
Odpowiedziałem podobnym w formie pytaniem o to, czy woda jest
pogrzewana przez słońce:
– Solar shower ?
Gospodarz w milczeniu zaprowadził mnie do przyległej szopy i pokazał mi urządzenie składające się z kawałka węża gumowego zakończonego prawdziwym sitkiem i wystające z pomiędzy gontów, którymi przewiewna szopa była pokryta. Na dachu stało wiadro, które – jak mi się wydawało – było w sposób naturalny podgrzewane przez promieniowanie słoneczne. Okazja do dawno nie odbywanych ablucji była zbyt ponętna, zapytałem więc tylko, ile ta przyjemność kosztuje. Okazało się, że 30 rupii. Zgodziłem się, pobiegłem do namiotu po szampon i czym prędzej wróciłem do szopy. Rozluźniłem na próbę węzeł na gumowym wężu i rzeczywiście rozkosz – woda była ciepława! Cenny płyn zużyłem z największą oszczędnością i odświeżony wróciłem do namiotu, aby się ubrać, bo było już całkiem mroźno. W namiocie-messie akurat podawano popołudniową herbatę. W puchowej kurtce zasiadłem z zadowoleniem i sięgnąłem po herbatniki. Rozmowa przy stole była o tym, że Pip (zdrobnienie od Penelopy), kierownik naszego treku, przed chwilą przypomniała wszystkim, by nie dać się namówić na korzystanie z tuszu, gdyż byłoby to obrazą środowiska naturalnego wobec alarmującego zanikania lasów w dolnych Himalajach. Podobno zauważyła, że niedawno gospodarz wszedł na dach z wiadrem parującej wody, którą przelał do stojącego tam innego wiaderka, a wcześniej widziała, że kuchnia schroniska jest - o zgrozo - opalana drewnem, a nie naftą, której używają nasi kucharze. Miałem w ustach herbatnik, więc nie rzekłem ani słowa.
Rano, po wysiłkach poprzednich dni, czułem nieco dawną
kontuzję stawu w kostce lewej nogi. Mogłem jednak iść bez kłopotu, tylko
więcej niż zwykle opierałem się na składanym kijku, który zawsze noszę.
Po dwóch dniach, ciągle wzdłuż wartkiej Ghunza Khola a później także
lodowca Kangchenjungi, doszliśmy do równi Lhonak (4785 m). Stoi tam niewielki
"tea-house", coś w rodzaju bardzo prymitywnego schroniska, które w czasie
sezonu trekkingowego prowadzi pewna rodzina z Ghunzy wypasająca w pobliżu
stado krów i jaków. Młoda gospodyni siedziała na przyzbie i kołysała równocześnie
dwie kołyski w takt hałaśliwej nepalskiej muzyki z tranzystorowego radia
nastawionego na pełny regulator. Obok siedział jej mąż i naprawiał dratwą
but gumowy. Bydło, głośno bucząc, wracało z pastwiska położonego powyżej. Szedłem
tylko w towarzystwie Szerpy Lakpy, który zaproponował, abyśmy zamówili
herbatę. Przygotowanie jej trwało ponad pół godziny i dwa malutkie kubeczki
kosztowały 60 rupii. Herbata była jednak gorąca, z mlekiem, bardzo słodka i
z dodatkiem odrobiny cynamonu i imbiru.

Popołudniu weszliśmy na zbocze o kilkaset metrów powyżej obozu, skąd roztaczał się jeszcze szerszy widok, bo lodowiec był widoczny z góry, a sama Kangchenjunga zdawała się być zupełnie blisko. Wreszcie miałem dosyć czasu, aby móc bez pośpiechu filmować, szczególnie że oświetlenie było idealne. Normalnie nie używam statywu, bo mimo jego niewątpliwych zalet, noszenie, a szczególnie rozstawianie statywu w warunkach wysokościowych podczas trudnych treków podobnych naszemu jest niestety niepraktyczne. Kamery cyfrowe posiadają jednak nadzwyczaj przydatne urządzenie do automatycznej kompensacji drgań. Poza tym nauczyłem się prymitywnej techniki zachowywania bezruchu na czas filmowania, czemu dodatkowo pomaga wstrzymanie oddechu. Później, gdy byłem o to często pytany, odpowiadałem wysłużonym dowcipem, iż na tej wysokości i tak jest za mało tlenu, by można było oddychać.
Usiadłem na wygodnym głazie i skrupulatnie zabezpieczyłem
plecak, aby nie spadł; przycisnąłem go po prostu sporym kamieniem.
Nastawiłem maksymalne powiększenie optyczne i z podparcia zacząłem filmować
Kangchenjungę, której szczegóły udało mi się uchwycić prawie bez
poruszenia. Po chwili zauważyłem dwa stada kozic, które jak pchły skakały
wysoko, bez jakiegokolwiek wysiłku biegnąc w górę moreny naprzeciwko.
Słońce już zachodziło i oświetlało całą okolicę razem z Wedge Peak,
charakterystycznym symetrycznym szczytem ozdobionym kaskadami delikatnych
śnieżnych frędzli.



Warto tutaj przypomnieć himalaistów Graeme'a Dingle i Petera Hillary, syna słynnego zdobywcy Everestu, którzy w okresie dziesięciu miesięcy roku 1981, podczas niewyobrażalnego dla zwykłego turysty trawersu, pokonali 5150 km w linii prostej, nie licząc ogromnych wejść i zejść, które obliczyli na łącznie 450 km. Trasa prowadziła od Kangchenjungi przez całe Himalaje Nepalu i Indii aż do podnóża K2 w pakistańskim Karakorum. Dingle i Hillary przez znaczną część tej historycznej wyprawy zaplanowanej w "lekkim stylu alpejskim" nie nieśli żadnego namiotu i używali tenisówek. Młody Hillary, który w takim obuwiu pokonał zalodzoną przełęcz Tilmana w Jugal Himal zalecał: "Move fast, eat little, sleep rough and think big" (idź szybko, jedz mało, śpij byle gdzie i mierz wysoko).
Na wysokości Lhonak (4785 m), gdzie w powietrzu jest tylko
połowa tlenu w porównaniu z poziomem morza, stale odczuwa się lekkie
zmęczenie i ociężałość, a każdy wysiłek przychodzi z pewnym trudem. Nie
przeszkadzało to jednak odbywać nam codziennych wycieczek aklimatyzacyjnych,
których nigdy nie jest za mało. Najprzyjemniej było wdrapać się bez
pośpiechu na pobliską grań, skąd roztaczał się widok we wszystkich
kierunkach a cisza i majestat tych olbrzymich gór były szczególnie wyraźne.
Szczyt Jannu był stale widoczny, bo akurat leżał w kierunku lodowca ku
ujściu upłazu. Na czas pobytu w Lhonak ustawiłem mój namiot wejściem do
Jannu.

Następnego dnia rozpoczęło się pamiętne przejście z doliny
Ghunzy do doliny lodowca Yalung. Początkowy odcinek był wspólny z normalną
drogą w kierunku łatwiejszej przełęczy Sinion (4440 m), ale wkrótce znaleźliśmy
się na rzadko uczęszczanej i mało widocznej ścieżce wiodącej w poprzek
niewielkiego lodowca o rymującej się nazwie Samatari Dudhpokhari.

Przejście w poprzek reszty moreny zajęło dalsze pół godziny,
a z jej grzbietu roztoczył się nieoczekiwany, idylliczny widok na Lumba Samba
Kharka. Kharka znaczy hala lub pastwisko. I rzeczywiście była tam piękna
trawa, widać było szemrzący strumyk, i to bez lodu, a nieco wyżej kilka jaków
spokojnie przeżuwało, nie zwracając uwagi na naszą grupę. Słowem –
idealne miejsce na obóz. Kiedy dochodziłem do obozowiska, w moim kierunku
wyruszyli dwaj chłopcy kuchenni, jeden z nich miał przygotowany na tacy kubek
z kordialem malinowym z wodą, a drugi niósł ogromny czajnik, aby natychmiast
dolać mi repetę. Aby się do nich dostać bez wahania przeskoczyłem dzielący
nas strumyk i z satysfakcją wypiłem trzy kubki tego wspaniale gaszącego
pragnienie napoju.

Różnica poziomów z malowniczej Lumba Samba Kharka do nieznanej nam jeszcze Przełęczy Lapsang (5245 m) wynosiła około 1000 metrów. Pogoda była idealna – bezwietrzna, mroźna i słoneczna. Szliśmy w normalnych butach, bez raków. Pip miała na nogach słynne już tenisówki. Szlak wyznaczał jeden z Szerpów, co było proste dzięki tyczkom. Śnieg był dobrze ubity i tylko z rzadka zapadałem się w dziury pomiędzy głazami. Po dwóch godzinach wyszliśmy na otwarte rumowisko, które okazało się dolną moreną lodowca Lapsang. Słońce paliło z zenitu. Przez dłuższy czas szedłem z przodu, więc teraz mogłem się zatrzymać. W dole zobaczyłem, jak Pip rozmawia z pochyloną Melanie i po chwili bierze od niej plecak i nakłada na swój własny. Pip i Melanie z wolna doszły do mnie, minęły bez słowa i zaczęły się wspinać po ogromnym ośnieżonym zboczu. Pip szła teraz z podwójnym obciążeniem i często zapadała się w śnieg. Drobna Melanie używała kijka. Co chwilę przystawała i ciężko się na nim opierała. Po chwili minął moje stanowisko Lakpa Młodszy. Najwyraźniej znowu dorzucono mu ładunku, bo niósł także jeden z koszy, których używają zwykli tragarze. Regularnie oddychał przez półotwarte usta. Schowałem kamerę video i aparat fotograficzny do futerałów i sam także ruszyłem dalej w górę.
Lodowiec Lapsang nie był duży i kolejne moreny udało się stosunkowo łatwo przekroczyć lub obejść tak, jak prowadziły tyczki. Za jedną moreną ukazywała się za zakrętem następna, a zaraz później kolejna obiecująca, lecz fałszywa przełączka. Po ponad godzinie mozolnej wspinaczki trzeba było jeszcze zejść ponad sto metrów w dół po ruchomych i przysypanych śniegiem głazach na dno niemal pionowego żlebu, który z drugiej strony prowadził stromym już osypiskiem na prawdziwą Lapsang La. Mimo stromizny, to ostatnie podejście zajęło mi chyba niezbyt długo, przynajmniej tak mi się wydawało, bo samą przełęcz było wreszcie widać wprost nad głową. Tuż pod przełęczą Szerpowie założyli linę poręczową, bo bez raków łatwo tu można było zjechać w dół po zlodowaciałym śniegu jak po rynnie. Nie mogłem oprzeć się pokusie i podczepiłem się na chwilę karabinkiem do dolnego końca poręczówki i tak zabezpieczony wyciągnąłem kamerę. Niemal pionowo, prosto z góry spoglądały na mnie uśmiechnięte twarze Szerpów.
Druga strona przełęczy okazała się zupełnie bezśnieżna, co było przyjemnym kontrastem po niemal zimowych warunkach podejścia. Wszyscy wygodnie rozsiedli się na ogrzanych słońcem kamieniach, pozdejmowali buty (Pip - tenisówki) i zabrali się do jedzenia. Ja od razu wypiłem całą butelkę wody, co miało dodatkową zaletę odciążenia mojego plecaka. David podszedł do mnie i uprzejmie zaproponował, że zrobi mi kilka ujęć kamerą. Odpoczynek na przełęczy przeciągnął się, bo nikt się nie śpieszył do schodzenia, jako że wyglądało ono na łatwe. Daleko w dolinie rozpościerał się wielki lodowiec Yalung, który prowadził do niewidocznych jeszcze południowych ścian Kangchenjungi. Szczytowe partie przełęczy były jednak strome, gdyż cały stok był moreną nieistniejącego już lodowca. Skutkiem tego, od czasu do czasu głazy i kamienie, nawet spore, okazywały się być zupełnie luźne i nieprzewidywalne dla schodzącego. Wszyscy zaczęliśmy się spieszyć, ponieważ zauważyliśmy, że zejście zapowiada się długie a wkrótce zapadnie zmrok. Tymczasem kucharz, który z reguły decydował (a nie sirdar) o miejscu obozu, ze swoimi pomocnikami i całym wyposażeniem z nieznanych przyczyn minął możliwe miejsce na obóz - małą ale wystarczająco obszerną trawiastą oazę wśród kamienistych zboczy - i zniknął za najbliższym wzniesieniem. W wyniku tej decyzji wszyscy musieli więc schodzić dalej. Nadeszła noc. Początkowo trzymałem się sirdara, ale później jakoś straciłem go z oczu. Szedłem bardziej na wyczucie, cały czas w dół. W zupełnych ciemnościach, daleko w dole zauważyłem jakieś światełko. Była to nasza obozowa lampa, tyle że gdy się w końcu zbliżyłem, to okazało się, że dzieli mnie od niej kilkumetrowej szerokości strumień, który niewyraźnie widziałem w bezksiężycowej nocy i w nikłym świetle latarki czołowej. Strumień na szczęście rozlewał się szeroko o kilkaset metrów poniżej i łatwo go tam przekroczyłem brodząc w zupełnie płytkiej wodzie.
Obudził nas piękny ranek. W planie mieliśmy wycieczkę
wzdłuż lodowca Yalung aż za wystający od wschodu grzbiet, który na razie
zasłaniał widok na południowe ściany Kangchenjungi. Plecaki zostawiliśmy w
obozie i po godzinie marszu minęliśmy halę Ramse z kilkoma solidnie
zbudowanymi szałasami, ozdobionymi modlitewnymi flagami. Cała hala była
dosłownie zasłana bydlęcym nawozem, ale żadnych zwierząt nie było widać.


Atmosfera naszej wyprawy zmieniła się wyraźnie zaraz po przekroczeniu Lapsang La, gdyż wszyscy czuliśmy, że główne cele są już za nami. Zresztą przez następne dwa dni marsz odbywał się po normalnym szlaku trekkingowym. Tuż przed mostkiem nad spienioną rzeką Simbuwa, w niewielkim obozowisku Tortong (2900 m) spotkaliśmy kilka innych grup zdążających w górę albo w dół szlaku. Właściciele trzech prymitywnych szałasów ze ścianami z cienkich wyplatanych kijków bambusowych oferowali gorącą herbatę i herbatniki. Na samym środku polany leżała wielka czarna krowa, która z dostojeństwem ignorowała obecność tak dużej liczby dziwnie wyglądających ludzi.
Zwykły szlak powrotny do górskiego lotniska w Suketar prowadzi
najpierw na drugą stronę rzeki, później na przełęcz Lamite Bhaniyang (3310
m), następnie w dół aż do obozowiska Anpan na wysokości około 2000 metrów
i dalej spokojnym trawersem po zboczach nieuczęszczanego masywu Deurali Danda.
Dla nas Tim zaplanował jednak marsz ściśle wzdłuż grzbietu Deurali Danda.
Było to logiczne, bo przełęcz Lamite Bhaniyang leży właśnie na tym
grzbiecie, zaś na jego drugim, dość dalekim końcu leży Suketar pod górą
Pathibhara (3800 m). O górze tej wiedzieliśmy, że jest miejscem
pielgrzymkowym. Po drodze mieliśmy do przejścia co najmniej dwa inne szczyty o
podobnej wysokości oraz kilka nieco niższych. Tego odcinka trasy nikt nie
znał, nawet nasi tragarze z Suketar.

Następnego dnia maszerowaliśmy przy słabej widoczności, gdyż chmury zaległy nisko. Późnym popołudniem dotarliśmy na połoninę, która leżała powyżej 3800 metrów. W pół-mgle wspięliśmy się na pobliskie wzniesienie pokryte karłowatymi rododendronami i akurat wtedy przejaśniło się. Byliśmy powyżej warstwy chmur. Obok mnie stali wszyscy Szerpowie. Przed nami, daleko na horyzoncie, jak arka Noego na oceanie chmur, wystawała jakaś olbrzymia góra o kształcie regularnej piramidy. Była to niewątpliwie Pathibhara, jedna ze świętych gór hinduizmu.
Po dwóch niezaplanowanych dniach ciężkiego marszu, późnym
popołudniem dotarliśmy do Suketar. Mając do wyboru nocowanie w namiocie albo
w tym samym schronisku, w którym dla wygody spędziliśmy pierwszą noc treku,
nieopatrznie wybrałem nocleg w schronisku. Zapomniałem, że budynki nepalskie
mają ściany i podłogi tylko na grubość deski. Moja prycza stała dokładnie
nad głównym pomieszczeniem na parterze, gdzie nasi tragarze świętowali
szczęśliwe zakończenie treku. Śpiewy i picie piwa domowego wyrobu (oczywiście
na koszt uczestników treku) skończyły się dokładnie o 10-tej wieczorem, ale
podczas treku zwykle zasypiałem przed 8-mą. A o szarym świcie, przez
uchyloną deskę w ścianie od korytarza wkroczyły do mojej sypialni trzy kury,
które najwyraźniej składały tutaj jajka. Wyskoczyłem ze śpiwora, bo
gdakanie było nie do zniesienia, lecz udało mi się przepędzić tylko jedną.
Dwie pozostałe usadowiły się na stojących w kącie workach z ziemniakami,
pogdakały chwilę i jakoś się uspokoiły. Tak dotrwaliśmy do rana.

W rejonie Kangchenjungi w ciągu 25 dni przeszliśmy prawie 200
km w linii prostej oraz pokonaliśmy łącznie 25 km w pionie, mierząc
wszystkie wejścia i zejścia.
Krzysztof Cena
Perth, Zachodnia Australia, maj 2002.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||