Stefan Kisielewski, Kisiel (1911-1990), byl czlowiekiem-instytucja w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Byl znakomitym felietonista politycznym, o niezwykle ostrym temperamencie polemicznym. Od roku 1945, przez ponad 40 lat drukowal swoje felietony w krakowskim Tygodniku Powszechnym (gdzie czesto byly konfiskowane przez komunistyczna cenzure), a w latach 1970. i w roku 1980 w rowniez paryskiej Kulturze. Wiele jego spostrzezen bylo niezwykle trafnych, a sformulowan niezwykle celnych, urzekajacych finezja stylu. Nie mniej, poglady jego czesto byly kontrowersyjne, i to nie tylko dla totalitarnych przeciwnikow politycznych. Przez wiele lat wierzyl w nieuchronna trwalosc sowieckiego systemu komunistycznego ("komunizm rosyjski wytrzymal probe historii") i w naiwnosc Zachodu. Glownie poprzez ironie slowa walczyl o pewne korekty sytemu politycznego i ekonomicznego w Polsce. Jeszcze za jego zycia wiele z jego pogladow w sposob oczywisty okazalo sie bledne. 

Stefan Kisielewski, pod pseudonimem Tomasz Stalinski, byl rowniez autorem kilku politycznych powiesci z kluczem, z ktorych najslynniejsza byla Widziane z gory (Instytut Literacki, Paryz 1967). Po Pazdzierniku 1956, Kisielewski podjal probe politycznego zaagazowania sie jako posel do Sejmu PRL z katolickiego kola "Znak." W roku 1968, na ulicy w Warszawie, zostal ciezko pobity przez Sluzbe Bezpieczenstwa PRL.

Tresc felietonow Stefana Kisielewskiego stracila aktualnosc i jest juz zapewne mniej interesujaca w zupelnie zmienionej sytuacji Polski i swiata. Jest to zreszta los wiekszosci felietonow na aktualne tematy. Trwale pozostaly niektore glebokie mysli, ironia, sformulowania Kisielewskiego – te maja miejsce w kanonie literatury polskiej.

Z tomu stanowiacego odautorski wybor felietonow Stefana Kisielewskiego 100 razy glowa w sciany (Editions du Dialogue, Paryz 1972) oraz z szeregu numerow paryskiej Kultury wybralem pewna liczbe cytatow, ktore wydaja mi sie charakterystyczne dla Autora, a rownoczesnie najbardziej wartosciowe, ponadczasowe albo wyjatkowo zabawne. Wybor ten jest oczywiscie subiektywny i odzwierciedla moja obecna percepcje tekstow Kisielewskiego.

Obydwa czlony tytulu tej antologii pochodza ode mnie i zostaly zaczerpniete z felietonow Kisiela.

(Andrzej Kobos)







KISIELIZM

"MOZE SLOWO NIE PRZEPADA TAK Z KRETESEM"

Mala antologia






STEFAN   KISIELEWSKI




[...] Wreszcie jeszcze jednej, najbardziej moze waznej rzeczy dowiedzielismy sie z autorytatywnych ust red. Borejszy: jaki bedzie wynik wyborow. A mianowicie: "W Polsce wolne wybory moga wplynac i wplyna na pewne zmiany personalne, ale w niczym nie moga zmienic linii generalnej demokracji polskiej". Ta wiadomosc uspokaja nas zupelnie: dotychczas obawialismy sie o wynik wyborow – teraz jestesmy najzupelniej spokojni - nie ma absolutnie powodu do obaw. Pozostaje nam tylko podziekowac red. Borejszy za jego cenne a miejscami rewelacyjne informacje, zas redaktorowi Odrodzenia za smialy i trafny wybor artykulu, przez co informacje te udostepnione zostaly ogolowi.

Laczymy nalezne wyrazy.

"Jerzy Borejsza mowi", Tygodnik Powszechny nr 3l, 21 X 1945.


* * *


Mam znajomego robotnika. Spotkalem go wczoraj i pytam: - Czy obywatel slyszal, ze to i tamto i owo? - A obywatel skad to wie? - pyta. - Prasa pisala - mowie. Spojrzal na mnie jak na chorego. - Prasa?! Toz prasa nigdy nie pisze prawdy! Przekonanie, ze prasa nie pisze prawdy, jest – okazuje sie - w szerokich warstwach polskiego spoleczenstwa gleboko zakorzenione. Zlozylo sie na to, jak mi ktos wytlumaczyl, wiele lat prasowego zaklamania, ktore hulalo po naszym kraju. Lecz dzisiaj, w demokratycznej Polsce, czyz mozliwe, zeby prasa w dalszym ciagu nie pisala prawdy?!

Zaczalem pytac innych znajomych. Wszyscy mowia to samo - ze nie. Prasa podobno nie pisze tego, o czym wroble na dachach cwierkaja, prasa rzekomo unika cienia spraw ostrzejszych czy drastyczniejszych, prasa, jak mowia, nie chce widziec przeciwstawiajacych sie sobie zdan, walk partyjnych, rozbieznosci, prasa widzi wokol tylko sielanke, stosunki wyrownane, gladkie, idylliczne - slowem, prasa wznawia dawne idealy "radosnej tworczosci", tudziez "silnych, zwartych i gotowych". A ze Polacy sa "nie w ciemie bici", przekorni i az za bardzo domyslni, wiec tez - spoleczenstwo czyta prase z politowaniem, a domysla sie rzeczy, czesto wcale nawet nie istniejacych, od ktorych wlosy deba staja na glowie. Bo przemilczanie pewnych spraw stwarza pole do dzialania wyobrazni. - Skoro o tym nie pisza, to COS w tym musi byc, a wiec... itd. I prasa sobie, a "wiesc gminna" sobie, rosnac nieustannie, jak owa plotka w slynnej arii Rossiniego. Bo jedyna rada na plotke jest - prawda. [...]

"Prasa", Tygodnik Powszechny, nr 32, 28 X 1945.


* * *


[...] "Mowa istnieje po to, aby ukryc mysli" – powiedzial rzekomo Talleyrand. To powiedzenie posluzylo za motto krajom totalistyczno-faszystowskim, ktore spowodowaly wlasnie inflacje i dewaluacje slow. W krajach faszyzmu slowo sluzylo wszystkiemu, ukryciu swych planow, propagandzie - tylko nie - wypowiadaniu prawdy. W krajach faszystowskich - jak slusznie zauwazyl Czeslaw Milosz - nie bylo publicystow - byli tylko bardziej lub mniej zdolni propagandzisci, powtarzajacy chorem nie przez nich ustalone slogany. Te wlasciwosc przejal nasz kulawy totalizm sanacyjny, rowniez zalewajac nas lawina slow bez pokrycia. I moze to wlasnie dlugie rzady sanacji oduczyly nas kompletnie przywiazywania wagi do slow - zwlaszcza uroczystych. [...]

"Dewaluacja slow", Tygodnik Powszechny nr 42, 6 I 1946.


* * *


[...] Albo haslo: "Kultura robotnika - kultura narodu". Jak je rozumiec? Brakuje przy nim stanowczo komentarza. Jesli znaczy ono, ze jak robotnik ma kulture, to i caly narod ja ma, no to jeszcze - chociaz tez nie calkiem jasne. Ale moze ma ono znaczyc, ze caly narod ma przyjac kulture robotnika? No tak - ale wlasciwie - dlaczego? Przeciez w Polsce jest ponad 60 procent chlopow, troche inteligencji i mieszczanstwa, wiec dlaczego wszyscy maja przyjac akurat kulture robotnika? A co zrobic z Mickiewiczem, Slowackim, Chopinem! Przeciez oni nie byli robotnikami. Nie, nie rozumiem! Tylko ze jakos nikt procz mnie temu haslu sie nie dziwi - to mnie niepokoi - widocznie cos ze mna zle. Czesto mysle tez nad slowem "demokracja", a wiec demokracja starozytna, kapitalistyczna, liberalna, ludowa, anglosaska, szwajcarska, francuska, prawdziwa, taka, owaka. A takze nad slowem "reakcja". Mysle - i dziwie sie. Jak moze w Polsce zwyciezyc w wyborach reakcja, jesli wiekszosc kraju stanowi lud? Decyduje przeciez wiekszosc glosow. Czy lud moze byc reakcyjny? A jak pobic reakcje w wyborach, jesli nie ma reakcyjnej listy? A moze taka lista bedzie? Nic nie rozumiem! Ale wszyscy jakos rozumieja. Nikt sie nie dziwi. Niepojete! [...]

"Sprawy trudne", Tygodnik Powszechny nr 43, 17 II 1946.


* * *


[...] Kult jednomyslnosci, szerzony dzis przez pewna prase, jest dowodem niezrozumienia istoty demokracji, co wiecej - wywoluje jednomyslnosc, ale - jednomyslnosc sprzeciwu. Przypomnijmy sobie owa basn Andersena (nie Andersa - uwaga dla zecera) o krolu, co chodzil nago; wszyscy o tym wiedzieli ale - wszyscy milczeli; dopiero naiwne i niewinne dziecko, przelamujac psychoze, wykrzyknelo: przeciez krol jest nagi! Bardzo chcialbym byc tym dzieckiem. Jednomyslnosc jest falszem samym w sobie, na jej dnie tkwi zawsze cos nierzetelnego. [...]

W zwiazku ze zblizajacym sie referendum ludowym propaganda jednomyslnosci szaleje. Afisze, slogany, artykuly itp. glosza, ze narod winien odpowiedziec trzykrotnie tak, ze to rzekomo wzmocni nasza pozycje za granica itd. Otoz rzecz ma sie przeciwnie - jednomyslnosc moglaby tylko wzbudzic za granica nieufnosc - w krajach demokratycznych nikt w nia nie uwierzy. W Przekroju znalazlem taki dowcip: "Panie Bec-Walski, co pan sadzi o referendum? - Nie wiem co to jest - ale jestem przeciwny!" Miala to byc kpina, lecz wbrew woli redaktorow wkradla sie tu glebsza mysl. Oczywiscie - Bec-Walski ma racje - on nie chce sie zgodzic na mechaniczna jednomyslnosc stada owiec. [...]

I dlatego, chcac byc dobrym obywatelem, chcac dla Polski jak najlepiej, oswiadczam wszem wobec: nazywam sie Bec-Walski, nie wiem, o co chodzi, ale jestem przeciwny!

"Bec-Walski jestem!", Tygodnik Powszechnynr 61, 2 VI 1946.


* * *


[...] Niezlomne trwanie Tatr podnioslo mnie na duchu - jakzez jest krzepiace, w porownaniu z potokiem zmiennosci, ktory plynie przez Polske. [...]

"Swiat sie zmienia," Tygodnik Powszechny nr 74, 17 VIII 1946.


* * *


[...] Zdechly pies, jak wiadomo, nie gryzie, nie gryzie nawet pies zywy, ktoremu u dentysty wyrwano zeby. A zebem felietonisty jest jego felieton, gdy go nie pisze, to darmo zgrzytac swym prywatnym uzebieniem - nic mu nie pomoze - nawet po lekturze artykulu Pruszynskiego, traktujacego o bocianach (patrz Odrodzenie nr 111), czy odcinka powiesci Andrzejewskiego – nie moze sobie ulzyc, co najwyzej konwulsyjnie kasa wlasne lapy i tarza sie po sniegu, wyjac z cicha. Ano trudno - "tak malpom bywa" - pamietajcie - w znanej bajce "rada malpa, ze sie smieli, kiedy mogla udac czleka". A znacie historyjke o owym psie, co pokasawszy wszystkich, mial samych wrogow i nie mogl sie nigdzie skryc przed wilkiem? [...]

Stary moj znajomy Stefan Zolkiewski (po raz ostatni przypominam mu juz kochany, dziarski Legion Mlodych, gdzie - oddajmy Zolkiewskiemu sprawiedliwosc - mowil dokladnie to samo, co i dzisiaj) tym razem jeszcze nie zostal ministrem oswiaty, choc mu to w "Tygodniku" przepowiadalem (z tego widac, ze jednak w Polsce nie idzie wszystko tak, jak ja mysle), zamiast do Warszawy pojechal do Kairu (zycze mu duzej, ladnej Dakoty i naglej burzy morskiej, wzglednie zakochania sie w pieknej Egipcjance, ktora nie zechce porzucic krainy piramid, ewentualnie wreszcie kapieli w Nilu z krokodylami - pamietajmy, ze w Egipcie jest bardzo goraco, a redaktor Kuznicy ma swoja tusze), a jednak - mimo wszystko boje sie, ze co sie odwlecze, to nie uciecze. Uwazajmy na niego, bo on tu dopiero da lupnia - oczywiscie gdy dostanie ministerialne zeby: zamiast podrecznikow historii wprowadzi Kapital, a tabliczke mnozenia zreformuje wedlug zasad dialektyki. Ale, ale - cos mi sie przypomnialo: p. Mieczyslaw Jastrun, polemizujac w Kuznicy z Trybuna Robotnicza, ktora domaga sie rozpowszechnienia Kapitalu, tak jak stalo sie to z Biblia, pisze: "Nie wydaje mi sie rzecza sluszna zestawianie Biblii z dzielem naukowym". Poniewaz razem z kol. Jastrunem robilem w Sorbonie doktorat wyzszej matematyki u Poincarego, razem nastepnie studiowalismy fizyke pod kierunkiem Einsteina, poza tym wiem, ze posiada on (Jastrun) dwa doktoraty - z medycyny i geologii, oraz ze byl nadzwyczajnym profesorem astronomii podsluchowej wYellowstone, gdzie rowniez dokonal wazkich badan nad muzykalnoscia ryb, plywajacych w slynnym wodospadzie, zapytuje go, ktory to przedstawiciel nauki poza nim uznal kiedykolwiek Kapital za dzielo naukowe? Radze rozpisac w tej sprawie ankiete wsrod naukowcow swiata (nareszcie Kuznica zrobi cos pozytecznego i do rzeczy) - o wynik jestem spokojny, zas prof. dra dra mgra Jastruna zapewniam, ze dla naukowcow Kapital jest najwyzej ksiazka filozoficzno-hipotetyczna, czyms jak Moj system. [...]

"O wszystkim i o niczym",  Tygodnik Powszechny nr 108-109, 13 IV 1947.


* * *


Pracowac - pracujemy, odbudowywac - odbudowujemy, upowszechniac - upowszechniamy - ale dlaczego ludzie sie nudza? Dlaczego nad Polska wisi dziwna mgla niewiary, sceptycyzmu, marazmu, nieufnosci, a prowincja polska dzis to po prostu kraina snu, gdzie tylko alkohol rozswietla czasem szarosc zmierzchu ludzi znudzonych i nie majacych na nic ochoty? Czy to zmeczenie wojna, czy moze poczucie europejskiej bezsilnosci - wszak Europa z subiektu stala sie obiektem, to przepaja i nasyca jej atmosfere, to jest leitmotiv jej codziennej pracy. Opowiadano mi o pewnym Amerykaninie, ktory powiedzial tak: my istniejemy dwiescie lat, a wy tysiace, mysmy przez swoje dwiescie lat zrobili; tyle, ze dzis ochlapami dozywiamy jeszcze was, a was po tylu tysiacach lat stac bylo tylko na Hitlera, totalizm i wojny swiatowe. Okrutna to i nazbyt prosta synteza - nie uwzglednia okolicznosci lagodzacych, lecz jest w niej cos z prawdy. Wiemy to, i mimo to - pracujemy. [...]

Siedzimy w jednym z europejskich akwariow, natloczonych drobnymi, ale nieruchawymi, bo podtrutymi rybkami, albo moze na dnie zielonego, nie wyszlamowanego stawu, w ktorym tkwia same muszle, a ruch wnosza jedynie krazace tu i tam - pijawki. [...]

"Na dnie stawu", Tygodnik Powszechny nr 112, 11 V 1947.


* * *


[...] Hm! To mnie naprawde zmartwilo. Czyzbym byl wrogiem postepu spolecznego? Wszyscy poszli na pochod pierwszomajowy, a ja, niczym owa parszywa owca, siedze w domu i kombinuje: coz za hanba byc wrogiem postepu spolecznego, wstecznikiem i obskurantem. Wszak, jak mowi Poeta: "Trzeba z zywymi naprzod isc, nie ...w lisc..." itd. –  wstyd mi! [...]

Nigdy nie oglaszalem sie za "przyjaciela ludu", jestem natomiast bardzo szczerym przyjacielem kieszeni ludu. Jesli lud ma w kieszeni wiecej, to postep jest rzeczywiscie w gore - ku lepszemu – pod tym wzgledem stosuje kryteria jak najscislej materialistyczne. [...] Jesli przy upanstwowieniu i koncentracji przemyslu czlowiek pracy ma wiecej w kieszeni niz przy systemie upowszechnienia i decentralizacji wlasnosci albo przy systemie liberalno-kapitalistycznym, wowczas - chapeau bas! - nie bede juz wrogiem postepu.

"Wrog postepu",Tygodnik Powszechny nr 113, 13 V 1947.


* * *


[...] "Wiesz co, wsypalem dzis ojcu proszek od golenia do kawy". – "No i co ojciec, gniewal sie?" – "Pienil sie" [...]

"Wywiad z ludozerca", Tygodnik Powszechny nr 114, 18 V 1947.


* * *


Pisze do Was ten list - ale smutek i watpliwosci chwytaja mnie za trzewia (o ile nie znacie tego slowa, to - jesli laska - za flaki). Przede wszystkim - watpliwosci. Bo, przeciez, zadaniem felietonu jest - bawic. Bawic, smieszyc, lechtac w piety, laskotac pod pacha, skrobac pod nosem, wsadzac slomke w ucho, drucik w usta, palec w oko... zreszta dajmy spokoj gromadzeniu przykladow: krotko mowiac, zadaniem felietonisty jest wprowadzac czytelnikow w nastroj jako tako znosny, umozliwiajacy przezycie paru dni w formie psychicznej (slowo "forma" zaczerpniete zostalo ze slownika sportowego -"jestem w formie", to znaczy, ze moge wytrzymac kilka dni zycia bez konwulsji, miauczenia, upicia sie, pobicia zony kijem, pogryzienia redaktora Tygodnika Powszechnego itd.). Otoz - mam Was bawic, za to mi placa (nb. nedznie) - tymczasem smutek mnie zre gwaltowny. Bylem w Warszawie. Czy rozumiecie, co to znaczy?!

Bylem w Warszawie. Zobaczylem znow, po trzymiesiecznej nieobecnosci, "mlodosci mej stolice". Tu - na Orlej - mieszkal Norwid, tutaj Chopin chodzil do konserwatorium, tu bladzil po Lazienkowskich alejach krakauer Wyspianski, tutaj - na Cieplej (jakzez dzis wyglada ulica Ciepla!) mieszkala proletariacka rodzina dra Judyma, tu biegala za i lekcjami Joasia, a tam znowuz Wokulski mial sklep i Rzecki pisywal romantyczno-wegiersko-szabelkowate pamietniki - wybaczcie, ze wyliczam nie w porzadku chronologicznym, ale to i tak wszystko jedno: Powstanie zrownalo ludzi, czasy, wypadki. Zostal gruz, kurz, cegly, ciemne sklepiki wsrod rozwalonych murow, swiatelka pelgajace niepewnie na czwartym pietrze nie istniejacej kamienicy (nikle swiatelko wsrod ruin - odwiedzam je czasem, lecz tam tylko wspominki i "dlugie nocne rodakow rozmowy"), opustoszala Wola, gdzie jedynie bar na rogu Karolkowej przypomina "Syrene w sztywniaku" Wiecha – barda Warszawy, smiesznie - u progu kleski - niezaleznej; Sliska, Twarda (nie poznalem jej). Zelazna, na ktorej wykrylem ciemny jak jaskinia wezy zaklad slusarski, chorobliwie rozkrzyczany zaklad krawiecki oraz bar z karnymi, rowniutkimi szeregami flaszek od wina o roznobarwnych etykietach (flachy sa puste, a bar sprzedaje tylko wode); ulice ciemne i waskie jak gesie szyje, wielkie miasto in spe, ruch samochodow szatanski - a wszystko wroslo w piach, w mazowiecki piach - to juz nie miasto, lecz iluzja, stare polskie zludzenie, poparte opinia inzyniera Lessepsa, tworcy Kanalu Sueskiego, ktory powiedzial kiedys, ze Warszawa, miasto na skrzyzowaniu linii Wschod - Zachod - Polnoc - Poludnie, ma przed soba kolosalna przyszlosc. Swoim zachodnim mozdzkiem nie przewidzial biedak (choc inzynier), ze kariera Warszawy tak bedzie niezwykla: milion nor mieszkalnych w gruzy, miliardy kilogramow cegiel w pyl czerwony, ktory wzera sie w oczy, w nos, w ustach smak ma gorzki, obrzydly. Zostala Wisla - chlodny, rzezwy wiatr wspomina mlodosc - szukalem tej mlodosci w wirazach Karowej, pod pomnikiem Syreny, w "rznietym szkle kieliszka" w "Rzymie" na Krakowskim ("Ta karczma Rzym sie nazywa..."), na Solcu, na Tamce, na piaszczystym Wybrzezu, na Saskiej Kepie i wszedzie - wszedzie. Mialem zreszta, laczy sie - jak zawsze - z Powislem i Alejami Ujazdowskimi) - ale wszystko skonczylo sie smutno: Krakowem. [...]

Uwielbiam Krakow - z daleka; kocham Wawel i Sukiennice, ale radykalnie zmienilbym sklad osobowy tego miasta; zachwycam sie historia i zabytkami, ale najbardziej to lubie zawalony dom na Woli, zrujnowane podworko na Powislu, smierdzacy sklepik na Pulawskiej - i bruk - bruk popekany, pokaleczony, nierowny, i pola ciemne, zasypane gruzem gdzies, na ostatnich krancach Pragi, i wiatr nadwislanski ostry, zimny, spod Grochowa. "To lubie, rzeklem, to lubie".

"List z Warszawy", Tygodnik Powszechny nr 187, 17 X 1948.


* * *


W mlodosci (tj. w 1945 roku - O Roku Uff!) inne co prawda hodowalem w duszy marzenia. Snila mi sie kariera kieszonkowego Rejtana i zmotoryzowanego Stanczyka, chcialem za pomoca blaznowania robic wielka polityke. O jerum, jerum, jerum! Widac polityk ze mnie, jak z koziej... glowy traba, bo oto zostalo mi tylko - blazenstwo. I to - kiepskie. Nikt sie juz nawet na mnie, poza Borejsza, nie oburza. - Zramolal stary Kisiel ze szczetem - mowia - zlazl na psy jak Galczynski; "Zielonej Gesi" czytac juz nie mozna, "Pod wlos" jeszcze mozna - ale po co?! Zamienic teke Rejtana na torbe Sancho Pansy – o, panowie, trzymajcie mnie, bo upadne! Ten bol jest ponad sily, niewypowiedziany - zaprowadzciez mnie w miejsce ciche a ustronne. Chce byc sam.

Drogi czytelniku, Kotku luby - o Ty, co towarzyszyles mi wiernie poprzez wertepy felietonowej, kamienistej i guzami obsianej drogi, Ty, cos slal mi serdecznie listy, a w nich slowa zachety, gdy mnie z Tygodnika Powszechnego na czteromiesieczne rekolekcje odeslano. Czytelniku zatem, przez duze C pisany, wiem, iz pomimo ze felietonu mego wiecej juz nie znajdziesz - nasz kontakt duchowy nie ustanie. I wy, czytelnicy, ktorzyscie mnie z drugiej, prawej strony barykady gromili za zgnily liberalizm (jakiz by inny byl na swiecie?!), za rozwiazlosc jezyka (zawsze wolalem jezyk rozwiazany) i za brak szacunku dla Skamienialych w narodowe posagi - patetycznych truposzow - rowniez odczujecie niewatpliwie a dotkliwie brak pochylego drzewa - na drzewach pionowych bowiem mozna sie najwyzej - powiesic. A wreszcie wy - wierna moja trzodo doswiadczalnych morskich swinek. Ty, hetmanie Zolkiewski. Ty, d. Kotcie, w uniwersyteckiej ciszy zadekowany, i Ty, Januszu Minkiewiczu w spirytusie zakonserwowany, nie miejcie zalu o to, ze schodzi oto ze swiata ten ostatni, ktory o Was jeszcze pamieta, o Was, zmurszalych posagach bezradnosci w czasach ostrych a wietrznych. Dygacie Czerwony, Ildefonsie, ktoremu Dlugie Noze w glowie. Wazyku, ktorego glos juz nie wazy, mizantropie Andrzejewski, ktorys do Szczecina drapnal. Dobrowolski St. Ryszardzie, ktoryzes glowe tak dawno postradal, i Wy inne gryzipiory - Zegnajcie! Umieram na elephantiasis watroby - takowa przesle Wam listownie. Mozecie na razie jeszcze do mnie telefonowac, na pytanie, czy jest Kisiel, odpowiedza Wam niechybnie: - Jeszcze jest; wieczorem wyprowadzenie. (Zwlok, rzecz prosta - przyp. red.).

"Pozegnanie z felietonem", Tygodnik Powszechny nr 213-214, 17 IV 1949.


* * *


[...] Ale dosc o sobie, pomowmy o Tygodniku Powszechnym. Jakie cele i zadania przyswiecaly temu pismu przez pierwsze piec lat jego istnienia? Zdefiniuje je krotko: Tygodnik Powszechny przez pierwsze piec lat swego istnienia propagowal i realizowal kisielizm. Coz to jest kisielizm? Oczywiscie pytanie takie zadac moze tylko kompletny ignorant, kisielizm bowiem to powszechnie znany system filozoficzny, obejmujacy swym zasiegiem wszystkie dziedziny zycia ludzkiego z polityka, ekonomia, kultura, sztuka i sportem na czele. Oprocz kisielizmu "Tygodnik" zajmowal sie jeszcze innymi sprawami, ukazywaly sie w nim tez od czasu do czasu prace niekisielistowskie, lecz, rzecz prosta, mialy one znaczenie tylko uboczne, marginesowo-przyczynkarskie. Trzon ideowej pracy pisma stanowil kisielizm, scharakteryzowany najpelniej w maksymie: "Nie wierz czlowiekowi, ktory ci mowi, ze glowa muru nie przebijesz". [...]

Przejdzmy do obyczajow w tym pismie panujacych. Nastroj i styl posiedzenia komitetu redakcyjnego oddawalby dobrze nastepujacy dwuwiersz:

Bily sie chlopcy, potezne jak deby,
Potem koszami wynoszono zeby,
gdyby nie to, ze wspolpracownicy tego pisma bynajmniej nie przypominaja debow - raczej wyschniete krzaki jalowca. [...]

"Jubileusz, 1945-1950", Tygodnik Powszechny nr 262, 26 III 1950.


* * *


W dniu 1 wrzesnia 1939 roku mialo sie opinie mlodego, obiecujacego czlowieka, ktory wprawdzie nic jeszcze nie zrobil, ale na pewno zrobi - na razie musial sie przeciez przygotowac, przetrzec sobie skrzydelka. W dniu 8 maja 1945 roku natomiast okazalo sie, ze jest sie starszawym, lysiejacym facetem, ktory ma zycie poza soba i karmi sie juz wylacznie wspomnieniami. Pieknie, cacy, ale gdziez samo zycie?! Jest poczatek i koniec, ale zdecydowanie brak srodka - tak jakby glowa biegala bezposrednio na nogach. Glowa to rzecz przyjemna, nogi rowniez, ale srodek, srodek do licha! Panowie, zdrada -wykiwali nas - historia zagrala nam na nosie [...]

"Lysiejace refleksje", Tygodnik Powszechny nr. 309, 18 II 1951.


* * *


[...] Taka jest historia tubki z klejem. A teraz zwazmy: czy historia ta nie przypomina kubek w kubek ludzkiego zycia? Wszak z zyciem jest tak samo: ciagle cos "nie wychodzi", panuje, jak mowil Gombrowicz, "ogolna niemoznosc", co jedna dziura wejdzie, to druga wyjdzie. Jesli jestes zdolny, to jestes brzydki, jesli jestes przystojny, to jestes niezdolny, jesli jestes i przystojny, i zdolny, to nie masz czasu, a jesli masz czas, to znow nie masz pieniedzy. Jesli zas testes i zdolny, i przystojny, a takze masz czas i pieniadze, to wtedy wybucha wojna i glupi Hitler zwala ci sie na leb na dlugie szesc lat, a gdy Hitlera diabli wreszcie biora, okazuje sie, zes juz stary i na nic nie masz ochoty. Gdy chcesz flirtowac, to musisz pracowac, gdy przestajesz pracowac, okazuje sie, ze nie ma z kim flirtowac, jesli ona ci sie podoba, to ty sie jej nie podobasz, a ta, ktorej ty sie podobasz, nie podoba sie tobie, jesli zas oboje podobacie sie sobie, to ty wyjedziesz, a ona przez ten czas umrze. Jesli masz cos do powiedzenia, to nie chca cie sluchac, a gdy juz chca cie sluchac, okazuje sie, zes zapomnial, cos mial mowic. Gdy masz wstret do wodki, okazja gratisowego a wesolego picia nadarza ci sie dzien po dniu, a gdy pragniesz sie napic, okazuje sie, ze nie ma za co ani z kim. Gdy jestes samotny, pies do ciebie nie przyjdzie, gdy czujesz sie zmeczony i chcesz sie przespac, nudziarze przylaza jeden za drugim. Jesli w ogole chcesz cos w zyciu zrobic, to stwierdzasz, ze akurat nie ma po temu mozliwosci, a jesli mozliwosci sie otworza, wtedy na pewno zachorujesz; po wyzdrowieniu widzisz, ze nie masz juz ochoty na zrobienie tego, co zamierzales, choc mozliwosci nadal sa, a kiedy po pewnym czasie ochota ci powroci, okaze sie, ze tymczasem mozliwosci sie ulotnily, gdy zas z kolei mozliwosci wroca - tobie wroci choroba, bo to byl rak. Jesli masz w pokerze cztery trefle z asem oraz asa kier i postanawiasz odrzucic asa kier i kupowac do koloru, wtedy na pewno przyjdzie ci as pikowy, jesli zas przeciwnie, zdecydujesz sie zrezygnowac z koloru i kupowac do pary asow, okaze sie, ze szedl piaty trefl. Zycie to pasjans, ktory nigdy nie wychodzi. "Zycie, polega na tym, ze nie mozna zyc" - powiedzial Irzykowski. Polega ono jeszcze na tym, ze nie mozna przestac probowac zyc. Probujemy wiec i probujemy, a tymczasem sily wyplywaja z nas jak klej z tubki. A w koncu: "Skoros taki rozumny, wlazze do trumny", jak z kolei powiedzial Boy.

Rozmyslnie przytoczylem tych obu glosnych antagonistow: jeden mial wielki talent, drugi wielka inteligencje, jeden byl optymista, drugi pesymista, ale obaj doszli do wspolnej konkluzji: ze zycie urzadzone jest przekornie, ba - zlosliwie, na przekor, "na pakosc". Tak, panowie: zycie jest jak klej w tubce, chcialoby sie go uzyc, ale nie ma jak; zycie jest jak owo wino w waskim dzbanie, podane w bajce La Fontaine'a lisowi. Zycie jest jak loteria bez wygranych albo jak wielkie Monte Carlo, gdzie nikt nigdy nie rozbil banku, a jesli wygral troche, to zawsze, tak czy owak, stanelo mu to koscia w gardle, bo zapalil sie do gry i przegral piec razy tyle. A mimo to kazdy, nawet na lozu smierci, pali sie do zycia - ja tez. Niepoprawni gracze nie traca nadziei, ze dokupia do koloru, ba do pokera. Przeciez to nie jest niemozliwe - wolaja, i nawet stygnaca, poltrupia reka wyciaga sie jeszcze po karte. Istotnie: niemozliwe nie jest, a wiec - probujcie - i ja z Wami. He, he, frajerzy, jak mawial demon z brodka, Przybyszewski, plus Wiech.

"Historia tubki z klejem", Tygodnik Powszechny nr 363, 2 III 1952.


* * *


Byc moze, ze ktos uzna mnie za zboczenca, za intelektualnego masochiste czy nekrofila. Ale to nieprawda: jestem po prostu nadmiernie normalny i dlatego nie moge tak latwo przejsc do porzadku nad tym, co bylo. Nie ma co ukrywac: jakos mnie to urzeklo, wstrzasnelo mna i nawet - zaimponowalo; zaimponowalo w sposob negatywny wprawdzie, ale nieodparty; z problemami postawionymi w tym okresie nie dalem sobie jeszcze rady. Przezuwam je ciagle: we dnie i w nocy, jak krowa wczorajsza trawe, i to jest moj dzisiejszy trud, podczas gdy inni beztrosko pobiegli naprzod. Coz tam takiego moglo zaimponowac? - spyta ktos. Oczywiscie nie wyrywanie paznokci czy rozpylany powszechnie strach fizyczny i moralny, lecz – odkrycie nowych praw oddzialywania na ludzki intelekt, a takze nowych, nie przeczuwanych, ciemnych krain z pogranicza intelektu i moralnosci. Do jakichze ekwilibrystycznych, rozpaczliwie smialych wysilkow zdolny byl umysl, ktoremu kazano udowodnic, ze dwa razy dwa jest piec albo ze slonce swieci u nas w nocy. Jakiez rozbudowane i uporzadkowane, monolityczne systemy intelektualne powstawaly "na bazie" zwyklego, wymuszonego sila czy tylko zasugerowanego cieniem cienia przestrachu, a nawet lagodniejszymi perswazjami - glupstwa. Ilez patetycznych wysilkow moralnych wlozono, aby cala rzecz uzasadnic i uprawdopodobnic przed soba samym, iluz najporzadniejszych ludzi robilo najidiotyczniejsze i najpotworniejsze rzeczy w najlepszej wierze, jakze nowe i trudne krainy z pogranicza intelektu i moralnosci odkryto mimochodem, pod jakimze frapujacym znakiem zapytania postawiono wszystkie "niezlomne i nieugiete" prawa logiki i nauki: wszakze odrobinka leku, a nawet nie leku, tylko jakiejs dziwnej niepewnosci czy zwatpienia wystarczyla, aby najuczensi profesorowie z najbardziej siwymi brodami, z najniesmiertelniejsza powaga glosili wszem wobec najzabawniejsze brednie, czyniac to w dodatku z najwiekszym namaszczeniem i ze szczerym poczuciem wlasnej waznosci i dobrze spelnionego obowiazku." [...]

Moze zasady jakiejs absolutnej oceny moralnej szukac nalezy jedynie w intencjach? Gdy dzisiaj masa ludzi wczoraj jeszcze sluzacych klamstwu mowi bardzo precyzyjnie cala prawde, bynajmniej mnie to nie cieszy. Dowodzi to bowiem, ze oni te prawde znali dokladnie caly czas, ze po prostu dzialali swiadomie w zlej wierze. Znacznie blizsi mi sa ci, co milcza, co przezywaja dramat zalamania czy komedie dezorientacji, co nie moga sie zdobyc bez wewnetrznej pracy na nazwanie czarnym tego, co wczoraj nazywali bialym. Nie wierze nie tylko w moralna, ale i intelektualna wartosc ludzi w nic wewnetrznie nie zaangazowanych, nie umiejacych sie zaangazowac. [...]

Potworne splatanie prawdy z klamstwem i slusznosci ze zbrodnia, owa wstrzasajaca "dialektyka" lat powojennych w Polsce nie narusza moralnego ladu i moralnego sensu ludzkiego swiata i ludzkiego dazenia tylko w wypadku spojrzenia na wszystko okiem ludzi szczerze zaangazowanych. Jesliby takich ludzi nie bylo, Polska bylaby trupem, bo niezaangazowanie w nic to smierc moralna. A przeciez pomimo wszystko, Polska zyla. Dzialajacy w dobrej wierze, oszukany czy zagubiony ideowiec odzywial sie przez lata bardzo trudna potrawa: owocem z Drzewa Wiadomosci Zlego i Dobrego. [...]

"Kraj wielkiej przygody," felieton skonfiskowany przez cenzure. 1957.


* * *


"Ogolna niemoznosc" zaczerpnalem z Gombrowicza. Bodaj ze w jego swietnym Pamietniku z okresu dojrzewania (ktory osobiscie znacznie wyzej cenie od przechwalonej Ferdydurke), w noweli Biesiada u hrabiny Kotlubaj uzyty jest piekny zwrot: "Zapanowala ogolna niemoznosc". Niemoznosc moze wiec byc stanem faktyczno-aktywnym, tak jak i moznosc. Otoz w Polsce obecnej panuja pospolu Wielki Kac i Ogolna Niemoznosc. Tak jak po alkoholowej euforii, przychodzi nieuchronnie obrzydle trzezwy, zimny a kostyczny ranek, tak po rewelacyjnie wyzwalajacych uniesieniach Pazdziernika przyszlo rowniez nieuchronne, trudne, szare a powszednie "dzis". - I coz dalej szary czlowieku? [...]

"O wielkim kacu, czyli ogolna niemoznosc," Tygodnik Powszechny nr 432, 10 III 1957.


* * *


[...] Otoz nizej podpisany piastujac od lat zaszczytny tytul "blazna rewolucji" (nawet tak powazne instytucje jak rewolucja musza posiadac swych blaznow), ma w istocie dusze smutna i napelniona pesymizmem. Chetnie zabawilbym sie w Kasandre, co w Polsce, jak twierdzil Ksawery Pruszynski, zawsze sie udaje. Dziwne to zjawisko, ze wlasnie epoka odnowy, anie epoka rzadow glosnej jednostki z wasami, napelnila mnie "integralnym pesymizmem", ale moze to tak zawsze jest na swiecie: lepsze widac pewne zlo niz niepewne dobro. "Najgorsza ta niepewnosc", jak mowi znana anegdota o zazdrosnym mezu.

Dostaje mnostwo listow i te listy wlasnie to jeden, z zasadniczych powodow mojego pesymizmu. Mowa w nich o krzywdach, niesprawiedliwosciach, swinstwach, bledach i glupstwach, od jakich wlosy na glowie staja. To, co sie w Polsce miedzy ludzmi narozrabialo w ciagu ostatnich dwunastu lat, jest rzecza trudna do opowiedzenia. [...] Te listy to jest moja zmora, to wlasnie moje gwozdzie w mozgu. Skladaja sie w sumie na obraz zgola upiorny - a potem chcecie, zebym mial humor. Zareczam: humoru w tym przypadku zachowac nie sposob. [...]

"O smiesznosci, listach i sprawach powaznych", Tygodnik Powszechny nr 427, 24 III 1957.


* * *


[...] Nie wiem, dlaczego slowo rewizjonizm w niektorych kolach lewicowych uchodzi za synonim wszystkiego najgorszego, i a rewizjonista to obelga, jak dawniej reakcjonista. Dla mnie rewizjonizm to najpiekniejsza i najmadrzejsza rzecz na swiecie: wciaz nalezy wszystko rewidowac, sprawdzac, przewartosciowywac, neutralizujac w ten sposob nasza przyrodzona sklonnosc do zastoju, skostnienia, lenistwa umyslowego i probujac nadazyc za dialektyczna zmiennoscia swiata. [...]

"Powrot", Tygodnik Powszechny nr. 447, 18 VIII 1957.


* * *


[...] W przetrzymaniu ciezkich czasow dopomogly mi dwie uslyszane wowczas sentencje, ktore zrobily na moim mozgu duze wrazenie. Jedna z nich wyszla z ust Boleslawa Piaseckiego (takich to ma sie duchowych ojcow), ktory powiedzial w roku 1945, ze nie istnieja czasy nienormalne, ze wszystko, co sie dzieje, jest rzecza zwykla, jest po prostu zyciem jak kazde inne. Druga, podobna mysl wypowiedzial Antoni Golubiew, twierdzac, ze na calej przestrzeni swej historii i prehistorii ludzkosc zawsze wyczyniala przerozne autogwalty, trzymala sie wzajemnie za morde i stawala na glowie, a tylko w XIX wieku zdarzaly sie w Europie krotkie okresy liberalizmu, ktore niektorzy, nie wiedziec dlaczego, wzieli za norme. Te dwie refleksje przyjete jako motto pozwolily mi z filozoficznym spokojem spogladac na wszystko wokol, na nic sie nie oburzac, tout comprendre et tout pardonner, leben und leben lassen, a takze przezyc trzy mutacje Tygodnika Powszechnego. [...]

"Wspomnienia, wspomnienia...", Tygodnik Powszechny nr 573, 31 I 1969.


* * *


[...] Na tym koncze moj dzisiejszy przedjubileuszowy plakat plakatow. Uproszczenia i splycenia - powiecie. Prawda - to jest los plakatu: aby za to kto inny mogl rzecz skomplikowac i poglebic. Felietonista to podsuwacz pomyslow - nie ich realizator. To swinia, ktora wyszukuje trufle, sama ich nie zjadajac. [...]

"Pietnastolecie", Tygodnik Powszechny nr 582, 20 III 1960.


* * *


Ogolny podtytul niniejszej serii felietonow "Gwozdzie w mozgu" bywa czesto niewlasciwie interpretowany. Niejeden z czytelnikow przypuszcza bowiem, ze chodzi tu o gwozdzie, ktore ja wbijam w mozgi moim oponentom czy polemistom. Tymczasem rzecz ma sie zgola inaczej: chodzi o gwozdzie, ktore tkwia w mojej wlasnej glowie i ktorych staram sie pozbyc w ten sposob, ze wystawiam mozg na widok publiczny, liczac, ze ktos sie zlituje sie i pomoze mi w usunieciu czy wybiciu owych dokuczliwych, tkwiacych w nim przedmiotow. Robie to wiec przede wszystkim dla siebie. Jest to czynnosc ekshibicjonistyczno-wyzwalajaca, cos w rodzaju rozladowywania "kompleksow", wymyslonego, jak wiadomo, przez starego Freuda.

U kazdego czlowieka tkwia w mozgu jakies gwozdzie, bardzo czesto wlazly one tam jeszcze w okresie dziecinstwa lub mlodosci - a uwieraja i zmuszaja przez to do myslenia az do poznej starosci. Myslenie to rzecz pozytywna, a wiec i gwozdzie odgrywaja role poniekad pozytywna, choc wywoluja bol - ale zreszta wszystko w zyciu ludzkim wywoluje bol, od urodzenia poczynajac, a na smierci konczac. Dlatego tez, choc dopominam sie u bliznich o wyjecie mi z mozgu gwozdzi, nie ludze sie wcale, zeby sie to moglo udac: sadze raczej, ze z gwozdziami tymi przekolatam juz cala moja doczesna wedrowke - az do grobu. Co nie dowodzi oczywiscie, zebym nie mial zyc z tych gwozdzi, demonstrujac je bliznim ku nauce i biorac za to forse. Takie jest bowiem rzemioslo szarlatana. (Szarlatan = pisarz: patrz "Kryzys w branzy szarlatanow" Konstantego Ildefonsa Galczynskiego). [...]

"Gwozdzie i rocznice", Tygodnik Powszechny nr 592, 29 V 1960.


* * *


Bezradnosc slowa - oto rzecz, ktora mnie ogromnie trapi. Tyczy sie to przede wszystkim slowa publicystycznego, ktoremu wlasnie, jak sie zdaje, czesciowo wbrew swej woli, poswiecam zycie. Slowo bowiem pisarskie czy filozoficzne, to znaczy, zewnetrznie biorac, slowo ksiazkowe, owszem, ma swoje oddzialywanie, ale oddzialywanie obliczone na daleka mete, na przyszle pokolenia nieraz. Natomiast slowo "gazeciarskie", aktualne, takie wlasnie, jakie z uporem kultywuje, niewiele konkretnego moze zdzialac: ma owszem jakis doraznie wychowawczy efekt psychologiczny, ale osiaga to raczej nie swoja trescia, lecz klimatem, barwa, temperamentem. W sumie to, co uprawiam, jest po trochu kreceniem bicza z piasku: krecic cale zycie bicze z tego materialu, chocby nawet robilo sie to po mistrzowsku (he, he), jest czynnoscia arcyprozna i jalowa, wszakze bicze owe rozsypuja sie w sekunde po ukreceniu, a czlowiek piszac, dazy przeciez do tego, aby przeciwstawic sie nieustajacemu przemijaniu, aby zostawic po sobie cos konkretnego. Tymczasem coz zostanie: gora sypkiego piasku. I nawet udowodnic bedzie nie sposob, ze to ja wlasnie cos z tego piasku usilowalem konstruowac. [...]

Nie stracila i na pewno nie straci aktualnosci klasyczna formula Talleyranda, ze mowa sluzy do ukrycia mysli.

Wiele mamy przykladow niezaszczytnej roli slowa publicystycznego czy zywego w historii politycznej swiata. Pod tym wzgledem istna encyklopedia jest ulubiona moja ksiazka Dzieje Francji Jacques'a Bainville'a. Dzieki swojej skrotowo syntetycznej metodzie przebiegania przez historie, Bainville uwypukla rzeczy, w normalnym "historycznym tempie" niedostrzegalne. Miazdzaco widac z jego ksiazki, jak upokarzajaca dla siebie role spelnialo w historii slowo, ow tak na pozor szanowany instrument miedzyludzkiego porozumiewania i ksztaltowania opinii.

Bardzo tu jest instruktywny przyklad polityki Ludwika Filipa i stosunku francuskiej opinii do tej polityki. Ludwik Filip prowadzil polityke przyjazni z Anglia i w zwiazku z tym staral sie nie mieszac w sprawy belgijskie, bo to Anglie draznilo. Polityka ta po kilkudziesieciu latach okazala sie tworcza, zbawienna i uratowala Francje, wowczas jednak byla we Francji znienawidzona i uwazana za zdradziecka. Warunkiem jednak jej powodzenia bylo wlasnie niewyjawianie jej prawdziwych intencji: aby byc skuteczna, musiala uchodzic za zdradziecka, a co najmniej bedaca rezultatem przymusu. Tak wiec slowa okazaly sie wowczas wobec mysli palimpsestem: palimpsest to, jak wiadomo, taki pergamin, na ktorym cos napisano, wytarto i napisano po raz drugi. Mozna to wprawdzie po latach odcyfrowac, ale dopiero wtedy, kiedy, jak mowi Poeta: "...jaka byla w nim trucizna, najlepszy spec sie juz nie wyzna". [...]

Slowa, slowa, slowa..., Tygodnik Powszechny nr 706, 5 VIII 1962.


* * *


[...] Satyra nasza dlugi czas szukala dla siebie zeru albo w przeszlosci, albo u innych. Mrozek potrafil wyswobodzic sie z tego, stac sie na swoj sposob obyczajowo, spolecznie, narodowo aktualny, a jednoczesnie na tenze sposob uniwersalny i ponadczasowy - w tym tkwi jego mistrzostwo, jego wielorakie znaczenie, w koncu jego niewatpliwa wielkosc. […]

"Straszni mieszczanie", Tygodnik Powszechny nr 789, 8 III 1964.


* * *


Moim zdaniem, wiekszosc nieszczesc, ktore spadly na ludzkosc, bylo wynikiem nie zlosci, lecz braku rozumu: zlosc sama przez sie nigdy nie jest w stanie narobic tylu nieszczesc, co glupota. Gdyby na przyklad Hitler byl inteligentniejszy, to, byc moze, nie wymordowalby milionow niewinnych ludzi, bo rozum powiedzialby mu, ze w ten sposob podpisuje wyrok na siebie i swoj ustroj, wyrok, ktory moze byc przez sukcesy militarne Niemiec odraczany, ale w zaden sposob nie bedzie anulowany. [...]

Co gorsza, zaczynam byc wyrozumialy dla osob o wlasciwosciach przeciwnych, to znaczy dla takich osob, ktore procz inteligencji innych cnot nie posiadaja, czyli po prostu dla bystrych obwiesiow. Wydaje mi sie bowiem, ze summa summarum osoby te mniej przyniosly ludzkosci szkody niz glupcy, bowiem inteligencja pozwala jednak oceniac szkodliwy dla tej czy innej sprawy kierunek wydarzen (choc nie zawsze pozwala mu sie przeciwstawic), podczas gdy glupota nie jest w stanie ocenic w sposob wlasciwy zadnego kierunku ani zadnej sprawy i w rezultacie musi przyniesc wszystkim nieobliczalne szkody. [...]

"List od Ojca Malachiasza," Tygodnik Powszechny nr 793, 5 IV 1964.


* * *


[...] Zabawnie ukladaja sie te sprawy w przekroju przeplatajacych sie pokolen. Mlodosc emocjonuje sie przede wszystkim wlasnie przeszkodami i konfliktami, ma przeciez do tego i nie zuzyte miesnie; wiek sredni sklonny bywa spoczac na laurach zwyciestwa czy w ogole jakiegos ustabilizowanego osiagniecia; potem jednak czlowiek przekraczajac wiek sredni i pielgrzymujac ku starosci znow zaczyna sie roznamietniac walka i konfliktem, bo chce sie instynktownie odmlodzic, poczuc, ze jednak jeszcze walczy, a wiec zyje; z kolei ten sam czlowiek calkiem juz stary chce znowu odpoczynku i bezruchu, bo boi sie juz zbytniego wyladowania sil, sadzi, ze odpoczynek i ustabilizowana bezczynnosc przedluza mu zycie (a zyc chce kazdy jak najdluzej, nikomu nie spieszno jakos do nieba - moze by to nam wytlumaczyl ojciec Malachiasz?). [...]

"O drogach bocznych", Tygodnik Powszechny nr 835, 24 I 1965.


* * *


[...] Tak wiec temat wspolczesny, zyciowy odpada, to dziedzina dla maniakow i fantastow. Meteorologia jednak nie jest jedyna domena dla ludzi rozsadnych i pragnacych cos robic - udowadniaja nam to tworcy. Ostatnio na przyklad bylem na pokazie filmu Rekopis znaleziony w Saragossie Wojciecha Hasa, ulubionego mojego rezysera, autora uroczych filmow Pozegnania i Wspolny pokoj. Jest to mistrzowska, z ogromem wyobrazni i pracy zrealizowana wizja spraw i czasow na pozor nie istniejacych oraz problemow na pozor niewaznych. Ha, coz, juz ponad trzydziesci lat liczy sobie wszakze slynna sentencja Kazimierza Krukowskiego, ze "jak sie nie ma, co sie lubi, to sie lubi, co sie ma". Jak sie nie ma (do dyspozycji) Polski z lat dziewiecset szescdziesiatych, to sie lubi Hiszpanie sprzed lat kilkuset, a wlasciwie Hiszpanie imaginacyjna, i zamiast stworzyc pomnik czy arcydzielo o dzisiejszej Polsce, tworzy sie arcyfilm o niegdysiejszej Hiszpanii. Tajemnica, rzecz prosta, lezy w tym, ze Wojciech Has w owej Hiszpanii poruszac sie moze, jak chce, bedac tworca i panem u siebie, tymczasem gdyby sie zabral do dzisiejszej Polski, zaraz nastreczyloby sie kilkudziesieciu ekspertow, radcow, korektorow i krytykow (casus Zloto). Aze kazdy artysta chce byc soba i swobodnym odkrywca, ergo Has wybral tak, jak wybral, a tlumy wysokich urzednikow, zalegajace na pokazie filmu warszawska Sale Kongresowa wykazaly, iz wybor byl trafny, a wlasciwie jedynie mozliwy. To tak jak z Adamem, do ktorego Pan Bog stworzywszy Ewe powiedzial: - A teraz wybierz sobie zone! A teraz wybierz sobie temat! [...]

"Zimowa salatka", Felieton skonfiskowany przez cenzure, 1965


* * *


[...] Jak widac, ludzie przyzwyczaili sie juz do tych tematow, co mi przypomina stary kawal o polowaniu. Oto mysliwi celuja do kicajacego zajaca, ale lesniczy powstrzymuje ich: - Panowie, stop, to samica, czesto kotna, my do niej nigdy nie strzelamy! Mysliwi opuszczaja dubeltowki, wtem z lasu wypada drugi zajac, a lesniczy na to: - Panowie, prosze bardzo, to stary kot, my do niego zawsze strzelamy! [...]

"Symptomy, opisy i diagnozy", Tygodnik Powszechny nr 924, 9 X 1966.


* * *


[...] Slyszalem taka anegdotke: gosc mowi do drugiego: - Ty, Felek, znajdz mi jakas prace, ty masz stosunki. – Jaka prace?! - odpowiada Felek. - Nie mam zadnej pracy, co najwyzej bardzo ciezka, na przyklad lupanie kamieni. Wezmiesz? A tamten na to: - Lupanie kamieni? Czemu nie, wezme. Daj ludzi, a wezme!

Otoz ja wcale nie tak! Ja nie potrzebuje ludzi, ja sam osobiscie bede lupal kamienie. Tylko pozwolcie mi na to, dajcie mi te kamienie! Blagam o owe kamienie od rana do nocy, prosze sie, przymilam, skomle, wygrazam, ale nic z tego. Zamiast kamieni mam spokojne, lagodne zycie, ktorego wcale nie chce. Kazdemu to, na czym mu mniej zalezy. O, cholera!

Zastep ludzi, ktorzy chcieliby lupac kamienie, a zamiast tego skazani sa na chodzenie z pieskiem na spacer, rosnie a rosnie, laza zli, sfrustrowani, nieprzydatni, zabijaja czas byle czym ("zyjemy sobie jak sie zdarzy, zrywamy kartki z kalendarzy..."). Co z nimi bedzie? Pewno nic, wymra powoli. Kamienie w Polsce juz na ogol polupano, zreszta nie bylo ich zbyt wiele, kraj, wiadomo, nie jest za duzy, a ludzi zdolnych do roboty do cholery w nim i troche. Lazimy wiec, poki zycia, z pieskami na spacer, spotykamy sie w Alejach, popsioczymy odrobine (co innego robic, jak sie prowadzi psa?), wracamy do domu pospac, potem telefonik jeden, drugi, trzeci, jeszcze drzemka, skrobnac list i felietonik o niczym, poczytac Le Monde i juz wieczor. [...]

"Kazdemu to, na czym mu mniej zalezy". Felieton skonfiskowany przez cenzure, 1967.


* * *


[...] Na temat "latajacych talerzy" rozbrzmiewal u nas dlugie lata choralny rechot: malo z czego da sie bezinteresownie drwic, tu wiec bracia dziennikarze wreszcie uzyli sobie na calego, znajdujac nieklopotliwe ujscie dla przyrodzonych ludzkich sklonnosci do szyderstwa. Alisci nagle smiech zamarl im na zbielalych wargach: oto w Zwiazku Radzieckim rzad powolal naukowa komisje do zbadania sprawy "latajacych talerzy". I co sie teraz stanie z chorem prasowych szydercow?! [...]

A swoja droga, te latajace talerze mocno moga zamieszac i zepsuc harmonie niejednemu chorowi w Polsce. Co zrobia ateisci, jesli okaze sie, ze na talerzach lataja aniolowie? A co zrobia katolicy, jesli wyjdzie na jaw, ze to pojazdy ludzi z innej planety, ktorzy sa nie zbawieni, nie ochrzczeni, a rozmnazaja sie samorodnie, przez paczkowanie?! Moral: sa (jeszcze) rzeczy, stwierdzic milo, o ktorych Panstwu sie nie snilo!

"Latajace talerze", Felieton skonfiskowany przez cenzure, 1968.


* * *


Proroctwa, Pogoda i Polemiki to trzy najprzyjemniejsze zajecia, czyli tematy pisarsko-publicystyczne na litere "p" (podobnie jak na te ze litere istnieja trzy przyjemnosci dla kawalerow: Pic, Palic, Polowac). Wlasciwie obecnie najchetniej skupilbym sie na Pogodzie: temat jest wdzieczny, chwytliwy, dopuszczalny, cieszacy sie duzym wzieciem u czytelnikow. [...]

Teraz co do Proroctw. Przestalem sie juz nimi zajmowac, choc przewaznie byly udane, a raczej dlatego wlasnie. Proroctwo przed faktem jest zle widziane, bo nikt w nie nie chce wierzyc, zas po fakcie sprawdzone proroctwo jest przez zagniewanych niedowiarkow przemilczane i zapomniane. [...]

Z ulubionych moich trzech "P" pozostaly wiec jeszcze do omowienia Polemiki. Do uprawiania tego gatunku pismienniczego przygotowywalem sie od najwczesniejszej mlodosci, w mysl wskazan niezapomnianego mojego mistrza Karola Irzykowskiego. Starcie dwoch koncepcji, dwoch pogladow, dwoch temperamentow, dwoch swiatow psychiczno-myslowych, jesli przeprowadzone jest zgodnie z obiektywnymi zasadami sztuki szermierczej doprowadzic winno do wyladowan myslowo-elektrycznych do ktorych w zaden sposob nie dojdzie osobna, monologujaca jednostka. Nawet dwoch polemistow o pogladach podobnych czy jednako. Dwoch dochodzi w szermierczym starciu do rezultatow wiekszych, niz doszliby do nich kazdy z osobna i nawet w prostym, arytmetycznym zsumowaniu, a to w mysl zasady Irzykowskiego, iz: "Jesli dwoch robi to samo nie jest to tym samym", po lacinie "Si duo faciunt idem, non est idem" (por. Karol Irzykowski: Czyn i slowo, Lwow, 1913) [...]

"Proroctwa, pogoda i polemiki", Kultura 12/351, 1976.


* * *


[...] W redakcji Kultury zwyklo sie myslec, ze beda to zaklocenia wewnetrzne w Bloku, zaklocenia odsrodkowe, pochodzace od skladajacych sie na ow Blok narodow. Osobiscie, jako pesymista z Warszawy, nie bardzo w to wierze: mysmy juz nie tacy, decyduja nowe, odmienne pokolenia, a ilosc przeszla w jakosc: o kielbase sie rusza, o wolnosc nie. Ale nie dyskutujmy -zobaczymy (powiedzial slepy). [...]

"Moje proroctwo," Kultura 11/362, 1977.


* * *


[...] Kazde Boze Stworzenie chce sie w polskiej Arce Noego przechowac, nawet i pluskwa. Pisalem kiedys, ze zycie jest jak chinska gra w mah-jonga: kazdy z graczy w tajemnicy przed innymi zbiera sobie inny rodzaj kamieni - jeden "wiatry", drugi "charaktery", trzeci "kolory", czwarty "smoki". Wymieniaja miedzy soba te kamienie i frymarcza nimi, nie wiedzac wcale co kto zbiera i kto co juz ma. Zas kto pierwszy zbierze "pong" czyli pelny cykl, ten, niespodziewanie dla innych wygrywa. A wiec - czekajmy do konca, ktos tam wreszcie wygra a ktos zalosnie przegra. Nie przegra tylko ten, co w ogole nie gra, ale coz to za zycie bez brania udzialu w grze, chocby wyimaginowanej? [...]

"Po tej stronie", Kultura 4/367, 1978.


* * *


[...] I oto nagle krakowski Metropolita zostal papiezem, wiatr historii powial nad krajem gdzie, wydawalo sie, historia stanela w miejscu od lat trzydziestu. Lud przebudzil sie w ciagu godziny, na co ze zdumieniem patrzyli stumanieni funkcjonariusze partyjni, ktorzy nigdy nie widzieli autentycznej, masowej manifestacji, przywykli do mechanicznych, wypranych z emocji urzedowych spedow. Falszywa odwrocona "elita" aparatu, zlozona z oportunistow, sztywniakow, ostrozniakow, sklerotykow, cwaniakow i schematykow pogubila sie nagle wsrod przebudzonego na chwile spoleczenstwa: narod sie ocknal, ocenil wage wydarzenia, demonstrowal bezinteresownie, bez nakazu i strachu. On jeszcze zyje ten narod, choc przez lata karmiony kunsztownie przyrzadzana nieprawda, precyzyjnie ze wszystkich glosnikow, ekranow czy drukarn wsaczana dezinformacja. A jednak oglupic sie nie dal, pierwsze od dlugich lat odkrywcze posuniecie Zachodu zrozumiane zostalo blyskawicznie. Duch swiety, jak nan przystalo, okazal sie madrzejszy od wszystkich politykow razem wzietych. [...]

"Wstrzas, gruzy, galowki," Kultura 12/273, 1878.


* * *


[...] Przeczytalem osobliwy artykul p. Jana Drewnowskiego "Wladza i opozycja" (Zeszyty Historyczne Nr 46) i zadziwilem sie mocno: ze taka to w Polsce potezna jest i wspaniala wola oporu calego narodu z klasa robotnicza na czele, ze tylko patrzec, jak obala ustroj i odzyskaja niepodleglosc, a jedyne zmartwienie, to zeby opozycja nie byla "frakcyjna" i jakos tam zwiazana z rezymem, zeby nie domagala sie zadnej zdradzieckiej finlandyzacji lecz pelnej, absolutnej niepodleglosci, suwerennosci, demokratycznosci, pluralistycznosci et caetera, et caetera. Ja bajki tak lubie ogromnie... Zwlaszcza w dzisiejszej Polsce, gdzie jest prawie trzy miliony czlonkow partii (policzcie to wraz z rodzinami), gdzie obojetny, oduczony od myslenia tlum wali namietnie a bez przymusu do urn wyborczych, nie widzac nic upokarzajacego w glosowaniu na jedna, przez kogos ulozona liste, gdzie wsrod inteligencji odwaga cywilna zanikla zupelnie a anonimowe donosy do wladz staly sie chlebem codziennym, gdzie... [...]

"Gorczycy dwa ziarna", Kultura 5/380, 1979.


* * *


Czytelnik prasy w Polsce to jak ow czlowiek w platonskiej jaskini: widzi dziwacznie plasajace cienie i po nich wnioskuje co sie dzieje na zewnatrz. Owszem, podaje mu sie na ogol material faktyczny zza granicy, ale tak okrojony, oswietlony i specjalnie zinterpretowany, ze aby wydedukowac zen, co sie naprawde zdarzylo, trzeba brac odpowiednie odchylenie, do tego zas trzeba znac i przewrotnosc i sklerotyczna skostnialosc myslenia naszych braci komunistow. [...] Przyzwyczajeni dociagac kaprysna prawde do zalozonego z gory porzadku slow nie rezygnuja z tej ulubionej slownej sklerozy w najbardziej nawet absurdalnych okolicznosciach. [...]

"Cienie w jaskini", Kultura 6/381, 1979.


* * *


[...] Koncowe slowa kieruje do Gustawa Herlinga-Grudzinskiego, ktory w numerze 5-tym tegorocznej Kultury wzywa pisarzy krajowych. aby odklamali wszystko, w tym rowniez siebie samych. Przyjacielu, to nie taka prosta sprawa wobec Wielkiego Triumfu Debilizmu, W T D! Miliony ludzi w Polsce nie wie juz co jest, a co nie jest prawda i na czym polegac ma "szczerosc swiadkow". Przez dlugie dziesieciolecia zmieniono nam nie tylko mowe, ale i kryteria myslowe - mysmy juz inni ludzie, choc, jak rozmawiasz z nami na Zachodzie myslisz. zesmy tacy sami jak Ty. My mase rzeczy robimy bez przymusu, instynktownie juz i tu jest cala tragedia, gorsza i dotkliwsza niz to, co Ty sobie w Twoim Neapolu wyobrazic mozesz. Nas teraz nikt nie przymusza. my juz sami, dla swietego spokoju i codziennego ladu zapracowujemy na nasz codzienny W T D. I stad moze moja nienawisc do sprawcow pomniejszych, tych nie wiedzacych, co czynia!

"Szkola debilizmu, czyli WTD", Kultura 7/382-8/383, 1979.









Copyright © 1997-2002 Zwoje