


Rysowaly sie jednak pewne etapy. W jakims momencie dokonywal sie zwrot; nagle, ku mojemu wlasnemu zaskoczeniu, zjawil sie wiersz zupelnie inny, niz dotychczasowe, po ktorym nie umialabym juz wrocic do dawnego sposobu poetyckiego myslenia i formulowania. Sa to przemiany, w ktorych swiadmoma wola nie ma chyba, albo prawie nie ma, udzialu. Wszystko dokonywuje sie znacznie glebiej.
W czasach szkolnych czytalam oczywiscie bardzo wiele. Co bylo najwazniejsze? Nie wiem. Moze wlasnie ta wielosc. Lektury nalezaly zreszta, jak zwykle w czasach szkolnych, do literackiego kanonu: romantycy polscy, francuscy, rosyjscy, oczywiscie Mloda Polska; XIX-wieczni prozaicy francuscy, angielscy. Ogromnie wazni – Tomasz Mann, potem Proust. Z dwudziestolecia miedzywojennego Lesmian, Pawlikowska, Ginczanka, Czechowicz. Ze wspolczesnych, jak to w tych latach – Galczynski. Z lektur osobliwszych a waznych, byla Atmosfera Kamila Flammariona w starym rosyjskim wydaniu ze wspanialymi rycinami. Mam ja dotychczas.
Studiowalam historie sztuki. Bardzo swiadomie przelozylam ja nad polonistyke. Nie chcialam byc profesjonalna poetka ani literatka. W dowodzie osobistym, w rubryce "zawod", kazalam sobie wypisac: historyk sztuki. Zreszta malarstwo interesowalo mnie. Przez cale zycie jedna z rzeczy, ktore sprawialy mi najglebsza przyjemnosc jest ogladanie obrazow. Pisanie o nich jest tez wielka przyjemnoscia, tyle ze znacznie trudniejsza i obciazona poczuciem odpowiedzialnosci i ryzyka.
Lata studiow byly czasem waznych lektur: Rilke – w polskich, niekoniecznie dobrych tlumaczeniach, z tomiku wydanego przez PIW w "serii celofanowej"; swietne tlumaczenie Jastruna poznalam dopiero pozniej. Niezaleznie od tego, jak przetlumaczony, byl olsnieniem. No i – Biblia, Wyznania sw. Augustyna. Troche poezji sredniowiecznej. A w ogole – czytalo sie w tych czasach ogromnie duzo. Bylo to po 1956 roku i runela na nas cala nie dopuszczana przez lata literatura europejska. Wszystko naraz: Proust i Beckett, Ionesco i Gide. I nagle odkrycie lektur filozoficznych. Miedzy siedemnastym a dwudziestym ktoryms rokiem zycie jest zawsze bardzo intensywne. Mam wrazenie, ze dla naszej generacji ta intensywnosc spotegowala sie jeszcze bardziej.
W 1957 roku zadebiutowalam w Nowej Kulturze dwoma wierszami. W redakcji przyjeli mnie Artur Miedzyrzecki i Ryszard Maruszewski. Poswiecili mi wiele uwagi, wypytywali o gusty poetyckie – i chociaz byla to przyjazna, wazna rozmowa, wyszlam po niej zupelnie zrozpaczona i pamietam, ze na schodach rozplakalam sie. Chyba ugodzila mnie, chociaz sobie tego wowczas jasno nie uswiadomialam, podstawowa sprzecznosc przezywania przez kazdego poete: poddaje sie pod ludzki osad cos, co jest najbardziej intymne.
Pisze sie przeciez naprawde d l a s i e b i e, pisze sie tylko dlatego, ze nie umie sie nie pisac – a potem te najbardziej wewnetrzna tresc oglasza sie w tysiacach egzemplarzy. A przeciez ta sprzecznosc lezy gleboko w naszej naturze, ktora jest rownoczesnie wewnetrzna i zewnetrzna: rozleglosc duchowego swiata szuka jak gdyby swojego ksztaltu i koryguje sie w obcowaniu, w zderzeniach i porozumieniach miedzyludzkich. Chowamy sie – i chcemy byc widziani. Zewnetrznosc, nasze zycie we wszystkich swoich przejawach karmi to, co mamy z siebie wydac.
Wszystko, co napisalam jest scisle zespolone ze mna i moim losem. Mam jednak nadzieje, ze to, co jest moim zyciem, czy nawet moja doslowna mysla, nie wlewa sie w wiersze nieprzefiltrowanym, nie przetworzonym chlustem. Ze dokonuje sie ow niezbedny, chemiczny jakby proces przemiany materii zycia w materie sztuki.
I w tym sensie moja biografia przeswituje zapewne przez moje pisanie; musza sie w nim znajdywac zwykle sprawy ludzkiej egzystencji, ktore byly i jeszcze sa sprawami moimi: przezywanie uplywu czasu, uczuc miedzyludzkich, smierci i choroby. No i tego pierwiastka nienazwanego, ktory jest tlem i powietrzem naszego istnienia, ktory rozpoznawac uczymy sie dlugo i zmudnie – czasem zas przychodzi to nam w naglym rozblysku.
Musi w nim byc to, co dzieje sie miedzy nami a swiatem widzialnej natury, wiecznym i naturalnym zrodlem naszego zachwytu, wiecznym przedmiotem tesknoty, czasem dosc gorzkiej.
Duzo w nim na pewno zajmuje miejsca malarstwo – moj drugi swiat widzialny, ktorego jestem mniej lub bardziej udolna badaczka. Takze – chociaz ani troche nie mam temperamentu politycznego i zgola niezdolna jestem do samodzielnych politycznych pomyslen – wydarzenia moich czasow zbyt czesto i gleboko wkraczaja w obszar etyczny i egzystencjalny, by mogly mnie pozostawiac obojetna.
Swojego pisania poetyckiego nie uwazalam i nadal nie uwzam za prace w sensie zawodowym; ta praca jest dla mnie pisanie o sztuce. Nie moze bowiem byc praca to, na co wplyw nasz jest ograniczony, co polega raczej na kontroli, wyborze; pierwszy impuls, malo: najistotniejsza formula, powstaje bowiem w miejscu nierozpoznanym.
Poezji swojej nie potrafie oceniac, nie bardzo wiem ile jest warta. Nie sadze, by mnie przezyla, w tym patetycznym sensie, w jakim o niesmiertelnosci sztuki zwyklismy mowic w naszej europejskiej kulturze. Nie stanie sie tak najpewniej juz chociazby dla jej prywatnosci. Ale wiem, ze wszystko co napisalam jest szczelnie wypelnione mna: moim ograniczonym w czasie i mozliwosciach zyciem, moja poruszajaca sie po ograniczonym obszarze mysla. Co nie moze byc przeslanka do zadnego artystycznego osadu.
maj 89.
Kiedy juz ulozylam ten tom szeregujac wiersze w porzadku chronologicznym, od najdawniejszych, pisanych jeszcze w mlodosci, do tych z ostatniego roku, a wiec stanowiacych moje dzisiaj, zdalam sobie sprawe z jakiejs psychologicznej nienaturalnosci tego ukladu. Zagladajac w przeszlosc drazy sie pamiecia coraz odleglejsze od terazniejszosci warstwy. Myslac j a – mysli sie o sobie obecnym, poglebionym o czas przezyty. Punktem wyjscia jest zawsze wspolczesnosc. Dlatego zdecydowalam sie na uklad odmienny od zazwyczaj przyjmowanego – od wierszy jeszcze nie publikowanych w ksiazce, do tych, ktore pochodza z pierwszego wydanego w zyciu tomiku.
Publikacja tego eseju Joanny Pollakownej w Zwojach nastepuje za zgoda Tygodnika Powszechnego. Dziekuje Redaktorowi Tygodnika Powszechnego, Panu Tomaszowi Fialkowskiemu za Jego uprzejma zgode na rownolegle opublikowanie tego tekstu w Zwojach oraz na przedruk artykulu Jana Zielinskiego.
Andrzej Kobos

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||