Stefan Kisielewski, Kisiel (1911-1990), był człowiekiem-instytucją w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Był znakomitym felietonistą politycznym, o niezwykle ostrym temperamencie polemicznym. Od roku 1945, przez ponad 40 lat drukował swoje felietony w krakowskim Tygodniku Powszechnym (gdzie często były konfiskowane przez komunistyczną cenzurę), a w latach 1970. i w roku 1980 w również paryskiej Kulturze. Wiele jego spostrzeżeń było niezwykle trafnych, a sformułowań niezwykle celnych, urzekających finezją stylu. Nie mniej, poglądy jego często były kontrowersyjne, i to nie tylko dla totalitarnych przeciwników politycznych. Przez wiele lat wierzył w nieuchronną trwałość sowieckiego systemu komunistycznego ("komunizm rosyjski wytrzymał próbę historii") i w naiwność Zachodu. Głównie poprzez ironię słowa walczył o pewne korekty sytemu politycznego i ekonomicznego w Polsce. Jeszcze za jego życia wiele z jego poglądów w sposób oczywisty okazało się błędne. 

Stefan Kisielewski, pod pseudonimem Tomasz Staliński, był również autorem kilku politycznych powieści z kluczem, z których najsłynniejszą była Widziane z góry (Instytut Literacki, Paryż 1967). Po Październiku 1956, Kisielewski podjął próbę politycznego zaangażowania się jako poseł do Sejmu PRL z katolickiego koła "Znak." W roku 1968, na ulicy w Warszawie, został ciężko pobity przez Służbę Bezpieczeństwa PRL.

Treść felietonów Stefana Kisielewskiego straciła aktualność i jest już zapewne mniej interesująca w zupełnie zmienionej sytuacji Polski i świata. Jest to zresztą los większości felietonów na aktualne tematy. Trwałe pozostały niektóre głębokie myśli, ironia, sformułowania Kisielewskiego – te mają miejsce w kanonie literatury polskiej.

Z tomu stanowiącego odautorski wybór felietonów Stefana Kisielewskiego 100 razy głową w ściany (Editions du Dialogue, Paryż 1972) oraz z szeregu numerów paryskiej Kultury wybrałem pewną liczbę cytatów, które wydają mi się charakterystyczne dla Autora, a równocześnie najbardziej wartościowe, ponadczasowe albo wyjątkowo zabawne. Wybór ten jest oczywiście subiektywny i odzwierciedla moją obecną percepcję tekstów Kisielewskiego.

Obydwa człony tytułu tej antologii pochodzą ode mnie i zostały zaczerpnięte z felietonów Kisiela.

(Andrzej Kobos)







KISIELIZM

"MOŻE SŁOWO NIE PRZEPADA TAK Z KRETESEM"

Mała antologia






STEFAN   KISIELEWSKI




[...] Wreszcie jeszcze jednej, najbardziej może ważnej rzeczy dowiedzieliśmy się z autorytatywnych ust red. Borejszy: jaki będzie wynik wyborów. A mianowicie: "W Polsce wolne wybory mogą wpłynąć i wpłyną na pewne zmiany personalne, ale w niczym nie mogą zmienić linii generalnej demokracji polskiej". Ta wiadomość uspokaja nas zupełnie: dotychczas obawialiśmy się o wynik wyborów – teraz jesteśmy najzupełniej spokojni - nie ma absolutnie powodu do obaw. Pozostaje nam tylko podziękować red. Borejszy za jego cenne a miejscami rewelacyjne informacje, zaś redaktorowi Odrodzenia za śmiały i trafny wybór artykułu, przez co informacje te udostępnione zostały ogółowi.

Łączymy należne wyrazy.

"Jerzy Borejsza mówi", Tygodnik Powszechny nr 3l, 21 X 1945.


* * *


Mam znajomego robotnika. Spotkałem go wczoraj i pytam: - Czy obywatel słyszał, że to i tamto i owo? - A obywatel skąd to wie? - pyta. - Prasa pisała - mówię. Spojrzał na mnie jak na chorego. - Prasa?! Toż prasa nigdy nie pisze prawdy! Przekonanie, że prasa nie pisze prawdy, jest – okazuje się - w szerokich warstwach polskiego społeczeństwa głęboko zakorzenione. Złożyło się na to, jak mi ktoś wytłumaczył, wiele lat prasowego zakłamania, które hulało po naszym kraju. Lecz dzisiaj, w demokratycznej Polsce, czyż możliwe, żeby prasa w dalszym ciągu nie pisała prawdy?!

Zacząłem pytać innych znajomych. Wszyscy mówią to samo - że nie. Prasa podobno nie pisze tego, o czym wróble na dachach ćwierkają, prasa rzekomo unika cienia spraw ostrzejszych czy drastyczniejszych, prasa, jak mówią, nie chce widzieć przeciwstawiających się sobie zdań, walk partyjnych, rozbieżności, prasa widzi wokół tylko sielankę, stosunki wyrównane, gładkie, idylliczne - słowem, prasa wznawia dawne ideały "radosnej twórczości", tudzież "silnych, zwartych i gotowych". A że Polacy są "nie w ciemię bici", przekorni i aż za bardzo domyślni, więc też - społeczeństwo czyta prasę z politowaniem, a domyśla się rzeczy, często wcale nawet nie istniejących, od których włosy dęba stają na głowie. Bo przemilczanie pewnych spraw stwarza pole do działania wyobraźni. - Skoro o tym nie piszą, to COŚ w tym musi być, a więc... itd. I prasa sobie, a "wieść gminna" sobie, rosnąc nieustannie, jak owa plotka w słynnej arii Rossiniego. Bo jedyną radą na plotkę jest - prawda. [...]

"Prasa", Tygodnik Powszechny, nr 32, 28 X 1945.


* * *


[...] "Mowa istnieje po to, aby ukryć myśli" – powiedział rzekomo Talleyrand. To powiedzenie posłużyło za motto krajom totalistyczno-faszystowskim, które spowodowały właśnie inflację i dewaluację słów. W krajach faszyzmu słowo służyło wszystkiemu, ukryciu swych planów, propagandzie - tylko nie - wypowiadaniu prawdy. W krajach faszystowskich - jak słusznie zauważył Czesław Miłosz - nie było publicystów - byli tylko bardziej lub mniej zdolni propagandziści, powtarzający chórem nie przez nich ustalone slogany. Tę właściwość przejął nasz kulawy totalizm sanacyjny, również zalewając nas lawiną słów bez pokrycia. I może to właśnie długie rządy sanacji oduczyły nas kompletnie przywiązywania wagi do słów - zwłaszcza uroczystych. [...]

"Dewaluacja słów", Tygodnik Powszechny nr 42, 6 I 1946.


* * *


[...] Albo hasło: "Kultura robotnika - kulturą narodu". Jak je rozumieć? Brakuje przy nim stanowczo komentarza. Jeśli znaczy ono, że jak robotnik ma kulturę, to i cały naród ją ma, no to jeszcze - chociaż też nie całkiem jasne. Ale może ma ono znaczyć, że cały naród ma przyjąć kulturę robotnika? No tak - ale właściwie - dlaczego? Przecież w Polsce jest ponad 60 procent chłopów, trochę inteligencji i mieszczaństwa, więc dlaczego wszyscy mają przyjąć akurat kulturę robotnika? A co zrobić z Mickiewiczem, Słowackim, Chopinem! Przecież oni nie byli robotnikami. Nie, nie rozumiem! Tylko że jakoś nikt prócz mnie temu hasłu się nie dziwi - to mnie niepokoi - widocznie coś ze mną źle. Często myślę też nad słowem "demokracja", a więc demokracja starożytna, kapitalistyczna, liberalna, ludowa, anglosaska, szwajcarska, francuska, prawdziwa, taka, owaka. A także nad słowem "reakcja". Myślę - i dziwię się. Jak może w Polsce zwyciężyć w wyborach reakcja, jeśli większość kraju stanowi lud? Decyduje przecież większość głosów. Czy lud może być reakcyjny? A jak pobić reakcję w wyborach, jeśli nie ma reakcyjnej listy? A może taka lista będzie? Nic nie rozumiem! Ale wszyscy jakoś rozumieją. Nikt się nie dziwi. Niepojęte! [...]

"Sprawy trudne", Tygodnik Powszechny nr 43, 17 II 1946.


* * *


[...] Kult jednomyślności, szerzony dziś przez pewną prasę, jest dowodem niezrozumienia istoty demokracji, co więcej - wywołuje jednomyślność, ale - jednomyślność sprzeciwu. Przypomnijmy sobie ową baśń Andersena (nie Andersa - uwaga dla zecera) o królu, co chodził nago; wszyscy o tym wiedzieli ale - wszyscy milczeli; dopiero naiwne i niewinne dziecko, przełamując psychozę, wykrzyknęło: przecież król jest nagi! Bardzo chciałbym być tym dzieckiem. Jednomyślność jest fałszem samym w sobie, na jej dnie tkwi zawsze coś nierzetelnego. [...]

W związku ze zbliżającym się referendum ludowym propaganda jednomyślności szaleje. Afisze, slogany, artykuły itp. głoszą, że naród winien odpowiedzieć trzykrotnie tak, że to rzekomo wzmocni naszą pozycję za granicą itd. Otóż rzecz ma się przeciwnie - jednomyślność mogłaby tylko wzbudzić za granicą nieufność - w krajach demokratycznych nikt w nią nie uwierzy. W Przekroju znalazłem taki dowcip: "Panie Bęc-Walski, co pan sądzi o referendum? - Nie wiem co to jest - ale jestem przeciwny!" Miała to być kpina, lecz wbrew woli redaktorów wkradła się tu głębsza myśl. Oczywiście - Bęc-Walski ma rację - on nie chce się zgodzić na mechaniczną jednomyślność stada owiec. [...]

I dlatego, chcąc być dobrym obywatelem, chcąc dla Polski jak najlepiej, oświadczam wszem wobec: nazywam się Bęc-Walski, nie wiem, o co chodzi, ale jestem przeciwny!

"Bęc-Walski jestem!", Tygodnik Powszechnynr 61, 2 VI 1946.


* * *


[...] Niezłomne trwanie Tatr podniosło mnie na duchu - jakżeż jest krzepiące, w porównaniu z potokiem zmienności, który płynie przez Polskę. [...]

"Świat się zmienia," Tygodnik Powszechny nr 74, 17 VIII 1946.


* * *


[...] Zdechły pies, jak wiadomo, nie gryzie, nie gryzie nawet pies żywy, któremu u dentysty wyrwano zęby. A zębem felietonisty jest jego felieton, gdy go nie pisze, to darmo zgrzytać swym prywatnym uzębieniem - nic mu nie pomoże - nawet po lekturze artykułu Pruszyńskiego, traktującego o bocianach (patrz Odrodzenie nr 111), czy odcinka powieści Andrzejewskiego – nie może sobie ulżyć, co najwyżej konwulsyjnie kąsa własne łapy i tarza się po śniegu, wyjąc z cicha. Ano trudno - "tak małpom bywa" - pamiętajcie - w znanej bajce "rada małpa, że się śmieli, kiedy mogła udać człeka". A znacie historyjkę o owym psie, co pokąsawszy wszystkich, miał samych wrogów i nie mógł się nigdzie skryć przed wilkiem? [...]

Stary mój znajomy Stefan Żółkiewski (po raz ostatni przypominam mu już kochany, dziarski Legion Młodych, gdzie - oddajmy Żółkiewskiemu sprawiedliwość - mówił dokładnie to samo, co i dzisiaj) tym razem jeszcze nie został ministrem oświaty, choć mu to w "Tygodniku" przepowiadałem (z tego widać, że jednak w Polsce nie idzie wszystko tak, jak ja myślę), zamiast do Warszawy pojechał do Kairu (życzę mu dużej, ładnej Dakoty i nagłej burzy morskiej, względnie zakochania się w pięknej Egipcjance, która nie zechce porzucić krainy piramid, ewentualnie wreszcie kąpieli w Nilu z krokodylami - pamiętajmy, że w Egipcie jest bardzo gorąco, a redaktor Kuźnicy ma swoją tuszę), a jednak - mimo wszystko boję się, że co się odwlecze, to nie uciecze. Uważajmy na niego, bo on tu dopiero da łupnia - oczywiście gdy dostanie ministerialne zęby: zamiast podręczników historii wprowadzi Kapitał, a tabliczkę mnożenia zreformuje według zasad dialektyki. Ale, ale - coś mi się przypomniało: p. Mieczysław Jastrun, polemizując w Kuźnicy z Trybuną Robotniczą, która domaga się rozpowszechnienia Kapitału, tak jak stało się to z Biblią, pisze: "Nie wydaje mi się rzeczą słuszną zestawianie Biblii z dziełem naukowym". Ponieważ razem z kol. Jastrunem robiłem w Sorbonie doktorat wyższej matematyki u Poincarego, razem następnie studiowaliśmy fizykę pod kierunkiem Einsteina, poza tym wiem, że posiada on (Jastrun) dwa doktoraty - z medycyny i geologii, oraz że był nadzwyczajnym profesorem astronomii podsłuchowej wYellowstone, gdzie również dokonał ważkich badań nad muzykalnością ryb, pływających w słynnym wodospadzie, zapytuję go, który to przedstawiciel nauki poza nim uznał kiedykolwiek Kapitał za dzieło naukowe? Radzę rozpisać w tej sprawie ankietę wśród naukowców świata (nareszcie Kuźnica zrobi coś pożytecznego i do rzeczy) - o wynik jestem spokojny, zaś prof. dra dra mgra Jastruna zapewniam, że dla naukowców Kapitał jest najwyżej książką filozoficzno-hipotetyczną, czymś jak Mój system. [...]

"O wszystkim i o niczym",  Tygodnik Powszechny nr 108-109, 13 IV 1947.


* * *


Pracować - pracujemy, odbudowywać - odbudowujemy, upowszechniać - upowszechniamy - ale dlaczego ludzie się nudzą? Dlaczego nad Polską wisi dziwna mgła niewiary, sceptycyzmu, marazmu, nieufności, a prowincja polska dziś to po prostu kraina snu, gdzie tylko alkohol rozświetla czasem szarość zmierzchu ludzi znudzonych i nie mających na nic ochoty? Czy to zmęczenie wojną, czy może poczucie europejskiej bezsilności - wszak Europa z subiektu stała się obiektem, to przepaja i nasyca jej atmosferę, to jest leitmotiv jej codziennej pracy. Opowiadano mi o pewnym Amerykaninie, który powiedział tak: my istniejemy dwieście lat, a wy tysiące, myśmy przez swoje dwieście lat zrobili; tyle, że dziś ochłapami dożywiamy jeszcze was, a was po tylu tysiącach lat stać było tylko na Hitlera, totalizm i wojny światowe. Okrutna to i nazbyt prosta synteza - nie uwzględnia okoliczności łagodzących, lecz jest w niej coś z prawdy. Wiemy to, i mimo to - pracujemy. [...]

Siedzimy w jednym z europejskich akwariów, natłoczonych drobnymi, ale nieruchawymi, bo podtrutymi rybkami, albo może na dnie zielonego, nie wyszlamowanego stawu, w którym tkwią same muszle, a ruch wnoszą jedynie krążące tu i tam - pijawki. [...]

"Na dnie stawu", Tygodnik Powszechny nr 112, 11 V 1947.


* * *


[...] Hm! To mnie naprawdę zmartwiło. Czyżbym był wrogiem postępu społecznego? Wszyscy poszli na pochód pierwszomajowy, a ja, niczym owa parszywa owca, siedzę w domu i kombinuję: cóż za hańba być wrogiem postępu społecznego, wstecznikiem i obskurantem. Wszak, jak mówi Poeta: "Trzeba z żywymi naprzód iść, nie ...w liść..." itd. –  wstyd mi! [...]

Nigdy nie ogłaszałem się za "przyjaciela ludu", jestem natomiast bardzo szczerym przyjacielem kieszeni ludu. Jeśli lud ma w kieszeni więcej, to postęp jest rzeczywiście w górę - ku lepszemu – pod tym względem stosuję kryteria jak najściślej materialistyczne. [...] Jeśli przy upaństwowieniu i koncentracji przemysłu człowiek pracy ma więcej w kieszeni niż przy systemie upowszechnienia i decentralizacji własności albo przy systemie liberalno-kapitalistycznym, wówczas - chapeau bas! - nie będę już wrogiem postępu.

"Wróg postępu",Tygodnik Powszechny nr 113, 13 V 1947.


* * *


[...] "Wiesz co, wsypałem dziś ojcu proszek od golenia do kawy". – "No i co ojciec, gniewał się?" – "Pienił się" [...]

"Wywiad z ludożercą", Tygodnik Powszechny nr 114, 18 V 1947.


* * *


Piszę do Was ten list - ale smutek i wątpliwości chwytają mnie za trzewia (o ile nie znacie tego słowa, to - jeśli łaska - za flaki). Przede wszystkim - wątpliwości. Bo, przecież, zadaniem felietonu jest - bawić. Bawić, śmieszyć, łechtać w pięty, łaskotać pod pachą, skrobać pod nosem, wsadzać słomkę w ucho, drucik w usta, palec w oko... zresztą dajmy spokój gromadzeniu przykładów: krótko mówiąc, zadaniem felietonisty jest wprowadzać czytelników w nastrój jako tako znośny, umożliwiający przeżycie paru dni w formie psychicznej (słowo "forma" zaczerpnięte zostało ze słownika sportowego -"jestem w formie", to znaczy, że mogę wytrzymać kilka dni życia bez konwulsji, miauczenia, upicia się, pobicia żony kijem, pogryzienia redaktora Tygodnika Powszechnego itd.). Otóż - mam Was bawić, za to mi płacą (nb. nędznie) - tymczasem smutek mnie żre gwałtowny. Byłem w Warszawie. Czy rozumiecie, co to znaczy?!

Byłem w Warszawie. Zobaczyłem znów, po trzymiesięcznej nieobecności, "młodości mej stolicę". Tu - na Orlej - mieszkał Norwid, tutaj Chopin chodził do konserwatorium, tu błądził po Łazienkowskich alejach krakauer Wyspiański, tutaj - na Ciepłej (jakżeż dziś wygląda ulica Ciepła!) mieszkała proletariacka rodzina dra Judyma, tu biegała za i lekcjami Joasia, a tam znowuż Wokulski miał sklep i Rzecki pisywał romantyczno-węgiersko-szabelkowate pamiętniki - wybaczcie, że wyliczam nie w porządku chronologicznym, ale to i tak wszystko jedno: Powstanie zrównało ludzi, czasy, wypadki. Został gruz, kurz, cegły, ciemne sklepiki wśród rozwalonych murów, światełka pełgające niepewnie na czwartym piętrze nie istniejącej kamienicy (nikłe światełko wśród ruin - odwiedzam je czasem, lecz tam tylko wspominki i "długie nocne rodaków rozmowy"), opustoszała Wola, gdzie jedynie bar na rogu Karolkowej przypomina "Syrenę w sztywniaku" Wiecha – barda Warszawy, śmiesznie - u progu klęski - niezależnej; Śliska, Twarda (nie poznałem jej). Żelazna, na której wykryłem ciemny jak jaskinia węży zakład ślusarski, chorobliwie rozkrzyczany zakład krawiecki oraz bar z karnymi, równiutkimi szeregami flaszek od wina o różnobarwnych etykietach (flachy są puste, a bar sprzedaje tylko wódę); ulice ciemne i wąskie jak gęsie szyje, wielkie miasto in spe, ruch samochodów szatański - a wszystko wrosło w piach, w mazowiecki piach - to już nie miasto, lecz iluzja, stare polskie złudzenie, poparte opinią inżyniera Lessepsa, twórcy Kanału Sueskiego, który powiedział kiedyś, że Warszawa, miasto na skrzyżowaniu linii Wschód - Zachód - Północ - Południe, ma przed sobą kolosalną przyszłość. Swoim zachodnim móżdżkiem nie przewidział biedak (choć inżynier), że kariera Warszawy tak będzie niezwykła: milion nor mieszkalnych w gruzy, miliardy kilogramów cegieł w pył czerwony, który wżera się w oczy, w nos, w ustach smak ma gorzki, obrzydły. Została Wisła - chłodny, rzeźwy wiatr wspomina młodość - szukałem tej młodości w wirażach Karowej, pod pomnikiem Syreny, w "rżniętym szkle kieliszka" w "Rzymie" na Krakowskim ("Ta karczma Rzym się nazywa..."), na Solcu, na Tamce, na piaszczystym Wybrzeżu, na Saskiej Kępie i wszędzie - wszędzie. Miałem zresztą, łączy się - jak zawsze - z Powiślem i Alejami Ujazdowskimi) - ale wszystko skończyło się smutno: Krakowem. [...]

Uwielbiam Kraków - z daleka; kocham Wawel i Sukiennice, ale radykalnie zmieniłbym skład osobowy tego miasta; zachwycam się historią i zabytkami, ale najbardziej to lubię zawalony dom na Woli, zrujnowane podwórko na Powiślu, śmierdzący sklepik na Puławskiej - i bruk - bruk popękany, pokaleczony, nierówny, i pola ciemne, zasypane gruzem gdzieś, na ostatnich krańcach Pragi, i wiatr nadwiślański ostry, zimny, spod Grochowa. "To lubię, rzekłem, to lubię".

"List z Warszawy", Tygodnik Powszechny nr 187, 17 X 1948.


* * *


W młodości (tj. w 1945 roku - O Roku Uff!) inne co prawda hodowałem w duszy marzenia. Śniła mi się kariera kieszonkowego Rejtana i zmotoryzowanego Stańczyka, chciałem za pomocą błaznowania robić wielką politykę. O jerum, jerum, jerum! Widać polityk ze mnie, jak z koziej... głowy trąba, bo oto zostało mi tylko - błazeństwo. I to - kiepskie. Nikt się już nawet na mnie, poza Borejszą, nie oburza. - Zramolał stary Kisiel ze szczętem - mówią - zlazł na psy jak Gałczyński; "Zielonej Gęsi" czytać już nie można, "Pod włos" jeszcze można - ale po co?! Zamienić tekę Rejtana na torbę Sancho Pansy – o, panowie, trzymajcie mnie, bo upadnę! Ten ból jest ponad siły, niewypowiedziany - zaprowadźcież mnie w miejsce ciche a ustronne. Chcę być sam.

Drogi czytelniku, Kotku luby - o Ty, co towarzyszyłeś mi wiernie poprzez wertepy felietonowej, kamienistej i guzami obsianej drogi, Ty, coś słał mi serdecznie listy, a w nich słowa zachęty, gdy mnie z Tygodnika Powszechnego na czteromiesięczne rekolekcje odesłano. Czytelniku zatem, przez duże C pisany, wiem, iż pomimo że felietonu mego więcej już nie znajdziesz - nasz kontakt duchowy nie ustanie. I wy, czytelnicy, którzyście mnie z drugiej, prawej strony barykady gromili za zgniły liberalizm (jakiż by inny był na świecie?!), za rozwiązłość języka (zawsze wolałem język rozwiązany) i za brak szacunku dla Skamieniałych w narodowe posągi - patetycznych truposzów - również odczujecie niewątpliwie a dotkliwie brak pochyłego drzewa - na drzewach pionowych bowiem można się najwyżej - powiesić. A wreszcie wy - wierna moja trzodo doświadczalnych morskich świnek. Ty, hetmanie Żółkiewski. Ty, d. Kotcie, w uniwersyteckiej ciszy zadekowany, i Ty, Januszu Minkiewiczu w spirytusie zakonserwowany, nie miejcie żalu o to, że schodzi oto ze świata ten ostatni, który o Was jeszcze pamięta, o Was, zmurszałych posągach bezradności w czasach ostrych a wietrznych. Dygacie Czerwony, Ildefonsie, któremu Długie Noże w głowie. Ważyku, którego głos już nie waży, mizantropie Andrzejewski, któryś do Szczecina drapnął. Dobrowolski St. Ryszardzie, któryżeś głowę tak dawno postradał, i Wy inne gryzipióry - Żegnajcie! Umieram na elephantiasis wątroby - takową prześlę Wam listownie. Możecie na razie jeszcze do mnie telefonować, na pytanie, czy jest Kisiel, odpowiedzą Wam niechybnie: - Jeszcze jest; wieczorem wyprowadzenie. (Zwłok, rzecz prosta - przyp. red.).

"Pożegnanie z felietonem", Tygodnik Powszechny nr 213-214, 17 IV 1949.


* * *


[...] Ale dość o sobie, pomówmy o Tygodniku Powszechnym. Jakie cele i zadania przyświecały temu pismu przez pierwsze pięć lat jego istnienia? Zdefiniuję je krótko: Tygodnik Powszechny przez pierwsze pięć lat swego istnienia propagował i realizował kisielizm. Cóż to jest kisielizm? Oczywiście pytanie takie zadać może tylko kompletny ignorant, kisielizm bowiem to powszechnie znany system filozoficzny, obejmujący swym zasięgiem wszystkie dziedziny życia ludzkiego z polityką, ekonomią, kulturą, sztuką i sportem na czele. Oprócz kisielizmu "Tygodnik" zajmował się jeszcze innymi sprawami, ukazywały się w nim też od czasu do czasu prace niekisielistowskie, lecz, rzecz prosta, miały one znaczenie tylko uboczne, marginesowo-przyczynkarskie. Trzon ideowej pracy pisma stanowił kisielizm, scharakteryzowany najpełniej w maksymie: "Nie wierz człowiekowi, który ci mówi, że głową muru nie przebijesz". [...]

Przejdźmy do obyczajów w tym piśmie panujących. Nastrój i styl posiedzenia komitetu redakcyjnego oddawałby dobrze następujący dwuwiersz:

Biły się chłopcy, potężne jak dęby,
Potem koszami wynoszono zęby,
gdyby nie to, że współpracownicy tego pisma bynajmniej nie przypominają dębów - raczej wyschnięte krzaki jałowca. [...]

"Jubileusz, 1945-1950", Tygodnik Powszechny nr 262, 26 III 1950.


* * *


W dniu 1 września 1939 roku miało się opinię młodego, obiecującego człowieka, który wprawdzie nic jeszcze nie zrobił, ale na pewno zrobi - na razie musiał się przecież przygotować, przetrzeć sobie skrzydełka. W dniu 8 maja 1945 roku natomiast okazało się, że jest się starszawym, łysiejącym facetem, który ma życie poza sobą i karmi się już wyłącznie wspomnieniami. Pięknie, cacy, ale gdzież samo życie?! Jest początek i koniec, ale zdecydowanie brak środka - tak jakby głowa biegała bezpośrednio na nogach. Głowa to rzecz przyjemna, nogi również, ale środek, środek do licha! Panowie, zdrada -wykiwali nas - historia zagrała nam na nosie [...]

"Łysiejące refleksje", Tygodnik Powszechny nr. 309, 18 II 1951.


* * *


[...] Taka jest historia tubki z klejem. A teraz zważmy: czy historia ta nie przypomina kubek w kubek ludzkiego życia? Wszak z życiem jest tak samo: ciągle coś "nie wychodzi", panuje, jak mówił Gombrowicz, "ogólna niemożność", co jedną dziurą wejdzie, to drugą wyjdzie. Jeśli jesteś zdolny, to jesteś brzydki, jeśli jesteś przystojny, to jesteś niezdolny, jeśli jesteś i przystojny, i zdolny, to nie masz czasu, a jeśli masz czas, to znów nie masz pieniędzy. Jeśli zaś jesteś i zdolny, i przystojny, a także masz czas i pieniądze, to wtedy wybucha wojna i głupi Hitler zwala ci się na łeb na długie sześć lat, a gdy Hitlera diabli wreszcie biorą, okazuje się, żeś już stary i na nic nie masz ochoty. Gdy chcesz flirtować, to musisz pracować, gdy przestajesz pracować, okazuje się, że nie ma z kim flirtować, jeśli ona ci się podoba, to ty się jej nie podobasz, a ta, której ty się podobasz, nie podoba się tobie, jeśli zaś oboje podobacie się sobie, to ty wyjedziesz, a ona przez ten czas umrze. Jeśli masz coś do powiedzenia, to nie chcą cię słuchać, a gdy już chcą cię słuchać, okazuje się, żeś zapomniał, coś miał mówić. Gdy masz wstręt do wódki, okazja gratisowego a wesołego picia nadarza ci się dzień po dniu, a gdy pragniesz się napić, okazuje się, że nie ma za co ani z kim. Gdy jesteś samotny, pies do ciebie nie przyjdzie, gdy czujesz się zmęczony i chcesz się przespać, nudziarze przyłażą jeden za drugim. Jeśli w ogóle chcesz coś w życiu zrobić, to stwierdzasz, że akurat nie ma po temu możliwości, a jeśli możliwości się otworzą, wtedy na pewno zachorujesz; po wyzdrowieniu widzisz, że nie masz już ochoty na zrobienie tego, co zamierzałeś, choć możliwości nadal są, a kiedy po pewnym czasie ochota ci powróci, okaże się, że tymczasem możliwości się ulotniły, gdy zaś z kolei możliwości wrócą - tobie wróci choroba, bo to był rak. Jeśli masz w pokerze cztery trefle z asem oraz asa kier i postanawiasz odrzucić asa kier i kupować do koloru, wtedy na pewno przyjdzie ci as pikowy, jeśli zaś przeciwnie, zdecydujesz się zrezygnować z koloru i kupować do pary asów, okaże się, że szedł piąty trefl. Życie to pasjans, który nigdy nie wychodzi. "Zycie, polega na tym, że nie można żyć" - powiedział Irzykowski. Polega ono jeszcze na tym, że nie można przestać próbować żyć. Próbujemy więc i próbujemy, a tymczasem siły wypływają z nas jak klej z tubki. A w końcu: "Skoroś taki rozumny, właźże do trumny", jak z kolei powiedział Boy.

Rozmyślnie przytoczyłem tych obu głośnych antagonistów: jeden miał wielki talent, drugi wielką inteligencję, jeden był optymistą, drugi pesymistą, ale obaj doszli do wspólnej konkluzji: że życie urządzone jest przekornie, ba - złośliwie, na przekór, "na pakość". Tak, panowie: życie jest jak klej w tubce, chciałoby się go użyć, ale nie ma jak; życie jest jak owo wino w wąskim dzbanie, podane w bajce La Fontaine'a lisowi. Życie jest jak loteria bez wygranych albo jak wielkie Monte Carlo, gdzie nikt nigdy nie rozbił banku, a jeśli wygrał trochę, to zawsze, tak czy owak, stanęło mu to kością w gardle, bo zapalił się do gry i przegrał pięć razy tyle. A mimo to każdy, nawet na łożu śmierci, pali się do życia - ja też. Niepoprawni gracze nie tracą nadziei, że dokupią do koloru, ba do pokera. Przecież to nie jest niemożliwe - wołają, i nawet stygnąca, półtrupia ręka wyciąga się jeszcze po kartę. Istotnie: niemożliwe nie jest, a więc - próbujcie - i ja z Wami. He, he, frajerzy, jak mawiał demon z bródką, Przybyszewski, plus Wiech.

"Historia tubki z klejem", Tygodnik Powszechny nr 363, 2 III 1952.


* * *


Być może, że ktoś uzna mnie za zboczeńca, za intelektualnego masochistę czy nekrofila. Ale to nieprawda: jestem po prostu nadmiernie normalny i dlatego nie mogę tak łatwo przejść do porządku nad tym, co było. Nie ma co ukrywać: jakoś mnie to urzekło, wstrząsnęło mną i nawet - zaimponowało; zaimponowało w sposób negatywny wprawdzie, ale nieodparty; z problemami postawionymi w tym okresie nie dałem sobie jeszcze rady. Przeżuwam je ciągle: we dnie i w nocy, jak krowa wczorajszą trawę, i to jest mój dzisiejszy trud, podczas gdy inni beztrosko pobiegli naprzód. Cóż tam takiego mogło zaimponować? - spyta ktoś. Oczywiście nie wyrywanie paznokci czy rozpylany powszechnie strach fizyczny i moralny, lecz – odkrycie nowych praw oddziaływania na ludzki intelekt, a także nowych, nie przeczuwanych, ciemnych krain z pogranicza intelektu i moralności. Do jakichże ekwilibrystycznych, rozpaczliwie śmiałych wysiłków zdolny był umysł, któremu kazano udowodnić, że dwa razy dwa jest pięć albo że słońce świeci u nas w nocy. Jakież rozbudowane i uporządkowane, monolityczne systemy intelektualne powstawały "na bazie" zwykłego, wymuszonego siłą czy tylko zasugerowanego cieniem cienia przestrachu, a nawet łagodniejszymi perswazjami - głupstwa. Ileż patetycznych wysiłków moralnych włożono, aby całą rzecz uzasadnić i uprawdopodobnić przed sobą samym, iluż najporządniejszych ludzi robiło najidiotyczniejsze i najpotworniejsze rzeczy w najlepszej wierze, jakże nowe i trudne krainy z pogranicza intelektu i moralności odkryto mimochodem, pod jakimże frapującym znakiem zapytania postawiono wszystkie "niezłomne i nieugięte" prawa logiki i nauki: wszakże odrobinka lęku, a nawet nie lęku, tylko jakiejś dziwnej niepewności czy zwątpienia wystarczyła, aby najuczeńsi profesorowie z najbardziej siwymi brodami, z najnieśmiertelniejszą powagą głosili wszem wobec najzabawniejsze brednie, czyniąc to w dodatku z największym namaszczeniem i ze szczerym poczuciem własnej ważności i dobrze spełnionego obowiązku." [...]

Może zasady jakiejś absolutnej oceny moralnej szukać należy jedynie w intencjach? Gdy dzisiaj masa ludzi wczoraj jeszcze służących kłamstwu mówi bardzo precyzyjnie całą prawdę, bynajmniej mnie to nie cieszy. Dowodzi to bowiem, że oni tę prawdę znali dokładnie cały czas, że po prostu działali świadomie w złej wierze. Znacznie bliżsi mi są ci, co milczą, co przeżywają dramat załamania czy komedię dezorientacji, co nie mogą się zdobyć bez wewnętrznej pracy na nazwanie czarnym tego, co wczoraj nazywali białym. Nie wierzę nie tylko w moralną, ale i intelektualną wartość ludzi w nic wewnętrznie nie zaangażowanych, nie umiejących się zaangażować. [...]

Potworne splątanie prawdy z kłamstwem i słuszności ze zbrodnią, owa wstrząsająca "dialektyka" lat powojennych w Polsce nie narusza moralnego ładu i moralnego sensu ludzkiego świata i ludzkiego dążenia tylko w wypadku spojrzenia na wszystko okiem ludzi szczerze zaangażowanych. Jeśliby takich ludzi nie było, Polska byłaby trupem, bo niezaangażowanie w nic to śmierć moralna. A przecież pomimo wszystko, Polska żyła. Działający w dobrej wierze, oszukany czy zagubiony ideowiec odżywiał się przez lata bardzo trudną potrawą: owocem z Drzewa Wiadomości Złego i Dobrego. [...]

"Kraj wielkiej przygody," felieton skonfiskowany przez cenzurę. 1957.


* * *


"Ogólną niemożność" zaczerpnąłem z Gombrowicza. Bodaj że w jego świetnym Pamiętniku z okresu dojrzewania (który osobiście znacznie wyżej cenię od przechwalonej Ferdydurke), w noweli Biesiada u hrabiny Kotłubaj użyty jest piękny zwrot: "Zapanowała ogólna niemożność". Niemożność może więc być stanem faktyczno-aktywnym, tak jak i możność. Otóż w Polsce obecnej panują pospołu Wielki Kac i Ogólna Niemożność. Tak jak po alkoholowej euforii, przychodzi nieuchronnie obrzydle trzeźwy, zimny a kostyczny ranek, tak po rewelacyjnie wyzwalających uniesieniach Października przyszło również nieuchronne, trudne, szare a powszednie "dziś". - I cóż dalej szary człowieku? [...]

"O wielkim kacu, czyli ogólna niemożność," Tygodnik Powszechny nr 432, 10 III 1957.


* * *


[...] Otóż niżej podpisany piastując od lat zaszczytny tytuł "błazna rewolucji" (nawet tak poważne instytucje jak rewolucja muszą posiadać swych błaznów), ma w istocie duszę smutną i napełnioną pesymizmem. Chętnie zabawiłbym się w Kasandrę, co w Polsce, jak twierdził Ksawery Pruszyński, zawsze się udaje. Dziwne to zjawisko, że właśnie epoka odnowy, anie epoka rządów głośnej jednostki z wąsami, napełniła mnie "integralnym pesymizmem", ale może to tak zawsze jest na świecie: lepsze widać pewne zło niż niepewne dobro. "Najgorsza ta niepewność", jak mówi znana anegdota o zazdrosnym mężu.

Dostaję mnóstwo listów i te listy właśnie to jeden, z zasadniczych powodów mojego pesymizmu. Mowa w nich o krzywdach, niesprawiedliwościach, świństwach, błędach i głupstwach, od jakich włosy na głowie stają. To, co się w Polsce między ludźmi narozrabiało w ciągu ostatnich dwunastu lat, jest rzeczą trudną do opowiedzenia. [...] Te listy to jest moja zmora, to właśnie moje gwoździe w mózgu. Składają się w sumie na obraz zgoła upiorny - a potem chcecie, żebym miał humor. Zaręczam: humoru w tym przypadku zachować nie sposób. [...]

"O śmieszności, listach i sprawach poważnych", Tygodnik Powszechny nr 427, 24 III 1957.


* * *


[...] Nie wiem, dlaczego słowo rewizjonizm w niektórych kołach lewicowych uchodzi za synonim wszystkiego najgorszego, i a rewizjonista to obelga, jak dawniej reakcjonista. Dla mnie rewizjonizm to najpiękniejsza i najmądrzejsza rzecz na świecie: wciąż należy wszystko rewidować, sprawdzać, przewartościowywać, neutralizując w ten sposób naszą przyrodzoną skłonność do zastoju, skostnienia, lenistwa umysłowego i próbując nadążyć za dialektyczną zmiennością świata. [...]

"Powrót", Tygodnik Powszechny nr. 447, 18 VIII 1957.


* * *


[...] W przetrzymaniu ciężkich czasów dopomogły mi dwie usłyszane wówczas sentencje, które zrobiły na moim mózgu duże wrażenie. Jedna z nich wyszła z ust Bolesława Piaseckiego (takich to ma się duchowych ojców), który powiedział w roku 1945, że nie istnieją czasy nienormalne, że wszystko, co się dzieje, jest rzeczą zwykłą, jest po prostu życiem jak każde inne. Drugą, podobną myśl wypowiedział Antoni Gołubiew, twierdząc, że na całej przestrzeni swej historii i prehistorii ludzkość zawsze wyczyniała przeróżne autogwałty, trzymała się wzajemnie za mordę i stawała na głowie, a tylko w XIX wieku zdarzały się w Europie krótkie okresy liberalizmu, które niektórzy, nie wiedzieć dlaczego, wzięli za normę. Te dwie refleksje przyjęte jako motto pozwoliły mi z filozoficznym spokojem spoglądać na wszystko wokół, na nic się nie oburzać, tout comprendre et tout pardonner, leben und leben lassen, a także przeżyć trzy mutacje Tygodnika Powszechnego. [...]

"Wspomnienia, wspomnienia...", Tygodnik Powszechny nr 573, 31 I 1969.


* * *


[...] Na tym kończę mój dzisiejszy przedjubileuszowy plakat plakatów. Uproszczenia i spłycenia - powiecie. Prawda - to jest los plakatu: aby za to kto inny mógł rzecz skomplikować i pogłębić. Felietonista to podsuwacz pomysłów - nie ich realizator. To świnia, która wyszukuje trufle, sama ich nie zjadając. [...]

"Piętnastolecie", Tygodnik Powszechny nr 582, 20 III 1960.


* * *


Ogólny podtytuł niniejszej serii felietonów "Gwoździe w mózgu" bywa często niewłaściwie interpretowany. Niejeden z czytelników przypuszcza bowiem, że chodzi tu o gwoździe, które ja wbijam w mózgi moim oponentom czy polemistom. Tymczasem rzecz ma się zgoła inaczej: chodzi o gwoździe, które tkwią w mojej własnej głowie i których staram się pozbyć w ten sposób, że wystawiam mózg na widok publiczny, licząc, że ktoś się zlituje się i pomoże mi w usunięciu czy wybiciu owych dokuczliwych, tkwiących w nim przedmiotów. Robię to więc przede wszystkim dla siebie. Jest to czynność ekshibicjonistyczno-wyzwalająca, coś w rodzaju rozładowywania "kompleksów", wymyślonego, jak wiadomo, przez starego Freuda.

U każdego człowieka tkwią w mózgu jakieś gwoździe, bardzo często wlazły one tam jeszcze w okresie dzieciństwa lub młodości - a uwierają i zmuszają przez to do myślenia aż do późnej starości. Myślenie to rzecz pozytywna, a więc i gwoździe odgrywają rolę poniekąd pozytywną, choć wywołują ból - ale zresztą wszystko w życiu ludzkim wywołuje ból, od urodzenia poczynając, a na śmierci kończąc. Dlatego też, choć dopominam się u bliźnich o wyjęcie mi z mózgu gwoździ, nie łudzę się wcale, żeby się to mogło udać: sądzę raczej, że z gwoździami tymi przekołatam już całą moją doczesną wędrówkę - aż do grobu. Co nie dowodzi oczywiście, żebym nie miał żyć z tych gwoździ, demonstrując je bliźnim ku nauce i biorąc za to forsę. Takie jest bowiem rzemiosło szarlatana. (Szarlatan = pisarz: patrz "Kryzys w branży szarlatanów" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego). [...]

"Gwoździe i rocznice", Tygodnik Powszechny nr 592, 29 V 1960.


* * *


Bezradność słowa - oto rzecz, która mnie ogromnie trapi. Tyczy się to przede wszystkim słowa publicystycznego, któremu właśnie, jak się zdaje, częściowo wbrew swej woli, poświęcam życie. Słowo bowiem pisarskie czy filozoficzne, to znaczy, zewnętrznie biorąc, słowo książkowe, owszem, ma swoje oddziaływanie, ale oddziaływanie obliczone na daleką metę, na przyszłe pokolenia nieraz. Natomiast słowo "gazeciarskie", aktualne, takie właśnie, jakie z uporem kultywuję, niewiele konkretnego może zdziałać: ma owszem jakiś doraźnie wychowawczy efekt psychologiczny, ale osiąga to raczej nie swoją treścią, lecz klimatem, barwą, temperamentem. W sumie to, co uprawiam, jest po trochu kręceniem bicza z piasku: kręcić całe życie bicze z tego materiału, choćby nawet robiło się to po mistrzowsku (he, he), jest czynnością arcypróżną i jałową, wszakże bicze owe rozsypują się w sekundę po ukręceniu, a człowiek pisząc, dąży przecież do tego, aby przeciwstawić się nieustającemu przemijaniu, aby zostawić po sobie coś konkretnego. Tymczasem cóż zostanie: góra sypkiego piasku. I nawet udowodnić będzie nie sposób, że to ja właśnie coś z tego piasku usiłowałem konstruować. [...]

Nie straciła i na pewno nie straci aktualności klasyczna formuła Talleyranda, że mowa służy do ukrycia myśli.

Wiele mamy przykładów niezaszczytnej roli słowa publicystycznego czy żywego w historii politycznej świata. Pod tym względem istną encyklopedią jest ulubiona moja książka Dzieje Francji Jacques'a Bainville'a. Dzięki swojej skrótowo syntetycznej metodzie przebiegania przez historię, Bainville uwypukla rzeczy, w normalnym "historycznym tempie" niedostrzegalne. Miażdżąco widać z jego książki, jak upokarzającą dla siebie rolę spełniało w historii słowo, ów tak na pozór szanowany instrument międzyludzkiego porozumiewania i kształtowania opinii.

Bardzo tu jest instruktywny przykład polityki Ludwika Filipa i stosunku francuskiej opinii do tej polityki. Ludwik Filip prowadził politykę przyjaźni z Anglią i w związku z tym starał się nie mieszać w sprawy belgijskie, bo to Anglię drażniło. Polityka ta po kilkudziesięciu latach okazała się twórcza, zbawienna i uratowała Francję, wówczas jednak była we Francji znienawidzona i uważana za zdradziecką. Warunkiem jednak jej powodzenia było właśnie niewyjawianie jej prawdziwych intencji: aby być skuteczną, musiała uchodzić za zdradziecką, a co najmniej będącą rezultatem przymusu. Tak więc słowa okazały się wówczas wobec myśli palimpsestem: palimpsest to, jak wiadomo, taki pergamin, na którym coś napisano, wytarto i napisano po raz drugi. Można to wprawdzie po latach odcyfrować, ale dopiero wtedy, kiedy, jak mówi Poeta: "...jaka była w nim trucizna, najlepszy spec się już nie wyzna". [...]

Słowa, słowa, słowa..., Tygodnik Powszechny nr 706, 5 VIII 1962.


* * *


[...] Satyra nasza długi czas szukała dla siebie żeru albo w przeszłości, albo u innych. Mrożek potrafił wyswobodzić się z tego, stać się na swój sposób obyczajowo, społecznie, narodowo aktualny, a jednocześnie na tenże sposób uniwersalny i ponadczasowy - w tym tkwi jego mistrzostwo, jego wielorakie znaczenie, w końcu jego niewątpliwa wielkość. […]

"Straszni mieszczanie", Tygodnik Powszechny nr 789, 8 III 1964.


* * *


Moim zdaniem, większość nieszczęść, które spadły na ludzkość, było wynikiem nie złości, lecz braku rozumu: złość sama przez się nigdy nie jest w stanie narobić tylu nieszczęść, co głupota. Gdyby na przykład Hitler był inteligentniejszy, to, być może, nie wymordowałby milionów niewinnych ludzi, bo rozum powiedziałby mu, że w ten sposób podpisuje wyrok na siebie i swój ustrój, wyrok, który może być przez sukcesy militarne Niemiec odraczany, ale w żaden sposób nie będzie anulowany. [...]

Co gorsza, zaczynam być wyrozumiały dla osób o właściwościach przeciwnych, to znaczy dla takich osób, które prócz inteligencji innych cnót nie posiadają, czyli po prostu dla bystrych obwiesiów. Wydaje mi się bowiem, że summa summarum osoby te mniej przyniosły ludzkości szkody niż głupcy, bowiem inteligencja pozwala jednak oceniać szkodliwy dla tej czy innej sprawy kierunek wydarzeń (choć nie zawsze pozwala mu się przeciwstawić), podczas gdy głupota nie jest w stanie ocenić w sposób właściwy żadnego kierunku ani żadnej sprawy i w rezultacie musi przynieść wszystkim nieobliczalne szkody. [...]

"List od Ojca Malachiasza," Tygodnik Powszechny nr 793, 5 IV 1964.


* * *


[...] Zabawnie układają się te sprawy w przekroju przeplatających się pokoleń. Młodość emocjonuje się przede wszystkim właśnie przeszkodami i konfliktami, ma przecież do tego i nie zużyte mięśnie; wiek średni skłonny bywa spocząć na laurach zwycięstwa czy w ogóle jakiegoś ustabilizowanego osiągnięcia; potem jednak człowiek przekraczając wiek średni i pielgrzymując ku starości znów zaczyna się roznamiętniać walką i konfliktem, bo chce się instynktownie odmłodzić, poczuć, że jednak jeszcze walczy, a więc żyje; z kolei ten sam człowiek całkiem już stary chce znowu odpoczynku i bezruchu, bo boi się już zbytniego wyładowania sił, sądzi, że odpoczynek i ustabilizowana bezczynność przedłużą mu życie (a żyć chce każdy jak najdłużej, nikomu nie spieszno jakoś do nieba - może by to nam wytłumaczył ojciec Malachiasz?). [...]

"O drogach bocznych", Tygodnik Powszechny nr 835, 24 I 1965.


* * *


[...] Tak więc temat współczesny, życiowy odpada, to dziedzina dla maniaków i fantastów. Meteorologia jednak nie jest jedyną domeną dla ludzi rozsądnych i pragnących coś robić - udowadniają nam to twórcy. Ostatnio na przykład byłem na pokazie filmu Rękopis znaleziony w Saragossie Wojciecha Hasa, ulubionego mojego reżysera, autora uroczych filmów Pożegnania i Wspólny pokój. Jest to mistrzowska, z ogromem wyobraźni i pracy zrealizowana wizja spraw i czasów na pozór nie istniejących oraz problemów na pozór nieważnych. Ha, cóż, już ponad trzydzieści lat liczy sobie wszakże słynna sentencja Kazimierza Krukowskiego, że "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma". Jak się nie ma (do dyspozycji) Polski z lat dziewięćset sześćdziesiątych, to się lubi Hiszpanię sprzed lat kilkuset, a właściwie Hiszpanię imaginacyjną, i zamiast stworzyć pomnik czy arcydzieło o dzisiejszej Polsce, tworzy się arcyfilm o niegdysiejszej Hiszpanii. Tajemnica, rzecz prosta, leży w tym, że Wojciech Has w owej Hiszpanii poruszać się może, jak chce, będąc twórcą i panem u siebie, tymczasem gdyby się zabrał do dzisiejszej Polski, zaraz nastręczyłoby się kilkudziesięciu ekspertów, radców, korektorów i krytyków (casus Złoto). Aże każdy artysta chce być sobą i swobodnym odkrywcą, ergo Has wybrał tak, jak wybrał, a tłumy wysokich urzędników, zalegające na pokazie filmu warszawską Salę Kongresową wykazały, iż wybór był trafny, a właściwie jedynie możliwy. To tak jak z Adamem, do którego Pan Bóg stworzywszy Ewę powiedział: - A teraz wybierz sobie żonę! A teraz wybierz sobie temat! [...]

"Zimowa sałatka", Felieton skonfiskowany przez cenzurę, 1965


* * *


[...] Jak widać, ludzie przyzwyczaili się już do tych tematów, co mi przypomina stary kawał o polowaniu. Oto myśliwi celują do kicającego zająca, ale leśniczy powstrzymuje ich: - Panowie, stop, to samica, często kotna, my do niej nigdy nie strzelamy! Myśliwi opuszczają dubeltówki, wtem z lasu wypada drugi zając, a leśniczy na to: - Panowie, proszę bardzo, to stary kot, my do niego zawsze strzelamy! [...]

"Symptomy, opisy i diagnozy", Tygodnik Powszechny nr 924, 9 X 1966.


* * *


[...] Słyszałem taką anegdotkę: gość mówi do drugiego: - Ty, Felek, znajdź mi jakąś pracę, ty masz stosunki. – Jaką pracę?! - odpowiada Felek. - Nie mam żadnej pracy, co najwyżej bardzo ciężką, na przykład łupanie kamieni. Weźmiesz? A tamten na to: - Łupanie kamieni? Czemu nie, wezmę. Daj ludzi, a wezmę!

Otóż ja wcale nie tak! Ja nie potrzebuję ludzi, ja sam osobiście będę łupał kamienie. Tylko pozwólcie mi na to, dajcie mi te kamienie! Błagam o owe kamienie od rana do nocy, proszę się, przymilam, skomlę, wygrażam, ale nic z tego. Zamiast kamieni mam spokojne, łagodne życie, którego wcale nie chcę. Każdemu to, na czym mu mniej zależy. O, cholera!

Zastęp ludzi, którzy chcieliby łupać kamienie, a zamiast tego skazani są na chodzenie z pieskiem na spacer, rośnie a rośnie, łażą źli, sfrustrowani, nieprzydatni, zabijają czas byle czym ("żyjemy sobie jak się zdarzy, zrywamy kartki z kalendarzy..."). Co z nimi będzie? Pewno nic, wymrą powoli. Kamienie w Polsce już na ogół połupano, zresztą nie było ich zbyt wiele, kraj, wiadomo, nie jest za duży, a ludzi zdolnych do roboty do cholery w nim i trochę. Łazimy więc, póki życia, z pieskami na spacer, spotykamy się w Alejach, popsioczymy odrobinę (co innego robić, jak się prowadzi psa?), wracamy do domu pospać, potem telefonik jeden, drugi, trzeci, jeszcze drzemka, skrobnąć list i felietonik o niczym, poczytać Le Monde i już wieczór. [...]

"Każdemu to, na czym mu mniej zależy". Felieton skonfiskowany przez cenzurę, 1967.


* * *


[...] Na temat "latających talerzy" rozbrzmiewał u nas długie lata chóralny rechot: mało z czego da się bezinteresownie drwić, tu więc bracia dziennikarze wreszcie użyli sobie na całego, znajdując niekłopotliwe ujście dla przyrodzonych ludzkich skłonności do szyderstwa. Aliści nagle śmiech zamarł im na zbielałych wargach: oto w Związku Radzieckim rząd powołał naukową komisję do zbadania sprawy "latających talerzy". I co się teraz stanie z chórem prasowych szyderców?! [...]

A swoją drogą, te latające talerze mocno mogą zamieszać i zepsuć harmonię niejednemu chórowi w Polsce. Co zrobią ateiści, jeśli okaże się, że na talerzach latają aniołowie? A co zrobią katolicy, jeśli wyjdzie na jaw, że to pojazdy ludzi z innej planety, którzy są nie zbawieni, nie ochrzczeni, a rozmnażają się samorodnie, przez pączkowanie?! Morał: są (jeszcze) rzeczy, stwierdzić miło, o których Państwu się nie śniło!

"Latające talerze", Felieton skonfiskowany przez cenzurę, 1968.


* * *


Proroctwa, Pogoda i Polemiki to trzy najprzyjemniejsze zajęcia, czyli tematy pisarsko-publicystyczne na literę "p" (podobnie jak na tę że literę istnieją trzy przyjemności dla kawalerów: Pić, Palić, Polować). Właściwie obecnie najchętniej skupiłbym się na Pogodzie: temat jest wdzięczny, chwytliwy, dopuszczalny, cieszący się dużym wzięciem u czytelników. [...]

Teraz co do Proroctw. Przestałem się już nimi zajmować, choć przeważnie były udane, a raczej dlatego właśnie. Proroctwo przed faktem jest źle widziane, bo nikt w nie nie chce wierzyć, zaś po fakcie sprawdzone proroctwo jest przez zagniewanych niedowiarków przemilczane i zapomniane. [...]

Z ulubionych moich trzech "P" pozostały więc jeszcze do omówienia Polemiki. Do uprawiania tego gatunku piśmienniczego przygotowywałem się od najwcześniejszej młodości, w myśl wskazań niezapomnianego mojego mistrza Karola Irzykowskiego. Starcie dwóch koncepcji, dwóch poglądów, dwóch temperamentów, dwóch światów psychiczno-myślowych, jeśli przeprowadzone jest zgodnie z obiektywnymi zasadami sztuki szermierczej doprowadzić winno do wyładowań myślowo-elektrycznych do których w żaden sposób nie dojdzie osobna, monologująca jednostka. Nawet dwóch polemistów o poglądach podobnych czy jednako. Dwóch dochodzi w szermierczym starciu do rezultatów większych, niż doszliby do nich każdy z osobna i nawet w prostym, arytmetycznym zsumowaniu, a to w myśl zasady Irzykowskiego, iż: "Jeśli dwóch robi to samo nie jest to tym samym", po łacinie "Si duo faciunt idem, non est idem" (por. Karol Irzykowski: Czyn i słowo, Lwów, 1913) [...]

"Proroctwa, pogoda i polemiki", Kultura 12/351, 1976.


* * *


[...] W redakcji Kultury zwykło się myśleć, że będą to zakłócenia wewnętrzne w Bloku, zakłócenia odśrodkowe, pochodzące od składających się na ów Blok narodów. Osobiście, jako pesymista z Warszawy, nie bardzo w to wierzę: myśmy już nie tacy, decydują nowe, odmienne pokolenia, a ilość przeszła w jakość: o kiełbasę się ruszą, o wolność nie. Ale nie dyskutujmy -zobaczymy (powiedział ślepy). [...]

"Moje proroctwo," Kultura 11/362, 1977.


* * *


[...] Każde Boże Stworzenie chce się w polskiej Arce Noego przechować, nawet i pluskwa. Pisałem kiedyś, że życie jest jak chińska gra w mah-jonga: każdy z graczy w tajemnicy przed innymi zbiera sobie inny rodzaj kamieni - jeden "wiatry", drugi "charaktery", trzeci "kolory", czwarty "smoki". Wymieniają między sobą te kamienie i frymarczą nimi, nie wiedząc wcale co kto zbiera i kto co już ma. Zaś kto pierwszy zbierze "pong" czyli pełny cykl, ten, niespodziewanie dla innych wygrywa. A więc - czekajmy do końca, ktoś tam wreszcie wygra a ktoś żałośnie przegra. Nie przegra tylko ten, co w ogóle nie gra, ale cóż to za życie bez brania udziału w grze, choćby wyimaginowanej? [...]

"Po tej stronie", Kultura 4/367, 1978.


* * *


[...] I oto nagle krakowski Metropolita został papieżem, wiatr historii powiał nad krajem gdzie, wydawało się, historia stanęła w miejscu od lat trzydziestu. Lud przebudził się w ciągu godziny, na co ze zdumieniem patrzyli stumanieni funkcjonariusze partyjni, którzy nigdy nie widzieli autentycznej, masowej manifestacji, przywykli do mechanicznych, wypranych z emocji urzędowych spędów. Fałszywa odwrócona "elita" aparatu, złożona z oportunistów, sztywniaków, ostrożniaków, sklerotyków, cwaniaków i schematyków pogubiła się nagle wśród przebudzonego na chwilę społeczeństwa: naród się ocknął, ocenił wagę wydarzenia, demonstrował bezinteresownie, bez nakazu i strachu. On jeszcze żyje ten naród, choć przez lata karmiony kunsztownie przyrządzaną nieprawdą, precyzyjnie ze wszystkich głośników, ekranów czy drukarń wsączaną dezinformacją. A jednak ogłupić się nie dał, pierwsze od długich lat odkrywcze posunięcie Zachodu zrozumiane zostało błyskawicznie. Duch święty, jak nań przystało, okazał się mądrzejszy od wszystkich polityków razem wziętych. [...]

"Wstrząs, gruzy, galówki," Kultura 12/273, 1878.


* * *


[...] Przeczytałem osobliwy artykuł p. Jana Drewnowskiego "Władza i opozycja" (Zeszyty Historyczne Nr 46) i zadziwiłem się mocno: że taka to w Polsce potężna jest i wspaniała wola oporu całego narodu z klasą robotniczą na czele, że tylko patrzeć, jak obalą ustrój i odzyskają niepodległość, a jedyne zmartwienie, to żeby opozycja nie była "frakcyjna" i jakoś tam związana z reżymem, żeby nie domagała się żadnej zdradzieckiej finlandyzacji lecz pełnej, absolutnej niepodległości, suwerenności, demokratyczności, pluralistyczności et caetera, et caetera. Ja bajki tak lubię ogromnie... Zwłaszcza w dzisiejszej Polsce, gdzie jest prawie trzy miliony członków partii (policzcie to wraz z rodzinami), gdzie obojętny, oduczony od myślenia tłum wali namiętnie a bez przymusu do urn wyborczych, nie widząc nic upokarzającego w głosowaniu na jedną, przez kogoś ułożoną listę, gdzie wśród inteligencji odwaga cywilna zanikła zupełnie a anonimowe donosy do władz stały się chlebem codziennym, gdzie... [...]

"Gorczycy dwa ziarna", Kultura 5/380, 1979.


* * *


Czytelnik prasy w Polsce to jak ów człowiek w platońskiej jaskini: widzi dziwacznie pląsające cienie i po nich wnioskuje co się dzieje na zewnątrz. Owszem, podaje mu się na ogół materiał faktyczny zza granicy, ale tak okrojony, oświetlony i specjalnie zinterpretowany, że aby wydedukować zeń, co się naprawdę zdarzyło, trzeba brać odpowiednie odchylenie, do tego zaś trzeba znać i przewrotność i sklerotyczną skostniałość myślenia naszych braci komunistów. [...] Przyzwyczajeni dociągać kapryśną prawdę do założonego z góry porządku słów nie rezygnują z tej ulubionej słownej sklerozy w najbardziej nawet absurdalnych okolicznościach. [...]

"Cienie w jaskini", Kultura 6/381, 1979.


* * *


[...] Końcowe słowa kieruję do Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który w numerze 5-tym tegorocznej Kultury wzywa pisarzy krajowych. aby odkłamali wszystko, w tym również siebie samych. Przyjacielu, to nie taka prosta sprawa wobec Wielkiego Triumfu Debilizmu, W T D! Miliony łudzi w Polsce nie wie już co jest, a co nie jest prawdą i na czym polegać ma "szczerość świadków". Przez długie dziesięciolecia zmieniono nam nie tylko mowę, ale i kryteria myślowe - myśmy już inni ludzie, choć, jak rozmawiasz z nami na Zachodzie myślisz. żeśmy tacy sami jak Ty. My masę rzeczy robimy bez przymusu, instynktownie już i tu jest cała tragedia, gorsza i dotkliwsza niż to, co Ty sobie w Twoim Neapolu wyobrazić możesz. Nas teraz nikt nie przymusza. my już sami, dla świętego spokoju i codziennego ładu zapracowujemy na nasz codzienny W T D. I stąd może moja nienawiść do sprawców pomniejszych, tych nie wiedzących, co czynią!

"Szkoła debilizmu, czyli WTD", Kultura 7/382-8/383, 1979.









Copyright © 1997-2007 Zwoje