

"Na przykład to, co zdarzyło się w tym mieście w roku 1749, było przykre dla polskiego katolicyzmu i dlatego zasługiwało na wymazanie. Spalono wtedy żywcem na stosie heretyka. Był nim Walentyn hrabia Potocki, który, studiując w Amsterdamie, nawrócił się na judaizm, i mimo tortur, jakim go poddawano, nie powrócił do chrześcijaństwa. Grób tego męczennika wiary był otoczony czcią przez wileńskich Żydów również w moich latach szkolnych i uniwersyteckich, przy całkowitej mojej niewiedzy. W pewnym sensie mógłbym służyć za przykład deformacji umysłu przez wychowanie w duchu nacjonalistycznym, z czego musiałem później sam wyzwalać się z trudem" – mówił autor "Traktatu moralnego." [1]

Kiedy kończyłem pisanie tego tekstu, Ruta Puisyte z Państwowego Muzeum Żydowskiego w Wilnie, której pomoc w poszukiwaniach śladów Sprawiedliwie Nawróconego okazała się nieoceniona przysłała mi w lutym 2001 przez Internet reprodukcje kilku fotografii ze starego albumu Wilna. Jedna z nich przedstawia drzewo o niezwykłym kształcie – jego pień wyrasta pionowo, by co najmniej przez metr biec poziomo i dalej wrócić do pionu - na grobie. Na drugiej jest niewielki budynek, rodzaj kaplicy na planie czworokąta, ze kopertowym, blaszanym dachem i hebrajskimi napisami na ścianach. "Kiedy polscy legioniści (?) ścięli drzewo, wspólnota żydowska wzniosła na grobie Mauzoleum"
[3] - głosi podpis.

Nieporozumienie było jednak tylko częściowe: pośmiertne szczątki Rabbiego Eliyiahu ben Shelomo oraz Sprawiedliwie Nawróconego podzieliły wspólny los. Przed likwidacją cmentarza w roku 1949 władze sowieckie zezwoliły na odtworzenie siedmiu najważniejszych grobów w innym miejsce, co uczyniono w dwa lata później.
"Ważniejsze, kto został przeniesiony i pochowany na nowo, kiedy w roku 1951 ta ciężka decyzja musiała być podjęta. To nie był nawet Rav (synonim tytułu Rabbi, pochodzenia babilońskiego – przyp. J.M.) Moshe Rivkes, ani Rav Yehoshua Heschel, ani Rav Yehudah Safra v'Dayyna, ani Rav Avraham Danzig, ani Rav Shmuel ben Avigdor, ani Rav Shmuel Strashun. To nie był ojciec Ga'ona, jego matka, żona, siostra, syn czy córka. To był tylko Ga’on z Wilna i sąsiedzi po jego prawicy i lewicy; Ga'on ocalił nie tylko swoje szczątki, ale także osoby najbliższe. Jedynie Abraham ben Abraham Ger Cedek spoczywający w osobnym zakątku tego samego cmentarza na Śnipiszkach, miał wystarczająco wielką wagę w oczach niedobitków wileńskich Żydów, aby być godnym ponownego pochówku razem z Ga'onem na nowym cmentarzu na Sułtaniszkach"
[4] – pisze amerykański historyk Shnnyer Z. Leiman, który badał w 1996 ohel (rodzaj katakumby), wymurowany czterdzieści lat wcześniej. Mimo tłumu turystów, czekających na wejście i kiepskiego oświetlenia wnętrza skopiował on napisy i wykonał dobre fotografie siedmiu tablic nagrobnych. Sześć z nich posiada teksty w kwiecistym stylu XVIII-wiecznego hebrajskiego.Jako pierwszy od lewej spoczywa tam Rav Zvi Hirsh Pesseles ben Rav Dov Baer ben Rav Eliyahu. Rodzina Pesseles należała do najbogatszych wśród wileńskich Żydów. Dziad Rabbiego Hirsha, Rabbi Eliyahu finansował studia późniejszego Ga'ona. Osoba upamiętniona na drugiej tablicy to Rav Yissachar Baer ben Shlomo Zalman, młodszy brat Ga'ona z Wilna. Dalej jego najbliższy współpracownik, autor talmudycznych traktatów – Rav Noah Mindes Lipshutz. Jako czwarty – sam Ga'on. Po jego prawej stronie Minda Lipshutz, córka Rabbiego Eliyahu Posselesa i żona Rabbiego Noaha Lipshutza oraz Devora Pesseles, matka pierwszego z pochowanych. Jej ojcem był Rabbi Aryeh Leib Bloch, który zbadał prawomyślność nauczania Ga’ona, zezwalając na jego pobyt w Winie. Był to zatem krąg osób najbliższych wybitnego talmudysty.
Ostatnia tablica ze starego cmentarza na Śnipiszkach nie ma żadnego napisu. Leiman przytacza kilka wcześniejszych relacji o przeniesieniu siedmiu grobów, publikowanych przez periodyczną prasę żydowską w USA. Różnią się one odnośnie tożsamości pochowanych razem z Ga'onem osób, a nawet nazwy nowego cmentarza (wspominany jest – prawdopodobnie błędnie – inny na Zarzeczu, gdzie chowano. Żydów od I połowy XIX w.). Niewykluczone zresztą, że groby przenoszono dwukrotnie. Czterej członkowie chevrach kadisha (bractwa pogrzebowego), uczestniczący w ekshumacji szczątków umarli wkrótce potem. Opisy zgadzają się, że wśród pochowanych na nowo był sam Ga'on. Jedna z relacji wspomina, iż jego ciało pozostało nietknięte, z brodą i włosami, jak w dniu pogrzebu (w tradycji chrześcijańskiej – oznaka świętości), w innej jest mowa tylko o szkielecie. We wszystkich wymieniony jest także Abraham ben Abraham lub niezidentyfikowana osoba. Według starych przekazów kamień grobowy Sprawiedliwie Nawróconego również na dawnym cmentarzu nie posiadał żadnego napisu.
Co znajduje się pod tą anonimową tablicą? Relacja opublikowana w 1997 roku przez pismo Yated Ne'eman mówi o urnie z prochami, inne o niej nie wspominają.
Pomijając pewną książkę, opublikowaną w Amsterdamie w roku 1766
[6], do której nie udało mi się dotrzeć (nie ma jej nawet w bogatych zbiorach judaistycznych Biblioteki Kongresu USA, największej na świecie) opowieść Kraszewskiego jest najstarszym znanym źródłem informacji o tej sprawie."W wielkiem także poszanowaniu w Wilnie jest pamięć tak zwanego Abrahama Abrahamowicza, który wielkiego rodu, z chrześcijan katolików, w Amsterdamie nawrócił się na wiarę żydowską, a powróciwszy do kraju spalony za to w Wilnie, niedaleko Zamku, pochowano popioły jego za mogiłkami żydowskimi (dla tego, że nagle zmarłych nie grzebią na mogiłkach) gdzie i drzewo na grobie jego rośnie. Rocznicę jego obchodzą drugiego dnia Zielonych Świąt w Bożnicy Wileńskiej. Słysząc opowiadaną jego historją, dowiedziawszy się o exystencjij rękopismu opisującego całe to zdarzenie, dostaliśmy z niemałą trudnością oryginał, z którego tłumaczenie, jedyny podobno przykład Kroniki żydowskiej, w całej oryginalności i pierwotnej naiwności formy i stylu, tu umieszczamy na końcu, przekonani, jak dalece zająć powinno (...) Rękopism oryginalny nabyłem na wagę złota, a może drożej jeszcze, zmuszony zaręczyć, że nie wydam od kogo mam" – wyjaśnia w przypisie pochodzenie tego źródła Kraszewski - "tłumaczony z pomocą P. Alexandra Ellenbogen. – Zbyt wolne kawałki musieliśmy powypuszczać (...) Rękopism hebrajski nie wyraźny zajmuje ściśle zapisanych osiem stronic ćwiartkowych".
"Roku 479 tysiąca szóstego (5479 – 1719) był wielki Pan w Kraju polskim i miał syna mądrego – I chłopiec wyrósł i ojciec go kochał i posłał do miasta Paryża, miasta Królewskiego, Króla Francuzów, pełnego mędrców i pisarzy, gdzie na każdą mądrość jest Szkoła, żeby się jej w niej uczono. W owych czasach był Pan w kraju Zemet (Żemajtys - Żmudź, przyp. J.I. Kraszewskiego) a imię jego było Zaręba, a on był małym panem. I urodził mu się syn i wyrósł ten chłopiec i był wielkim mędrcem i uważnym na wszystko co widział. I posłał go ojciec do stolicy Wilna, aby się tam uczył i ten chłopiec był biegły we wszystkich mądrościach, dziesięć kroć więcej od swoich rówieśników, a jego dobra sława rozniosła się między wszystkimi panami i dali chłopcu wiele pieniędzy i posłali go do miasta Paryża, stolicy kraju Francuzów, aby się tam uczył w Akademij. I przybył chłopiec do Paryża i przyjęli go z wielką czcią i stał się towarzyszem syna wielkiego pana Polskiego, nazwiskiem Pot..."
Chropowatość stylistyczna może być także sprawą tłumaczenia. Zetknąłem się z tego rodzaju przeszkodą, gdy próbowałem zgłębiać – podobnie, jak Kraszewski, przy pomocy osoby znającej hebrajski – rozmaite stare traktaty żydowskie. Trudność sprawiało nam nie tyle odczytanie poszczególnych słów, za wyjątkiem może licznych i nie zawsze zrozumiałych skrótów oraz neologizmów, ale uchwycenie sensu całości. Z historią Sprawiedliwie Nawróconego nie jest aż tak źle. Tekst pozostaje wystarczająco jasny. Niemniej jednak, aby Czytelnika nie narazić na zbyt wielkie trudności, spróbuję uwspółcześnić nieco język i styl tej opowieści, starając się nie uronić żadnego istotnego szczegółu, ani też niczego nie dodać.
Obydwaj pozostający w Paryżu młodzieńcy – Pot... (pozostańmy przy tym skrócie) oraz jego przyjaciel Zaręba – wybrali się pewnego dnia na przechadzkę po mieście, aby podziwiać jego piękne pałace i inne budowle. Spragnieni, wstąpili do winiarni. W jej wnętrzu zobaczyli mały namiot, gdzie stary Żyd niemiecki czytał książkę. Weszli i oni do namiotu, aby przekonać się, co tak pilnie studiuje. Kiedy jednak Pot... zajrzał do księgi, niczego z niej nie zrozumiał, bowiem napisana była nieznanymi literami. Zwrócił się zatem do swojego towarzysza – młodego mędrca, czy on potrafi ją przeczytać. – Nigdy, do dzisiejszego dnia, nie spotkałem tego języka – odpowiedział Zaręba. Zapytali więc owego Żyda, co to jest za książka, po jakiemu została napisana?
I odpowiedział im starzec: - W języku świętym, hebrajskim.
Prosili więc, aby powiedział, co znajduje się w książce. Przeczytał kilka rozdziałów, z własnymi objaśnieniami. Słowa te wydały im się dobre. Pytali więc, czy to wszystko jest prawdą. Odpowiedział im znowu: - Jest najbardziej prawdziwą z prawd. - Chcieli więc wiedzieć, dlaczego ich rabin (J.I.K. zaznacza, że w rękopisie użyto tytułu Raf czyli Rav) nie uczy z tej książki. Mieli na myśli księdza. – Nam i chrześcijanom dana jest różna wiara. Wszyscy papieże umacniają swoją wiarę. Wydali klątwę, aby żaden z waszego narodu nie uczył swego syna z tej książki. Dlatego nie czynią tego wasi rabini.
- Zapłacę ci dobrze, abyś nas uczył – powiedział syn
magnata. Starzec naznaczył im czas trzy razy w tygodniu. Studiowali w osobnej
izbie. W pół roku nauczyciel wyłożył im cały Pięcioksiąg. Weszły do ich
serc słowa starego Zakonu. Studiując stali się innymi ludźmi. Zaniedbali
naukę w Akademii, przestali chodzić do kościoła. Ksiądz strofował ich za
to, ale młody panicz odpowiedział mu ostrymi słowami. Któregoś dnia Pot…
i Zaręba poszli na przechadzkę między polami. Byli z nimi słudzy, chociaż
trzymali się w oddaleniu, to obydwaj panowie poszukali większego odosobnienia,
aby ich nie podsłuchano.
- Bracie, objawię ci wszystkie skrytości serca mojego, ale nie rozgłaszaj tego – powiedział syn magnata.
- Broń mnie Boże, abym taką rzecz miał uczynić – odrzekł jego towarzysz.
- W sercu moim postanowiłem uciekać stąd do Amsterdamu, aby przyjąć wiarę Żydów, ponieważ wiara Izraela jest prawdziwa, jak wiemy.
- Jako ty, tak i ja, kiedy tylko będę miał pieniądze na podróż, dołączę do ciebie.
- Bóg świadkiem między nami.
Obydwaj złożyli przysięgę i zawarli umowę. Nie byli jednak
pewni swego; jeszcze skakali na dwóch progach. Postanowili więc, że Pot ...
pojedzie do Rzymu, aby zbadać, czy wiara katolicka jest prawdziwa, czy też
izraelska. Panicz napisał do swego ojca, że chce studiować w stolicy
Kościoła; udał się tam, gdy tylko nadeszły pieniądze. Papież przyjął go
z wielką czcią. Pot... uczył się w jego Akademii. Co tydzień wydawał
ucztę dla wszystkich panów z dworu papieskiego i dla ich sług, dawał im
wielkie podarunki. Pozyskał wśród nich przyjaciół. Pewnego razu jeden z
nich zapytał dworzanina, który usługiwał Papieżowi:
- Powiedz mi o obyczajach Jego Świątobliwości. Czy naprawdę on do nieba wstępuje?
- Jeśli mi dasz dobry podarunek, to ci odpowiem wyraźnie. Wszystko to jest fałszem. W dniu świętym, który oni nazywają Fajstem, Papież udaje się do najgłębiej ukrytego pokoju swojego pałacu i pozostaje tam w wielkim zamyśleniu. Mówią, że wstępuje do nieba, ale to nie jest tak...
"Tu opuszczamy to czego i niepodobna tłumaczyć, pomimo chęci
zachowania charakteru oryginału" - zaznaczył w tym miejscu
Kraszewski. Znowu nie wiemy, czy jego powściągliwość spowodowana była
obawą przed bluźnierstwem lub znieważeniem papieskiego majestatu, czy też
niemożnością zrozumienia tłumaczonego tekstu.
- ... tak zawsze robi podczas postu – opowiadał przekupny sługa.
- Teraz nadszedł czas, że wyjdę z fałszu i przyjdę do Boga prawdziwego, błogosławione niech będzie Jego Imię, że mnie wyprowadził na drogę prawdy.
- Wyjawię ci tajemnicę serca mojego – powiedział na pożegnanie. - Dam ci córkę jedyną swoją za żonę, bo cię pokochałem bardzo
- Dlaczego znalazłem łaskę w oczach twoich? – młodzieniec ukłonił się dwakroć. – Wszakże jestem z familii ubogiej i lichej, a tyś mój Pan wielki.
- Jeśli ty jesteś mały w twoich oczach, to jesteś wielki w moich.
Przypomniał o niej sobie po latach, gdy pocztą z Korony nadeszła wiadomość, że szukają syna wielkiego Pot..., o którym nie było wiadomości od jego wyjazdu do Rzymu. Zaręba domyślił się, że przyjaciel jego uciekł do Amsterdamu, by tam przyjąć wiarę żydowską. Ciężko mu było dotrzymać przysięgi, rozłączyć z żoną i wielkością tego świata. Bardzo się umartwił w sercu swoim i twarz mu się zmieniła od zgryzot. Bogato przez niego wyposażony, opuścił dwór teścia, zabierając żonę i syna. Pojechali najprzód do ojca na Żmudź, potem do Królewca, gdzie zabawili rok cały, dziwując się, że domy wieśniaków piękniejsze tam od dworów panów litewskich, wreszcie okrętem do Holandii.
Przybyli do Amsterdamu, gdzie poszedł Pan Zaręba do Rabina
miasta i powiedział, że chce przyjąć wiarę żydowską. I obrzezali jego i
syna jego, który miał pięć lat. Żona go wyglądała, a on cały dzień nie
wracał. Posłała więc sługę, aby go szukał; gdy wrócił z wiadomością,
że jego pan przeszedł na wiarę żydowską, zemdlała i upadła na ziemię.
- Co ci jest? – pytali ludzie, którzy ją podnieśli.
- Mój mąż stał się Żydem! – krzyczała głosem wielkim.
- Tu jest to pozwolonem – śmieli się z niej.
- Idź stąd, bom ja Żyd, człowiek podły, a tyś wielka pani, córka hetmańska.
- I ja przejdę na wiarę żydowską – prosiła go i płakała.
- Dobrze zrobisz, ale zanim to nastąpi powinnaś się uczyć zakonu żydowskiego i zobaczysz, że jest wiele przykazań, a nie jak wiara akumska (Kraszewski wyjaśnia ten termin, jako wiarę "gwiazdochwalców", z kontekstu wynika, że chodzi o chrześcijaństwo – przyp. J.M.). A jak się nauczysz wszystkiego i zechcesz przejść na wiarę żydowską, to przyjmę cię z miłością.
- Teraz jak ty, tak ja – przyszła do męża z radością.
- Dobrze jest, lecz ja żyjąc razem z tobą nie będę wiedział, jak obchodzić obrzędy żydowskie, dlatego wezmę kobietę izraelską, ona mnie nauczy Zakonu, a ciebie będzie uczył twój mąż Izraelita, którego weźmiesz.
- Opowiem ci historię, którą czytałam w rocznikach. Szło dwóch przez las, zabłądzili i szli przez kilka dni w wielkim zmartwieniu. I uczynił im się cud, że trafili na drogę prawdziwą i bardzo się ucieszyli. Wtedy jeden z nich powiedział: - Teraz oddzielmy się jeden od drugiego. Ja pójdę sam i ty pójdziesz. – I odpowiedział jego towarzysz: - A czy taka jest sprawiedliwość? Kiedyśmy błądzili, szliśmy razem, a teraz, kiedy odnaleźliśmy drogę prawdziwą, ty chcesz się oddzielić ode mnie. Powinniśmy iść razem, ciesząc się z cudu, który nam Bóg uczynił. Tako i my.
Jednego dnia w Bóżnicy tamtejszej zobaczył chłopca, który
bardzo swawolił w szkole, skakał i krzyczał. Sfukał go Ger
Cedek, a chłopiec twardo mu
odpowiedział. I rzekł mu pobożny : - Widzę, że on nie wyrośnie w wierze
Izraela, tylko ją zmieni, bo hardość jego jest wielka. - Usłyszał to ojciec
chłopca i bardzo go to rozgniewało. Poszedł do panów, oznajmił im, że tam
jest Ger Cedek.
Posłali sługi, przywieźli go do dworu, zakuli w kajdany żelazne i odprawili
do stolicy – Wilna. Tam poznali wielcy panowie, że on jest synem magnata
polskiego Pot... i upadli przed jego obliczem, mówiąc: - Skąd ci takie
głupstwa? - A on nie zważał na ich słowa. Bardzo to ich gniewało:
- Przed kim ty się śmiejesz i naigrawasz? Tu idzie o twoje życie.
- Głupcy jesteście, jak ja mam wam odpowiadać, wszakże mnie nie nazwaliście moim imieniem, ponieważ jestem Izraelitą, a imię moje Abraham, zaś wy mnie nazwaliście Pot... to jest imię goimskie i wy mnie mieliście za goja, jakimi wy jesteście, dlatego nic wam nie odpowiedziałem.
- Oddaj mu należną cześć!
- Sprawiedliwie byłoby, abym wam oddał cześć i czapkę zdjął przed wami, ponieważ wy jesteście wielkim panem, a ja Hebrajczyk, człowiek mizerny, niski, pohańbiony w wygnaniu gorzkim, ale ponieważ trzymacie Krzyż, to i przed wami czapki nie zdejmę
Drugiego dnia święta Szewues
(właść. Shavu'ot,
Pięćdziesiątnicy, Kraszewski nie podaje roku 1749, występującego u innych
autorów – przyp. J.M.) wyszedł wyrok, aby go spalić. Przed spaleniem
prosili go bardzo, aby powrócił do ich wiary, a on hańbił ich wielkim
łajaniem. Rozkazali Katu, aby mu wyrżnął język i wyciągnął przez kark. A
nim go umęczono, błogosławił głosem wielkim z radością:
- Błogosławiony jesteś Boże, który poświęcasz imię swoje między wielu.
Tych, którzy z męczennika szydzili, spotkała straszliwa kara:
"Gdy jedna goimka śmiała się a roztwarła swoją gębę, gdy Kat urznął jego język i skrzywił usta jego święte, goimka ta oniemiała i usta jej skrzywiły się a Szufunikes (zapewne Safiannicy – przyp. Kraszewskiego), którzy dali drwa aby go spalić, tym spaliły się domy do gruntu. Tak niech zginą wszyscy twoi nieprzyjaciele, dla krwi twojego sługi, która była przelana, krew pobożnego.Tak kończy się tłumaczenie, opublikowane przez J.I. Kraszewskiego. Za ostatnim przypisem wydawca zamieścił jeszcze, bez wyjaśnienia, ruski tekst przywileju Stefana Batorego z roku 1578, gwarantującego Żydom, że nie będą sądzeni według magdeburskiego, ale według ziemskiego prawa.I w tych dniach był w Rusi człowiek, który opowiadał, że był Ger Cedek w mieście Wilnie, który poświęcił imię swoje w wielkości, i wszyscy szatanowie upadli z wielkiego strachu a święci aniołowie stanęli w niebie, w miejscu, gdzie Ger poświęcił imię boskie i przyjęli jego czystą duszę do rąk Abrahama ojca naszego i przyjęli z wielką radością bez końca. I był wielki strach na Satana (przeszkodziciela) a wielka radość była dla Królów żydowskich, a jego zasługa i wszystkich świętych (męczenników za wiarę) niech nas wspiera, iżbyśmy dożyli widzieć przyjście Zbawiciela Messjasza Amen"
"Bardzo interesująco wygląda to, co Pan pisze o W. Potockim. W historiografii litewskiej panuje zdanie, że jest to wymyślona sprawa. Co do procesów o apostazję, czy o czary zakończonych na stosie w XVIII wieku w Wilnie, to od lat 30 tego stulecia o takich w źródłach archiwalnych nie znaleziono informacji. Od tego czasu w sądach były stosowane już dość liberalne wyroki – chłosta itp. Jeżeli odnajdę coś dla Pana interesującego co do tej sprawy, będę informować Pana. Ze swej strony byłbym bardzo wdzięczny za informacje o badaniach Pana w tej sprawie.Z poważaniem
Rimantas Miknys"
Imię Walenty nie występuje w genealogiach kilku szlacheckich rodzin Potockich różnych herbów. Najstarsza z nich i najsławniejsza pieczętowała się Pilawą, inne Janiną, Lubiczem, Ostoją, Prusem, Śreniawą i Szeligą. O opinię w rej sprawie zwróciłem się do profesor Teresy Zielińskiej, autorki książki o magnaterii polskiej czasów saskich, od lat zajmującej się rodem Potockich, najpotężniejszym w owej epoce. W ich starych dokumentach nie zetknęła się ona z imieniem Walenty. Przyznaje jednak, że jakaś uschła, to znaczy bezpotomna gałązka mogła ujść uwadze historyków.
Dodatkową poszlaką negatywną miał być fakt, że rodzina ta zaczęła używać tytułu hrabiowskiego dopiero po rozbiorach, chociaż linia tzw. Złotej Pilawy miała go otrzymać od cesarza austriackiego jeszcze w 1606. Tymczasem źródła żydowskie uparcie go Walentemu przypisują, a niektóre wywodzą z głównej linii (np. Grosse Juedische National – Biographie, b. m. i roku wydania: "Valentin Graf Potocki (das Stammschloss Potok der grafflichen Familie Potocki lag in der Wojewodschaft Krakau").
[7]
Historycznie potwierdzone są natomiast wiadomości o podróżach
synów magnackiej gałęzi Potockich do Rzymu, a także ich bliskich kontaktach
z dworami papieskimi.
"Stanisław starosta halicki, rotmistrz królewski, (wnuk również Stanisława 'Rewery' Potockiego wojewody krakowskiego i hetmana wielkiego koronnego - znanego nam z 'Potopu' Sienkiewicza – przyp. J.M.) w Rzymie będąc pod czas Jubileuszu, od Innocentego Papieża XI mile przyjęty Świętego Wincentego męczennika ciało, od niego, na znak affektu, otrzymał; była to niepłonna wróżka, w tej świętej darowiźnie, że i sam Stanisław, przy ochronie wiary świętej, miał krew swoję z życiem oraz wylać. Z Rzymu do Francyi, i do Belgium pospieszył, kędy pod miastem Bruxellą, gdy bystrą rzekę przebywa, trafunkiem proch zapalony, wszystkich ludzi na tymże statku z nim płynących wysadził i potopił; jego tylko samego, i z ciałem Ś. Wincentego, nienaruszenie na blizką kempę, czyli brzeg, wyniósł, i postawił, nie bez osobliwszej opatrzności nad sobą P. Boga i opieki Ś. Męczennika."[8]
Wszystko to umacnia podejrzenie, że relacja o życiu i męczeńskiej śmierci Nawróconego Sprawiedliwego jest apokryfem. Kto mógłby być jego autorem? Historycy nie są najlepszego zdania o wiarygodności J.I. Kraszewskiego. Zdarzało mu się opisać studenckie tumulty w osiemnastowiecznym Wilnie, których nigdy nie było, bezkrytycznie przytaczać inne wątpliwe opowieści. Janusz Tazbir mówił mi, że w dawnej Polsce było zresztą sporo dziejopisarzy wymyślających postaci i zdarzenia. Profesor interesuje się nimi od dawna. Wydał on również z krytycznym komentarzem najbardziej złowrogi – jeśli chodzi o wpływ na umysły i działania ludzkie - apokryf wszystkich czasów: "Protokoły mędrców Syjonu".
Gdyby autor "Starej baśni" zmyślił "Historię Sprawiedliwie Nawróconego" to stworzyłby coś w rodzaju "Protokołów..." a rebours. Na Kraszewskiego powołuje się większość autorów piszących po nim o Walentym Potockim. Cytowana już "Encyclopaedia Judaica", wydanie jerozolimskie, stwierdza, że wydany przez niego po polsku manuskrypt został opublikowany przez I.M. Dicka po hebrajsku (1862), a później w jidysz (bez daty). Nie jest jasne, czy korzystano z oryginału, czy też tłumaczono z polskiego. Nie ulega natomiast wątpliwości pochodzenie przekładu na rosyjski, jaki w roku 1873 opublikowała Jerwrejskaja Bibliotieka. Podpisany jest on bowiem nazwiskiem Kraszewskiego.
Rozważałem już wcześniej hipotezę dokonanego przez niego świadomego fałszerstwa, analizując po amatorsku stylistykę tekstu, opublikowanego w 1841 roku. Nie jest ona jedynym argumentem przeciwko temu podejrzeniu. U Kraszewskiego brakuje bowiem najważniejszych elementów, pojawiających się w późniejszej literaturze. Pomijając już łatwe do rozszyfrowania skróty nazwisk dwóch arystokratycznych rodzin, nie znajdujemy tam ani imienia Potockiego – Walenty, ani też roku, w którym miał on być spalony na stosie – 1749. Albo więc zostały one dodane przez następnych autorów, albo też poza "Historią Sprawiedliwie Nawróconego" było jeszcze – nazwijmy je tak – Źródło Hebrajskie B, zawierające powyższe elementy.
Ich istnienie to druga - obok Kraszewskiego jako twórcy apokryfu – hipoteza warta rozważenia. Kto mógł być autorem tych tekstów? Młody rabin o oczach gorejących nienawiścią do prześladowców jego wiary, albo może inaczej – starzec o oczach wygasłych, bo zbyt dużo widziały pogromów i fałszywych oskarżeń o mord rytualny? Spisywał starą legendę o prozelicie - męczenniku, czy też kompilował ją z elementów zaczerpniętych z różnych źródeł?
To ostatnie podejrzenie też może być uzasadnione. Poza samym Potockim w "Historii..." wspomniani są jeszcze – jego przyjaciel Zaręba i hetman Tyszk...; W herbarzach pojawia się starożytna rodzina Zarembów herbu własnego z Wielkopolski. Jakieś odgałęzienie istniało także na Żmudzi, ale brak imienia i innych bliższych danych utrudnia poszukiwania. Jedynym punktem zaczepienia jest małżeństwo z córką hetmana Tyszk... . Rzecz dotyczyć może tylko Tyszkiewiczów. Istotnie, jeden z przedstawicieli tej rodziny – Ludwik był w XVIII wieku hetmanem polnym litewskim. Buławę wziął jednak dopiero w roku 1780. Jego ojciec Józef, kasztelan żmudzki, a później wojewoda smoleński, bardziej pasuje do chronologii, wynikającej z "Historii...". Zostawił on potomstwo z Pociejówny, ale o losach córek nic nie wiadomo.
W drugiej połowie osiemnastego stulecia pojawia się także para Potocki – Zaremba, ale w zupełnie innym kontekście. Otóż Wincenty Potocki herbu Szeliga z Potoka w woj. sieradzkim podczas konfederacji barskiej służył od 1770 roku pod rozkazami Józefa Zaremby, marszałka generalnego województw wielkopolskich. Zginął 26 czerwca 1771 r. podczas potyczki z oddziałem wojsk królewskich pod dowództwem podpułkownika Mojżesza Langa.
[9]Skoro poszukiwania genealogiczne nie przybliżają rozwiązania zagadki, przyjrzyjmy się kluczowej dla sprawy kwestii nawrócenia na judaizm. Poza Kraszewskim w polskiej literaturze tylko Jan Stanisław Bystroń w "Dziejach obyczaju w dawnej Polsce" wspomina o sprawie Walentyna Potockiego, streszczając jej znany nam już przebieg; powołuje się jednak wyłącznie na tradycję żydowską. Odnotowuje również inne przypadki prozelitów religii mojżeszowej w tym okresie. "Zaznaczyć należy, że także i Żydzi mieli czasem sporadyczne, ale charakterystyczne sukcesy. Tak np. pierwszej połowie osiemnastego wieku szlachcianka z województwa mińskiego, pani Estkowa, pod wpływem lektury Biblii i nauk arendarza przyjęła judaizm i z dwiema córkami wyjechała do Amsterdamu; mąż pojechał za nią i również na żydowską wiarę przeszedł. Potem sensacją opinii publicznej stali się dwaj magnaci, książę Mikołaj Radziwiłł, który się Żydami otaczał, dysputował z nimi, majątki im w dzierżawę wypuszczał, tudzież Marcin Lubomirski, obydwaj czy to z przekonania, czy to dla fantazji manifestujący swoje sympatie dla mozaizmu".
[10]Mimo prawie baśniowego charakteru "Historia Sprawiedliwego Nawróconego" opisuje zatem szereg okoliczności zupełnie prawdopodobnych. Zdarzały się w pierwszej połowie XVIII wieku w Koronie i na Litwie nawrócenia na judaizm poszczególnych osób, a nawet całych rodzin z warstwy szlacheckiej. Przykład pani Estkowej, jej córek i męża wskazuje, że działo się to pod wpływem studiowania Biblii, zaś dopełniło w Amsterdamie, gdzie nie sięgała władza katolickiej Inkwizycji. W poprzednich dwóch stuleciach pojawiała się na Litwie herezja judaizantów, której ulegali chrześcijanie różnych wyznań. W skrajnych przypadkach mogła ona doprowadzić do apostazji.
Spośród dwóch arystokratów tej epoki, podejrzewanych o sympatie dla mozaizmu, zwłaszcza Marcin Maciej Radziwiłł zasługuje tu na uwagę. Jeśli hrabia Walenty urodziłby się około roku 1700, to byłby prawie rówieśnikiem młodego księcia. Radziwiłł przyszedł na świat w roku 1705. Także on około roku 1720 (Walenty w 1719 – J.M) wyjechał w podróż zagraniczną. Jak pisze autorka poświęconego mu hasła w "Polskim słowniku biograficznym".
[11] zwiedzał instytucje naukowe i zawierał znajomości z uczonymi. Od najwcześniejszych lat był młodzieńcem zdolnym i ciekawym świata; wcześnie okazywał skłonności do nauki. Pociągały go gałęzie wiedzy przyrodniczej – chemia i medycyna, ale przede wszystkim tajemnej: alchemia i poszukiwanie kamienia filozoficznego. Niewykluczone, że pod wpływem studiów Kabały uwierzył w metempsychozę i uczył się hebrajskiego. Faworytem jego stał się Żyd Szymon, który rządził w jego dobrach. Wszystko to przypisywano chorobie umysłowej. Żonę i dzieci uwięził, a w swoich dobrach miał harem złożony z dziewcząt porwanych, kupionych lub oszukanych. „Inne horrenda o nim opowiadali, jak swoje z metres potomstwo enecabat (dusił) i z nich dystylacje jakieś czynił... – zapisał Marcin Matuszewicz, wybrany posłem z instrukcją sejmiku, aby doprowadził do położenia kresu ekscesom szalonego magnata. Te pogłoski wiązały się być może z doświadczeniami, jakich Radziwiłł dokonywał w specjalnie urządzonym laboratorium. Powodem wzburzenia była jednak raczej działalność, zwyczajnie mówiąc, bandycka. Jego pachołkowie dokonywali licznych zabójstw, rabunków i podpaleń, porywali ludzi, między innymi proboszcza. To właśnie stało się przyczyną uchwalenia specjalnych instrukcji sejmikowych. Słano też petycje do króla. Nie pomogło jednak nawet wmieszanie się w sprawę małżonki monarszej.Głowa rodu – Michał Kazimierz Radziwiłł, hetman wielki litewski i wojewoda wileński chciał jednak uniknąć publicznego oskarżenia i gorszącego procesu krewniaka. Wystarał się o nakaz kurateli nad szaleńcem. Inny Radziwiłł, chorąży litewski Hieronim Florian na czele 200 ludzi otoczył dwór w Czarnawczycach i uwięził Marcina Mikołaja. Żonę i dzieci uwolniono, harem rozpuszczono, o tym co stało się Żydem Szymonem i laboratorium, kroniki milczą. Zauważmy, że działo się to około roku 1749, domniemanej daty spalenia Walentego Potockiego. Jest jednocześnie wskazówką, że magnat obwiniony nie tylko o nawrócenie na judaizm, ale dodatkowo o cały szereg innych zbrodni, mógł liczyć na stosunkowo łagodne potraktowanie. Marcin Mikołaj przebywał pod strażą w różnych rodzinnych zamkach, apelując nawet do króla Stanisława Augusta Poniatowskiego o przywrócenie mu wolności. Zmarł w 1782 i jest pochowany w Nieświeżu.
W zestawieniu postaci obydwu judaizantów – historycznego i legendarnego - jest jednak coś intrygującego, nie tylko ze względu na równoległą chronologię ich dziejów. Dwa wielkie rody nie darzyły się sympatią. Podobno Radziwiłłowie nazywali swoich nieślubnych synów Potockimi i odwrotnie. Kiedy rozważam losy Walentego i Marcina Mikołaja przychodzi mi na myśl włoskie słowo controfigura. Jego znaczenie jest dosyć banalne: tak nazywa się w przemyśle kinematograficznym dublerów. Pasowałoby mi jednak dla nazwania postaci, która jest jednocześnie odbiciem i zaprzeczeniem drugiej. Figurą kontra.
Badając inne dokumenty, a zwłaszcza porównując drzewa genealogiczne wielkich rodów sycylijskiego Średniowiecza, Sergio próbuje przywrócić tożsamość człowiekowi, który został skazany na jej wieczną utratę. Chce napisać o nim kolejną książkę. Historia wydarzyła się w końcu XIII wieku, niedługo po Nieszporach Sycylijskich, kiedy wyspa przeszła spod władzy Andegawenów we władanie dynastii aragońskiej. Młody arystokrata zbuntował się przeciwko królowi. Ten skazał go na śmierć. Członkowie rodziny, którzy pozostali wierni monarsze, wyprosili jednak łaskę dla kuzyna. Król zmienił wyrok: zdrajca miał pozostać przy życiu, ale tak, jakby nigdy nie istniał. Razem z majątkiem odebrano mu imię. W całym królestwie zapadło nad nim milczenie, którego nawet najbliższa rodzina nie naruszyła nigdy. Pozbawiony imienia żył poza tym spokojnie, a nawet się ożenił i miał dzieci. Łaskawy władca pozwolił, aby odziedziczyły rodowy majątek. Prawo spadkowe w tych czasach na Sycylii było już instrumentem precyzyjnym. Dziedziczący nie mogli pozostać anonimowi. Wywodząc tytuł do spadku notariusz musiał wspomnieć o ich ojcu.
Instytucję damnatio memoriae (skazania pamięci), polegającą na wymazaniu imienia skazanego ze wszelkich tekstów i napisów, znało już starożytne prawo rzymskie. Jej praktyczne zastosowania spotykamy w różnych krajach i epokach historycznych, jak choćby w Egipcie faraonów.
- Ten, którego imię nigdy nie może być wymienione – także i tej hipotezy w przypadku Walentego Potockiego nie mogę do końca wykluczyć. Nie tylko dlatego, że siłą swojej intuicji przychyla się do niej Miłosz. Nawet watykańska Kongregacja Spraw Świętych uznaje kontynuację kultu przez kilka wieków za wystarczający powód wyniesienia Sługi Bożego na ołtarze. Cześć, jaką wileńscy Żydzi otaczali grób Sprawiedliwie Nawróconego, trwała na pewno przez sto lat – od czasów, kiedy pisał o niej Kraszewski – a być może i dwieście lat.
Jeśli Abraham ben Abraham był istotnie – jak chce legenda - synem wielkiego polskiego rodu, to aby tak zupełnie zniknąć z historii, musiałby zostać pozbawiony imienia. Od Nieszporów Sycylijskich minęło blisko osiem wieków, od daty domniemanego spalenia w Wilnie Sprawiedliwie Nawróconego - zaledwie dwa i pół stulecia. W Palermo testament, odłożony na półkę w samym sercu Średniowiecza, czekał spokojnie na swojego odkrywcę do czasów nam współczesnych; w naszej części Europy archiwalia, chociaż młodsze, przetrwały w zdecydowanie gorszym stanie. To jednak nie wyjaśnia braku jakiejkolwiek wzmianki w kronikach i pamiętnikach polskich, a także szerszego echa europejskiego; w tej epoce wychodziły już nawet gazety.
Hipoteza powyższa – przyznaję fantastyczna – wymaga zatem przyjęcia konsekwentnych założeń. Przede wszystkim istnienia zmowy milczenia. Kto dysponował wystarczająco wielkim autorytetem, aby ją narzucić? Na pewno nie obydwaj królowie z dynastii saskiej, słabi wobec szlacheckiej samowoli i magnackiej potęgi, walczący na dodatek o tron ze Stanisławem Leszczyńskim.
Studiując życiorysy członków najświetniejszej linii rodu Potockich, herbu Złota Pilawa, pomyślałem, że tylko jeden człowiek mógłby być ukrytym reżyserem wymazania z historii pamięci kuzyna – odstępcy. Tylko on mógłby nakazać bezwzględne milczenie najdalszym krewnym, posłać sekretnych emisariuszy, aby wydarli karty z datą urodzenia z ksiąg parafialnych, zmienić treść kronik i raportów do Watykanu. Tylko jeden człowiek: Teodor, arcybiskup gnieźnieński, prymas Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. W pierwszej połowie XVIII stulecia głowa najpotężniejszego wówczas rodu magnackiego w Polsce - "Z lekka rósł do najwyższych honorów" – powiada o nim Niesiecki. Trzeci syn Pawła Potockiego, kasztelana kamienieckiego, urodził się w Moskwie, gdzie ojciec jego pozostawał w niewoli, z jego drugiej żony Eleonory Sołtyków, synowicy małżonki carskiej. Car Aleksy Michajłowicz był jego ojcem chrzestnym, a ceremonii dopełnił głośny w dziejach Cerkwi ruskiej patriarcha Nikon. Teodor musiał być powtórnie ochrzczony w Kościele katolickim (przy święceniach kapłańskich legitymował się metryką tego sakramentu, wystawioną na podstawie zeznań świadków). Wcześnie rozpoczął wspaniałą karierę duchowną. Wychowanek jezuitów uczył się najpierw w ich szkołach w Polsce, a później w sławnym Collegium Romanum. Podczas studiów w Rzymie korzystał z opieki najwybitniejszych kardynałów tej epoki. Święcenia przyjął już w Polsce, jeszcze jako 19-letni subdiakon został sekretarzem króla Jana Sobieskiego. Lubiany na dworze za pobożny, ale i wesoły tryb życia, za następnego panowania Augusta II został biskupem chełmińskim, senatorem i członkiem Rady Królewskiej. Walczący o tron Stanisław Leszczyński bezskutecznie próbował skaptować go biskupstwem krakowskim. W czasie Wojny Północnej przeszedł jednak do jego obozu, by potem znowu zadeklarować wierność Sasowi. W nagrodę został biskupem warmińskim, opatem Tyńca, a w końcu arcybiskupem gnieźnieńskim. Podczas kolejnego bezkrólewia, jako prymas – interrex - poparł jednak Leszczyńskiego. Po ucieczce tamtego z Gdańska poddał się w 1734 Augustowi III, by spędzić siedem miesięcy w niewoli; w końcu jednak uzyskał królewskie przebaczenie. "Zwano go Wielkim prymasem, tak go ówczesne pojęcia uznawały" – pisał autor hasła w XIX wiecznej encyklopedii – "Według dzisiejszych wyobrażeń zbywało Potockiemu na dwóch głównych przymiotach koniecznych w arcykapłanie i mężu stanu, a mianowicie na rozumie wolnym od przesądów i uszanowaniu praw ludzkich".
[12]
Życzliwy Potockiemu jezuita Kasper Niesiecki, autor słynnego
Herbarza, odmiennie interpretuje wydarzenia, z którymi prymas zyskał złą
sławę w historii:
"Nieprzełamany, gdzie szło o honor Boski i wiarę katolicką, dał tego jawne dowody, to w Toruńskiej na świętokradzców i obrazoborcow, sprawie, to na walnym sejmie, gdzie się do Konstytucyi odsądzającej wszystkich dyssydentów, nietylko krzeseł, ale też i urzędów inszych, najwięcej przyłożył; to w Warmji, gdzie pijane chłopstwo, gdy mszcząc się nieurodzaju na ten czas w polu i krescencyi, ukrzyżowanego Chrystusa złośliwie ubiczowało, na ciężką śmierć i ćwiertowanie skazał, i sprawiedliwie ukarał; a na tem miejscu gdzie ten excess popełniony, w Szynwezie kaplicę wymurował, na pamiątkę, z tym napisem: Paenae, non pietatis opus (kary, a nie litości, dzieło): to w wielu inszych okazjach".
Tyle tylko, że Teodor Potocki, arcybiskup gnieźnieński, prymas koronny i Wielkiego Księstwa Litewskiego "z prymacyalnej godności poszedł na drogę szczęśliwej wieczności w roku 1738, wieku swego siedemdziesiątego piątego". To znaczy na jedenaście lat przed datą domniemanej śmierci Abrahama ben Abrahama. Pozostaje więc poza podejrzeniem o jej spowodowanie.

- Musi pan wiedzieć, że w pierwszej połowie XVIII wieku nasz ród stanął u szczytu swojej potęgi, nie tylko politycznej, ale i finansowej. Mieli możliwości i środki, aby ukryć to, co dla nich niewygodne – ze wstydu, albo i ze strachu. Oczywiście, zakładając, że zdarzyło się naprawdę. Ger Cedek fascynuje mnie od chwili, kiedy o nim usłyszałem. Zajmuję się też od dawna postacią i twórczością Jana Potockiego, mojego przodka. Jeszcze w połowie XX wieku niektóre panie z rodziny nigdy nie wymieniały jego imienia. Łamał zbyt wiele konwencji, uznawany był za niemoralnego i sprawcę kłopotów – powiedział mi Marek Potocki.
To Krystyna, która również uczestniczy we wszystkich moich niepokojach, zwróciła uwagę, że powinienem dotrzeć do kogoś z tej arystokratycznej rodziny. Wybór nie był jednak łatwy, bo jest ona bardzo rozgałęziona. Abraham Karpinowitz, autor ostatniej bodaj biografii Sprawiedliwie Nawróconego, opublikowanej w roku 1990 w języku jidysz
[13] wspomina, że istnienie jakiegoś rodzinnego wspomnienia, bez dowodów na jego prawdziwość, potwierdził mu jeden z Potockich, mieszkający w Hiszpanii. Mogło chodzić o Józefa Potockiego, ambasadora przedwojennej Rzeczypospolitej. Poznałem kiedyś jego córkę, piękną Izabellę D'Ornano, żonę potomka Pani Walewskiej. Józef Potocki umarł jednak w końcu lat sześćdziesiątych. W naszym domu bywa profesor Stanisław Mossakowski, dyrektor Instytutu Sztuki PAN, posiadający rozgałęzione koneksje w kręgach arystokratycznych. Za jego radą i rekomendacją zwróciłem się do Marka Potockiego.Pilawici Potoccy legitymowali się trzema odmianami tego herbu: Złotą, Srebrną i Żelazną Pilawą, uznawaną za najstarszą. Pan Marek wywodzi się z drugiej linii, zwanej także hetmańską, bo wśród jej wybitnych przedstawicieli był wspomniany już Stanisław „Rewera”, dzierżący w połowie XVII wieku buławę wielką koronną. Współcześnie określa się ją raczej od nazw rodowych posiadłości jako Antoniny - Łańcut. W tej ostatniej siedzibie Marek Potocki spędzał dzieciństwo. Po II wojnie światowej na krótko zastąpiła ją willa w Konstancinie, a kiedy i ona została włączona przez ówczesnego premiera Cyrankiewicza do dzielnicy rządowych rezydencji, zaś jedynym schronieniem dla kilku osób okazał się pokój w Krakowie pozbawiony bieżącej wody i innych wygód, wyjechali za granicę.
- W roku 1979 znalazłem się w Izraelu jako przedstawiciel pewnej amerykańskiej firmy – opowiadał Marek Potocki. – Zaraz na wstępie powiedziano mi, że Żydzi z Polski przywieźli tam przysłowie na określenie człowieka, próbującego udawać człowieka bogatszego, czy bardziej znakomitego, niż jest w istocie: Nich szpelen Graf Potocki ("Nie zgrywaj hrabiego Potockiego", pisownia jidysz nie jest pewna – przyp. J.M.). Dowiedziałem się także, że w judaizmie – gdzie nie ma świętych w chrześcijańskim rozumieniu – czci się męczennika o naszym nazwisku. Szczegóły na o nim poznałem z encyklopedii. Zafascynowała mnie jego historia, bo nawet jeśli nieprawdziwa, jest bardzo niezwykła i piękna. Tak bardzo przejął się żydowską wiarą, która była dla ówczesnych Polaków czymś obcym, nieznanym i niezrozumiałym, mimo że jej wyznawcy żyli obok nich.
Nikt mi przedtem o Walentym Potockim nie mówił. Mimo, że mój ojciec bardzo się interesował nie tylko dziejami rodziny, ale w ogóle historią Polski. Szukając informacji zwracałem się do rozmaitych prominentów żydowskich w Szwajcarii, Paryżu i USA. Wielu z nich o tej historii słyszało, ale i oni nie potrafili wskazać dowodów, potwierdzających jej prawdziwość. Kiedyś otrzymałem w poczcie kopertę bez nazwiska nadawcy. Widocznie nie chciał on, abym wiedział, kim on jest. Nawet nigdy nie mogłem mu podziękować. W kopercie znajdowała się książka pisana w "hochdeustch" gotykiem i wydana we Frankfurcie nad Menem w 1930 roku, której autorem był niejaki S. Sachnowytz, a zatytułowana Abraham sohn Abrahams (Abraham syn Abrahama).
Przed następną naszą rozmową Marek Potocki sięgnął powtórnie po książkę, otrzymaną od anonimowego nadawcy. Jest ona zbeletryzowaną wersją historii Sprawiedliwie Nawróconego. Z niektórych szczegółów widać, że autor słabo orientował się w polskich realiach: nazwisko Zaremba występuje w brzmieniu Zarembo, sprzecznym z tradycją językową. Są tam także szczegóły prawdopodobne, chociaż nie wiadomo skąd wzięte. Ojcem Walentego jest Stanisław. W odniesieniu do obydwu używany jest tytuł hrabiowski. Zapytałem Marka Potockiego, czy nie budzi to jego wątpliwości. Zaprzeczył. Poza rodami kniaziów pochodzenia ruskiego, arystokracja polska i litewska nie miała prawa rodzimych tytułów. Te nadawane były przez obcych monarchów, a później potwierdzane przez cesarzy mocarstw zaborczych, w bardzo różnych okolicznościach. Pilawitów Potockich tytułowano hrabiami już w XVIII wieku.
Pytałem także o nastawienia ich rodziny w stosunku do Żydów. Za wyjątkiem jednego z przodków Mikołaja, który ich prześladował, bodaj w XVII wieku, było ono na ogół życzliwe. – Szkoda, że nie mamy żydowskiej krwi w żyłach, może bylibyśmy bogatsi, a na pewno inteligentniejsi – mawiał czasem ojciec mojego rozmówcy. Bez przesadnych uogólnień ta nuta pewnej fascynacji przedstawicielami innego szczepu bardzo starej rasy wydaje mi się charakterystyczne dla wielu polskich arystokratów. Wzmacniała ją wielowiekowa wspólnota interesów gospodarczych. I odwrotnie – antysemityzm sporej części mieszczaństwa i chłopstwa wynikał ze sprzeczności tychże.
Po przeczytaniu w żydowskiej encyklopedii hasła – biogramu domniemanego przodka, pierwszą myślą Marka Potockiego było udać się do Marca Chagalla i prosić go, aby namalował tę historię. Nie udało się, bo wielki twórca był już bardzo stary i nie przyjmował zamówień. Pomysł obrazu, czy nawet całej ich serii, których bohaterem byłby Ger Cedek, malowanych przez kogoś specjalizującego się w problematyce judaistycznej, jednak pozostał. Udało się go zrealizować znacznie później. Interesy rzuciły Marka Potockiego tym razem do Moskwy, gdzie mieszkał od 1985 do 1988 roku. Dotarł tam do grupy malarzy dysydentów, której wybitnym przedstawicielem był Grisza Bruskin, rosyjski Żyd. Potocki prosił go o wykonanie ośmiu gwaszy. – Zawtra, zawtra – odpowiadał Grisza, bo był bardzo zajęty. Później, w połowie 1988 roku międzynarodowy dom aukcyjny Sotheby’s urządził sprzedaż dzieł członków tej grupy. Duży, bardzo piękny obraz Griszy poszedł za 440 tysięcy dolarów, co jest ceną niebywałą nawet dzisiaj. Marek Potocki pomyślał, że już nie zobaczy, jak wyglądał Ger Cedek, bo przyjaciel, który miał go namalować jest już zbyt kosztowny. Dwa czy trzy lata później, spotkali się w Nowym Jorku.
– Mam coś dla ciebie - powiedział Grisza i ze starej gazety odwinął bardzo piękny gwasz. Zrobiłem się taki drogi, że nigdy nie mógłbyś go kupić, więc otrzymasz go w prezencie.

Bez większego trudu mogłem natomiast przeprowadzić kwerendę w Tajnym Archiwum Watykanu. Wbrew intrygującej nazwie, w jego zabytkowych, ale jasnych salach nie panuje wcale atmosfera tajemniczości. Pracują tam na ogół studenci i młodzi naukowcy, wśród nich wielu świeckich. Za radą rzymskiego historyka, który mnie tam wprowadził, wybrałem kilka fondi (zbiorów), zawierających materiały dotyczące Polski tego okresu. Raporty nuncjuszy, po odszyfrowaniu przepisane zupełnie współcześnie brzmiącym włoskim, czyta się jak pasjonującą powieść o intrygach politycznych i dynastycznych. Sporo rzecz jasna o prymasie Teodorze Potockim, ale o Walentym, ani w ogóle o sprawach żydowskich niczego nie znalazłem. W relacjach ad limina Apostolorum (u progów apostolskich) składanych, niekoniecznie osobiście, przez biskupów – ordynariuszy Wilna znajduje się natomiast dokument, noszący datę bardzo zbliżoną do dnia domniemanej śmierci Abrahama ben Abrahama. Jak pamiętamy, miał on zostać spalony drugiego dnia Shavu'ot 1749 r. Zielone. Święta przypadały owego roku 23 i 24 maja. Relacja biskupa Michała Zienkowicza nosi datę 29 lipca 1749. W krótkim, bo złożonym zaledwie z dwóch zdań w bardzo popsutej łacinie, fragmencie mowa jest o sytuacji wyznaniowej. Bp. Zienkowicz stwierdza, że zobowiązanie do zachowania pokoju z heretykami, to jest "Kalwinistami, Luteranami i Dyzunitami (prawosławnymi)", zawierają pacta conventa, jakie monarcha podpisuje, wstępując na tron. Co zaś się tyczy "Scytów (muzułmanów) i Judejczyków" to istniejące, dozwolone im meczety i synagogi nie mogą być odnawiane (w odniesieniu do świątyń islamskich zakaz taki ogłaszano w 1616 i 1668 roku – przyp. J.M.).
[14]Czy biskup, który musiałby być w sprawę procesu Abrahama ben Abrahama wmieszany – wątek ten przewija się we wszystkich literackich wersjach tej historii – mógł ją zupełnie przemilczeć w relacji dla Stolicy Apostolskiej, zajmując się natomiast zupełnie marginalną kwestią remontów synagog? Zwłaszcza, że według informacji, jaką znalazłem w "The Jewish Encyclopedia" w tym samym okresie w Wilnie miał być spalony jeszcze inny Żyd: "Są powody, aby sądzić, że ówczesnym nauczycielem Potockiego, być może tym samym, który doprowadził dwóch młodych szlachciców do przyjęcia Judaizmu, był ich ziomek Menahem Man ben Aryeh Löb z Wiżun, torturowany i stracony w Wilnie w wieku 70 lat (3 lipca 1749). Według tradycji ten żydowski męczennik i Ger Cedek byli ze sobą związani, ale obawa przed cenzorami powstrzymała pisarzy w Rosji przed powiedzeniem czegoś wprost na ten temat".
[15]Wyjaśnienie przemilczeń i niejasności działaniami carskiej cenzury – jak wiadomo dosyć łagodnej – nie wydaje się specjalnie przekonywujące. Zwłaszcza, że rosyjskie tłumaczenie tekstu z książki Kraszewskiego zamieściła przecież Jerwrejskaja Bibliotieka. Niemniej wzmianka, zawierająca tak dokładne dane o innym Żydzie, skazanym w związku ze sprawą Abrahama ben Abrahama komplikuje jeszcze nasze dochodzenie. Umacnia przypuszczenie, że przebieg wydarzeń mógł być całkiem inny, niż to głosi legenda Sprawiedliwie Nawróconego.
W Rzymie jest jeszcze jedno miejsce, gdzie mogłem szukać wiadomości o procesie przeciwko apostacie Kościoła katolickiego. Kongregacja Doktryny Wiary to bezpośrednia spadkobierczyni Świętego Oficjum, a więc Inkwizycji. Dostęp do jej zasobów – przetrzebionych zresztą na przełomie XVIII i XIX wieku przez Francuzów, szukających potwierdzenia "czarnej legendy" kościelnych trybunałów - jest trudniejszy, niż w przypadku Tajnego Archiwum. Badacze z zewnątrz składają najpierw pytanie z wyszczególnieniem interesującej ich materii. Uczyniłem to za pośrednictwem znajomego Monsignore Z..., który od lat pracuje w Kongregacji. Po kilku dniach zadzwoniłem do niego znowu. – Nie ma niczego, co odnosiłoby się do osoby o nazwisku Potocki – usłyszałem w słuchawce. – A może jest coś o apostatach, którzy w Polsce porzucili chrześcijaństwo dla judaizmu? – tym razem chwila milczenia przed odpowiedzią była dłuższa: - Nie… niczego takiego nie znaleźliśmy.
Wróciłem do komputera, aby raz jeszcze obejrzeć zdjęcia otrzymane od Ruty z Wilna: drzewo o dziwnym kształcie, kapliczka z hebrajskimi napisami chroniąca grób Sprawiedliwie Nawróconego. Czy możliwe, że kult męczennika, tak silny i długotrwały, opierał się wyłącznie na złudzeniu? Jeśli zaś odpowiedź brzmi: nie - a opowieść o losach Abrahama ben Abrahama jest w części choćby prawdziwa, to czy możliwe byłoby wymazanie z historii wydarzenia tak sensacyjnego?
Pozostawała jeszcze jedna szansa, być może ostatnia. Mormoni
z Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych Ostatnich Dni próbują
zewidencjonować z imienia i nazwiska wszystkich ludzi, którzy żyli od
początku świata. Wierzą bowiem, że dzięki tym spisom, przechowywanym w ich
świątyniach w Salt Lake City, Utah, USA każda jednostka będzie mogła
stanąć przed Bogiem, a rodziny połączą się na wieczność. Za
pośrednictwem Internetu korzystam czasem z ich zasobów, szukając osób
zagubionych w historii.
Walenty Potocki
Sex: M
Event(s): Birth about 1700, Poland
Parents:
Source information: Film number 2078024.
Czy jest to metryka wyrodnego syna arystokratycznej rodziny, który chce się z nią połączyć, szukając pośrednictwa Kościoła Świętych Ostatnich Dni? Czy to on zginął na stosie w Wilnie jako Abraham ben Abraham drugiego dnia Shavu'ot roku 5509? Czy też może skopiowano dla Mormonów księgi parafialne jakiejś podkarpackiej wsi, gdzie żyją plebejscy – bo są i tacy – Potoccy, dziedziczący nazwisko po właścicielach dóbr? Czy Walenty dokonał żywota nie opuszczając rodzinnej wioski, jako przykładny katolik?
Nie potrafię odpowiedzieć. Kiedy tylko będę w Salt Lake City, to sprawdzę.
Jacek Moskwa
2001

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||