Krzysztof Cena, profesor nauk przyrodniczych, specjalista biofizyki środowiskowej i wykładowca Murdoch University w Perth, Zachodnia Australia, odbył w latach 1997- 2001 szereg trudnych wypraw trekkingowych w Himalaje i Karakorum. Przed laty w Polsce był aktywnym członkiem Sekcji Grotołazów we Wrocławiu, członkiem Klubu Wysokogórskiego i długoletnim instruktorem narciarskim. Poniżej zamieszczamy jego wspomnienie i wspaniałe fotografie z wyprawy trekkingowej "Kangchenjunga Exploratory" (październik-listopad 2001) u podnóża masywu Kangchenjunga (8586 m), trzeciej najwyższej góry świata.

Krzysztof jest moim przyjacielem. Nasza przyjaźń zaczęła się w okresie świetności internetowej listy dyskusyjnej Poland-L w roku 1990.   (AMK)





KANGCHENJUNGA   EXPLORATORY





KRZYSZTOF   CENA






Kangchenjunga (8586 m) - widok od północnego-zachodu.
Kangchenjunga (8586 m) - the view from the North-West.

(Photo:   Krzysztof   Cena,   2001)


Schronisko w Ghunza (3600 m) miało z boku mały sklepik z batonikami, herbatnikami i zakurzonymi widokówkami. Gdy zajrzałem do środka, właściciel od razu zapytał mnie prostym ale skutecznym angielskim, czy chciałbym skorzystać z ciepłego natrysku:
– Hot shower ?

Odpowiedziałem podobnym w formie pytaniem o to, czy woda jest pogrzewana przez słońce:
– Solar shower ?

Gospodarz w milczeniu zaprowadził mnie do przyległej szopy i pokazał mi urządzenie składające się z kawałka węża gumowego zakończonego prawdziwym sitkiem i wystające z pomiędzy gontów, którymi przewiewna szopa była pokryta. Na dachu stało wiadro, które – jak mi się wydawało – było w sposób naturalny podgrzewane przez promieniowanie słoneczne. Okazja do dawno nie odbywanych ablucji była zbyt ponętna, zapytałem więc tylko, ile ta przyjemność kosztuje. Okazało się, że 30 rupii. Zgodziłem się, pobiegłem do namiotu po szampon i czym prędzej wróciłem do szopy. Rozluźniłem na próbę węzeł na gumowym wężu i rzeczywiście rozkosz – woda była ciepława! Cenny płyn zużyłem z największą oszczędnością i odświeżony wróciłem do namiotu, aby się ubrać, bo było już całkiem mroźno. W namiocie-messie akurat podawano popołudniową herbatę. W puchowej kurtce zasiadłem z zadowoleniem i sięgnąłem po herbatniki. Rozmowa przy stole była o tym, że Pip (zdrobnienie od Penelopy), kierownik naszego treku, przed chwilą przypomniała wszystkim, by nie dać się namówić na korzystanie z tuszu, gdyż byłoby to obrazą środowiska naturalnego wobec alarmującego zanikania lasów w dolnych Himalajach. Podobno zauważyła, że niedawno gospodarz wszedł na dach z wiadrem parującej wody, którą przelał do stojącego tam innego wiaderka, a wcześniej widziała, że kuchnia schroniska jest - o zgrozo - opalana drewnem, a nie naftą, której używają nasi kucharze. Miałem w ustach herbatnik, więc nie rzekłem ani słowa.

Rano, po wysiłkach poprzednich dni, czułem nieco dawną kontuzję stawu w kostce lewej nogi. Mogłem jednak iść bez kłopotu, tylko więcej niż zwykle opierałem się na składanym kijku, który zawsze noszę. Po dwóch dniach, ciągle wzdłuż wartkiej Ghunza Khola a później także lodowca Kangchenjungi, doszliśmy do równi Lhonak (4785 m). Stoi tam niewielki "tea-house", coś w rodzaju bardzo prymitywnego schroniska, które w czasie sezonu trekkingowego prowadzi pewna rodzina z Ghunzy wypasająca w pobliżu stado krów i jaków. Młoda gospodyni siedziała na przyzbie i kołysała równocześnie dwie kołyski w takt hałaśliwej nepalskiej muzyki z tranzystorowego radia nastawionego na pełny regulator. Obok siedział jej mąż i naprawiał dratwą but gumowy. Bydło, głośno bucząc, wracało z pastwiska położonego powyżej. Szedłem tylko w towarzystwie Szerpy Lakpy, który zaproponował, abyśmy zamówili herbatę. Przygotowanie jej trwało ponad pół godziny i dwa malutkie kubeczki kosztowały 60 rupii. Herbata była jednak gorąca, z mlekiem, bardzo słodka i z dodatkiem odrobiny cynamonu i imbiru.




Odpoczynek na hali Rampuk Kharka (3720 m) w dolinie rzeki Ghunza.
The trekking party resting at Rampuk Kharka (3720 m) in the Ghunza River valley.

(Photo:   Krzysztof   Cena,   2001)


Następnego dnia osiągnęliśmy Pangpema (5143 m), obóz bazowy wypraw na Kangchenjungę i cel większości treków. Jest to obszerna, trawiasta - a najważniejsze - niemal pozioma hala wyniesiona powyżej moreny lodowca, ze wspaniałym widokiem od północnego-zachodu na masyw Kangchenjungi (8586 m) – trzeciej co do wysokości góry świata. Liczne wyprawy pozostawiły po sobie kilka kamiennych szałasów bez dachów przeznaczonych na kuchnie obozowe. Wokół panowała idealna czystość, dopiero później natknąłem się na dwa odkryte doły na śmieci. Na środku hali stoi pomnik z ułożonych kamieni z przystawionymi tablicami ku pamięci tych, którzy zginęli na Kangchenjunga. W większości są to łatwo dostępne talerze z nierdzewnej stali z tekstem wyrytym jakimś ostrym narzędziem; dwie odlane z brązu tablice najwyraźniej zostały przyniesione później. Szukałem nazwiska Wandy Rutkiewicz, która zaginęła pod szczytem Kangchenjunga w roku 1992. Nasz sirdar, uczestnik kilku wielkich wypraw, słyszał o niej i twierdził, że właściwy cmentarz symboliczny znajduje się po drugiej stronie lodowca.

Popołudniu weszliśmy na zbocze o kilkaset metrów powyżej obozu, skąd roztaczał się jeszcze szerszy widok, bo lodowiec był widoczny z góry, a sama Kangchenjunga zdawała się być zupełnie blisko. Wreszcie miałem dosyć czasu, aby móc bez pośpiechu filmować, szczególnie że oświetlenie było idealne. Normalnie nie używam statywu, bo mimo jego niewątpliwych zalet, noszenie, a szczególnie rozstawianie statywu w warunkach wysokościowych podczas trudnych treków podobnych naszemu jest niestety niepraktyczne. Kamery cyfrowe posiadają jednak nadzwyczaj przydatne urządzenie do automatycznej kompensacji drgań. Poza tym nauczyłem się prymitywnej techniki zachowywania bezruchu na czas filmowania, czemu dodatkowo pomaga wstrzymanie oddechu. Później, gdy byłem o to często pytany, odpowiadałem wysłużonym dowcipem, iż na tej wysokości i tak jest za mało tlenu, by można było oddychać.

Usiadłem na wygodnym głazie i skrupulatnie zabezpieczyłem plecak, aby nie spadł; przycisnąłem go po prostu sporym kamieniem. Nastawiłem maksymalne powiększenie optyczne i z podparcia zacząłem filmować Kangchenjungę, której szczegóły udało mi się uchwycić prawie bez poruszenia. Po chwili zauważyłem dwa stada kozic, które jak pchły skakały wysoko, bez jakiegokolwiek wysiłku biegnąc w górę moreny naprzeciwko. Słońce już zachodziło i oświetlało całą okolicę razem z Wedge Peak, charakterystycznym symetrycznym szczytem ozdobionym kaskadami delikatnych śnieżnych frędzli.




Wedge Peak (6750 m) i obóz bazowy Kangchenjungi w Pangpema (5143 m).
Wedge Peak (6750 m) and the Kangchenjunga Base Camp at Pangpema (5143 m).

(Photo:   Krzysztof   Cena,   2001)


Po powrocie do Lhonak odpoczywałem przez pełne dwa dni, bo zdecydowałem się nie wziąć udziału w wejściu na sześciotysięcznik położony tuż na północ, w widłach lodowców Lhonak i Broken. Chciałem, żeby moja noga nieco odpoczęła. W bliskiej przyszłości, czekało nas bowiem przejście przełęczy Lapsang, która stanowiła główną atrakcję "Kangchenjunga Exploratory" (tak nazwano nasz trek) i o której wyczytałem w poważnym przewodniku Keva Reynoldsa, że jest trudna i lepiej się na nią nie wybierać. Na wspomniany, bezimienny szczyt weszli tylko Pip i Andrew oraz czterech Szerpów. Andrew, czterdziestoletni technik telekomunikacyjny z Londynu, był chyba w najlepszej kondycji z całej grupy, zresztą poszedł w parze z Pip, nie mógł więc narzekać na brak dopingu. Dwaj inni koledzy, Mark i Bob, też poszli, ale później zawrócili. Zresztą pogoda była nienajlepsza, a Markowi, który był najmłodszym uczestnikiem, odnowił się ból głowy zwiastujący początki choroby wysokościowej. O Bobie z Sydney trudno było coś powiedzieć, bo był niemal zupełnym milczkiem. Dopiero po tygodniu, Pip wydobyła z niego, że ileś tam lat wcześniej był już na prowadzonym przez nią treku. Reszta towarzystwa została w obozie. Melanie i Lynn były zmęczone i chciały zrobić pranie, a Michela, byłego oficera artylerii po trzydziestce, ciągle bolała głowa, jeszcze od czasu aklimatyzacyjnego treku na przełęcz Nango La. David, prawnik z Melbourne, też wolał przygotować się do przejścia Przełęczy Lapsang.




Jedno z jezior Tin Pokhari pod przełęczą Nango La (4820 m) -
widok w kierunku Sikkimu.
One of the Tin Pokhari lakes below the Nango La pass (4820 m) -
the view toward Sikkim.

(Photo:   Krzysztof   Cena,   2001)





Uczestnicy treku na szczycie bezimiennego pięciotysiecznika nad przełęczą Lapsang, podczas wyprawy aklimatyzacyjnej.
W tle grzbiety Chulima Himal w kierunku Tybetu.
The trekking party on the summit of an unnamed 5000 m peak above the Lapsang La pass, during an acclimatisation trek.
In the background is the Chulima Himal Range in the direction of Tibet.

(Photo:   Pip   Macartney-Snape,   2001)


Pip górowała nad wszystkimi sprawnością i szybką reaklimatyzacją wysokościową po jej niedawnym pobycie w Karakorum. Teraz dopiero zauważyłem, że cały czas chodziła w tenisówkach, nawet po śniegu. Twierdziła, że lekkość stóp jest dla niej najważniejsza i z pewnością miała rację twierdząc, że noszenie ciężkich butów wymaga zwiększonego wysiłku. Na zmianę miała sztywne plastikowe buty do raków, ale na codzień chodziła w tenisówkach i grubych skarpetach, niezależnie od pogody.

Warto tutaj przypomnieć himalaistów Graeme'a Dingle i Petera Hillary, syna słynnego zdobywcy Everestu, którzy w okresie dziesięciu miesięcy roku 1981, podczas niewyobrażalnego dla zwykłego turysty trawersu, pokonali 5150 km w linii prostej, nie licząc ogromnych wejść i zejść, które obliczyli na łącznie 450 km. Trasa prowadziła od Kangchenjungi przez całe Himalaje Nepalu i Indii aż do podnóża K2 w pakistańskim Karakorum. Dingle i Hillary przez znaczną część tej historycznej wyprawy zaplanowanej w "lekkim stylu alpejskim" nie nieśli żadnego namiotu i używali tenisówek. Młody Hillary, który w takim obuwiu pokonał zalodzoną przełęcz Tilmana w Jugal Himal zalecał: "Move fast, eat little, sleep rough and think big" (idź szybko, jedz mało, śpij byle gdzie i mierz wysoko).

Na wysokości Lhonak (4785 m), gdzie w powietrzu jest tylko połowa tlenu w porównaniu z poziomem morza, stale odczuwa się lekkie zmęczenie i ociężałość, a każdy wysiłek przychodzi z pewnym trudem. Nie przeszkadzało to jednak odbywać nam codziennych wycieczek aklimatyzacyjnych, których nigdy nie jest za mało. Najprzyjemniej było wdrapać się bez pośpiechu na pobliską grań, skąd roztaczał się widok we wszystkich kierunkach a cisza i majestat tych olbrzymich gór były szczególnie wyraźne. Szczyt Jannu był stale widoczny, bo akurat leżał w kierunku lodowca ku ujściu upłazu. Na czas pobytu w Lhonak ustawiłem mój namiot wejściem do Jannu.




Masyw Kangchenjungi.
Widok z południa, z wierzchołka góry Pathibhara (3795 m). Po lewej szczyt Jannu (7710 m).
Kangchenjunga Massif.
The view is from the south, from the summit of Pathibhara (3795 m). To the left is the peak of Mt. Jannu (7710 m).

(Photo:   Krzysztof   Cena,   2001)


Odpoczynek bardzo się mi przydał, bo nieobecny Tim, brat Pip, dwukrotny zdobywca Everestu, kontuzjowany i niedoszły kierownik naszego treku, zaplanował zejście z Lhonak do Ghunzy w jeden tylko dzień. W dodatku szliśmy piękną, ale zupełnie nieuczęszczaną trasą z drugiej strony rzeki. Odległość w linii prostej mierzyła co najmniej 20 km, a różnica poziomów liczyła 1200 metrów wąwozów, osypisk i żlebów. Naprawdę kłopotliwe były tylko liczne przeprawy przez strumienie, na szczęście najszersze z nich pokonaliśmy na samym początku.

Następnego dnia rozpoczęło się pamiętne przejście z doliny Ghunzy do doliny lodowca Yalung. Początkowy odcinek był wspólny z normalną drogą w kierunku łatwiejszej przełęczy Sinion (4440 m), ale wkrótce znaleźliśmy się na rzadko uczęszczanej i mało widocznej ścieżce wiodącej w poprzek niewielkiego lodowca o rymującej się nazwie Samatari Dudhpokhari.




Szczyty Kabru IV (7318 m) i Ratong (6679 m) nad zamarzniętym jeziorem Ramze.
Z prawej, morena boczna lodowca Yalung.
The peaks Kabru IV (7318 m) and Ratong (6679 m) above the frozen Lake Ramze.
To the right is the side moraine of the Yalung Glacier.

(Photo:   Krzysztof   Cena,   2001)


Przechodzenie lodowców w poprzek jest zawsze męczące z powodu stromych i osypujących się moren bocznych. Dodatkowym utrudnieniem był burzliwy strumień w przepastnym dnie pomiędzy dwoma morenami. Ze strumienia wystawały kamienie, a że lodowiec był tuż obok, wszystkie były oblodzone. Po raz pierwszy zauważyłem, że tragarze zawahali się i chociaż normalnie spokojnie balansowali z obciążeniem na chybotliwych i symbolicznych mostkach, to obecna sytuacja była też i dla nich poważna. Obserwowałem ich przez kilka minut, kiedy wolno dochodziłem i filmowałem rozwój sytuacji. Sam czułem się także mniej niż pewnie. Decyzję podjął sirdar. Polecił tragarzom zostawić ładunki i przejść, jak kto umie, na drugą stronę. Tragarze sprawnie ustawili się w łańcuch i pomagając sobie wzajemnie w ciągu kilku minut znaleźli się na drugim brzegu. Wszystkie ładunki mieli przenieść dwaj najmłodsi Szerpowie. Atmosfera zagrożenia rozładowała się natychmiast. Przy dopingujących i wesołych okrzykach pozostałych Szerpów dwaj wybrańcy sirdara rychło załatwili się z górą bagażu, bezbłędnie skacząc z głazu na głaz. Kiedy i ja doszedłem do strumienia, bez słowa pokazano mi, abym zdjął plecak, do którego, na wszelki wypadek, dołożyłem jeszcze kamerę video i aparat fotograficzny. Lakpa Młodszy, wysoki dwudziestokilkuletni Szerpa, od razu przeskoczył z moim plecakiem na drugą stronę, a sam sirdar, trzymany przez pomocnika, zniżył się niemal do poziomu wody i wyciągnął po mnie rękę. Po chwili byłem już bezpieczny na drugiej stronie.

Przejście w poprzek reszty moreny zajęło dalsze pół godziny, a z jej grzbietu roztoczył się nieoczekiwany, idylliczny widok na Lumba Samba Kharka. Kharka znaczy hala lub pastwisko. I rzeczywiście była tam piękna trawa, widać było szemrzący strumyk, i to bez lodu, a nieco wyżej kilka jaków spokojnie przeżuwało, nie zwracając uwagi na naszą grupę. Słowem – idealne miejsce na obóz. Kiedy dochodziłem do obozowiska, w moim kierunku wyruszyli dwaj chłopcy kuchenni, jeden z nich miał przygotowany na tacy kubek z kordialem malinowym z wodą, a drugi niósł ogromny czajnik, aby natychmiast dolać mi repetę. Aby się do nich dostać bez wahania przeskoczyłem dzielący nas strumyk i z satysfakcją wypiłem trzy kubki tego wspaniale gaszącego pragnienie napoju.




Obóz na hali Lapsang Kharka (4432 m).
The trekking camp at Lapsang Kharka (4432 m).

(Photo:   Krzysztof   Cena,   2001)


Podejście pod Lapsang La ("La" znaczy przełęcz) rozpoczęliśmy wcześnie rano. Śnieg zaczął się już po kilkuset metrach wspinaczki po stromym i bardzo kamienistym grzbiecie. Dużym zaskoczeniem były tyczki, które wyznaczały szlak podejścia w tym, bądź co bądź, rzadko odwiedzanym miejscu. Nigdy dotąd nie widziałem takich tyczek, ani w Himalajach ani w Karakorum, bo szlaki znaczone są w najlepszym wypadku tylko kopczykami ułożonych kamieni. W dolinach czasem widuje się prymitywne drogowskazy na rozstajach ważnych szlaków. Tymczasem tyczki na Lapsang La były wbite co 100-200 metrów. Wszystkie jednakowej wysokości, stały idealnie prosto, a dla lepszej widoczności były pomalowane w biało-żółte pasy.

Różnica poziomów z malowniczej Lumba Samba Kharka do nieznanej nam jeszcze Przełęczy Lapsang (5245 m) wynosiła około 1000 metrów. Pogoda była idealna – bezwietrzna, mroźna i słoneczna. Szliśmy w normalnych butach, bez raków. Pip miała na nogach słynne już tenisówki. Szlak wyznaczał jeden z Szerpów, co było proste dzięki tyczkom. Śnieg był dobrze ubity i tylko z rzadka zapadałem się w dziury pomiędzy głazami. Po dwóch godzinach wyszliśmy na otwarte rumowisko, które okazało się dolną moreną lodowca Lapsang. Słońce paliło z zenitu. Przez dłuższy czas szedłem z przodu, więc teraz mogłem się zatrzymać. W dole zobaczyłem, jak Pip rozmawia z pochyloną Melanie i po chwili bierze od niej plecak i nakłada na swój własny. Pip i Melanie z wolna doszły do mnie, minęły bez słowa i zaczęły się wspinać po ogromnym ośnieżonym zboczu. Pip szła teraz z podwójnym obciążeniem i często zapadała się w śnieg. Drobna Melanie używała kijka. Co chwilę przystawała i ciężko się na nim opierała. Po chwili minął moje stanowisko Lakpa Młodszy. Najwyraźniej znowu dorzucono mu ładunku, bo niósł także jeden z koszy, których używają zwykli tragarze. Regularnie oddychał przez półotwarte usta. Schowałem kamerę video i aparat fotograficzny do futerałów i sam także ruszyłem dalej w górę.

Lodowiec Lapsang nie był duży i kolejne moreny udało się stosunkowo łatwo przekroczyć lub obejść tak, jak prowadziły tyczki. Za jedną moreną ukazywała się za zakrętem następna, a zaraz później kolejna obiecująca, lecz fałszywa przełączka. Po ponad godzinie mozolnej wspinaczki trzeba było jeszcze zejść ponad sto metrów w dół po ruchomych i przysypanych śniegiem głazach na dno niemal pionowego żlebu, który z drugiej strony prowadził stromym już osypiskiem na prawdziwą Lapsang La. Mimo stromizny, to ostatnie podejście zajęło mi chyba niezbyt długo, przynajmniej tak mi się wydawało, bo samą przełęcz było wreszcie widać wprost nad głową. Tuż pod przełęczą Szerpowie założyli linę poręczową, bo bez raków łatwo tu można było zjechać w dół po zlodowaciałym śniegu jak po rynnie. Nie mogłem oprzeć się pokusie i podczepiłem się na chwilę karabinkiem do dolnego końca poręczówki i tak zabezpieczony wyciągnąłem kamerę. Niemal pionowo, prosto z góry spoglądały na mnie uśmiechnięte twarze Szerpów.

Druga strona przełęczy okazała się zupełnie bezśnieżna, co było przyjemnym kontrastem po niemal zimowych warunkach podejścia. Wszyscy wygodnie rozsiedli się na ogrzanych słońcem kamieniach, pozdejmowali buty (Pip - tenisówki) i zabrali się do jedzenia. Ja od razu wypiłem całą butelkę wody, co miało dodatkową zaletę odciążenia mojego plecaka. David podszedł do mnie i uprzejmie zaproponował, że zrobi mi kilka ujęć kamerą. Odpoczynek na przełęczy przeciągnął się, bo nikt się nie śpieszył do schodzenia, jako że wyglądało ono na łatwe. Daleko w dolinie rozpościerał się wielki lodowiec Yalung, który prowadził do niewidocznych jeszcze południowych ścian Kangchenjungi. Szczytowe partie przełęczy były jednak strome, gdyż cały stok był moreną nieistniejącego już lodowca. Skutkiem tego, od czasu do czasu głazy i kamienie, nawet spore, okazywały się być zupełnie luźne i nieprzewidywalne dla schodzącego. Wszyscy zaczęliśmy się spieszyć, ponieważ zauważyliśmy, że zejście zapowiada się długie a wkrótce zapadnie zmrok. Tymczasem kucharz, który z reguły decydował (a nie sirdar) o miejscu obozu, ze swoimi pomocnikami i całym wyposażeniem z nieznanych przyczyn minął możliwe miejsce na obóz - małą ale wystarczająco obszerną trawiastą oazę wśród kamienistych zboczy - i zniknął za najbliższym wzniesieniem. W wyniku tej decyzji wszyscy musieli więc schodzić dalej. Nadeszła noc. Początkowo trzymałem się sirdara, ale później jakoś straciłem go z oczu. Szedłem bardziej na wyczucie, cały czas w dół. W zupełnych ciemnościach, daleko w dole zauważyłem jakieś światełko. Była to nasza obozowa lampa, tyle że gdy się w końcu zbliżyłem, to okazało się, że dzieli mnie od niej kilkumetrowej szerokości strumień, który niewyraźnie widziałem w bezksiężycowej nocy i w nikłym świetle latarki czołowej. Strumień na szczęście rozlewał się szeroko o kilkaset metrów poniżej i łatwo go tam przekroczyłem brodząc w zupełnie płytkiej wodzie.

Obudził nas piękny ranek. W planie mieliśmy wycieczkę wzdłuż lodowca Yalung aż za wystający od wschodu grzbiet, który na razie zasłaniał widok na południowe ściany Kangchenjungi. Plecaki zostawiliśmy w obozie i po godzinie marszu minęliśmy halę Ramse z kilkoma solidnie zbudowanymi szałasami, ozdobionymi modlitewnymi flagami. Cała hala była dosłownie zasłana bydlęcym nawozem, ale żadnych zwierząt nie było widać.




Szałas na hali Ramse Kharka (4580 m) z modlitewną flagą, pod Bokton Peak (6143 m).
The hut on Ramse Kharka (4580 m) with a prayer banner. In the background is Bokton Peak (6143 m).

(Photo:   Krzysztof   Cena,   2001)


Po następnej godzinie wdrapaliśmy się na wzgórze, z którego roztoczył się nieograniczony widok na "Pięć skarbów wielkiego śniegu", bo takie jest znaczenie nazwy Kang-chen-jun-ga. Tym razem byliśmy nieco dalej od niej, niż w Pangpema, ale odniosłem wrażenie, że pięć szczytów wyraźniej rysuje się od południa. Kangchenjunga jest kolosalnym masywem górskim, a nie łatwym do określenia szczytem. Wszystko wokół niej jest na tę miarę. Szczególnie rozłożysty wydał mi się olbrzymi lodowiec Yalung, którego wysoka i stroma morena boczna zaczynała się tuż obok. Jak to dobrze, że nie trzeba było jej przekraczać.




Lodowiec Kangchenjungi w kierunku południowym z widokiem na pasmo Chulima Himal.
The Kangchenjunga Glacier - looking South towards the Chulima Himal Range.

(Photo:   Krzysztof   Cena,   2001)


Na lunch pozostawiony przez kucharzy, którzy już poszli dalej, nieco się spóźniliśmy, bo powrót do obozu zabrał niemal tyle samo czasu co podejście. Po południu, wedle oryginalnego programu wyznaczonego przez Tima, mieliśmy jeszcze zejść do obozowiska Anda Phedi, gdzie dochodzi popularny szlak przez przełęcz Sinion. Obozowisko to leżało niżej, o prawie 1100 metrów w pionie. Tragarze nie poszli podziwiać Kangchenjungi, a skierowali się wprost w dół rzeki Simbuwa, która wypływa z lodowca Yalung, i od dawna musieli już być na miejscu. Do przygotowanego obozu doszliśmy w końcu późnym wieczorem, nie przeczuwając jeszcze, że taka sytuacja będzie się odtąd powtarzać do końca naszego treku. Zauważyłem, że po pewnej zaprawie, byłem w stanie pokonywać odległości i wysokości, na które w innej sytuacji w ogóle bym się nie poważył. Proporcje himalajskie są takie, że często trudno je ocenić. Tymczasem nie ma wyboru, iść trzeba i jakoś się w końcu dochodzi.

Atmosfera naszej wyprawy zmieniła się wyraźnie zaraz po przekroczeniu Lapsang La, gdyż wszyscy czuliśmy, że główne cele są już za nami. Zresztą przez następne dwa dni marsz odbywał się po normalnym szlaku trekkingowym. Tuż przed mostkiem nad spienioną rzeką Simbuwa, w niewielkim obozowisku Tortong (2900 m) spotkaliśmy kilka innych grup zdążających w górę albo w dół szlaku. Właściciele trzech prymitywnych szałasów ze ścianami z cienkich wyplatanych kijków bambusowych oferowali gorącą herbatę i herbatniki. Na samym środku polany leżała wielka czarna krowa, która z dostojeństwem ignorowała obecność tak dużej liczby dziwnie wyglądających ludzi.

Zwykły szlak powrotny do górskiego lotniska w Suketar prowadzi najpierw na drugą stronę rzeki, później na przełęcz Lamite Bhaniyang (3310 m), następnie w dół aż do obozowiska Anpan na wysokości około 2000 metrów i dalej spokojnym trawersem po zboczach nieuczęszczanego masywu Deurali Danda. Dla nas Tim zaplanował jednak marsz ściśle wzdłuż grzbietu Deurali Danda. Było to logiczne, bo przełęcz Lamite Bhaniyang leży właśnie na tym grzbiecie, zaś na jego drugim, dość dalekim końcu leży Suketar pod górą Pathibhara (3800 m). O górze tej wiedzieliśmy, że jest miejscem pielgrzymkowym. Po drodze mieliśmy do przejścia co najmniej dwa inne szczyty o podobnej wysokości oraz kilka nieco niższych. Tego odcinka trasy nikt nie znał, nawet nasi tragarze z Suketar.




Grupa Szerpów podczas odpoczynku w czasie marszu wzdłuż grzbietu Deurali Danda.
W tle masyw Kangchenjunga widoczny od południa.
A group of Sherpas resting while trekking along the Deurali Danda Ridge.
In the background is the Kangchenjunga Massif viewed from the South.

(Photo:   Krzysztof   Cena,   2001)


Wejście na przełęcz okazało się całkiem emocjonujące z powodu olbrzymiego osypiska ziemnego, które trzeba było pokonać. Szerokie gliniaste zbocze w niektórych partiach wydawało się niemal pionowe. Górnych części osypiska nie było nawet widać, a olbrzymie głazy, tu i ówdzie zawieszone w glinie i gruzie skalnym, przypominały o swej niestabilności. Nie pozostawało nic innego jak tylko ostrożnie i delikatnie piąć się na czworakach, by jak najszybciej dostać się na drugą stronę. Nie było to łatwe dla nas i dla Szerpów, a cóż dopiero dla maksymalnie obciążonych tragarzy, którzy byli zmuszeni do improwizowanej ekwilibrystyki balansując na wyślizganych stopniach i mając dla utrzymania równowagi tylko obłe chwyty w glinie. Szedłem wówczas razem z kucharzami. Będąc bądź co bądź seniorem wyprawy, nie zaprotestowałem, kiedy chodzący jak kozica kucharz, którego z tyłu podziwiałem, zaproponował mi przeniesienie plecaka na drugą stronę. Sam przy przechodzeniu najchętniej przymknąłbym oczy, ale niestety nie było to możliwe. Zresztą nigdy nie miałem większego lęku wysokości. Osypisko miało kilka części i cały niebezpieczny trawers wyniósł łącznie około 300-400 metrów, a więc był na miarę himalajską. Będąc jednym z pierwszych po bezpiecznej stronie, zyskałem czas na spokojne filmowanie. Akurat nadchodził tragarz niosący składane stoły i krzesełka. Niemal popisowo piął się wolno ale pewnie w górę. Obchodząc najbardziej strome miejsca, finezyjnie przesuwał środek ciężkości bagażu na plecach tak, by ten nie przeważył go w eksponowanych miejscach. Poruszał się jak cyrkowy akrobata, ze świadomością, że jest obserwowany, bo chociaż najtrudniejsze partie wszyscy pokonywali pojedynczo, to reszta kibicowała z dwóch stron zawaliska. Zachęcające okrzyki innych tragarzy były dokładnie zsynchronizowane z momentami większego wysiłku i potrzeby zwiększonej uwagi.

Następnego dnia maszerowaliśmy przy słabej widoczności, gdyż chmury zaległy nisko. Późnym popołudniem dotarliśmy na połoninę, która leżała powyżej 3800 metrów. W pół-mgle wspięliśmy się na pobliskie wzniesienie pokryte karłowatymi rododendronami i akurat wtedy przejaśniło się. Byliśmy powyżej warstwy chmur. Obok mnie stali wszyscy Szerpowie. Przed nami, daleko na horyzoncie, jak arka Noego na oceanie chmur, wystawała jakaś olbrzymia góra o kształcie regularnej piramidy. Była to niewątpliwie Pathibhara, jedna ze świętych gór hinduizmu.

Po dwóch niezaplanowanych dniach ciężkiego marszu, późnym popołudniem dotarliśmy do Suketar. Mając do wyboru nocowanie w namiocie albo w tym samym schronisku, w którym dla wygody spędziliśmy pierwszą noc treku, nieopatrznie wybrałem nocleg w schronisku. Zapomniałem, że budynki nepalskie mają ściany i podłogi tylko na grubość deski. Moja prycza stała dokładnie nad głównym pomieszczeniem na parterze, gdzie nasi tragarze świętowali szczęśliwe zakończenie treku. Śpiewy i picie piwa domowego wyrobu (oczywiście na koszt uczestników treku) skończyły się dokładnie o 10-tej wieczorem, ale podczas treku zwykle zasypiałem przed 8-mą. A o szarym świcie, przez uchyloną deskę w ścianie od korytarza wkroczyły do mojej sypialni trzy kury, które najwyraźniej składały tutaj jajka. Wyskoczyłem ze śpiwora, bo gdakanie było nie do zniesienia, lecz udało mi się przepędzić tylko jedną. Dwie pozostałe usadowiły się na stojących w kącie workach z ziemniakami, pogdakały chwilę i jakoś się uspokoiły. Tak dotrwaliśmy do rana.




Krzysztof Cena, autor tego wspomnienia, filmujący podczas treku Kangchenjunga Exploratory.
Krzysztof Cena, the author, videotaping during the Kangchenjunga Exploratory trek.

(Photo:   David   Olsson,   2001)


Pogoda znowu była idealna. Przed południem przyleciał mały samolot linii lotniczej Yeti, który zabrał nas do Kathmandu.

W rejonie Kangchenjungi w ciągu 25 dni przeszliśmy prawie 200 km w linii prostej oraz pokonaliśmy łącznie 25 km w pionie, mierząc wszystkie wejścia i zejścia.


Krzysztof Cena
Perth, Zachodnia Australia, maj 2002.









Copyright © 1997-2007 Zwoje