomosci z personelem ksiegarni.


* * *


Jak juz mowa o krakowskim Rynku: wszystkie (bodaj z wyjatkiem jednej) kamienice zostaly odnowione. Podobnie na przyleglych ulicach. Na ul. Szczepanskiej, naprzeciw Krzysztoforow inna stara kamienica czeka na odnowienie. Na jej obklejonych polzdartymi plakatami drzwiach wspaniala kolatka z glowa lwa. Podobno ma powstac w tej kamienicy hotel w stylu retro, najdrozszy w miescie.




Kolatka przy ul. Szczepanskiej.
Krakow, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


Asfalt jezdni wokol Rynku jest wymieniany na ladna, duza, granitowa kostke, kamienne plyty polozone w roku 1963/1964 przed uroczystosciami 600-lecia Uniwersytetu Jagiellonskiego, zbyt cienkie i dlatego juz popekane, rowniez maja zostac wymienione. Przylegly Plac Mariacki jest odnowiony, czaruje stara fontanna z dawna kopia jednej z figur z oltarza Wita Stwosza.




Rzezba fontanny przy Placu Mariackim.
Krakow, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


Kosciol Mariacki (podobnie jak kosciol sw. Marka na Slawkowskiej oraz Wieza Ratuszowa i Barbakan) zostal oczyszczony do cegly prawdziwie ceglanego koloru (choc ponoc juz zdazyl nieco przyciemniec). Helmy na jego wiezach sa prawdziwie srebrnego koloru. Komus, jak ja, przyzwyczajonemu do dawnego ciemnobrazowego, prawie czarnego koloru cegly kosciola Mariackiego, musi on teraz wydac sie wspanialy. Wnetrze kosciola, odnowiona polichromia i lsniace zlota farba oltarze wygladaja pieknie, choc dla mnie zbyt jaskrawo. Podobno tak wlasnie wygladala swieza polichromia Jana Matejki.

Z trzech stron Rynku, szerokie chodniki zamienione zostaly w jedna wielka piwiarnie na swiezym powietrzu, pod duzymi parasolami z firmowymi napisami piwa Zywiec. Podobne stoliki i piwowarskie parasole stoja na dziedzincach kilku domow, przynajmniej w okolicy Rynku. Piwo na krakowskim Rynku leje sie szklanicami do drugiej w nocy. Z Basia i Leszkiem chodzimy na piwo na Rynek tuz przed polnoca. Dziw bierze, ze nie widzi sie ludzi wstawionych. Pijacy znikneli z ulic, przynajmniej w centrum Krakowa, byc moze dlatego, ze straz miejska starannie pilnuje porzadku do pozna w noc. Ta nieobecnosc pijanych to jeszcze jeden kontrast z przeszloscia. Na Rynku, w poblizu Wiezy Ratuszowej, ciagle odbywaja sie jakies grupowe wystepy, nie tylko polskie; zauwazylem rowniez szwajcarskie i amerykanskie. Ta atmosfera ciaglego festynu byla dla mnie nieco denerwujaca, ale za to Rynek zyje i tetni. To juz lepsze niz martwy Rynek, ktory pamietam, albo teraz centralny plac Stortorget w Lund (gdzie teraz mieszkam), martwy po godzinie szostej wieczorem. Reklamy w Krakowie sa na ogol ze smakiem, wlasciwie nie razace. Niebieskie plachty na rusztowaniu na zachodniej scianie Sukiennic, z nazwami firm sponsorujacych remont fasady Sukiennic sa zrozumiale, ale dysonansem byla dla mnie reklama lodow Magnum, zawieszona przez dwa pietra jednej z kamienic Rynku na A-B. Mowilem moim krakowskim przyjaciolom, ze w Pradze w roku 1972 widzialem sowiecka czerwona gwiazde wiszaca przez dwa pietra miejskiego ratusza, a teraz w Krakowie, na Rynku, tez przez dwa pietra, widze dziewczyne zalotnie oblizujaca lody Magnum na patyku... Ale to zapewne jeden ze znakow czasow. W koncu pomyslalem sobie, ze gdy w latach 1820. wyburzono prawie cale krakowskie mury obronne, ludziom tez to sie nie podobalo, lecz byl to znak powaznych zmian w zyciu miasta. Moze wiec i teraz, toutes proportions gardées, owa dziewczyna z lodami Magnum, rowniez jest jakims znakiem nowego zycia Krakowa.

Byla juz mowa o piwie i lodach, to teraz o restauracjach. Restauracje w Krakowie sa wszedzie, duze i male, na ogol o pieknych wnetrzach, z przesmacznymi potrawami (ktorych alisci sprobowalem tylko trzy razy). Na samej ulicy Brackiej, przy ktorej mieszkalem, krotkiej w koncu, sa trzy male, bardzo gustownie urzadzone restauracyjki: "Guliwer", "C.K. Dezerter" i "Prowincja". Wyprobowalem dwie pierwsze, a w "Prowincji", gdzie ponoc bywa Milosz, pilem tylko piwo.




Autor przed restauracja "Guliwer" przy ul. Brackiej.
Krakow, 2002.   (fot. Ryszard Otreba)


Na Golebiej miejsce o pysznej nazwie: "Collegium Nalesnicum". Trzy restauracje pana Lozinskiego swoja sceneria i wystrojem zapieraja dech: "Pod Aniolami" na Grodzkiej we wspanialej piwnicy ozdobionej ludowymi rzezbami i przyborami gospodarstwa, "Zaulek Niewiernego Tomasza" i "Camelot", doslownie na ul. sw. Tomasza, oczarowuja starymi, malowanymi ludowymi meblami i kolekcja obrazkow Nikifora. Restauracji jest wielka rozmaitosc, nawet "Chlopskie Jadlo", gdzie karmia m. in. smalcem ze skwarkami. Podobno, w przeciwienstwie do sklepow, zadna restauracja w Krakowie jeszcze nie zbankrutowala. Kawiarnie tez sa piekne. Ladnie, w szlachetnym drewnie zrobione jest wejscie do "Europejskiej" w Rynku, odnowiony zostal "Noworolski" w Sukiennicach, nawet na mojej ulicy Kremerowskiej, w bok od Karmelickiej, ktos otworzyl gustowna kafejke "Marco Polo". W Rynku, kawiarnia "Maurizio", gdzie kiedys toczyla sie Smierc w kawiarni, jeden z wczesnych programow kabaretu "Piwnica pod Baranami", wrocila do pierwotnej swej nazwy "Redolfi".

Nic dziwnego, ze w piatki wieczorem z wygodnego i prawdziwie ekspresowego pociagu wysypuja sie warszawscy byznezmeni by w Krakowie spedzic weekend milo, smakowicie i o wiele taniej niz w Warszawie.


* * *


Chodze po Krakowie z moim Nikonem. Lapie sie na odczytywaniu nazw bocznych ulic, ktore przeciez kiedys doskonale pamietalem. Teraz, po 21 latach umknely mi z pamieci. Fotografuje miejsca i rzeczy niezwykle, wsrod nich drzwi klamki, pomniczki i wspanialy buk na Plantach, pozostalosci z czasow, ktore przezylem w tym miescie, miejsca, gdzie mieszkalem, bywalem. Niektore z nich zapewne znikna za niedlugo. Ot, nostalgia za miastem, ktore kocham. Na Kanoniczej wlasnie zeskrobuja brazowa farbe ze starych drzwi. Tych samych, ktore przed laty fotografowalem czarno-bialo. Teraz fotografuje je w prawie surowym drewnie. Pracujaca nad nimi kobieta pyta mnie w jakim kolorze byly one kiedys. Odpowiadam – czarne.




Fragment drzwi przy ul. Kanoniczej.
Krakow, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


Kino "Warszawa" nadal istnieje. Zlikwidowano natomiast kino "Wolnosc". Byc moze slusznie. Przypominam sobie, 40 lat temu, Staszek Golubiew bawil gosci zagadka "Co to jest wolnosc?" Ci definiowali ja rozmaicie, a Staszek konkludowal: – "Nie, wolnosc to nie jest to, to, ani to... To jest kino naprzeciw UB". Niektore definicje wolnosci podawane wowczas przez jego przyjaciol spelnily sie w Polsce. Staszek nie zyje od 1976 roku.

Bardzo milo wspominam fotograficzny "plener" na Wawelu z Leszkiem Dlugoszem w upalne letnie przedpoludnie. Jego plonem jest sporo dobrych zdjec Leszka. Dziedziniec wawelski jest cudowny.




Leszek Dlugosz na dziedzincu Wawelu.
Krakow, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


Po drodze, na Grodzkiej spotykamy Profesora Henryka Markiewicza. Pytam go co z jego synem, Ryszardem. I tu okrzyk towarzyszacego Profesorowi pana: "Tu jest!" Nie poznalem Ryska Markiewicza, mojego bliskiego przyjaciela i sasiada z lat siedemdziesiatych.

2 lipca Krysia Zachwatowicz-Wajdowa oprowadza mnie po Centrum Sztuki Japonskiej "Manggha" (juz filii Muzeum Narodowego w Krakowie), ktore powstalo z fundacji zainicjowanej przez Andrzeja Wajde i nia sama. Startowym kapitalem byla nagroda miasta Kyoto dla Andrzeja Wajdy, to Andrzej Wajda i Krystyna kwestowali w Japonii, zabiegali o dotacje rzadow japonskiego i polskiego. Naprzeciw Wawelu, po drugiej stronie Wisly, powstalo cos wspanialego, trwalego i jakze wartosciowego.




Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda
na tarasie Centrum Sztuki Japonskiej "Manggha".
Krakow, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


W towarzystwie Krysi obejrzalem ekspozycje drzeworytow Utagawa Hiroshige i kilkunastu obiektow sztuki japonskiej, przygotowywana na wizyte Cesarza Japonii, ktora miala nastapic za kilka dni. Kolekcja kolorowych, niezwykle misternych i ekspresyjnych drzeworytow Hiroshige, zebrana przez Feliksa Mangghe Jasienskiego, jest najwieksza w swiecie. Przed wizyta w Polsce, cesarz wyrazil specjalne zyczenie jej obejrzenia. Wszystko w Centrum krecilo sie wiec wokol wizyty cesarza, ale jeszcze zdazylem obejrzec poprzednia wystawe rysynkow Andrzeja Krauzego. Zarowno jego slynne karykatury ze stanu wojennego, jak i pozniejsze, rysowane w Anglii, glownie dla dla The Guardian. Niebywaly jest cykl jego rysunkow pt. "How it felt to be an artist under toalitarianism" ("Jak to sie czulo byc artysta w totalitaryzmie") z motywem pior do pisania – wygietych, zakopanych w piasku itd. Nieznany szerzej jest cykl bardzo ekspresyjnych ilustracji do Wyroku Franza Kafki, podpisanych cytatami z Kafki wybranymi przez Krauzego.

Wspominam z Krysia dawne czasy "Piwnicy pod Baranami" i moje fotografowanie w Piwnicy. W "Piwnicy pod Baranami" teraz nie bylem. Nie mialem po co chodzic tam po moich sladach. Tylko w poblizu wejscia do Palacu pod Baranami siedzi przy stoliku Piotr Skrzynecki. On i stolik z brazu, w jego z brazu dloni swieze kwiaty.




Fragment rzezby Piotra Skrzyneckiego.
Krakow, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


* * *


Obdarowany przez Krysie katalogiem kolekcji Mangghi i reprodukcjami ide przez most na Wisle na niedaleki Kazimierz. Kazimierz jest pieknie odnawiany. Ulica Szeroka prawie juz ukonczona. Troche, ale nie za duzo turystow, piwo Zywiec tez leje sie tu do pozna w noc. W gotyckiej Starej Synagodze (obecnie oddziale Muzeum Narodowego) wystawa fotografii i dokumentow dotyczacych krakowskich Zydow od poznego XIX wieku do drugiej wojny swiatowej. Odnowiona synagoga Remuh jest czynna jako swiatynia, przylegly stary zydowski cmentarz Remuh tez zostal odnowiony i uporzadkowany. Chodze po nim i fotografuje macewy i sarkofagi.




Jeden z sarkofagow i macewy na Cmentarzu Remuh.
Krakow, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


Wydaja mi sie inne niz przed laty, a fotografowalem tam duzo w poznych latach 1960. Teraz oklejone cementem, odczyszczone, wygladaja jakos mniej symboliczne niz te kiedys – pochylone, nadlamane, zarosle chwastami. Mniej krzycza o Zagladzie. Przy grobie Rabina Mojzesza Isserlesa (Remuh) i jego rodziny, w blaszanych szafkach zapalone swiece, czego w moich krakowskich czasach nie widzialem. Znak zycia Zydow. W odnowionej synagodze Ajzyka miesci sie muzeum; tu ogladnalem wstrzasajace dokumentalne filmy z krakowskiego Ghetta i jego likwidacji przez Niemcow w roku 1943. Niedaleko, przy ul, Rabina Meiselsa Centrum Kultury Zydowskiej. Synagoga Kupa, w ktorej, jak pamietam, w latach 1960-1970 byl sklad branzolu na podeszwy, juz tez odnowiona, ale jeszcze zamknieta. Zamknieta i jeszcze nie wyremontowana jest synagoga Wysoka; natknalem sie tylko na zdjecia z jej dawnego wnetrza. Na przyleglej uliczce Ciemnej luksusowy hotel Eden. To tez znak nowych czasow. Pamietam te uliczke z czasow kiedy z aparatem fotograficznym wloczylem sie po podworkach Kazimierza. Pamietam brudne, smierdzace kamienice; strach bylo tam chodzic nawet w bialy dzien. Teraz znow wchodze na takie podworko przy ul. Jozefa, niedaleko Galerii Szalom. Na tym podworku poczulem sie jak przed ponad trzydziestu laty...




Podworko przy ul. Jozefa.
Krakow, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


Obok hotelu Eden czterech malych chlopcow prosi mnie po zlotowce na lody za sfotografowanie ich. Daje im piataka.

Na krakowskim Kazimierzu zrobiono juz bardzo wiele, ale nadal wiele pozostaje do zrobienia, potrzeba funduszow, tocza sie spory o to, jaka czesc pieniedzy z budzetu na odnowienie Krakowa powinno sie przeznaczac na Kazimierz. Fundusze zagraniczne ponoc prawie nie wplywaja. Najwyrazniej jednak, odnowiony Kazimierz jest duma Krakowian. Jest to zrozumiale, jesli pamieta sie Kazimierz sprzed niewielu jeszcze lat.

Wracalem na Kazimierz jeszcze kilkakrotnie, nie tylko by fotografowac. 5 lipca, w szabasowy piatkowy wieczor poszedlem do synagogi Remuh na nabozenstwo ortodoksyjne, cale po hebrajsku. W pieknej synagodze bylo sporo ludzi, niektorzy z Krakowa, inni przyjezdni, w tym grupa mlodych ludzi z Izraela.

Na Szerokiej, w ksiegarni judaistycznej o bogatym wyborze ksiazek, kupilem album pt. I ciagle widze ich twarze, zaczerpnietym z wiersza Wyspianskiego. Jest to zbior starych zdjec Zydow, czesto rodzinnych, przechowanych przez ocalonych, znalezionych w ruinach ghett, w porzuconych mieszkaniach, jest kilkanascie zdjec z Zaglady. Niedawno, zdjecia te zostaly zebrane przez polsko-izraelsko-amerykanska fundacje. Trudno je tu opisywac, wiele jest absolutnie wstrzasajacych. Niektore z nich i ich podpisy moglyby uzasadnic dlaczego, wg mnie, poklejone macewy nie krzycza o Zagladzie.


* * *


Spotkania z dawnymi przyjaciolmi, dlugie rozmowy, czesto nostalgiczne. Widzielismy po sobie jak mija czas.

Wizyta u Marysi i Krzysztofa Fialkowskich, moich serdecznych przyjaciol. Krzysztof, razem z ktorym studiowalem fizyke, pokazuje mi zdjecie, ktorego nie pamietam i nie wiem kto i kiedy je zrobil. Na zdjeciu, czterech z nas, studentow fizyki, siedzi na lawce przy dawnym Collegium Physicum, najwyrazniej tuz po jakims egzaminie. Przypomina mi sie wiersz Leszka Dlugosza Ogladanie starych fotografii. Teraz ja co prawda nie wykrzyknalem "O Boze!", lecz spontanicznie mowie do Krzysztofa, "ale ja bylem ladny chlopak". I tak mijaja ludzi twarze... Krzysztof obdarowuje mnie swoimi Opowiesciami o neutrinach, z serdeczna dedykacja. Mysle, ze odnowilismy z Krzysztofem nasze dawne wiezi, rozluznione moim oddaleniem w Kanadzie.

Spotkanie z Adamem Strzalkowskim, moim Mistrzem, profesorem, promotorem i szefem z czasow mojej fizyki jadrowej w Krakowie, nadal czarujacym, blyskajacym intelektem. Otwarta, kilkugodzinna rozmowa dwoch przyjaciol, starszych juz panow.

Rozmowa z Tomkiem Maczuga o dawnych czasach wadowickich, wspomnienia o Tadeuszu Filipie.

Wizyta w "Weissowce" na Krupniczej i spotkanie z Zofia Weiss Nowina-Konopczyna, wnuczka Wojciecha Weissa. Cztery pokolenia Kobosow bywaly na Krupniczej 31. W willi Wojciecha Weissa bywal moj dziadek, Jozef Kobos, ktory robil tam drewniany wystroj – stolarz zaprzyjazniony z artysta. U Ireny Weissowej-Aneri bywal moj ojciec, zaprzyjazniony z nia. U Aneri i jej syna Stanislawa Weissa bywalem i ja. W roku 1947 Aneri namalowala w Wadowicach moj, nieco renoirowski portret; w rowno trzydziesci lat pozniej, na Krupniczej, 89-letnia Aneri namalowala portret mojego syna Piotra, ktorym to portretem w roku 1997 zachwycal sie znany artysta-malarz Stanislaw Fijalkowski. Teraz podczas wizyt w Krakowie ja odwiedzam tu Zofie. Choc wydaje sie, ze dla Zosi czas sie zatrzymal, to w tym domu tez juz nastal jakby inny czas. Wewnatrz willa zostala przebudowana na dwa niezalezne mieszkania, niektore obrazy Wojciecha Weissa przewieszone, niektore znalazly sie w krakowskim Muzeum Narodowym. Pokoj Aneri, w ktorym czesto bywalem, pozostal prawie takim, jakim go pamietam.

Niezwykle przyjacielskie spotkania z Ryszardem Otreba, slawnym grafikiem. Opowiada mi o okupacyjnej martyrologii swojej rodziny spod Pszczyny. Wspominamy Jana Kruga, jego profesora na Akademii Sztuk Pieknych w Krakowie, serdecznego przyjaciela mojego ojca, z ktorym ja za studenckich czasow niekiedy jadalem obiady w "Grandzie". Moj ojciec nie zyje od 1969 roku, Janek Krug od 1982, Ryszard jest juz na emeryturze. Czas nieublagany... Ryszard obdarowuje mnie swoja duza grafika z przyjacielska dedykacja.

Jak juz o malarstwie, to w Muzeum Narodowym obejrzalem monograficzna wystawe malarstwa Alfonsa Karpinskiego, pt. Sztuka mlodopolskich salonow. Wiele pieknych obrazow, szczegolnie portrety jego slicznej, mlodej zony. Jak po tylu innych pieknych damach w historii, zostaly po niej portrety. Dobrze, ze zostaly.




Alfons Karpinski: Portret zony, 1930.
Nuzeum Narodowe w Warszawie. (Krakow, 2002.)


Szkoda natomiast, ze przed Muzeum Narodowym nadal stoi pomnik Wyspianskiego wg projektu Mariana Koniecznego. Pupil partii, Konieczny poza konkursem otrzymal do realizacji ten pomnik, socrealistyczny w stylu. Wyspianskiemu nalezy sie od Krakowa lepszy pomnik, chociazby porownywalny w smaku ze swietnym pomnikiem Stefana Banacha, wielkiego matematyka, stojacym przed budynkiem Instytutow Fizyki i Matematyki Uniwersytetu Jagiellonskiego przy ul. Reymonta.

W Domu Polonii w Rynku, bylem na wernisazu wystawy fotografii Thomasa Styczynskiego pt. Niezwykly majestat przyrody. Krajobrazy Ameryki. Wspaniale zdjecia Amerykanina polskiego pochodzenia, wielkich formatow, znakomite technicznie, z duzych negatywow. Krajobrazy pustyni, lasow, drzew, gor, skal. Piekna i niezwykla jest Ameryka w obiektywie Toma Styczynskiego. W kilka dni pozniej spotkalem Toma na dziedzincu Collegium Maius. Wyszedl byl wlasnie z Muzeum Uniwersytetu Jagiellonskiego, swiezo po wysluchaniu historyjek o zakach. Powiedzialem mu, ze i ja studiowalem na tym uniwersytecie. Wtedy zapytal mnie, czy ja tez, jak owi zacy, w takim trudzie sie uczylem i zylem w celibacie...

W Collegium Maius obejrzalem wystawe o Marianie Smoluchowskim, wielkim polskim fizyku z poczatkow XX wieku. W obecnym indeksie cytowan jego prace figuruja jako najczesciej cytowane naukowe prace polskiego fizyka. Tu czas jakby sie zatrzymal. Niestety, dosyc mlodego jeszcze Smoluchowskiego zabila dezynteria w Krakowie w roku 1916. Bez watpienia, gdyby zyl dluzej, otrzymalby przed wojna nagrode Nobla z fizyki. Ci, ktorzy rozwineli jego idee, nagrode te otrzymali. Instytut Fizyki UJ nosi teraz imie Mariana Smoluchowskiego. Nie wiedzialem, ze Smoluchowski wspinal sie po gorach. W owych czasach po gorach chodzili wszyscy intelektualisci. On jednak nie tylko chodzil po Tatrach, ale dokonal kilku pierwszych trudnych wejsc w Alpach. Zadziwiajace, ile ciezaru ci wspinacze wtedy z soba nosili: kute zelazne haki, potezne mlotki i czekany, konopne liny.


* * *


4 lipca, akurat w jedynym ulewnym dniu, bylem w Warszawie. Pojechalem na wystawe "Orzel i Trzy Korony" w Zamku Krolewskim, wystawe "Polonikow" z muzeow przede wszytkim szwedzkich. Polonika nalezy tu rozumiec jako przedmioty w wiekszosci zrabowane przez Szwedow na ziemiach Polski podczas wojen szwedzko-polskich w XVII i XVIII wieku, przede wszystkim podczas "potopu". Powiem tylko, ze niezwyklych wrazen dostarczylo mi dokladne obejrzenie tzw. "Rulonu polskiego" ("Rolki sztokholmskiej") – akwarelowego reportazu z procesji slubnej Zygmunta III Wazy i Konstancji Austriaczki w roku 1605 w Krakowie; dawnych polskich sztandarow, listow krolewskich, zbroi Zygmunta Augusta i Wladyslawa IV (nie wystawiono zreszta mediolanskiej chlopiecej zbroi Wladyslawa IV z Livrustkammaren w Stockholmie). Na prosbe Krysi Zachwatowicz, pani Malgorzata Pleskaczynska z Zamku uprzejmie ulatwila mi zwiedzenie wystawy i obdarowala wspaniale wydanym, obszernym katalogiem tej wystawy. Z jej pomoca bezskutecznie usilowalem telefonicznie odszukac w Warszawie mojego kuzyna Jozefa Olszewskiego. Deszczowa Warszawa nie nacieszylem sie.


* * *


W sobote 6 lipca pojechalem do rodzinnych Wadowic. Tam uplyw czasu poczulem najdotkliwiej. Po wyjsciu z autobusu na nowym dworcu autobusowym, dopiero gdy dojrzalem duzy budynek mojej dawnej szkoly podstawowej, zorientowalem sie gdzie bylem. W kilka minut pozniej rozpoznal mnie pewien starszy pan, wspomnial moich rodzicow i powiedzial, ze czesc tej szkoly podstawowej teraz zajmuje jakas firma i studium komputerowe. Najpierw poszedlem na starannie utrzymany cmentarz, nad rodzinne groby, a potem, inna droga, mijajac dwa domy, w ktorych w dziecinstwie i wczesnej mlodosci bywalem u przyjaciol moich rodzicow, pp. Kornelakow i Frysztakow, zaszedlem na ulice Iwanskiego, pod dom (nr 24), w ktorym spedzilem dziecinstwo pomiedzy 2 a 10 rokiem zycia. Dom prawie niezmieniony, ta sama weranda i wejsciowa bramka, tylko wielki, stary dab u plotu wyciety. Jaka szkoda...




Dom dziecinstwa autora przy ul. Iwanskiego 24 w Wadowicach.
Wadowice, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


Z dziwna tesknota patrzylem przez siatke ogrodzenia na ogrod, z ktorego tyle jeszcze pamietam. Stamtad poszedlem na moja ulubiona Czumowke, pobliskie wzgorze, gdzie z ojcem chodzilem na spacery, lapalem motyle, zjezdzalem na sankach, potem fotografowalem Marysie H., a pozniej wierzby. Teraz fotografuje osty i polne kwiaty na lace, w nozdrzach mam tamten zapach macierzanki, ktora juz tu nie rosnie. Rozgladam sie dokola. W kierunku na poludnie niewiele zmian, widok na Leskowiec ten sam, tyle ze ogromny tzw. ogrod Daniela zostal zamieniony na ogrodki dzialkowe. Za to na polnoc, w kierunku, gdzie od roku 1953 przemieszkalem wiele lat, nieomal nie poznalem gdzie jestem. Stok Czumowki, w dole pola przed Choczenka a na horyzoncie Tomice, zabudowane zostaly willowymi domami. Wyrosla tam, dosc chaotycznie, nowa dzielnica. Trasa dawnych spacerow schodze nad Choczenke. I tak, jak poludniowy brzeg tego potoku (groznego podczas powodzi) jest zabudowany, to polnocny jest gesto zarosniety wysokimi lopianami, przez ktore doslownie przedzieram sie, fotografujac je przy tym.




Lopiany nad Choczenka.
Wadowice, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


Nieco dalej wzdluz brzegu znowu ogrodki dzialkowe, ogrodzone i starannie utrzymane. Na sciezce napotykam niezwykle wygladajacego czlowieka z kosa w rece. Pytam, czy moge go sfotografowac. – "Dlaczego?" – "Bo fajnie pan wyglada." Zgadza sie.




Mezczyzna napotkany nad Choczenka.
Wadowice, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


To niegdys byly pola od wschodu przylegajace do ogrodu i domu Tadeusza Filipa. Tu kilka slow wyjasnienia. Tadeusz Filip byl czlowiekiem, ktory w moich czasach gimnazjalnych nauczyl mnie angielskiego, ktory uksztaltowal mnie intelektualnie, rozbudzil u mnie zainteresowania literatura, sztuka i historia, ktoremu bardzo wiele zawdzieczam i od ktorego przejalem nawet pewne reakcje, na czym do dzis niekiedy sie lapie. Po poltorej czy dwoch godzinach lekcji angielskiego, zaczynalismy rozmowy o literaturze, sztuce, historii. Te nasze wieczory w papierosowym dymie, przy kawie, pozniej i przy koniaku, trwaly przez lata, ilekroc, bylem w Wadowicach, az do mojego wyjazdu z Polski w roku 1981. Potem Tadeusza juz nigdy nie zobaczylem. Zmarl w roku 1992.

I teraz, w roku 2002, dochodze pod dawny ogrod i dom Tadeusza. W miejsce plotu z zardzewialej siatki, widze wysoki, szczelny parkan z desek. Dom w przebudowie, od frontu zmieniono jego dawna, dosyc ciekawa architekture. Ide wzdluz tego parkanu w strone wejscia na bocznej scianie domu. I tu dostrzegam szyld na slupie, oznajmiajacy, ze teraz jest tu szkola jazdy samochodowej. Wokol domu szutrowa droga i tor jakby slalomu samochodowego, za domem obtluczony samochod. Po przeciwnej stronie ulicy Batorego wielka stacja benzynowa, na jednym z jej podjazdow stoi wielka ciezarowka z plandeka ze znajomym napisem "Kobenhavn". Stacja benzynowa to nic, ale obecny widok domu Tadeusza przywodzi mnie na jakies dno zalu.




Dawny dom Tadeusza Filipa przy ul. Batorego 25 w Wadowicach.
Wadowice, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


Wszak to bylo/jest miejsce, w ktorym ja zostalem uksztaltowany intelektualnie, gdzie na scianach wisialy stare sztychy a w stylowej serwantce czarowala bardzo stara porcelana, Tadeusz na starym petersburskim fortepianie gral Mozarta i Chopina. Tu przeciez musial zostac duch Tadeusza i jakas czesc mojego ja. Przychodzi mi na mysl Fortepian Szopena Norwida, ukochany przez Tadeusza, w roku 1949 temat jego ksiazkowego studium. Mysle o wyrzuconym fortepianie Chopina, brzmi mi koncowa fraza poematu: "Ideal siegnal bruku." W tym miejscu, w tym momencie uswiadomilem sobie dokladnie to – wpadlem w otchlan czasu. Kilka dni trwalo zanim pogodzilem sie z tym, ze przeciez zycie zmienia sie, ze ma swoje prawa, ze wlasciciele domow zmieniaja sie, ze inni ludzie maja inne potrzeby. Mysle, ze nigdy tu juz nie przyjde.

Przez dawna lake (jeszcze jedne ogrodki dzialkowe!) ide w strone dawnego naszego domu na Nadbrzeznej 11. Duze wglebienie w lace, nazywane "Dolina", gdzie w dziecinstwie z moim kuzynami Jurkiem i Mackiem Olszewskimi oraz z Jozkiem Lelkiem grywalem w pilke, teraz jest rowno zasypane i wlaczone w ogrodki dzialkowe, ktore odtad pewnie beda mnie straszyc po nocach.

Podchodze pod nasz dawny dom, teraz odnowiony nie do poznania, noszacy szyld firmy foto/video. Obecny wlasciciel poznaje mnie i uprzejmie zaprasza do sroda. Dostrzegam "Dziuple" – moja dawna ciemnie fotograficzna, teraz atelier video – przechodze przez moj dawny pokoj. I tu mile spotkanie pokolen. Mlody czlowiek, syn gospodarzy, siedzi przy komputerze i uczy sie. Studiuje chemie na Uniwersytecie Jagiellonskim. Mowie mu, ze w tym samym pokoju ja uczylem sie w czasach gimnazjalnych, a potem czesto w weekendy do egzaminow na tym samym uniwersytecie.

Niedaleko, na budynku przedszkola (do ktorego wybudowania tyle przyczynil sie moj ojciec), stojacym na skraju miejsca po okazalej XIX-wiecznej synagodze zburzonej przez Niemcow w roku 1940, odczytuje tablice ku pamieci wadowickich Zydow. Na jej odsloniecie w roku 1989 Papiez Jan Pawel II przyslal osobisty list, wspominajacy wadowickich Zydow swojej mlodosci i te synagoge.

Przechodze przez centrum Wadowic, to zmienilo sie najmniej, stalo sie schludne, choc nowe domy tu i tam raza innoscia a krzykliwe reklamy szpeca, kontrastuja z gustownymi reklamami w Krakowie. Wadowickiego rynku nie obejrzalem, trudno bylo nan wejsc, bo akurat konczyl sie tam wyscig kolarski. Spiker krzyczal cos z glosnikow, przedstawial miejskich oficjeli. Powital tez Zbigniewa Pietrzykowskiego, slynnego niegdys boksera, ktory tak dzielnie walczyl z Casiusem Clayem (Muhamedem Ali) na Olimpiadzie w Rzymie w roku 1960. Nie dojrzalem jednak nikogo, spieszylem na spotkanie z moimi kuzynami.

Wadowice sa miastem papieskim. Teraz podobno kilkanascie osob wypieka i sprzedaje "papieskie kremowki". Wystarczylo, by niedawno Papiez wspomnial kremowki swojej mlodosci z cukierni Liskow, zeby w Wadowicach ruszyl nowy przemysl kremowkowy, ktorego wypieki zapewne nic nie maja wspolnego z tamtymi kremowkami. Ulica wiodaca na cmentarz niegdys nazywala sie Tatrzanska. Nazwa ladna i wlasciwa, bo ulica ta wiodla w kieruku Tatr, odleglych o okolo 80 km. Pod komunizmem nazywala sie Emila Zegadlowicza, bo wiodla tez i w strone jego dawnego dworku w Czartaku, a sam Zegadlowicz nie byl komunistom nienawistny. Po komunizmie przez krotko byla znowu ulica Tatrzanska, a po wybudowaniu za cmentarzem ogromnego kosciola o nieco hiszpansko-kalifornijskiej architekturze (jako dziekczynne wotum za ocalenie Jana Pawla II po zamachu na niego), nadano jej pompatyczna nazwe Matki Boskiej Fatimskiej.

Na Placu Kosciuszki czekaja na mnie moi kuzyni, Jerzy Olszewski i Maciej Olszewski. Nie widzialem ich sporo lat. Czas nadgryzl i ich twarze. Jedziemy do Andrychowa, do nowego domu Macka. Tam znowu wspomnienia, wspomnienia... Maciek, jego zona Ala i dorosle dzieci, Kasia i Bartek, swietnie sobie radza, sa zupelnie wrosnieci w nowa Polske,. Jurek, sporo starszy od Macka, mniej. Z Jurkiem spedzamy pol nocy na bardzo osobistej, wzruszajacej rozmowie. Niegdys byl mi jak starszy brat, byl mi autorytetem, uczyl mnie zycia, wprowadzil mnie w fotografowanie. Laczylo nas bardzo wiele. Teraz nagle, w kilku godzinach, to wszystko wraca. Obaj jestesmy z tego szczesliwi. Nastepnego ranka Kasia odwozi Jurka do Bielska-Bialej; Jurek powaznie choruje, jedzie do szpitala. Zegnam sie z nim niezwykle serdecznie. W mglista niedziele Maciek obwozi mnie po pieknym krajobrazowo Beskidzie Zywieckim, wieczorem z Kasia Olszewska wracam do Krakowa.




Jerzy Olszewski.
Wadowice, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


* * *


Znowu ciesze sie Krakowem, fotografuje, spotykam sie z kilkorgiem ludzi, w tym z Joanna Olczak-Ronikier, znajoma sprzed lat, kronikarka "Piwnicy pod Baranami", teraz autorka znakomicie napisanych wspomnien W ogrodzie pamieci, nagrodzonych Nagroda "Nike" w roku 2002.

15 lipca wczesnym rankiem wyjezdzam z Krakowa tym samym autobusem Krakow-Oslo. Pod Swinoujsciem autobus tankuje paliwo na przydroznej stacji benzynowej. Chwila przerwy. Piekny wczesny wieczor. Na skraju przyleglego owsianego pola, dostrzegam czerwone maki. Fotografuje je w sloncu zbierajacym sie zachodzic. To moje ostatnie zdjecia z Polski. Na skraju luku teczy mojego zachwytu. Na pozegnanie cudownej, sentymentalnej podrozy w otchlan mojego czasu.




Mak.
Polska, 2002.   (fot. Andrzej Kobos)


* * *


Wielu ludzi bardzo istotnie, choc w rozny sposob, przyczynilo sie do cudownosci tej mojej podrozy. Nade wszystkim Barbara i Leszek Dlugoszowie i Rafal Dymarz. Nadto, Barbara Kobos-Kaminska – moja zona, Jerzy, Maciej, Alicja i Katarzyna Olszewscy, Krystyna Zachwatowicz, Maria i Krzysztof Fialkowscy, Ryszard Otreba, Adam Strzalkowki, Zofia Weiss, Adam Czapla. Wszystkim Im bardzo serdecznie dziekuje.


sierpien 2002





Wspomnieniowy tekst i fotografie Andrzeja Kobosa zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2002 Zwoje