Poniższy wspomnieniowy tekst o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu - Witkacym, napisany w roku 1957 przez jego przedwojennego przyjaciela, przynosi mało znane szczegóły o Witkacym i Bronisławie Linke. Tekst ten, mimo upływu 45 lat, nie utracił wiele na świeżości.

Ilustracje pochodzą z kserograficznej odbitki artykułu w londyńskich Wiadomościach.   (AMK)




WITKACY





EUGENIUSZ   SZERMENTOWSKI



Jak to często bywa z ludźmi wybitnymi, jedni mieli go za dziwaka, inni za wariata.

Fakt faktem, iż do ostatnich czasów głucho było o nim zupełnie. Witkacy w żaden sposób nie mieścił się w ramach realizmu socjalistycznego. Potem nagle, jak grzyby po deszczu (czy po odwilży), jeden po drugim wyrastać zaczęły felietony o nim, ba, nawet studia. Ku zgorszeniu maluczkich Państwowy Instytut Wydawniczy poważył się wydrukować nowe wydanie dwutomowej powieści Witkacego pt. Nienasycenie.

Kim był ten fenomen inteligencji, obrazoburca utartych pojęć, powieściopisarz, autor dramatów, krytyk literacki, filozof i portrecista w jednej osobie?

* * *

W latach 1919-1930 rozwija Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy – niezwykłą aktywność. Wysmażył z górą trzydzieści dramatów. Ogłosił dwie rozprawki teoretyczne: Nowe formy w malarstwie i wynikające stąd nieporozumienia oraz Szkice estetyczne. Otworzył "pracownię portretów" z cennikiem, katalogiem i zbiorkiem przepisów obowiązujących model; sporządził sobie pieczątkę z nadrukiem:
FIRMA S.I. WITKIEWICZ
ZAWIADAMIA O SWOIM PRZYBYCIU.
BRACKA 23. TEL. 227-18 (G. 9-10½ r.)
Model miał zapowiedziane w przepisach, że nie wolno mu zaglądać do obrazu nieskończonego, nie wolno mu robić żadnych uwag, nie wolno krytykować obrazu. Jeżeli portret się nie spodoba, pieniądze zostaną zwrócone a obraz będzie sprzedany.

Niewiele mu ta firma przynosiła. Burżuje bali się go jak ognia, a przyjaciele, intelektualiści, których malował na kopy, najczęściej nie mieli pieniędzy na opłacanie jego wściekłej produkcji.

Samego Boya-Żeleńskiego portretów zrobił chyba tuzin. Model raz był przedstawiony jako lew, raz jako kogut, innym razem jako embrion, jeszcze innym - jako pies. Nad głową bywała czasem aura. Niektórzy ze strachem powiadali, że Witkacy doskonale się w tych aurach orientuje i – na obraz i podobieństwo słynnego jasnowidza Ossowieckiego – po tej aurze poznaje kiedy model ma odwalić kitę. Ucierpiały na tym interesy Firmy. Aura w żaden sposób nie sprzyjała zamówieniom.

Nieufność u burżujów budziły także tajemnicze literki stawiane u dołu portretu obok podpisu artysty. Czasem była to literka P, czasem greckie Pi, czasem podejrzane Co albo całkiem groźne Morph.

"Wariat i narkoman" - szeptano po kawiarniach na widok herosa wchodzącego z miną obojętną i wzgardliwą, w pumpach, w grubych wełnianych pończochach na tęgich łydach.

Szczególnie kobiety irytował ów regulamin Firmy, wydany w roku 1922 w Warszawie. Irytował paragraf, który podwyższał cenę portretu za każdy głębszy dekolt. Nie podobał się ustęp, który nakazywał punktualne zjawienie się na oznaczoną godzinę pozowania. I co to znowu za kpiny z klienta ów przepis mówiący o wpłacie należności "do okienka kasowego", skoro żadnego okienka nie ma a mistrz sam po prostu sam wyciąga po pieniądze włochatą łapę!

"Motto" w nagłówku regulaminu wyraźnie mówiło o co tutaj chodzi. "Klient musi być zadowolony", "Nieporozumienie wykluczone". I na końcu już czarno na białym: "Regulamin wydrukowany jest w tym celu aby oszczędzić firmie mówienia po wiele razy tych samych rzeczy".

Proste. Proste jak obręcz. Ale kołtuneria od tych diabelskich spraw wolała trzymać się z daleka.

* * *

W roku 1932 ukazał się cienki tomik Witkacego o narkotykach pt. Nikotyna, alkohol, kokaina, peyotl, morfina, eter + appendix. Oprócz rozprawek poświęconych działaniu różnych świństw w rodzaju nikotyny, alkoholu, kokainy czy morfiny, na końcu rozdziału, zatytułowanego filuternie Appendix, znajdują się przepisy "o brudzie, o gimnastyce, o goleniu się, o hemoroidach, o tzw. puszeniu się, trochę recept i już koniec."

Machnąłem o tym tomiku w jednym z pism recenzję pt. "Figiel czy szyderstwo?". Oddałem cały hołd należny autorowi za jego talent, inteligencję, za ową "igriwost' uma". Zakończyłem recenzję tymi słowami: "Do pioruna, przecież od Witkacego możemy spodziewać się czegoś więcej niż recepty na porost włosów lub przeciwko artretyzmowi: te rzeczy może nam zaaplikować pierwszy lepszy felczer. Ale nie, nie zapominajmy, że to także figiel. Macie to, co może wam być pożyteczne. Nie dla was, trzodo Panurga, rozważania o boskiej Sztuce. Nauczcie się wprzódy należycie posługiwać mydłem (patrz rozdział: O brudzie). Potem sobie pogadamy o wyższych regionach nędznego człowieczego bytowania..."

Po tej recenzji Witkacy zadzwonił do mnie, podziękował. Potem wyjechał do Zakopanego. Kiedy znów wrócił, otrzymałem kartkę pocztową z owym stereotypowym nadrukiem: "FIRMA S.I. WITKIEWICZ ZAWIADAMIA O SWOIM PRZYBYCIU".

Skoro była tak uprzejma zawiadomić mnie o tym, to się naturalnie z Firmą spotkałem. Firma wystąpiła z propozycją zrobienia mojego portretu. Było to w kilka lat po naszym poznaniu się.

- A jak będzie z honorarium? – zapytałem delikatnie.

- Od przyjaciół nie biorę pieniędzy – odparła Firma, nadymając się. – Dasz mi w zamian jeden z listów Douglasa.

Tu miejsce wspomnieć o jego pasji kolekcjonerskiej. Jedną stanowiły laski przyjaciół. Jeżeli ktoś go odwiedził w towarzystwie jakiejś osobliwej, oryginalnej laski z gałką srebrną w kształcie, dajmy na to, trupiej czaszki, albo lwiej paszczy, albo z rączką secesyjną z końskim łbem, Witkacy najspokojniej umieszczał tę laskę w swoim zbiorze i przyjaciel z powrotem maszerował już samopas bez laski. Drugi rodzaj zbiorów stanowiły wszelkie osobliwości: autografy, rzadkie bilety wizytowe, kępki włosów sławnych ludzi, itp. W tym czasie zabierałem się właśnie do przekładu słynnej „Autobiografii” lorda Alfreda Douglas'a, przyjaciela Oskara Wilde'a, i miałem od niego kilka listów, jeden m.in z zawartą w nim zgodą na przekład.

Zgodziłem się na transakcję, i Witkacy wyznaczył mi dzień i godzinę pozowania.

Wraz z żoną (panią Jadwigą z Unrugów) zajmował dość szczupłe mieszkanie na Brackiej pod numerem 23, tuż obok Braci Jabłkowskich. Trzeba było wdrapywać się po schodach jak na Giewont. Ale Witkacy zawsze był świetnym taternikiem. Posadził mnie w fotelu, długo mył ręce (pedant był piekielny na punkcie higieny), wrócił, puścił mi prosto w twarz nie reflektor już, ale cały chyba filmowy jupiter, który mnie omal nie oślepił. Chwycił karton (zawsze tego samego formatu), kredki, wziął się do roboty. Od czasu do czasu wydawał dzikie okrzyki i wrzaski: to kwiczał jak prosię, to ryczał jak bawół, to buczał jak bąk. Do modela się nie odzywał. Praca długo nie trwała. Po półtorej godzinie, może po dwóch, portret był gotowy.

Oglądaliśmy sobie potem jego album z fotografiami. Witkacy miał nadzwyczajne zdolności mimiczne. Jego album pełen był dziwacznych studiów fotograficznych jego twarzy. Tak potwornych grymasów nigdy nie zdarzyło mi się spotkać. W pewnej chwili westchnął.

- Nie masz pojęcia – rzekł raptem – jak wielką miałbym ochotę wystąpić w filmie.

Bzdura oczywiście. Ale pasjami lubił oszołamiać przyjaciół takimi zaskakującymi zdaniami. Lubił także płatać im psie figle i obserwować reakcję.

Którejś letniej nocy, dobrze już po północy, zrywa mnie ze snu dzwonek. Zwlekam się z tapczanu, klnąc w duchu na czym świat stoi, otwieram drzwi: Witkacy wchodzi jakby nigdy nic, z twarzą zimną, obojętną.

- Ubieraj się – powiada. – Wychodzimy.

- Bój się Boga, – jęcząc próbuję się bronić, – o tej porze? Dokąd?

- Zobaczysz. Ubieraj się.

Rozkładam bezradnie ręce. Znałem go aż nadto dobrze. Milcząco wciągam gatki, daremnie próbuję coś od niego wydobyć. Milczy jak zaklęty. Wychodzimy. Na ulicy pustki. Zmrok. W blasku latarni nasze cienie to kurczą się, to wydłużają. Witkacy coś tam bąka o rzeczach zupełnie obojętnych. Ani słowem nie zdradza się dokąd mnie wiedzie po nocy. Na placu Zbawiciela zatrzymujemy się przed wysoką kamienicą. Spokojnie dzwoni na dozorcę. Wdrapujemy się na piąte albo szóste piętro. Drzwi. Dzwonek. Otwiera nam przystojny brunecik z fajką w zębach, ubrany w wizytowy garnitur. Na widok Witkacego wpuszcza nas jakbyśmy przyszli na zwykłą proszoną herbatkę. Godzina chyba druga w nocy.

- Linke – przedstawia się.

Prowadzi nas do swojej pracowni, gdzie już czeka kilka osób, w tym i damy.

O Bronisławie Linkem dużo słyszałem. Oryginalny artysta-malarz, superrealistyczny czy tez hiperrealistyczny, o niezwykłej ekspresji, brutalny w swoich płótnach aż do okrucieństwa. Przypomniałem sobie wtedy niedawny artykuł o nim pióra właśnie Witkacego w Tygodniku Ilustrowanym, pt. „Hut ab, meine Herren, ein Genie!" [1].

I oto geniusz ów stoi przede mną, z miną obojętną ssie swoją fajkę i prosi bym zajął miejsce. Przedstawiamy się, siadamy. Linke przynosi nam doskonale przyrządzoną mocną czarną kawę. Potem wydobywa ze skrytek zamalowane plansze, ustawia je przed nami na sztalugach.

Potworne rzeczy: ohyda życia przedstawiona w drapieżnej formie, z całą drobiazgowością, z całym okrutnym realizmem, sceny wobec których Goya, to niewinne obrazeczki dla niemowląt [2].

Linke spod rogowych okularów patrzy na gości i bada reakcję. Witkacy chichoce. My wszyscy siedzimy jak osłupiali, nie mogąc złapać tchu.

Po seansie Witkacy wyprowadził mnie na ulicę i pytał co myślę o tych piekielnych obrazach, których pokaz publiczny nie byłby nigdzie możliwy.

Kiedy indziej szliśmy w trzech z Adolfem Nowaczyńskim.

- Wstąpmy na piwo - powiada Witkacy i wprowadza nas do jakiejś obskurnej knajpy.

Staje przed szynkwasem i nagle na cały głos ryczy:

- Ja gienierał Szermentowskij! Pod kazyriok!

Bufetowy mimo woli wyprężył się jak struna.

Myślałem, że go zdzielę czymś ciężkim po łbie. Ale on najspokojniej zaczął mnie przekonywać, że właśnie pewny był tego efektu, że to nazwisko niesłychanie w danej chwili odpowiadało całemu kontekstowi i tym podobne brednie.

- Tak, jak ten twój Kocmołuchowicz – pokiwałem pobłażliwie głową, robiąc aluzję do jednego z bohaterów jego Nienasycenia.

- Właśnie - odparł bezczelnie i duszkiem wychylił kieliszek.

Podczas pewnego śniadania u mnie, w najściślejszym gronie, wspomniałem nieopatrznie o "obscoenach", którymi naszpikowane były jego książki.

W jednej chwili Witkacy zesztywniał. Z trudem powstrzymywał się, żeby nie wybuchnąć. Nie mógł mi darować mojego prostactwa. „Obscoena”! Czyż o to mu chodziło? Czyż nie rozumiałem, że jego powieści, to śmiały eksperyment, to zaprzeczenie wszelkiego banału, to wreszcie pierwsze w naszej literaturze objawienie czystej formy, o którą on, Witkacy, kruszy kopie od wielu lat. Czyż nie o tym należało mówić, a nie wspominać bezmyślnie o jakichś tam niepoważnych "obscenach". Jakby one miały jakiekolwiek znaczenie!

Nazajutrz otrzymałem od niego list następującej treści:

"Zawiadamiam Cię niniejszym, iż na naszej liście przyjaciół zostałeś przeniesiony z miejsca numer cztery na numer trzydzieści sześć (poniżej Chwistka i Słonimskiego), Witkacy."
Oznaczało to całkowitą degradację, zdarcie epoletów przyjaźni, zażyłości. Żeby móc je na nowo odzyskać, należało wykazać się poprawą.

* * *

W przedmowie do Nienasycenia Andrzej Stawar zarzuca Witkacemu staroświeckość, brak oryginalności, uleganie wpływom Młodej Polski, a w szczególności Przybyszewskiego. Witkacy – epigonem? Trudno się na to zgodzić. Dziś szczególnie, kiedy zaczyna się przedrukowywanie dzieł Witkacego, kiedy Państwowy Instytut Wydawniczy przygotowuje pod redakcją profesora Tadeusza Kotarbińskiego księgę pamiątkową ku jego czci, teatr wznawia jego sztuki – teza Stawara oparta jest na nieporozumieniu. Epigonów się nie wznawia. Epigoni błysnęli, zagrzmieli i zgaśli.

Witkacy to prekursor. Obok Kafki, obok Jarry'ego, należy do wielkich kpiarzy, którzy przy pomocy deformacji, groteski, parodii, przekłuwają nadęte pęcherze.

Pod niewątpliwym wpływem Witkacego pozostawali tak wybitni i oryginalni pisarze dwudziestolecia międzywojennego, jak Witold Gombrowicz i Bruno Schulz. Do tej samej kategorii zaliczyć by trzeba także Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego z jego Zieloną Gęsią. Tylko, że nasz nieszczęsny partykularz, brak przysłowiowego łutu sczęścia, sprawiły, iż żadnemu z nich nie powiodło się tak jak Samuelowi Beckett’owi, którego sztuka Czekając na Godota nawiedziła tryumfalnie sceny prawie wszystkich narodów świata. Beckett to nasz Stanisław Ignacy Witkiewicz w anglo-francuskim wydaniu.

Na trzydzieści lat przed Beckettem, Witkacy wyłączył z dziedziny sztuki realizm Chodziło mu o nowość formy, nowość przy tym nie wyspekulowaną lecz zdobytą, bo "tylko taka – powiada – może dać istotną satysfakcję twórcy i oddziaływać na widzów, artysta nie może kłamać w swoich dziełach, inaczej nie jest artystą." Więc czym jest dla niego sztuka? Artysta sam daje na to pytanie odpowiedź. Sztuka – mówi Witkacy - jest środkiem do spotęgowania przeżywania jedności osobowości.

Jak się już rzekło, był wrogiem banału, szablonu, sztampy, zżymał się na myśl o pseudointeligencji, która wówczas nadawała ton i kierunek życiu kulturalnemu. "O, wstrętny był ten przeciętny polski inteligent tych czasów."

Teatr? Na jego teatrze pierwszy odważył się poznać Boy. Zważmy tylko: w epoce, kiedy Witkiewicz nic nie znaczył, kiedy mało kto traktował go serio, pierwszy i bodaj jedyny Boy wydrukował w Pologne Litteraire (nr 18/1926) po francusku śmiały esej pt. Le Theatre de Stanislaw Ignacy Witkiewicz. Jest to teatr buntowniczy, ekstrawagancki, irracjonalny. Teatr wyobraźni i czystej formy.

"Witkiewicz – pisał Boy w swojej rozprawce – nie powiedział chyba dotąd swojego ostatniego słowa, ale czy wypowie się kiedykolwiek? Nie wiem i nikt nie może przewidzieć, dokąd poniesie go pasja twórcza, niespokojna i drapieżna natura, którą nękają nieustannie smutek, rozpacz i nuda A jednak nie waham się ogłosić tego genialnego improwizatora jednym z talentów najtęższych i najoryginalniejszych, jakie wydała twórczość dramatyczna – i to nie tylko w Polsce."
W malarstwie wprowadził Witkacy pojęcie czystej formy "w znaczeniu kompozycji form sylwetowych w danej zamkniętej przestrzeni". Jego czysta forma wyrzeka się zarówno realizmu jak i działania poznawczo-rozumowego. W pewnym miejscu cytuje Picassa, który na pytanie, czy widzi tak rzeczy jak je maluje, miał odpowiedzieć: "Ależ to byłoby okropne!". Witkacy "deformuje" swe portrety świadomie i celowo. Nie chodzi mu bynajmniej o perwersyjną chętkę zniekształcenia modela jako takiego, lecz zależy mu niezmiernie na "potrzebie rozszerzenia horyzontu kompozycyjnych możliwości".

Dlatego tyle się mówi u niego o "kompozycjach hiperhomogonicznych i prawie hipnagogicznych ultramadrygałach i interlubrykach".

Wszystko to na pierwszy rzut oka wydać się może nonsensem i nieszkodliwym wprowadzaniem w osłupienie znudzonych burżujów. Tylko na pozór jednak. Witkacy, jak nikt inny, boleśnie odczuwał ów "metafizyczny tragizm istnienia", z calym niepokojem, z poczuciem dziwności istnienia. Ulubione przymiotniki Witkacego, to "piekielny", "szatański", "diabelski". Śmiech u niego to "rechot" a doznania wewnętrzne, dogłębne, muszą być koniecznie "bebechowate".

Był głębokim pesymistą i na przyszłość sztuki zapatrywał się bardzo sceptycznie.

"W całym odrodzeniu Czystej Formy – pisze – znać jednak gorączkowy pośpiech wyczerpania wszystkich środków. Element pośpiechu i gorączki jest tym pierwiastkiem rozkładowym, potęgującym zblazowanie i u twórców, i u widzów, i u słuchaczy, tym co czyni, że odrodzenie Czystej Formy jest też prawdopodobnie ostatnim jej przedśmiertnym skurczem. Chodzi o to, aby te podrygi były szczere i należycie steoretyzowane – poza tym, według nas, żadne wysiłki tego procesu zatrzymać nie zdołają."
Był więc katastrofistą obwieszczającym koniec świata. Wizję taką stworzył m.in.w groteskowym finale Nienasycenia, kiedy Europę zalewa urojona, marionetkowa armia dziwacznych Chińczyków.

Tu rzeczywiście ma rację Stawar, stwierdzając, że katastrofista, wieszczący koniec świata, nie nadaje się na reformatora społeczeństwa. Ostro zwalczany, rychło znalazł się Witkacy w osamotnieniu. Większość społeczeństwa twórczość jego uważała za drwinę i kpinę ze zdrowego rozsądku. Byli aktorzy, którzy za nic nie chcieli grać w jego sztukach, uważając to za despekt, za "wygłupianie się".

Ale oto zjawił się Beckett ze swoim Godotem i artyści całego świata nie tylko go grają, ale są mocno oklaskiwani.


Wiadomości, nr 42/603, Londyn, 20 października 1957.





  1. Schumann o Chopinie.
  2. Po wojnie, od roku 1946 prawie do końca życia, Bronisław Linke tworzył wstrząsający cykl grafik "Kamienie krzyczą" poświęcony Holocaustowi. (AMK)




Teksty o pokrewnej tematyce zamieszczone w Zwojach:

  • Anita Dorczak: Stanisław Ignacy Witkiewicz jako pisarz awangardowy, Zwoje 3/28, 2001
  • Krzysztof Jarosławski: Witkacy i Malinowski - Przyjaciele i wrogowie, Zwoje 2/30, 2002




Copyright © 1997-200
7 Zwoje