
Zamieszczamy obszerny wybór wierszy Joanny Pollakównej (1939-2002). Wiersze pochodzą z dwóch Jej tomików poezji: Małomówność (1995)
i skąpa jasność (1999). Wybór wierszy i chronologiczny ich układ pochodzą ode mnie. Dwa pierwsze wiersze umieszczone zostały wbrew chronologii ich napisania, gdyż postrzegam je za symboliczne dla twórczości Joanny Pollakówny.Andrzej Kobos


|
Ten gmach życia nieszczelnie spojony pamięcią – nadkrusza go zapomnień wychłodzony przeciąg roztrzaskując, kalecząc, wdziera się pomiędzy ubogie lapidarium nazbieranej wiedzy. Kiedy wyjdę na zawsze, drzwi gmachu zatrzasnę, każdy szczątki ruiny wyniesie jak własne; połamane, rozbite, niepodobne do mnie – tak się w ludzkiej pamięci roztrwonię bezbronnie; gdy nad nami, w kosmosie, ciszą się rozciąga wieczność – nienaruszona, ścisła pamięć Boga. styczeń 96 |

|
Pawłowi Śpiewakowi Wcale nie o to chodzi, żeby coś zostało:jesienny chrzęst papierów, ogniotrwały wers przekładany z rąk do rąk jak magiczny kamyk. Niech tylko gdzieś w powietrzu wyżłobi się trop poszukującej myśli, wyobraźni objawień. Niech się w metaocean ludzkiego myślenia wtopią rozterki nasze, nasze zachwycenia. styczeń 93 |

|
dla W. Jesteś – moja ziemiapowietrze i cisza zgiełk przed którym uciekam tłum który odpycham jesteś konieczność i nadmiar wielka bliskość której nie ogarniam i odległość którą ręką nakrywam. listopad 67 |

|
Gdzie raki zimują? W zatrutych wodach; racze tułowia trą się chrzęstnie. Gdzie lisy zimują? W zaczadzonych norach zimne lisie futro do gliny lgnie. Gdzie uchodzą ludzie? W nieżądaną stronę niosąc lasy swoje niosąc miasta swoje murszejące w dłoniach. lipiec 68 |

|
Kwiat, który własnej nie dostrzega śmierci; śniegu płat ginie nim ziemi doleci, myśl w zmęczeniu topnieje, słowo siebie zapomina powtarzane sennie. Trwonię? Czy wielkodusznym gestem rozpraszam? Jestem, czy w tryb niedokonany obracam – co zaledwie dane w przypuszczenie. styczeń 69 |

|
Dziwny Wielki Narowisty grzmisz tajfunem i powodzią. Dziwny Wielki Dokuczliwy nawiedzasz cholerą rakiem zasiewy obrastasz pleśnią. Dziwny Wielki Niespokojny podburzasz pamięć i myśli zwierzęta szaleją wiosną. Dziwny Wielki bardzo tkliwy mżysz pachnącym ziemią deszczem ćwierkiem ptasim słowem istnym. Dziwny Wielki wielki dziwny zatrzaśnięty w niedomknięte sny. Zakopane, czerwiec 1971 |

|
Zapisywano to gdzie bądź, gdzie bądź, korniki nawet żłobiąc swoje drogi kręte mogły pisać królestwom los, pod fundamenty tronów plany w korze drzewnej. Potem trzeba tej igły, co żłobienia płyty czyta w symfonię zamkniętą jak wzór, matematyczną całość, twór przejrzysto pełny. Potem mędrca potrzeba, co w przededniu śmierci odczyta znaki bytu z sierści jaguara. styczeń 73 |

|
To nie jest radosne ani bezradosne. Nie jest nagrodą, karą ani obietnicą. Samo w sobie przymiotem, projektem, spełnieniem, nam złudnie się wydaje pustą szklanką w dłoni wyciągniętej do dzbana wszechróżnorakości. kwiecień 75 |

|
Jackowi Sempolińskiemu Ten rzut – wkrojenie się światłemw przestrzeń czy to pytanie o sens o początek czy to cień ? Czy to cień myśli barwnej w której świat po krzywiźnie się zsuwa i spada jak po kopule dzbana rozchwiana korona drzewa rozmrowiona przez wiatr? kwiecień 75 |

|
Jak pięknie pada ciemny deszcz jak deszczem pora się wypełnia i taka zgoda wszelkich rzeczy taka wnikliwa wiedza ciszy. Bo przecież jest harmonia ciemna i czarne podniebienie światła. Istnieje gdzieś pośrodku światła niedostrzegana odsuwana dojrzewająca smutkiem pełnia. styczeń 76 |

|
Ja, poddanka siedmiu cudów świata, nie zobaczę siedmiu cudów świata. Lata przejdą, zamieć przefurkoce, śnieżne igły nie zadrapią w przelocie. Gdzieś tam będą ciemniały menhiry i kreteński książę wśród lilii w swojej sztywnej i zdobnej pogodzie. Przesypują się lata i śniegi, gdzieś tam stają doryckie szeregi. Co widziałam, kogo napotkałam? Ptak przeleciał, okruchy sypałam, śnieg przeleciał w oślepionym biegu, świat swój ręką pieczętuję na śniegu. styczeń 76 |

|
I jeszcze wzejdą nasiona zgodne z odwiecznym zapisem przyjdą korne pory roku słońce przedrze się przez popiół. Jeszcze ci okaleczeni odetchną mokrą zielenią do końca czujni na rozkosz i boleśnie zachwyceni zanim drżąca ziemia pęknie zanim ciemność zmaże księgi maj 76 |

|
Górom Już was chyba zapominam,opryskliwa sucha trawo, szorstki, szaroboki głazie, szczycie ostry, tchu zdyszany. Ponadwieczne, niezniszczalne czemuście mi przeminęły? W niemożliwość odsunęły. Już nie dojdę, już nie dotknę, sucha trawo bezpowrotna, oschła, nie spłakana wdowo, trawo, wdowo po mych krokach. maj 76 |

|
Najpierw jest czas czekania, potem czas utraty. A nad granicą wąską co miarę ustala przepływamy jak ryby senne i bezwiedne pomiędzy lustrem wody i jałowym dnem. A potem jest utrata jak miara czekania. lipiec 77 |

|
Jest w tym lecie jesienność, ostałość i chłód. Jest w tym lecie pustynność zgłodniała i oschła. Wielkie są pustki Twoje. Gorzka Twoja rosa, którą skąpo wydzielasz wypełzłym pastwiskom. A wszystko miało kwitnąć. Godzina przed świtem miała drżeć od świeżości, gotowa ulecieć w świetlistą zieleń. A Tyś ją przemienił w dławiącą porę bólu i rosy przedśmiertnej. Nie rozumiem prób Twoich, szczęśliwości Twojej. Wiem tylko, że z goryczy, upadku i lęku nie wzlatuje się w niebo, a Boga w człowieku nie karmi się rozpaczą, nie napoi krwią. lipiec 77 |

|
A może ukryłeś się za rzezią i tłumem zza ziemskich twierdz spoglądasz, rozumem historii osłonięty, jak dymem opacznie ofiarnym. Lecz kiedy cieniem suniesz po ziemi pochmurnej, a brzeg cienia ruchliwe obwodzą pozory myślą jesteś, czy znakiem przewiny i kary? marzec 78 |

|
Pewne aspekty katedr będą mi nieznane. Także zwykłych budowli – nie zobaczę nawet gniazda bociana okiem bocianicy, która spędziła tutaj dni trzydzieści. Pewne profile kwiatów, pewne kwiatów cienie wydobywa klaśnięcie suchej błyskawicy; za dnia ledwo słyszalne jak kwiatów milczenie żarliwe w niespełnionej nigdy obietnicy. czerwiec 78 |

|
Tutaj w chłodzie pod koniec drogi cisza nadchodzi – za ciszą ogień. Jest pytań wyrój i mus przemilczeń Bóg twarz zasłonił czas skręcił bicz. czerwiec 80 |

|
Odczytać je. Te litery pisane na piasku, w których może ścieśniłeś oschłą scenografią bieg czasów. Nuż się tam słabym rowkiem znaczy kreska, która jak uniesienie dłoni władczej wysyła nas na losu ironiczny zawrót. A kiedy o tym piasku, tym rozkazie dziejów myślę – to go wędrownym widzę; drobne, sypkie fale. I widzę jak łagodnych ziarenek ławice przepisują wyroki Twoje nieustannie to literę zmieniając, to słowo, to werset. Jakże wyrośnie słyszę przez wieki ten chrzęst! A czasem mi się zdaje, że wyczuwam sens tego, że słowa swoje tajemnicze na wiecznie pulsującą wpisałeś tablicę. styczeń 82 |

|
Za bełkotliwą kadzią snu za długim, mdlącym oczadzeniem orzeźwiająco płynie biel klarowność, ostre rozumienie istota spraw jak krótki szept wąska źrenica, Oko Życia; stąd cienki promień się przemyca przez czad, niezdarność i zmęczenie. styczeń 85 |

|
Więc dokąd po tej drabinie bólu stromej, zawrotnej drabinie bólu? Czy w lodowatość bez oddechu, czy w ul niebieski nieskończony, po którym krążą ciche pszczoły nieradosnego uśmiechu? sierpień 86 |

|
Te ranki, które grały orkiestrą okien otwartych, słoneczne piszczałki, cymbały, obietnice jak ciepły wiatr – ociemniały, zniedołężniały – martwe Kto mnie budzi przed świtem po ciemku, by mnie przeszyć czarnym prądem lęku? październik 88 |

|
Staszkowi Rodzińskiemu I tak krąży, skręca konarywokół nas w lodowate wyrwy i szpary chlusta czas. Szczęśliwym w każdą szczelinę niebo strumieniem płynie innym zalewa usta pusta czerń. Komu płomyki w nocy komu monety na oczy komu pociechy wszystkie kogo nigdy tknie błyskiem. luty 89 |

|
W konarach tej muzyki między misternym listowiem na chwilę czułym dotykiem znowu do życia przylgnę; na mgnieniomoment przymknięcie powiek i – otwarcie – na ciemną szczelinę czerwiec 90 |

|
Te kawki. Wciąż te kawki – zawiasy powietrza skrzypiące wśród szarości, gdy jesień bezwietrzna przewrotnie naśladuje spokojne sezony z przełomu wieków; jakieś ranne szrony jakieś popołudnia długie kiedy niebo płynące układa się w smugi kędzierzawe, różowe, rozciągnięte sennie. A to wszystko jest kłamstwo, słodkie przywidzenie! Tylko kawki nad domem. Powietrza zmierzchanie; a tuż zaraz nienawiść, lęk i umieranie a tuż zaraz czerń i ostra krawędź zgrozy. październik 91 |

|
Śmierć drzewa. Nagle puste powietrze. Ptaki wpadają w próżnię. Wiatr odchodzi z pustymi rękami. luty 92 |

|
Śpiew ptaka – ścieżka przez powietrze wysypana świetlistym żwirem prowadzi na rozkołysaną gałąź. luty 92 |

|
Od lat mówię do Ciebie z ciemności w ciemność. Ty milczysz do mnie. Nie chcesz mówić ze mną. Czy jesteś za mrokiem, za śmiercią, któż wie? Może tak – bo czemuż uparcie wciąż mówię? Niebo masz pełne modlitw krzyczących o litość; tyle zostało po tych, których zabito. Na wodzie, w powietrzu, z pyłem po ziemi – te straszne strzępy modlitw, co robisz z nimi? Przemilczasz. Aż się męka przesila i wchłania w ciemną miłość Twojego milczenia i trwania. 29 lutego 92 |

|
W bólu, w miłości bądź małomówny. Niebo przemówi biegnącym cieniem pragnieniem ziemi suchej, spękanej jak usta nieme. Niezagaszona żarząca miłość ból falą spłynął w zmęczeniu ustał. Cisza stężona usta przy ustach. styczeń 93 |

|
I tak mnie na swym kole garncarskim wytaczasz, metalem mnie szlifujesz i hartujesz ogniem, aż gdy kształt zamierzony na koniec osiągniesz, wessie mnie Twoja cisza bezmierna i władcza. luty 93 |

|
Ta miłość, co dachem jest moim i ziemią ta miłość osypie się piachem i ziemią. Te słowa, w które życie przeplatam pilnie w słów mrowiu zaginą, gdy czas przeminie. Ta budowla myślenia, gmach niedokształtny w jakie wietrzne, powietrzne wedrze się światy? wrzesień 93 |

|
Zasklepiła się przestrzeń Kolor uszedł w powietrze Prąd światła zatamowany Ślepy pokój, bielmo ściany. październik 93 |

|
Jak im sprostać, obrazom, nieprzystępnym światom? Oczy, nie dość uważne, ani się dopatrzą ścisłości, z jaką ręką marzącą i władczą malarz wkreślał kształt barwny w wyliczoną przestrzeń. Pamięć, zawsze zawodna, żywy kolor zetrze, śpiewność tonu rozstroi w swoim chromym biegu. Cóż stąd? Gdy Michał Anioł rzeźbę lepił w śniegu, też jej nie zdawał na przyszłość bezpieczną. A przecież w plamach farby na zwilżonym tynku, w świetle dobytym z gliny i w krzywiźnie linii, w wyobraźni, co swe światy wznosi bez spoczynku przebywa nieuchwytna, niepojęta wieczność.
|

|
Bezgrzeszne są żywioły, deszcze, burze śnieżne, zwierzęta są bezgrzeszne – nawet te drapieżne. Dobrotliwy ród sprzętów, pieszczotliwość tkanin, ciało ludzkie bezgrzeszne i łatwe do zranień. Zło tylko w ludzkiej myśli ma swe lęgowisko; z niej to nagle wytryśnie pogardliwy błysk nienawiści i gwałtu i czadem się kłębi, i krwią spływa na senną niewinność materii. listopad 96 |

|
Dokąd wzywa ta tęsknota, co z obrazów na nas woła, z maźnięć farby ułożonych w ciemną czułość aksamitu, w czyjąś szatę barwy śliwek, w czyjeś niebo nieskończone? W czyje niebo nieskończone? Za czym wzywa nas tęsknota? maj 98 |

|
Zimne rdzawe słońce topi się w zmierzchu leżę pod zmierzchem jak orzech we mchu. Lodowe palce skorupkę kruszą Jądro – duszę wyjmują, trzymają już ją. 31 grudnia 98 |

Obok głębi treści jej wierszy i często przebijającego fizycznego bólu, cierpienia, zastanawiania się nad śmiercią, uderzają mnie w nich dwie rzeczy.
Po pierwsze, poetyckie rozmowy Poetki z Bogiem. Brzmią one dla mnie dosyć judaistycznie. To w judaizmie, począwszy od Abrahama, toczą z Bogiem rozmowy, tworzy się osobista relacja z Bogiem, toczy się spór z Bogiem, można znaleźć żal człowieka do Boga, bunt. Odwrócenie się Boga, zakrycie "twarzy" Boga (np. wiersze Niedocieczenie, Dojrzałość) jest również judaistyczne, bliskie filozofii Bubera. Joanna Pollakówna nie była Żydówką.
Po drugie, słowa. Piękne rzadkie słowa, znakomite konstrukcje frazy, niekiedy zda się nowo tworzone zlepki słów (np. mgnieniomoment, metaocean, wszechróżnorakość), piękne, poetyckie i naturalne (chociażby w porównaniu z nienaturalnymi słownymi tworami Leśmiana).
Andrzej Kobos

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||