W pazdzierniku 1996 roku nagralem z Gustawem Herlingiem-Grudzinskim kilka rozmow w Neapolu, ktore w przyszlosci mialy sie zlozyc na jego wspomnienia. Pisarz chcial, abym jego odpowiedziom nadal forme monologu, a powtorzenia usunal, tak aby calosc byla jego opowiescia o latach dziecinstwa i studiow, pobycie w lagrze i w armii gen. Andersa, czy wreszcie o latach spedzonych na emigracji w Rzymie, Londynie, Monachium i Neapolu.

Poniewaz bylem wowczas zajety opracowywaniem kolejnych tomow Pism zebranych Herlinga (SW Czytelnik, t. 1-11, t. 12 w druku), dokonczenie wspomnien w porozumieniu z autorem odlozylem na pozniej. Liczylem rowniez na to, ze bede mogl zapytac jeszcze pisarza o rozmaite sprawy i jego opowiesc uzupelnic. Zaluje, ze nie zdazylem tego zrobic i ze autor Innego Swiata nie mogl tekstu przeczytac i zaakceptowac. Jego smierc 4 lipca 2000 to uniemozliwila. Mimo to uwazam wspomnienia Gustawa Herlinga-Grudzinskiego za bardzo wazny dokument, ktory koniecznie powinien byc opublikowany. Zonie pisarza Lidii Herling-Croce, corce Marcie Herling oraz synowi Benedetto Herlingowi serdecznie dziekuje za zgode na publikacje.

Zdzislaw Kudelski

*

Teksty obu czesci wspomnien Gustawa Herlinga Grudzinskiego i wszystkie fotografie do publikacji w Zwojach otrzymalem od Dr Zdzislawa Kudelskiego. Serdecznie Mu za to dziekuje.

Teksty te sa tylko czescia wspomnien Gustawa Herlinga-Grudzinskiego nagranych przez Zdzislawa Kudelskiego. Calosc, obecnie przygotowywana do wydania ksiazkowego, zajmie okolo 70 stron druku.

Andrzej Kobos






WSPOMNIENIA





GUSTAW   HERLING-GRUDZINSKI

Nagral i opracowal   Zdzislaw Kudelski




Chlopiec z Kielecczyzny


*

Urodzilem sie 20 maja 1919 roku w Kielcach jako czwarte dziecko Jozefa i Doroty z Bryczkowskich. Moja rodzina byla pochodzenia zydowskiego, nieslychanie patriotyczna, z tego co pamietam. Drugi czlon mojego nazwiska Grudzinski, jak glosila fama rodzinna, byl rezultatem faktu, ze moj pradziadek czy prapradziadek byl w oddzialach Czachowskiego w lasach kieleckich w czasie powstania styczniowego. Tam mu to drugie nazwisko nadano. Ale ja nigdy nie natrafilem na zadne slady czy dowody tego twierdzenia, tak ze musze to uznac za legende, za cos w rodzaju rodzinnego mitu.

Kiedy sie urodzilem, ojciec moj byl wlascicielem niewielkiego majatku w Skrzelczycach w okolicach Buska, ktory zawsze potem, w nastepnych juz latach mojego dziecinstwa byl przedmiotem opowiadan... o ich jakiejs niezwyklej obfitosci. Wszystko tam bylo jakoby wielkie, ogromne, niezwykle. Grzyby, przez ktore nie mozna bylo przejsc czy przeskoczyc, ryby kilkukilowe. To byla legenda, czesto sie o tym mowilo, o tych skrzelczyckich obfitosciach i o niezwyklym zupelnie bogactwie tego majateczku. Przeczyloby temu to, ze jednak ojciec wkrotce po moim urodzeniu sie sprzedal te Skrzelczyce tak wspaniale i zakupil mlyn w Suchedniowie, do ktorego o wiele, o wiele pozniej, krotko przed wojna dobudowal maly tartak. I to byla baza naszego zycia.



Ojciec Gustawa – Jozef Herling-Grudzinski (1872-1943)
z corka Eugenia (siedzi), synem Maurycym i kuzynka.
(Archiwum rodzinne Gustawa Herlinga-Grudzinskiego w Neapolu)


Matka Gustawa –
Dorota z Bryczkowskich Herling-Grudzinska (1880-1932).
(Archiwum rodzinne Gustawa Herlinga-Grudzinskiego w Neapolu)


*

Zamieszkalem z matka w Kielcach na ulicy Sienkiewicza. Starsza para rodzenstwa, moj brat Maurycy i siostra Eugenia, juz studiowali w Warszawie. Ja nalezalem do drugiej, mlodszej pary: siostra Lucja starsza ode mnie o cztery lata zmarla w 1994 roku. W wieku dziesieciu lat zapisany zostalem do gimnazjum podowczas imienia Mikolaja Reja, a w rok potem Stefana Zeromskiego. To bylo gimnazjum, w ktorym ksztalcil sie autor Syzyfowych prac i pamietam z tych lat swego rodzaju manie wsrod mlodziezy, zwlaszcza kieleckiej, poszukiwania sladow po Zeromskim. Istnial kult... Nie byl to moze kult czytelnikow ksiazek Zeromskiego, ale kult wielkiego czlowieka, ktory w tych wlasnie murach sie ksztalcil. Wynajdywano najrozmaitsze drobiazgi, niektore zabawne, niektore mniej, swiadczace o tej jego obecnosci. Krazyly legendy, ze jeszcze gdzies w podziemiach sa stare lawki szkolne z pulpitami, na ktorych Zeromski wypisal swoje nazwisko. Ja tylko widzialem przed wojna w kapliczce na Swietej Katarzynie ten slynny napis zasloniety szkielkiem: "Stefan Zeromski, uczen klasy II".

Z zabawniejszych epizodow pobytu w Kielcach Zeromskiego pamietam, ze natrafilem na sprzedawce uzywanych ksiazek, sciagaczek i brykow, ktory nosil dosyc niezwykle nazwisko Icek Chitler. On mi opowiadal, ze w swoim czasie maturalne sciagaczki, dla zarobku oczywiscie, dostarczal mu Zeromski, tak samo jak ja pozniej.

*

W Klerykowie, Lzawcu, jak czesto Zeromski nazywal Kielce, byla taka pani niezwykla, starsza juz wtedy, ktora czesto wychodzila na spacer na glownej ulicy w jakiejs przestarzalej, zuzytej szacie, w bardzo gestej woalce na twarzy, czesto z mufka (ktora juz w ogole jest dzisiaj nieznana), nawet jezeli pogoda tego nie wymagala. Jednym slowem, bardzo staroswiecka i starodawna pani. Uchodzila za pierwowzor Biruty z Syzyfowych prac. Uczniowie zwykli byli na spotkanie zdejmowac czapki i klaniac sie jej, podtrzymujac mit, ze to jest Biruta. Opowiadam te drobiazgi po prostu dlatego, ze one swiadcza, jak dalece kult Zeromskiego istnial w Kielcach.

Ja tez go podtrzymywalem, moze nawet bardziej niz moi koledzy, bo nalezalem do tych mniej juz licznych uczniow gimnazjum, ktorzy Zeromskiego bardzo pilnie czytali. I w jakims stopniu naleze jeszcze dzisiaj w moim niemlodym wieku siedemdziesieciu siedmiu lat do tzw. Zeromszczykow, ktorych jest coraz mniej. Moglbym tylko z moich najblizszych wymienic Jerzego Giedroycia, Lidie Ciolkoszowa, ktora pisala w Krakowie prace doktorska z polonistyki o Zeromskim i pozostala do dzis jego ogromna wielbicielka, i Juliusza Poniatowskiego, ostatniego ministra rolnictwa przed wojna. Zeromszczykow jest coraz mniej i w czasie mojego pobytu w Kielcach, w czasie pierwszej podrozy do Polski, jak rowniez z opowiadan mojej znajomej polonistki z Kielc Ireny Furnal wiem, ze Zeromski nie jest chetnie czytany. I moge to nawet zrozumiec. To jest juz typ literatury bardzo przestarzalej, nie tylko w sensie merytorycznym, tresci, ale takze w sensie jezykowym. On pisal stylem nieslychanie patetycznym, ktory juz dzisiaj wyszedl z uzycia i mlodzi ludzie wlasciwie nie moga, albo nie chca go czytac.

Ja pozostalem wierny tej tradycji zeromszczykowskiej, ale tez bardzo zredukowalem liste moich ulubionych ksiazek do niewielu tytulow. Bardzo lubie Syzyfowe prace, opowiesc o gimnazjalnych latach Zeromskiego w Kielcach, uwazam za sliczna jego nowele czy krotka powiesc Wierna rzeka i drobiazgi takie jak Echa lesne, ktore mi sie szalenie podobaja. Natomiast te wielkie jego powiesci, stawiajace problemy, tez juz sa dla mnie niestrawne. Nawet moglbym sobie zrobic komplement, ze jestem z mlodymi pod tym wzgledem, mimo mojego wieku. To jest juz problematyka, ktora wlasciwie Zeromski stawial w sposob dzisiaj nie do przyjecia, egzaltowany, przesadny. Wystarczy powiedziec, ze ta historia, ktora znamy z Ludzi bezdomnych, historia poswiecenia doktora Judyma, jest naprawde przesadna. Dzisiaj juz wlasnie nie mozna sobie wyobrazic takiego doktora Judyma. I to po prostu wyszlo z obiegu, wyszlo z mody.

*

Ksiazki Zeromskiego sa kontrowersyjne. Niedawno przeczytalem na nowo, po wielu, wielu latach jego slynna powiesc Przedwiosnie. Bylem proszony przez jedno z wydawnictw emigracyjnych o napisanie przedmowy. Z jakichs tam wzgledow nie doszlo do tego, ale przeczytalem ksiazke i wlasciwie, szczerze mowiac, bylem nia przerazony. To jest ten Zeromski, ktory byl atakowany jako prawie komunista, ale to jest tez ten Zeromski, ktory wlasciwie umknal mojej uwadze, kiedy bylem malym chlopcem i jego ksiazke czytalem z wypiekami na twarzy. To jest Zeromski opisujacy z jakims niezwyklym smakiem wszystkie horrory rewolucji rosyjskiej i ktory wlasciwie nie potrafi uzasadnic epilogu koncowego, tego marszu na Belweder. Moze dlatego, ze juz jestem stary, ale czytajac te ksiazke jestem raczej po stronie panstwowca Gajowca, a nie Baryki. Uwazam, ze to jest ksiazka dziwna, jakkolwiek oczywiscie jestem gwaltownym przeciwnikiem tego, co mi opowiadano w Polsce, ze po upadku komunizmu w niektorych miejscowosciach zmieniano ulice Zeromskiego ze wzgledu na Przedwiosnie. W oczach tych, ktorzy to robili, Zeromski juz wlasciwie uchodzil za pisarza komunistycznego prawie, co jest oczywiscie nonsensem.

Zeromski byl niewatpliwie bardzo wybitnym pisarzem, nieslychanie zmyslowym w zyciu, o tym wiemy z rozmaitych opowiesci. Bardzo sie w tym wyzywal. Pamietam, ze w Przedwiosniu bardzo mnie poruszaly sceny czy aluzje do scen erotycznych. Po tylu, tylu latach pamietam doskonale jedna z nich, kiedy Baryka jako uczen gdzies na prowincji, zaproszony przez dziedziczke do jakiegos majateczku, nawiazuje z nia romans i wyprawia sie do niej w nocy. Do dzis pamietam ten przypis petitem na dole: "Pruderia autora i gleboki szacunek wobec pruderii czytelnika (-czki), a nade wszystko czolobitnosc wobec superpruderii krytyka, nie pozwala na przytoczenie szczegolow i perypetii tego wieczora, ktore sie dokonaly w zamknietym na klucz pokoju pani Laury".

To jest o tyle smieszne i pouczajace dla pruderyjnych moralistow, ze ten dopisek petitem rozpetal moja wyobraznie o wiele bardziej, niz gdybym byl czytal dokladny opis tej nocy. Bez przerwy krazylem wokol tego, co sie za tym dopiskiem kryje. Ale to jest dygresja.

*

Jedna rzecz niewatpliwie byla silna, jezeli chodzi o wplyw Zeromskiego w moich latach szkolnych, mianowicie wyczulenie na problematyke spoleczna i narodowa, ale – podkreslam – szczegolnie spoleczna. On byl na to nieslychanie wrazliwy. Byl niewatpliwie tym "sercem nienasyconym", jak go nazwal jego monograf, profesor Stanislaw Adamczewski i w niektorych przynajmniej uczniach obudzil te wielka wrazliwosc na zagadnienia spoleczne. Stad sie tez bierze krotki epizod w moim zyciu, dosyc niezwykly. To byla klasa szosta prawdopodobnie albo piata, czyli pietnascie – szesnascie lat, kiedy otarlem sie o grupe mlodziezy, ktora, nie powiem, ze byla komunistyczna, ale interesowala sie tym, szukala jakiejs drogi. To trwalo u mnie krotko, zreszta skonczylo sie skandalem. Cala grupe rozpedzila czy nawet zatrzymala na dzien lub na dwa policja kielecka. Mialem w zwiazku z tym wielkie klopoty w szkole, ktore jednak udalo sie przezwyciezyc.

Przed wojna polska prowincja byla czyms zupelnie odmiennym od zycia w wielkich miastach. Glownym powodem oskarzenia mnie, jezeli mozna to tak nazywac, byl fakt, ze ja w najwiekszym kiosku na ul. Sienkiewicza kupowalem regularnie pisma lewicowe takie jak Lewar i Lewy Tor, ktore byly dozwolone. Ten kiosk byl pod okiem tak zwanego tajniaka, ktory stal po drugiej stronie ulicy i przygladal sie, kto co kupuje. No wiec, to jest naprawde smieszne – pisma byly dozwolone, swiadczy to zreszta ladnie o wladzach, ktore dopuszczaly je do obiegu. Na malej prowincji fakt, ze jakis uczniak przychodzi i kupuje te pisma, byl juz w pewnym sensie rzecza obciazajaca. Mialem rewizje na stancji, gdzie mieszkalem w Kielcach, ale akurat wtedy bylem po raz pierwszy w zyciu w Warszawie u mojego starszego brata, adwokata. W czasie rewizji oczywiscie niczego nie znaleziono. Jednym slowem byla to przygoda dosyc przykra. Zawieszono mnie na jakis czas w prawach ucznia. Wszystko to jednak zostalo w koncu zalatwione i moglem kontynuowac nauke az do matury.

*

Jako trzynastoletni chlopiec stracilem matke i wlasnie wtedy zamieszkalem na stancji. Ojciec mieszkal w Suchedniowie. Trwalo to dosyc krotko, ten pobyt na stancji, rzecz okazala sie zbyt kosztowna, tak ze i ja pojechalem do Suchedniowa. Wtedy rozpoczal sie dla mnie bardzo ciezki okres. To bylo chyba od szesnastego czy pietnastego roku zycia az do matury. Z Suchedniowa dojezdzalem do szkoly do Kielc. Musialem o wpol do szostej rano pedzic lasem na stacje w Suchedniowie, potem godzina pociagiem, zeby zdazyc na poczatek lekcji o godzinie osmej rano. Gdy wracalem wieczorem, to juz bylem niezdolny w ogole do odrabiania lekcji, tylko walilem sie na kozetke i zasypialem.

*

Kielce sa tez dla mnie miastem laczacym sie ze wspomnieniami natury sentymentalnej. Zycie mlodziezy szkolnej, w kazdym zreszta miejscu, nie tylko w Kielcach, podkochiwanie sie w ladnych dziewczynach... Pamietam, ze bylo pare bardzo pieknych dziewczyn, ktore pochodzily z rodzin rosyjskich rozmaitych urzednikow z okresu zaboru. Pamietam taka Natasze, ktora niestety niezbyt sie mna interesowala, natomiast interesowala sie moim kolega. Nie powiem jego nazwiska, bo jeszcze, zdaje sie, zyje. Juz w tak mlodym wieku byla jego przyjaciolka, szalenie mu zazdroscilem, to byla piekna dziewczyna.

Podkochiwalem sie tez w takiej Rosjance, ktora sie nazywala Lala. Mieszka w Gdansku i nawet sie do mnie ostatnio odezwala telefonicznie. Byla narzeczona naszej slawy literackiej w Kielcach, mianowicie poety Adolfa Sowinskiego. On byl juz autorem wierszy drukowanych w Skamandrze i Wiadomosciach Literackich, a po wojnie napisal ksiazke biograficzna o latach szkolnych Zeromskiego. Z Sowinskim zetknalem sie po latach. On w koncu pozostal za granica, zwiazal sie z jakas pania w Wiedniu. Znal zreszta znakomicie niemiecki i tlumaczyl poezje niemiecka i, jak mi opowiadano, tak straszliwie tesknil do Polski, ze wlasciwie w pewnym sensie umarl z nostalgii. Od samego rana otwieral radio na programy z Warszawy i tak siedzial godzinami przy tym radiu, pijac wodke. Zetknalem sie z nim w Neapolu, ale wiem tez o nim troche od Jerzego Stempowskiego, ktory go odwiedzil w Wiedniu.

*

Inna strone mojego zycia opisal moj przyjaciel, niezyjacy juz — umarl dwa lata temu — adwokat Franciszek Zygula, ktorego w 1991 roku widzialem na uroczystosci przyznania mi honorowego obywatelstwa Kielc. W ksiazce, ktora wyszla z sesji w Kielcach o moim pisarstwie, napisal osobiste wspomnienie o naszych stosunkach. To jest dla mnie wzruszajace, bo on kladzie nacisk na okres, w ktorym mlodzi chlopcy juz sie interesowali nawet w inny sposob kobietami, chodzili na ul.

Starowarszawska czy Nowowarszawska, gdzie mozna bylo znalezc dziewczynki lekkiego prowadzenia. I on podkreslal jedna rzecz, ktora mi sprawia pewna przyjemnosc, ze ja wobec tych pan — ktore na ogol byly calkowicie ignorowane na ulicy przez tych swoich nocnych przyjaciol, a moich kolegow — bylem dosc szarmancki. Ja im sie zawsze bardzo pieknie klanialem. Nigdy tego nie ukrywalem i to byl w mlodym wieku ladny gest, prawda, bo moi koledzy odwracali glowy czy przechodzili na druga strone ulicy, zeby, bron Boze, nie padlo na nich podejrzenie, ze utrzymuja stosunki z dziewczetami lekkiego prowadzenia sie.

*

W gimnazjum mialem jeszcze blizszego przyjaciela, ktory sie nazywal Jerzy Glowania. To byl moj naprawde serdeczny przyjaciel. Bardzo go kochalem. Po wojnie nawiazalismy kontakt. Dowiedzial sie, gdzie jestem, odezwal sie do mnie, myslalem, ze ten kontakt dlugo potrwa, ale niestety zginal w wypadku samochodowym. Z Glowania zaczalem uprawiac, ze tak powiem, moja mlodziencza tworczosc pisarska, bo on tez mial zainteresowania literackie, tak jak ja. Pamietam doskonale, ze napisalismy razem dialog o glosnej podowczas powiesci Zofii Nalkowskiej Granica. Sklonnosci pisarskie rzeczywiscie mialem od najmlodszych lat...




Klasowa wycieczka do Wieliczki, 11 pazdziernika 1935.
Gustaw Herling-Grudzinski w dolnym rzedzie, pierwszy z lewej.
(Ze zbiorow Ireny Furnal z Kielc.)


Bylem albo prymusem, albo w kazdym badz razie jednym z prymusow w nauce jezyka polskiego, gdzie najwazniejsza rzecza byla umiejetnosc pisania dlugich wypracowan – wedlug mnie rzecz wychowawczo okropna. Pobyt w Anglii przekonal mnie, ze to jest zupelny nonsens i powod wpedzania Polakow w wodolejstwo. Dostaje sie wyzszy stopien za dlugosc wypracowania, a nie za jego tresc czy wartosc. W Anglii, jak sie uczylem jezyka angielskiego w Londynie, przekonalem sie, ze jest wrecz odwrotnie, im krotsza byla wypowiedz na zadany temat, tym wyzszy stopien. Artykuly wstepne w gazetach angielskich czy tez wypowiedz w czasie publicznej debaty — ograniczana zawsze do pieciu minut przez przewodniczacego — byly po prostu wzorem jasnosci. Anglicy slyna z tego, ze potrafia tak dobrze i krotko sformulowac to, co maja do powiedzenia. Uwazam te metode wychowawcza za o wiele lepsza. No, ale takie byly te szkoly. Poza tymi wypracowaniami slynnymi, w ktorych celowalem, pamietam tez, ze musielismy sie nauczyc na pamiec broszurki Ignacego Chrzanowskiego "Za co powinnismy kochac Pana Tadeusza", ktory i mnie, i moim kolegom obrzydzil Mickiewicza na pare lat. Dopiero potem go odkrylem, wiec to tez jest taka typowa rzecz owczesnych szkol. W kazdym razie, zaczalem juz wtedy pisac.

*

Pisywalem w takim szkolnym pisemku kieleckim, ktore sie nazywalo Mlodzi ida, ale tez juz zaczalem pisywac do ogolnopolskiego pisma mlodziezowego Kuznia Mlodych, ktore wychodzilo w Warszawie, i ktore skupialo dosyc utalentowanych uczniow z calej Polski. Tam byl pozniejszy ksiadz Jan Twardowski, Kazimierz Brandys, o ile pamietam, Ryszard Matuszewski, Jan Kott i tak dalej, i tak dalej... Wiec to juz byl wielki honor moc drukowac w Kuzni Mlodych, to bylo jak wejscie do przedpokoju literackiego. W kazdym razie mialem juz silne aspiracje do pisania i wiedzialem, ze zaraz po ukonczeniu gimnazjum zapisze sie na polonistyke. Wbrew woli mojego ojca, ktory chcial, zebym sie zapisal do Szkoly Glownej Gospodarstwa Wiejskiego, bo sadzil, ze ktos musi objac mlyn z duzym kawalkiem ziemi, ze stawem. Bardzo tego chcial. Ja sie nie zgodzilem, wiec nasze stosunki, i tak juz zle od dawna, jeszcze bardziej sie pogorszyly. Jako dziecko bylem bardzo przywiazany do mojej matki a nie do ojca.

Moi rodzice nie mieli wyzszego wyksztalcenia. Jak wspominam ojca, to pamietam tylko, ze on, pracujac bardzo ciezko, czasem tylko szybko czytal gazete. Jezeli chodzi o moja matke, to jej aspiracje kulturalne wlasciwie ograniczaly sie tylko do kina. Byla nalogowa kinomanka i do dzis jeszcze pamietam, ze czesto mnie zostawiala samego w domu i pedzila do kina, a potem wracala zalana lzami, bo to byla epoka, w ktorej filmy byly nieslychanie sentymentalne i dramatyczne i wyciskaly bardzo latwo lzy. Pamietam np., ze ogladala chyba cztery razy film Pozegnanie z bronia z tej slynnej powiesci Hemingwaya i rzeczywiscie tonela we lzach za kazdym razem.

*

Fascynacja Kielecczyzna to na pewno nie byla fascynacja samym miastem Kielcami. Dosyc mnie, szczerze mowiac, brzydzilo, tak zreszta jak Zeromskiego, ktory nazywal Kielce Klerykowem, lzawcem. To byla fascynacja Swietokrzyzczyzna i dlatego tak sie nazywal moj pierwszy w ogole wystep pisarski w Kuzni Mlodych – „Swietokrzyzczyzna”. To byla Swieta Katarzyna, Swiety Krzyz, Nowa Slupia i okolice Zeromskiego, m.in. wies Ciekoty, skad on wyszedl w swiat. To przepiekny rejon, z tym, ze ze smutkiem widze z gazet, ze marnieje. Czytalem ostatnio i widzialem fotografie tej wspanialej Puszczy Jodlowej, ktorej Zeromski poswiecil bardzo ladny szkic. Z jakichs powodow, ktore nie sa dla mnie jasne, Puszcza Jodlowa po prostu umiera. Widac opadajace na siebie drzewa. Ktos mowil o wplywach anten, ktore tam zostaly ustawione, ale ja nie bardzo w to wierze, zeby antena mogla tak podzialac na wspanialy drzewostan. To byly stare, piekne jodly. Jest jakis powod. To jest straszny widok, jak te drzewa upadaja jedne na drugie. Druga moja fascynacja jest Suchedniow, gdzie wlasciwie od smierci mojej matki roslem, az do wyjazdu do Warszawy. To jest fascynacja stawem (bylem namietnym wedkarzem i dobrym plywakiem), grobla, ktore juz nie istnieja, lasami dookola. Michniow z jednej strony, Baranow z drugiej strony, to jest to wspomnienie moje z Kielecczyzny. Jezeli czasem przymykam oczy i wspominam okres dziecinstwa i wczesnej mlodosci, to sa te obrazy, ktore mi przed oczami stoja. Wlasnie Swietkorzyzczyzna i Suchedniow. Rzadko bardzo wspominam Kielce i bez specjalnego entuzjazmu, wlasciwie tylko jedno miejsce w Kielcach mnie pociaga, to jest ten park miejski z okraglym stawem, z alejkami ciemnymi. To bylo miejsce naszych schadzek i tzw. randek z dziewczetami, z kolezankami, wiec takie rzeczy zawsze zostaja w pamieci i pozostawiaja przyjemny osad. Jak bylem w 1991 roku w Kielcach, to od razu poprosilem, zeby mnie tam zawieziono.

*

Do okresu kieleckiego wlasciwie niewiele moglbym dodac, z wyjatkiem jednej rzeczy: czesto nazwa sama – Kielce – wywoluje skojarzenie z pogromem kieleckim. Ja sie zgadzam, bo sa na to dowody, ze to byla prowokacja sowiecko-ubecka. Jest zreszta historyk nazwiskiem Checinski, ktory wyjechal z Polski i mieszka w Izraelu i ktory napisal szkic historyczny dowodzacy, ze to byla prowokacja. Rozmawialem rowniez na ten temat z moim mlodszym kolega z tych stron, pisarzem Krzysztofem Kakolewskim. Jak sie okazalo w czasie naszego spotkania, on pamietal mnie z Suchedniowa, bo mieszkal tam, pamietal nawet moja wizyte w ich domu. Bylem od niego starszy o jakies siedem czy osiem lat, a mimo to nieslychanie powaznie z nim rozmawialem. Wedlug niego, bylem pierwszym czlowiekiem, ktory go bardzo powaznie potraktowal, tak ze to mu zostalo w pamieci.

Wiec kiedy z nim rozmawialem na ten temat — a on ksiazke wtedy pisal o pogromie kieleckim — stal na stanowisku, ze to byla prowokacja. Wiemy od rozmaitych historykow, ze to byla prowokacja z rozmaitych powodow, w ktore nie bede tutaj wnikal. Ale pozostaje zawsze to, o czym powiedzialem Kakolewskiemu: "Prowokacje udaja sie tylko wtedy, kiedy trafiaja na podatny grunt" i to jest ten problem, przed ktorym sie staje. Ktos, kto ogladal, jak ja, krotki film Marcela Lozinskiego o tym, czuje, ze to jest sprawa, ktorej nie zalatwia teza o prowokacji. Po prostu ta prowokacja chwycila, to znaczy bardzo duzo ludzi, kielczan, bralo w tej sprawie udzial z jakas bardzo swoista satysfakcja. Jak gdyby chcieli tego.

Ci, ktorzy organizowali te prowokacje, prawdopodobnie wiedzieli, ze trafia na bardzo podatny grunt.


Pierwodruk:   RzeczpospolitaPlus-Minus nr 500, 27-28 lipca 2002.








Miedzy Villa Tritone a Neapolem



*
Konczy sie pobyt na Bliskim Wschodzie. Pod koniec 1943 roku z Aleksandrii w Egipcie wyplywamy do Wloch i doslownie w Wigilie Bozego Narodzenia dobijamy do Tarentu. Czuje sie zle, mierze sobie goraczke i okazuje sie, ze mam przeszlo 40 stopni. Zawieziono mnie do szpitala angielskiego, blisko zreszta, miedzy Neapolem i Salerno. Znalem troche angielski, tutaj dodam na marginesie, ze ja sie uczylem jezykow, mozna powiedziec - w marszu. W Rosji nauczylem sie wzglednie dobrze rosyjskiego w wiezieniach i w obozach, potem w wojsku byly kursy angielskiego, wiec troche sie nauczylem angielskiego, a potem we Wloszech - wloskiego. W kazdym razie znalem na tyle angielski, ze moglem sie w tamtym szpitalu porozumiec. Prawdopodobnie to byl tyfus, moje lozko stalo za parawanem, na ktorym bylo napisane typhoid? - ze znakiem zapytania. Bardzo mnie ta choroba wymeczyla. Jak juz stanalem na nogach, zostalem zawieziony do obozu rekonwalescentow w Sorrento.

Bylem tam trzy tygodnie, o ile pamietam, i ktoregos dnia ktos mi pokazal z daleka bardzo pieknie wygladajaca wille, ktora nazywala sie Villa Tritone i powiedzial mi, ze tam zostala umieszczona rodzina filozofa wloskiego Benedetto Croce. Istniala grozba, ze Niemcy zabiora Crocego jako zakladnika, dlatego razem z rodzina zostal wywieziony z Neapolu przez angielska tajna sluzbe Intelligence Service, najpierw na Capri, a potem do Sorrento.

Przed wojna interesowalem sie Benedetto Crocem jako filozofem i pisarzem. Pamietam, ze sledzilem z zapartym tchem polemike dwoch wybitnych uczonych polskich, z ktorych jeden byl zwolennikiem Crocego - profesor Waclaw Borowy, a drugi jego gwaltownym przeciwnikiem - profesor Henryk Elzenberg. Nawet przypominam sobie artykul Elzenberga w Pionie pod tytulem "Zly estetyk i jego slawa". Croce byl bardzo czytany, przez pewne kregi oczywiscie. Wyszla o nim ksiazka profesora Maurycego Manna w Krakowie i ja sie tym interesowalem na marginesie moich zasadniczych prac na polonistyce. Pamietam - to tez jest charakterystyczne - ze jak po klesce wrzesniowej pojechalem do domu do Suchedniowa i bylem w strasznej depresji psychicznej, zabralem sie do tlumaczenia szkicu Crocego o poezji Heinricha Kleista, zeby po prostu nie siedziec tak bez przerwy i dumac.

Jak sie dowiedzialem, ze Croce mieszka w Villi Tritone, poprosilem kogos o zaprowadzenie mnie do tej willi. Croce mnie przyjal nieslychanie serdecznie, choc rozmowa trwala bardzo krotko, chocby i z tego wzgledu, ze moja wloszczyzna byla jeszcze bardzo licha. Ode mnie sie dowiedzial o swoich losach w Polsce. Nic nie wiedzial ani o tej ksiazce, ani o sporach o niego. Potem przedstawil mnie swoim corkom, miedzy innymi mojej obecnej zonie Lidii. I co bylo bardzo wzruszajace, powiedzial mi: niech Pan traktuje ten dom jako dom otwarty. Wiem, jak ciezko jest ludziom w mundurach wojskowych wytrwac w oddali od swoich rodzin. Jest dla nich ulga, ze moga przyjsc i posiedziec przy kominku w atmosferze rodzinnej. I istotnie przychodzilem tam codziennie po poludniu.

*

Bralem udzial w bitwie pod Monte Cassino, jestem z tego dumny, do pewnej chwili jezdzilem nawet na uroczystosci rocznicowe, a potem przestalem jezdzic. Po ostatniej mojej obecnosci - to bylo czterdziestolecie bitwy, dosyc uroczyscie obchodzone, bardzo duzo starych zolnierzy przyjechalo. Homilie wyglosil prymas Glemp dokonujac zupelnie niezwyklej sztuki. W dosyc dlugiej homilii, stojac na plycie nagrobnej generala Andersa, ani razu go nie wspomnial, co zdaje sie, bylo polityczna koncesja.

A poza tym wtedy po raz pierwszy odbywalo sie tylko nabozenstwo katolickie. Zarzucono z jakichs powodow bardzo piekna tradycje, ze w rocznice bitwy montecassinskiej odprawiane byly nabozenstwa wszystkich wyznan zolnierzy, ktorzy polegli pod Monte Cassino. Tam sa groby prawoslawnych, grekokatolikow, protestantow, zydow i katolikow oczywiscie. To bylo cos niezwyklego, szalenie mi sie to podobalo; rownoczesnie na calej dlugosci cmentarza odbywaly sie nabozenstwa, stal ksiadz katolicki, dalej pop, pastor, rabin. I nagle ta tradycja, ktora byla mi droga i droga byla wielu zolnierzom, zostala przerwana. Na czterdziestolecie bylo tylko nabozenstwo odprawione przez kardynala Rubina z ta bardzo dziwna homilia prymasa Glempa. Na szczescie, wracajac z tej uroczystosci, kupilem po drodze w miasteczku Cassino numer Osservatore Romano, gdzie bylo przemowienie Jana Pawla II do tych wszystkich, ktorzy przyjechali na uroczystosci montecassinskie i po drodze zatrzymali sie najpierw w Rzymie. To bylo normalne przemowienie, w stylu Wojtyly, gdzie mowil i o Andersie, i o wysilku wojennym, jednym slowem, tak jak trzeba. To mnie troszke podnioslo na duchu.

*

Wojna byla zakonczona, Rzym wyzwolony. Pamietam doskonale, jak strasznie sie pilo wtedy w Rzymie z rozpaczy. Wracalem do domu takim ciemnym tunelem, gdzie upadlem, obrabowali mnie i wszystko mi zabrali. Mialem miedzy innymi fotografie, do ktorej bylem przywiazany, jak general Sosnkowski w Ankonie dekoruje mnie Virtuti Militari. Golego mnie zostawili w tym tunelu. Ale tutaj musialbym przejsc do zycia osobistego.

To bylo juz po moim slubie z Krystyna Stojanowska. Poznalem ja w Iraku - i to rzeczywiscie bylo przedziwne. Siedzialem w jakiejs kantynie wojskowej Czerwonego Krzyza i nagle wpadla taka, dla mnie przepiekna kobieta, przebiegla przez pokoj do kuchni. Ona byla kierowniczka tej kantyny. Tam bylo kilka stolikow obsadzonych przez zolnierzy, ktorzy popijali kawe czy herbate. Trwalo to piec minut. Ona tego nie pamietala, ale ja ja zapamietalem.

Mieszkalismy w Rzymie, na Zatybrzu i wlasnie z jednej z takich pijatyk wracalem do domu. Mimo rozpaczy, zwiazanej z wynikiem wojny i z pytaniem, ktore stawalo przed wszystkimi zolnierzami: co robic dalej? wracac? nie wracac?, musze uczciwie powiedziec, ze ten okres rzymski, kiedy bylem mezem Krystyny, byl szczesliwym okresem w moim zyciu. Przypuszczalnie dlatego, ze bylem szalenie zakochany. Mieszkalismy na Zatybrzu u profesora muzyki, Krystyna miala na dachu taka wiezyczke, jak to sie czesto zdarza w willach wloskich. Tam sobie urzadzila pracownie malarska. Chodzilismy do tych knajpek, popijalismy, kapalismy sie w Tybrze, ktory wtedy byl czysty, wszedzie byly przystanie. Odpoczynek po lagrach i po wojsku; ja jednak w tym wojsku sluzylem szesc lat, lacznie z lagrami i z wiezieniem to bylo osiem lat. To bylo cudowne, bo Krystyna byla cudowna. Tak to jest w zyciu mlodych ludzi.

*

Instytut Literacki powstal w Rzymie. Jerzy Giedroyc z poczatku chcial sie skoncentrowac na Instytucie, chcial wydawac ksiazki, zeby zarobic troche pieniedzy. Koniunktura byla o tyle dobra, ze zolnierze, ktorzy pobierali zold, jeszcze kupowali ksiazki. Wystapilem z projektem zalozenia Kultury. Giedroyc nie byl entuzjasta tego pomyslu, ale w koncu sie zgodzil. Poprosilem go, zeby ze mna podpisal pierwszy numer rzymski, majac na mysli to, ze jak podpisze, to sie zwiaze z Kultura.

Potem Giedroyc slusznie powiedzial, ze we Wloszech nie mozemy zostac, bo nas zjedza komunisci, ktorzy byli potega po wojnie, i ze musimy sie wyniesc do kraju, ktory jest znany ze swojej tradycji udzielania azylu, to znaczy do Francji. Ja z roznych powodow, miedzy innymi sentymentalnych, zostalem z Krystyna w Rzymie, a potem pojechalem na demobilizacje do Anglii. Nie pekla jeszcze wtedy nasza wspolpraca, bo Giedroyc przyjechal do Londynu i proponowal mi, zebym byl londynskim korespondentem Kultury, czyli zebym robil to, co pozniej robil Juliusz Mieroszewski. To juz jakos nie wyszlo. Nie chcialbym wchodzic w szczegoly, w kazdym razie wtedy nastapilo miedzy nami poroznienie, ktore trwalo przez kilka lat. Wrocilem do Kultury dopiero w 1956 roku juz po osiedleniu sie w Neapolu.

*

Pojechalismy do Londynu w 1947 roku i zamieszkalismy z Krystyna w sublokatorskim pokoju u panstwa Ciolkoszow. Zaczal sie bardzo trudny okres w naszym zyciu. Mieszkalismy w pokoju ciemnym, wychodzacym na studzienne podworze, nie bylo mowy dla Krystyny o malowaniu, nie moglem znalezc zadnego sensownego zajecia. Wreszcie dostalem zajecie w Wiadomosciach Grydzewskiego, robilem przeglady prasy krajowej i zagranicznej. Krystyna drukowala wzory na rozmaitych tkaninach na sprzedaz, a jednoczesnie chodzila jako modelka do Akademii sw. Marcina, gdzie pozowala malujacym.




Krystyna Herling-Grudzinska, Londyn 1951.
(Archiwum rodzinne Gustawa Herlinga-Grudzinskiego w Neapolu)

Zaczalem pracowac w Wiadomosciach, ale byl to taki okres, ze Wiadomosci placily zupelne grosze, absolutne grosze. Nie oskarzam tu, bron Boze, Grydzewskiego, on nie mial po prostu pieniedzy. I Krystyna tez zarabiala malenko, po prostu biedowalismy. Zreszta cala emigracja, ta pierwsza fala emigracji powojennej w Londynie biedowala. Wysocy oficerowie w stopniu pulkownikow chodzili do hoteli, zeby myc naczynia, albo pracowalo sie w fabrykach, na przyklad Henryk Giedroyc, mlodszy brat Giedroycia, zanim go brat zabral do Kultury jako pomocnika, pracowal w fabryce lodow w Londynie.

Grydzewski mnie cenil, wiecej nawet niz cenil. Raz mi powiedzial: "Ja nigdy takiego wspolpracownika jak pan nie mialem, nawet w Warszawie". To bylo cos nadzwyczajnego zupelnie. Poza tym ustepowal mi, chociaz byl potwornie uparty, mial taka manie puryzmu jezykowego i ciagle mi przerabial wszystkie slowa pochodzenia obcego. Pamietam, ze napisalem list do niego: "Drogi Panie Mieczyslawie, jezeli pan bedzie ze mna tak postepowal, z tym puryzmem, zwracam panu uwage, ze ja nie bede pisal slowa pederastia, tylko samopomoc chlopska i nie bede pisal onanizm, tylko samotrzec. Jezeli pan sie na to zgadza, to prosze bardzo." I on wtedy mi odpisal blyskawicznie: niech Pan robi, co Pan chce.

*

Szalenie mi sie spodobala ksiazka Stanislawa Mackiewicza o Dostojewskim. On to chcial drukowac w Wiadomosciach, a Grydzewski nie chcial. Udalo mi sie przekonac Grydzewskiego, ktory mial do mnie zaufanie i zgodzil sie na druk. Mackiewicz mnie spotyka na jakims przystanku, bo dosyc blisko siebie mieszkalismy w Londynie, i tym swoim wilenskim jezykiem: "Szanowny Panie i widze, ze jestem Panu wdzieczny i zobowiazany, ze to dzieki Panu..." i tak dalej i tak dalej. Musze powiedziec, ze wczesniej za jakis moj artykul w swoim pismie Lwow i Wilno pod nazwiskiem mnie skrytykowal ostro i nazwal mnie "wujem w chacie". Wiadomo, co to znaczy po polsku, po przestawieniu liter, wiec to byla ciezka obraza.

Jak on mi tak dziekowal, to ja powiadam: - No dobrze, ale Pan mnie tak strasznie nazwal. A on: - Niemozliwe, to jest niemozliwe, prosze Pana. Ja na to: - Mam te przewage nad Panem, ze moj przyjaciel Ciolkosz wszystkie gazety przechowuje, wiec ja pojde do niego i ten numer wyciagne. - No, prosze bardzo, ja moge sie zalozyc, ze to jest niemozliwe. Zalozmy sie o skrzynke wina. - Doskonale, zalozmy sie o skrzynke wina. Jade do Ciolkosza, znajduje ten numer, pokazuje mu i tego dnia wieczorem, ku zdumieniu wszystkich mieszkancow domu pisarza, w ktorym mieszkalismy wtedy, zajezdza taksowka i Stanislaw Mackiewicz taszczy skrzynke wina, mimo ze zyl w bardzo trudnych warunkach. Wygralem zaklad.

*

Do wydania Innego Swiata u Heinemanna doszlo w ten sposob, ze jak napisalem trzecia czesc po polsku, u moich przyjaciol w Rugby, to od razu te rozdzialy dalem Grydzewskiemu i ukazaly sie w Wiadomosciach. Na angielski przelozyl je moj mlody przyjaciel Andrzej Ciolkosz i ten przeklad inny moj przyjaciel, Witold Czerwinski, ktory mial dobre stosunki z angielskim swiatem wydawniczym, zaniosl go do wielkiego, moze jednego z najwiekszych wydawcow londynskich Heinemanna. Lektorem u Heinemanna byl znakomity publicysta Malcolm Muggeridge. On to przeczytal i byl bardzo tym przejety. Poradzil Heinemannowi, zeby ksiazke przyjal i zeby mi wyplacil zaliczke, ktora by mi umozliwila dalsze pisanie. Dyrektor Heinemanna natychmiast sie na to zgodzil, dostalem zaliczke, ktora rzeczywiscie pozwolila mi odetchnac od rozmaitych robotek i usiasc do pisania.

*

W Londynie zaprzyjaznilem sie z Piotrem Potworowskim. On mial w Kornwalii domek, ktory odstapil nam na lato. Domek byl w bardzo pieknej okolicy i tam poznalem zangliczala Rosjanke imieniem Irina. Z rozmowy okazalo sie, ze ona jest przyjaciolka Bertranda Russella. Zaproponowala, ze da Russellowi do przeczytania gotowy juz, angielski manuskrypt. Ku mojemu zdziwieniu i ogromnej radosci w pare dni potem dostalem ten egzemplarz z przedmowa, o ktora nigdy nie prosilem. Russell byl po prostu tak przejety lektura, ze sam, z wlasnej woli, z milym bardzo listem, przyslal mi swoja przedmowe, ktora oczywiscie miala kolosalne znaczenie ze wzgledu na prestiz, ogromny prestiz tego nazwiska. I oczywiscie sprawila mi prywatna przyjemnosc, jako ocena mojej ksiazki przez kogos tak wybitnego jak Bertrand Russell.

Jakis czas potem postanowilem go odwiedzic, zeby mu podziekowac osobiscie. Zadzwonilem do niego, zaprosil mnie do swojego domu w jednej z dzielnic Londynu - Richmond i tam spedzilismy na pogawedce bardzo przyjemne dwie godziny. Nie rozmawialismy o mojej ksiazce ani on wiecej o nia nie pytal. Rozmawialismy o rozmaitych rzeczach, miedzy innymi, co mi najbardziej utkwilo w pamieci, o Conradzie, ktorego on uwielbial, prawie ze kochal. Gdybym nie wiedzial, ze Russell jest wielkim milosnikiem kobiet i mial mnostwo romansow az do poznej starosci, to prawie moglbym go podejrzewac o jakas milosc meska do Conrada. Opowiadal o nim z zachwytem i jako o pisarzu, i jako o czlowieku. Czesto go odwiedzal w jego majateczku na prowincji angielskiej. Opowiadal, jak Conrad go zabieral na przejazdzki jednokonna linijka w okolicach i wykrzykiwal jakies przedziwne slowa do tego konia. Wiec ja powiadam: "pewnie «hejta, wista i wio»", Russell: "tak, tak, cos takiego". To byly te resztki polskosci Conrada, wyniesione z domu.

Jak dostalem te przedmowe, ksiazka od razu poszla do skladu, ukazala sie w 1951 roku. Miala rzeczywiscie bardzo dobre recenzje i w dwa czy trzy miesiace po pierwszym wydaniu wyszlo drugie, co bylo dosyc niezwykle, wobec nastrojow prokomunizanckich, jakie panowaly w innych krajach. W Anglii tego nie bylo, Anglicy potraktowali z ogromnym zainteresowaniem to, ze powstala ksiazka, ktora im ujawnila rzeczy malo znane, malo wiadome. Od razu ja przelozyli Szwedzi i od razu tez ja wzieli Francuzi z duzego wydawnictwa katolickiego Plon. Dali ja do przekladu, a nawet dwa rozdzialy oglosili w wielkim pismie literackim Figaro Littéraire, zapowiadajac wydanie ksiazki. Potem nagle sie z tego wycofali piszac w liscie do mnie, ze nastapila zmiana w biurze i przyszli nowi doradcy literaccy, ktorzy poradzili Innego Swiata nie wydawac. Przypuszczam, ze razilo ich to, co opisywalem. Francja, Wlochy byly w duzym stopniu pod wplywem tego establishmentu komunistycznego czy komunizanckiego.

Robilem jeszcze jakies proby u Francuzow, miedzy innymi ksiazke dostal do rak Albert Camus. Bardzo mu sie podobala, napisal do mnie list, ze powinna sie ukazac we wszystkich krajach swiata, jest bardzo dobra i przejmujaca, tym niemniej on jest tylko doradca, a wydawca nie zgodzil sie na jej wydanie, jak zlosliwie troche napisal w tym liscie Camus: "Pour raison économique, je crois", to znaczy: "Ze wzgledow gospodarczych, jak sadze". Wiadomo, jakie byly wtedy te wzgledy gospodarcze. Ksiazka wyszla we Francji dopiero w 1985 roku, rozpoczynajac nowa karte w mojej recepcji zagranicznej.

*

Wspomniec chcialbym jeszcze o naszych londynskich przyjazniach. Oczywiscie bardzo bylismy zaprzyjaznieni z Lidia i Adamem Ciolkoszami, u ktorych mieszkalismy. Adam Ciolkosz to byl prawdziwy socjalista, socjaldemokrata polski. Jak dzisiaj widze tych rozmaitych postkomunistow, ktorzy sie nazywaja socjaldemokratami, to po prostu wscieka mnie to. Tacy ludzie jak Ciolkosz, Arciszewski, Puzak, Zaremba to sa socjalisci polscy. Szalenie ich cenilem, za ich postawe i za ich sposob myslenia. Bardzo cenilem tez to, co pisali, miedzy innymi Zarys dziejow socjalizmu polskiego, ktorego niestety wyszly tylko dwa ogromne tomy, a bylo planowanych piec. To byli ludzie bardzo, bardzo mi bliscy.

Zostala mi juz teraz tylko Lidia, ktora w koncu ma dziewiecdziesiat szesc lat, wiec jest bardzo stara [Lidia Ciolkoszowa zmarla w Londynie 7 czerwca 2002 roku - amk], ale czesto rozmawiamy i powiazaly nas w duzym stopniu lata londynskie. Lidia jest osoba nieslychanie dobra i prawie ze swieta, wiec wszyscy ja kochaja. Jest nieslychanie uczynna, ma wrazliwe serce na rozmaite biedy ludzkie. A Adama wspominam po prostu jako swietny umysl polityczny, takie typowe zwierze polityczne.




Gustaw Herling-Grudzinski z Lidia i Adamem Ciolkoszami, Neapol 1959.
(Archiwum rodzinne Gustawa Herlinga-Grudzinskiego w Neapolu)

Znam dwoch ludzi, ktorych nazywam "zwierze polityczne" - Adama Ciolkosza i Jerzego Giedroycia. Oni maja takie nastawienie: przede wszystkim polityka. Nie mozna sie tego nauczyc, z tym sie czlowiek rodzi. Ciolkosz byl taki. Gdy czasem siedzielismy przy stoliku u nich w londynskim mieszkaniu, to widzialem wyraznie, ze jak schodzila rozmowa na jakies inne tematy, to on jak gdyby wylaczal sie, tracil zainteresowanie, a jak wracalo sie w rozmowie do spraw politycznych, to sie budzil, ozywial. Taki byl. Jezeli Polacy odzyskaja pamiec, bo moim zdaniem sa teraz w stanie amnezji, to zrozumieja, kim byli Lidia i Adam Ciolkoszowie.

*

Wsrod londynskich przyjaciol byl rowniez czlowiek, ktory mial wielka slabosc do nas obojga - general Tadeusz Pelczynski, szef sztabu AK. Jemu zawdzieczalem posadke, ktora poprawila nasza sytuacje materialna. Dowodztwo AK zabralo sie do pracy nad ksiazka w ramach ogromnego dziela w kilku tomach Polskie Sily Zbrojne w Drugiej Wojnie Swiatowej. Oni opracowywali tom o Armii Krajowej i o okupacji w kraju. Wtedy Pelczynski, wiedzac o tym, ze generalowie przygotowujacy swoje opracowania czy wspomnienia niezbyt dobrze pisza i trzeba to poprawiac, wpadl na pomysl, zebym ja zostal redaktorem literackim tego tomu. [Ukazal sie w roku 1950 w Londynie. - amk]

Jednoczesnie Krystyna dostala stypendium w Saint Martin School, gdzie przedtem chodzila pozowac jako modelka. Dostala stypendium jako malarka, wiec mogla troszeczke bardziej zajac sie swoja praca. Zreszta to stypendium natychmiast jej odebrano, kiedy ja pojechalem do Monachium, wychodzac z zalozenia, ze skoro dostalem posade w Wolnej Europie, to jej juz nie jest potrzebne stypendium. Dla niej byl to potworny cios, ale to tylko wystawia swiadectwo polskim urzedasom, durniom siedzacym w instytucjach angielskich, ktore zajmowaly sie w tym wypadku oswiata. Nie mam ochoty o tym mowic, bo to wszystko mnie bulwersuje, jeszcze dzisiaj, po tylu latach.

Taki byl ten Londyn. To, co opowiedzialem, oddaje mniej wiecej koloryt Londynu. To byl bardzo ciezki okres i kiedy dostalem propozycje wyjazdu do nowozalozonej stacji "Wolna Europa" w Monachium, to chociaz wiedzialem z gory, ze sie nie nadaje, ze nie mam tej smykalki dziennikarskiej, ktora wymaga, zeby w ciagu godziny napisac tekst, pojechalem tam. Pojechalem tam po prostu przekonany wysokoscia pensji i bezplatnym mieszkaniem. Chcialem sprowadzic do Monachium Krystyne i jej matke, ktora przyjechala z Warszawy. Ona sie nagle poczula przerazona, ze zostala sama z ta matka. To byl jakis moment przerazenia zupelnego... Robilem juz starania, zeby je sprowadzic, dostalem przyzwoite mieszkanie. W dwa tygodnie po moim wyjezdzie Krystyna odebrala sobie zycie. Tak ze po co pojechalem? Bylem tam trzy lata, mnostwo pilem, musialem pracowac, ale mnostwo pilem. W kamienicy byly protesty, bo jak pilem, to nastawialem radio na wysoki diapazon i ludzie nie mogli spac. Zycie bylo jakies niesamowite przez te trzy lata. Az pewnego dnia do Monachium przyjechala Lidia Croce.

Lidie znalem juz z Villa Tritone w Sorrento. Byla po rozwodzie ze swoim pierwszym mezem, miala dziecko, chlopca Giulia. Od slowa do slowa, zostalismy para. Pobralismy sie w Londynie, ale mieszkalismy ciagle w Monachium. Tu urodzil sie nasz syn Benedetto. Wytrzymalem jeszcze troche, ale Lidia bardzo mnie namawiala, zeby wyjechac do Wloch, w koncu to byl jej kraj, jej miasto, zdecydowalem sie na wyjazd i pewnego pieknego dnia wymowilem posade Janowi Nowakowi.




Gustaw Herling-Grudzinski z zona Lidia i synkiem Benedettem, 1955.
(Archiwum rodzinne Gustawa Herlinga-Grudzinskiego w Neapolu)



Pierwodruk:   Tygodnik Powszechny, nr 30 (2768), 28 lipca 2002.

Wybor i skroty - redakcja Tygodnika Powszechnego.





Teksty Gustawa Herlinga-Grudzinskiego lub z nim zwiazane zamieszczone w Zwojach:



Copyright © 1997-2002 Zwoje